Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islamizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islamizm. Pokaż wszystkie posty

2015-12-01

Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa

Tym, którzy tak bardzo boją się "islamizacji" wywołanej przybyciem muzułmanów  do katolickiej Polski, odpowiadam: świeckie państwo, praworządne i demokratyczne, jest najlepszym zabezpieczeniem przed dominacją religii. Każdej religii. Zwolennikom świeckiego państwa, którzy słusznie oburzają się na destrukcyjny wpływ Kościoła katolickiego na polskie państwo i społeczeństwo a jednocześnie okazują godną uznania otwartość i tolerancję wobec mających przybyć do Polski muzułmanów, przypominam: nikt jeszcze nie dowiódł, że syryjscy czy jemeńscy muzułmanie mają więcej szacunku do świeckiego państwa i demokracji niż polscy katolicy.  Do integracji muzułmanów trzeba się tak przygotować, by przekonać katolickich islamofobów, że najlepszym lekarstwem na ich obawy jest demokratyczne, świeckie państwo. Zwolennicy takiego państwa powinni zrozumieć, że jest to zadanie rownież dla nich.


W tym tekście  mowa jest o islamie, a nie o islamizmie, o muzułmanach, a nie o powołującej się na Koran i Proroka salafickiej sekcie samobójców i zabójców. Mowa bardziej na wszelki wypadek, nie dlatego, że nagle przyjęcie imigrantów i uchodźców wyznających islam zmieni zauważalnie religijną mapę Polski. Nie zmieni, bo spodziewamy się garstki osób. Na razie zagrożeniem w Polsce nie są jeszcze islamiści, tylko faszyści z ONR, rasiści organizujący islamofobiczne manifestacje.

O islamie trzeba mówić bo Polska - na szczęście! - nie pozostanie na zawsze monoetnicznym, zamkniętym społeczeństwem. W dzisiejszym świecie to po prostu niemożliwe. A do życia w społeczeństwie zróżnicowanym i otwartym też trzeba się przygotować. Na razie przygotowania widzę jedynie po stronie neofaszystów: odbywają się, jak ostatnio we Wrocławiu, pod hasłami „Polska tylko dla Polaków”, „Bez islamu Wielka Polska”, „Wielka Polska katolicka”. Zwolennicy demokracji i świeckiego państwa nie powinni im pozwolić  na zdominowanie debaty. Udawanie, że tematu nie ma, to nie jest dobra strategia.

Ten tekst nie jest o Polakach muzułmanach, którzy -  tak jak rzymscy katolicy, prawosławni, unici albo luteranie - stanowią od wieków część polskiego społeczeństwa. Dotyczy natomiast koniecznej refleksji nad obywatelską i społeczną integracją praktykujących muzułmanów, którzy członkami polskiego społeczeństwa dopiero mają się stać. Tym bardziej, że notoryczne naruszanie zasady świeckości państwa w Polsce może uczynić tę integrację trudniejszą.

Obywatel wobec demokratycznego państwa

Z jednej strony islam jest jeden, niepodzielny a muzułmanie tworzą światową wspólnotę (ummę) ludzi żyjących zgodnie z nakazami Koranu i tradycji Proroka. Z drugiej strony, pomijając już nawet różne nurty islamu (w rozumieniu doktryny, jak w chrześcijaństwie), jest oczywiste, że muzułmanie przybywając z różnych państw i kontynentów, mając zróżnicowane wykształcenie i pochodzenie społeczne, mogą