Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty

2015-09-21

Unia Europejska to Europa

Integracja europejska to wybór cywilizacyjny. Ktoś może uznać, że mówić "Europa" na Unię Europejską jest językowym nadużyciem. Pewnie jest: w takim samym sensie, w jakim nadużyciem jest każda metonimia.

Ta retoryczna figura ma jednak swoje logiczne, polityczne i światopoglądowe uzasadnienie: integracja europejska jest unikalna jako proces, idea i forma organizacji. To jedyny we współczesnej myśli politycznej tak nowatorski, spójny, całościowy, regulujący relacje między przeszłością i przyszłością, między społeczeństwami i między państwami projekt. Tylko integracja europejska jednoczy różne nurty ideologiczne projektu paneuropejskiego. Nie ma i nigdy nie było funkcjonalnego i realizowanego w praktyce przez miliony Europejczyków europejskiego projektu opartego na wspólnocie interesów i odnoszącego się do wspólnego dziedzictwa. Ani struktury instytucjonalnej tworzącej ramy i szkielet takiego projektu.

Europa to wybór cywilizacyjny

Integracja europejska to wybór cywilizacyjny, bo cywilizacja to nie tylko korzenie, nie tylko przynależność do kręgu kulturowego materializowa poprzez sztukę, architekturę, rzemiosło. To przede wszystkim wybór kierunku, którym chce się wspólnie z innymi podążać: nie można mówić o cywilizacji z pominięciem przyszłości. To również wartościowanie i wybór historycznych odniesień: selekcja tych elementów wspólnego dziedzictwa, na których chce się budować wspólną przyszłość.

Ta pozytywna sekcja nie oznacza przemilczania przeszłości. Przeciwnie, wymaga uczciwego zachowania w pamięci tych doświadczeń, których w budowie przyszłości należy się wyzbyć. Dlatego religijne wojny, krucjaty, palenie czarownic, kolonializm, imperializm, nacjonalizm, autorytarne rządy, faszyzm i komunizm mają swoje miejsce w europejskiej pamięci zbiorowej. Bynajmniej nie jako usprawiedliwienie ich obecnych przejawów, ale jako ostrzeżenie. Europejczycy po drugiej wojnie światowej dokonali wyboru: wartości, które były podstawą tamtych złych postaw odrzucamy.

Nie widzę nic złego w nazywaniu antyeuropejską postawę tych, którzy tej europejskiej drodze są przeciwni, bo we wspólną, europejską przyszłość nie wierzą a zakonserwowanie struktur i mechanizmów państwa narodowego uważają za najwłaściwszy i jedyny wyobrażalny sposób trwania w globalnej rzeczywistości. Gdyby nie terminologiczna wieloznaczność, można by mówić o sporze między konserwatyzmem i postępem, nacjonalizmem i europeizmem. Podział na euroentuzjastów i eurosceptyków, eufemistycznie skupiający się na stanie psychiki, a nie na politycznym wyborze, infantylizuje toczący się spór. 

Europa to klucz do teraźniejszości

Cywilizacja to również otwartość, gotowość do przyjęcia cudzych doświadczeń, ale też przedstawicieli innych kultur i cywilizacji. Bo bez tej gotowości nie ma rozwoju. Wszystkie cywilizacje upadały, gdy zamknęły się w sobie, bo traciły wówczas zdolność rozwoju.

Integracja europejska to kwestia wspólnego wyboru wartości i wola podprządkowania im wspólnego działania. Ale uwaga: cywilizacja to także wola przetrwania: dlatego narzuca na nas obowiązek takiej realizacji wspólnych wartości w praktyce, która nie podminuje fundamentów wspólnoty, nie sparaliżuje jej funkcji życiowych.

Wierność wartościom i wola przetrwania: świadomość ciągłego napięcia między tymi dwoma zasadami jest niezbędna do oceny rzeczywistości i stawienia jej czoła. Jest moralnym i intelektualnym warunkiem gotowości do debaty o imigrantach i uchodźcach, o postulatach sprawiedliwości społecznej formułowanych przez Podemos i Syrizę, o znaczeniu i granicach suwerenności politycznej, o sposobie uczestnictwa w globalnym układzie sił, interesów i odpowiedzialności, o sposobach obrony praw i zabezpieczenia interesów konsumentów, pracowników i pracodawców, o znaczeniu i zakresie emancypacji. Jest niezbędna do określenia optymalnej równowagi między wolnością i równością.

Nie popełniamy błędu, gdy tak pojętą ponadnarodową wspólnotę państw i społeczeństw, będącą materialną realizacją europejskiej integracji, nazywamy Europą. Nie popełniamy błędu, składamy deklarację. Jako świadomi uczestnicy procesu cywilizacyjnego, mówiąc o Unii Europejskiej "Europa" mówimy jakiej drogi chcemy dla Europy, jak rozumiemy i kształtujemy jej teraźniejszość, jak widzimy przyszłość.

Różne Europy

Europa to również geografia. To prawda, że nie wszystkie państwa geograficznie europejskie są członkami Unii Europejskiej. Kontynent, który można wskazać palcem na globusie to nie Unia Europejska, ale Europa. Jest mniejszy niż inne kontynenty, choć przez wieki był centralnym punktem naszych map.

Dla mieszkańca europejskiego państwa, czującego się Europejczykiem (bez względu na to jak swoją europejskość definiuje), którego kraj nie należy do Unii, słuchanie o Europie utożsamianej z UE, o "przyjmowaniu do Europy" może być irytujące. Znamy to uczucie z czasów, gdy o członkostwo dopiero się ubiegaliśmy. Dziś sami często o UE mówimy Europa, czasem tylko z polityczną intencją, zwykle po prostu dlatego, że tak jest krócej. Ale i w tym geopolitycznym wymiarze Unia Europejska jako Europa ma sens: polityka tak zwanego "rozszerzania" Unii, jeden z fundamentalnych mechanizmów integracji, powinna być analizowana przez pryzmat granic wpływu, ekspansji standardów i wartości, czy wreszcie cywilizacyjnej aspiracji.

Europa to również to, co było. To księga pamięci zmarłych Europejczyków, którzy w dobry lub zły sposób przyczynili się do tego kim jesteśmy. I ich dobrych i złych dokonań. To stare zdjęcia, na których widać jak ubierali się ludzie, jak mieszkali i jak się przemieszczali, jak wyglądały ulice. To obrazy i książkowe ilustracje, na których widać jak kiedyś było. To zapisy dawnych wystąpień, oświadczeń i debat. To często obrazy bitew i okopów upstrzonych chorągwiami zwalczających się przez wieki dynastii, rodów, państw i narodów, powstań i klasowych zrywów.  Do tej Europy zastanej i minionej - pomnika lub muzealnego eksponatu - też można się odwoływać. Jest nie mało takich, dla których Europa to w pierwszej kolejności to wszystko co było.

Czasem ta nieistniejąca już czasoprzestrzeń staje się dla nich jedynym punktem odniesienia. Tak bardzo obco czują się w teraźniejszości, że czasoprzestrzeń, która przeminęła, biorą za teraźniejszość. Grzęzną w anachronizmie, mylonym z konserwatyzmem, i starają się go wszystkim narzucić. Stają się strażnikami przeszłości trzymanej w formolu. Zamykają ją w wielkich słojach, strzegą, wożą ze sobą po wiecach i przedwyborczych spędach.

Ciekawe, że to nie ich przeszłość - nie mogli przecież być świadkami historycznych bitew i intryg, momentów chwały i klęski sprzed dzięsiątków lat, czasem sprzed wieków. Nie odwołują się do własnego doświadczenia, ale do zmitologizowanego, wyidealizowanego, ale też spłaszczonego, odwirowanego z dwuznaczności wyobrażenia przeszłości. I na tej podstawie uzurpują sobie prawo do jedynej słusznej interetacji historii. Negują wszystko co nowe. Gotowi są powtórzyć wszystkie niegdysiejsze błędy zarzucając innym nieznajomość historii lub brak dla niej szacunku. W swych ocenach nieustannie przywołują argument: "zawsze tak było". Gdy mówią o teraźniejszości, powtarzają: "Orbán ma rację".

Dla kogoś, kto za prawdziwą Europę uważa tylko tę, która była kiedyś - zdezintegrowaną, wstrząsaną terytorialnymi wojnami i krwawymi rewolucjami, w ktorej władza opierała się na przemocy, Unia Europejska jako współczesna forma Europy jest uzurpacją. Bo coś, czego wcześniej nie było, nie może być. Należy to więc zatrzymać, ograniczyć, najlepiej zniszczyć.

Europa jako miejsce na mapie i terytorium, Europa jako narodowa przeszłość i pamięć, Europa jako przyszłość i wspólny projekt - nikt tej wojny na słowa nie wygra. Ważne tylko, by używać ich świadomie i świadomie dokonać wyboru.

2013-11-22

Pochwała chińskich standardów

Jaki kierunej wskazuje W. Janukowyczowi K. De Gucht, komisarz UE
ds. 
handlu? Raczej wiadomo. Kijów, 
2.10.2013                             ©UE 
Ci, którzy oskarżają Unię Europejską o stawianie Ukrainie politycznych warunków, uniemożliwiających ponoć stowarzyszenie z Ukrainą, albo nie wiedzą czym są europejskie standardy demokracji i państwa prawa, albo je odrzucają. Jedynie na pierwszy rzut oka może dziwić fakt, że podobne zarzuty formułują wobec UE narodowcy i kombatanci PZPR. Nie po raz pierwszy łączy ich tęsknota za państwem, któremu europejskie wartości są obce. Słowa Miłosza "Jest ONR-u spadkobiercą Partia" nie straciły nic na aktualności, czego dowodzą między innymi komentarze na temat relacji UE z Ukrainą. Takie jak te wypowiadane przez Leszka Millera.

Ukraińska Rada Najwyższa odrzuciła dzisiaj pakiet projektu ustaw, które miały pozwolić na spełnienie unijnych wymagań warunkujących podpisanie układu stowarzyszeniowego. Nie po raz pierwszy zresztą: termin głosowania był wielokrotnie przekładany. Za każdym razem parlamentarna większość dawała Unii sygnał: nie mamy odwagi powiedzieć wam wprost, że warunków nie spełnimy, weźcie i się domyślcie. Za każdym razem dawała sygnał Rosji: was boimy się jeszcze bardziej, pamiętamy o naszych naturalnych więzach. Nie wynika to tylko z czystego wyrachowania. Partia Regionów, jej olbrzymi elektorat i wielu w ogóle nie głosujących Ukraińców, zwłaszcza we wschodniej części kraju, rzeczywiście jest przekonana o słuszności rosyjskiego wyboru. Ba, o jego naturalnym charakterze.

Unia Europejska do ostatniej chwili udawała Greka. Z różnych powodów. Gospodarczo umowa o wolnym handlu, zasadnicza z ekonomicznegompunktu widzenia część układu stowarzyszeniowego, rzeczywiście jest dla UE ważna. Przy zachowaniu właściwej skali podobnie ważna jak inne umowy handlowe, która UE regularnie zawiera. O energii nawet nie wspominam, to oczywiste. Opłacało się więc łudzić, że może się uda, bo cuda się zdarzają. Trzeba też było wytrwać do ostatniej chwili z powodów politycznych, choćby ze względu na Polskę i Litwę. Wizerunkowo wreszcie nie było powodu by zbyt wcześnie ogłaszać porażkę. Parlamentarna misja Coxa i Kwaśniewskiego w ostatnich kilku tygodniach służyła już wyłącznie zachowaniu pozorów. Zniewagi jakie ze strony Janukowycza znosili obaj politycy: kłamstwa w żywe oczy, wielogodzinne oczekiwanie na spóźniającego się rozmówcę, prostackie zwodzenie podczas prowadzących donikąd spotkań, odwołane w ostatniej chwili zebrania, dowodzą wielkiej determinacji z ich strony. Chcę wierzyć, że wyłącznie z oddania sprawie, a nie z chęci przedłużania misji z powodu braku lepszego politycznego zajęcia.

Zwolennicy zbliżenia z Ukrainą mają się o co martwić, skoro dzisiejsza decyja Rady Najwyższej zablokowała sytucję prawdopodobnie na dwa lata, bo w 2014 mamy wybory europejskie w UE, a w 2015 wybory na Ukrainie. Unijny komisarz do spraw rozszerzenia odwołał dziś swój wyjazd do Wilna, bo jego udział w szczycie Partnerstwa Wschodniego nie ma już żadnego uzasadnienia: stowarzyszenia z Ukrainą nie będzie. Nic jednak nie może usprawiedliwić słów Leszka Millera, który oskarżał dziś UE, między innymi na Tweeterze, o popełnienie "fatalnych błędów". "Do tego prowadzi prymat polityki nad ekonomią" - mówi Miller. Jednoznacznie daje do zrozumienia, że gdy chodzi o pieniądze, nie należy zawracać sobie głowy prawami człowieka, demokracją, państwem prawa.

To sposób rozumowania, który obowiązuje na przykład w komunistycznych, choć wolnorynkowych Chinach. Ma zalety: dzięki temu pragmatycznemu podejściu Chiny podbijają dziś gospodarczo Afrykę. Podpisywanie umów handlowych jest łatwiejsze, gdy nie towarzyszą im wymagania polityczne. UE je stawia, gdy jest w stanie uzyskać to, na czym jej zależy. Fakt, że bywa bardziej "pragmatyczna", gdy rozmawia o gospodarce z Rosją albo Chinami właśnie, a bardziej wymagająca, gdy jej partnerem są kraje rozwijające się, zależne od jej pomocy finansowej. W przypadku Ukrainy, bliskiego - również geograficznie - partnera, potencjalnego kandydata do członkostwa sformułowanie politycznych wymagań jest szczególnie uzasadnione. Z UE już tak jest: kiedy Polska przystępowała do UE musiała sprostać tak zwanym kryteriom kopenhaskim, między innymi politycznym. Leszek Miller pewnie jeszcze pamięta: były one zaprzeczeniem PRL-u. Można zarzucać UE, że czasem przedkłada realpolitik nad obronę europejskich wartości. Ale nie można nie wiedzieć, że zasadniczym elementem unijnej doktryny w relacjach międzynarodowych jest promowanie tych wartości i odrzucenie poglądu, że wolny rynek jest ważniejszy niż demokracja.

Miller cytuje opinię ukraińskiego komentatora, wedle której błąd UE polegał na "sprowadzeniu wszystkiego do uwolnienia Tymoszenko". To nieprawda, choć oczywiście kwestia więźniów politycznych jest bardzo istotna. Ponieważ jest istotna, niektóre unijne rządy, do pewnego czasu również Polska, rzeczywiście żądały przynajmniej umożliwienia Tymoszenko leczenia za granicą. Ten warunek szczególnie uporczywie formułuje Angela Merkel. Ale oficjalne stanowisko UE wymienia trzy warunki: zgodny z europejskimi i międzynarodowymi standardami system wyborczy, zaprzestanie wybiórczej sprawiedliwości (przykładem jej stosowania jest Tymoszenko) i spełnienie wymagań sformułowanych przez Radę Europejską 10 grudnia 2012. UE nigdy nie zastąpiła tych warunków jednym, uwolnienia Tymoszenko, choć tak może się wydawać na podstawie lektury gazet.


Od czasu odzyskania niepodległości Ukraina ma zasadniczy problem z dokonaniem wyboru cywilizacyjnego. Podobny problem, od czasu zmiany systemu politycznego w Polsce, mają nacjonaliści i postpezetpeerowska lewica, jedni i drudzy przeżarci PRL-em. Endecko-oenerowski rodowód polskich narodowców wyklucza wszelką nadzieję na zmianę ich sposobu myślenia. Ale lewica ma szansę, pod warunkiem, że nastąpi wielka zmiana świadomości i liderów. Dla dobra lewicy Miller musi z polityki odejsć, bo należy do innego świata.

2012-09-24

Stan nauki polskiej to problem cywilizacyjny


Wikimedia commons

Od czasu do czasu troska o stan polskiej nauki staje się modnym tematem artykułów prasowych. Dzieje się tak wówczas, gdy okazuje się, że mogliśmy z Unii dostać więcej pieniędzy niż dostaliśmy. Ostatnio stało się tak, gdy wśród 536 młodych, obiecujących naukowców, którzy otrzymają łącznie 800 mln euro na projekty badawcze znalazł się tylko jeden polski naukowiec. Po opłakaniu strat, nauka wraca na swoje miejsce w hierarchii tematów interesujących i ważnych. Miejsce bardzo odległe. Jeśli się pojawia, to zwykle w ten sam sposób: w wywiadzie lub artykule autorstwa tego czy innego polityka zmartwionego naciskami "brukselskiej biurokracji", która chce w Polakach wzbudzić naukowy zapał. Na siłę, mocą finansowego dyktatu, i wbrew polskim interesom, bo przecież polski interes to budowanie dróg i mostów, a nie badania naukowe. Argumentacja ta bynajmniej nie jest wyłączną domeną eurosceptyków. Nie, w tej kwestii panuje w Polsce szeroki konsensus.

Nauka czy autostrady

Nawet Donald Tusk, uznany podczas polskiej prezydencji w Radzie UE za wzór proeuropejskiego polityka, uważa badania naukowe za sprawę drugorzędną. W 2010 roku napisał list do Hermana Van Rompuya, José Manuela Barrosa i José Luisa Rodrigueza Zapatero (Hiszpanii przewodniczyła wówczas UE) przekonując, że priorytetem unijnej gospodarki powinny być miliardowe inwestycje w drogi, koleje i sieć teleinformatyczną, a nie inwestycje w badania naukowe i wiedzę. To stanowisko nie zmieniło się do dziś. W swoim projekcie wieloletnich ram finansowych dla UE (2014-2020) Komisja Europejska uwzględniła ten postulat proponując wygospodarowanie na ten cel 50 mld (instrument budżetowy "Łącząc Europę").

Ale propozycja Komisji jest efektem innego niż dominujący w Polsce sposobu myślenia: nauka i badania nie są alternatywą dla inwestycji infrastrukturalnych, jedno musi iść w parze z drugim. Co więcej, nauka i badania są warunkiem rozwoju, również w zakresie infrastruktury. Stanowisko to jest też zgodne ze strategią stymulowania wzrostu gospodarczego Europa 2020 opierającej się na trzech priorytetach: rozwój gospodarki opartej na wiedzy i innowacjach, gospodarki niskoemisyjnej, gospodarki stawiającej na wysoki poziom zatrudnienia.

Nowoczesność: ciągnik zamiast konia

Jeden z artykułów z ostatnich dni (Gazeta Wyborcza, 14/09/2012) zaczynał się od pytania: skąd się bierze mizeria polskiej nauki? Uczestnicy debaty dostarczyli wielu odpowiedzi. Wśród nich, raczej między wierszami niż sformułowaną wprost, wyczytać można odpowiedź najważniejszą: w Polsce badania i nauka to kwestia drugorzędna, a wydatki na nie stanowią wymuszona przez UE alternatywę wobec jedynego ważnego celu: twardej infrastruktury. Jestem jak najdalszy od twierdzenia, że infrastruktura jest nieważna. Polska potrzebuje wyższego poziomu inwestycji w infrastrukturę niż kraje wyżej rozwinięte nie tylko dlatego, że musi opóźnienie w rozwoju nadgonić, ale też po to, by nie dopuścić do szybkiego wzrostu bezrobocia. To jasne, że potrzeby Polski w tym zakresie są inne niż krajów, które w nowoczesna infrastrukturę inwestowały od dziesiątków lat. Również wtedy, gdy była ona motorem świadomego dążenia do nowoczesności. Dzisiaj już nie jest. Dzisiaj świat jest gdzie indziej. A Polska, w której cywilizacyjnie nawet koncepcja nowoczesności jest odmienna od niemieckiej czy francuskiej, razem z nim. Czy chcemy tego, czy nie. Zastąpić konia ciągnikiem, zwykłą asfaltówkę autostradą, to już było. Zapóźnień z lat siedemdziesiątych nie nadrobimy logiką modernizacji z lat siedemdziesiątych.

Niemiec chce nas wyzyskać

Niektórzy naukowcy skarżą się, że brak w Polsce atmosfery i środowiska (również infrastrukturalnego) koniecznych dla rozwoju badań i nauki. A jak ma być, skoro nawet dla rządu jest to kwestia drugorzędna? W Polsce każda zachęta UE, by inwestować (tak, inwestować!) w naukę i badania jest postrzegana jak pułapka. Kryje się za tym paranoiczne, eurofobiczne przekonanie, że Polska jest otoczona silniejszymi od niej wrogami (Niemcy), którzy chcą zatrzymać transfery środków z Zachodu na Wschód, promować lepiej rozwinięte regiony UE kosztem gorzej rozwiniętych, budować rynek dla "zachodniego" przemysłu.

Gdy takie rzeczy wypisuje Konrad Szymański (na przykład tutaj), to nie można się dziwić, bo to są jego poglądy, nie tylko na UE, ale w ogóle na otaczający świat. Emocjonalne zaangażowanie i ideologia każą mu abstrahować od podstawowych, świetnie mu znanych zasad, na których nie od wczoraj, ale od początku, opiera się idea i praktyka integracji europejskiej. Jedną z nich jest wyrównywanie a nie różnicowanie poziomów rozwoju. Zdaniem Szymańskiego i innych polityków pisowskich lub pisopodobnych, w świecie, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem, jest to zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Kwestia wiary. Ale dlaczego na podobnym stanowisku stoją politycy prezentujący się, jako orędownicy nowoczesności i europejskości? Może po prostu ich nowoczesność i proeuropejskość są zbyt świeżej daty, niezakorzenione, nie w pełni uświadomione. Może krótki staż w UE nie wystarczył, zatrzeć podział Wschód-Zachód, głęboką świadomość prowincjonalności i niezdolność do spojrzenia na siebie samych jako części świata, a nie tylko konkurenta dla sąsiada zza miedzy.

Oczywiście, że jest co negocjować

UE ma prostą zasadę funkcjonowania: wpłacamy do wspólnego budżetu pieniądze na realizację tych celów, które wspólnie chcemy osiągnąć. W praktyce okazuje się, że nie wszędzie te cele są identyczne a ich realizowanie nie wszędzie wymaga zaangażowania takich samych – w procentowej relacji do PKB – nakładów. Chodzi o to, by finansowe instrumenty zostały skonstruowane tak, by dać wszystkim równe szanse. Tego powinny dotyczyć twarde negocjacje, który polski rząd prowadzi ze swoimi partnerami. Podważanie oczywistości, jaką jest konieczność modernizacji i innowacyjności, konieczność badań i nauki by UE pozostała konkurencyjna w świecie jest pozbawione sensu.

Zamiast tego, należy stworzyć warunki do jak najpełniejszego wykorzystania środków, które UE na ten cel przeznacza. Dla dobra polskiej nauki, ale przede wszystkim po to, by Polska nie pozostała jeszcze bardziej w tyle. By dotrzymać kroku chińskiej i amerykańskiej konkurencji, UE potrzebuje odpowiedniej liczby naukowców. Zatrzymanie naukowców i ich rodzin na miejscu i przyciągniecie ich spoza UE wymaga nakładów. Dobrze, by chcieli i mogli żyć i pracować również w Polsce. Przekonanie, że wystarczy, gdy będą w Londynie, Paryżu i Madrycie, byle tylko Bruksela pozwoliła nam betonować dwupasmówki i radośnie mknąć po szosach, prowadzi donikąd.

Oczywiście, że to się opłaca

Dystansu do nowoczesnego świata nie mierzy się dziś kilometrami autostrad. To, że polskie lokomotywy i pociągi produkowane przez Pesę i Newag sprzedają się dziś w Europie i w świecie jest lepszą miarą postępu. Nie byłoby go, gdyby nie nakłady na innowacyjność. To ona, nie tylko cena, stanowi dziś o konkurencyjności przedsiębiorstwa. To prawda, że jakość polskich torów nie pozwala na puszczenie nimi szybkich, nowoczesnych pociągów. Infrastruktura? Nie: jakość i innowacyjność. Nowoczesność. Wielomiesięczne negocjacje, w których polski rząd chciał wynegocjować z Komisją Europejską zgodę na łatanie dziur, zamiast na rzeczywistą modernizację kolei, a potem przekazanie "zaoszczędzonych" pieniędzy na autostrady to szczyt absurdu. Nie przypadkiem podaję ten przykład: nauka, badania, innowacyjność to nie alternatywa dla inwestycji infrastrukturalnych, ale warunek nadania tym inwestycjom sensu. Do wykorzystania jest wielki potencjał. Zamiast zastanawiać się czy są zmiany klimatyczne i bronić gospodarki wysokoemisyjnej, opartej na węglu, lepiej umiejętnie wykorzystać środki, które UE przeznacza na "zazielenienie" gospodarki. Chińczycy, kraj spoza UE, którzy nie są wielbicielami unijnej polityki klimatycznej, ale potrafili wykorzystać wynikający z tej polityki popyt na panele słoneczne i stali się ich największym eksporterem na świecie. Wymagało to jednak inwestycji w badania.

Polska jest wielkim orędownikiem wspólnego rynku. I przeciwnikiem Europy dwóch prędkości. Słusznie. Akceptując jednak strategię Europa 2020 a jednocześnie domagając się dla siebie pieniędzy na drogi zamiast na naukę i badania, zapomina, że wspólny rynek i spójność europejska nie będą miały racji bytu, gdy w jednej części Europy będzie powstawał coraz nowocześniejszy, bardziej specjalistyczny przemysł, zdolny do konkurencji ze światem, a w drugiej – powstawać będą drogi dojazdowe z peryferii do centrum. Dynamika gospodarcza mająca za jedyne źródło inwestycje infrastrukturalne jest krótkookresowa. W dłuższej perspektywie nie wystarczy, by uniknąć pozostania po stronie zapóźnionych i niedorozwiniętych.

Polska sama stawia się poza limesem

Mała aktywność na polu nauki to kwestia braku tradycji, napisała jedna z uczestniczek debaty o polskiej nauce. To prawda. Chwilowe przebudzenie, prowadzące do uchwalenia nowego prawa czy powołania nowej instytucji nic nie zmieni; nie zmieni tradycji myślenia o państwie, świadomości zdefiniowanego w prawie celu ani umiejętności patrzenia w przyszłość. Dotyczy to nie tylko nauki i badań. To samo tyczy się służby cywilnej (żadna ekipa w postkomunistycznej Polsce nie zniszczyła jej tak skutecznie jak PO, ani PiS, ani SLD), ochrony środowiska (jest rozporządzenie dotyczące niskiej emisji spalin, ale Ministerstwo Skarbu nie bierze go pod uwagę, gdy leasinguje samochody służbowe), socjalnych powinności państwa (Gowin, recenzując tzw. Exposé Kaczyńskiego, uznał, że najlepiej je zdyskredytuje nazywając je "socjalnym" – w czasach, gdy rośnie bezrobocie i poszerza się obszar biedy!). Polska jest cywilizacyjnie w innym nurcie niż nurt dominujący w nowoczesnej, europejskiej demokracji. Nauka nie jest jedyną ofiarą tego stanu świadomości. Polska sama stawia się poza limesem i nie widać niestety żadnej siły politycznej ani intelektualnego zaplecza, które byłyby w stanie nadać nowy bieg polskiej rzeczywistości.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...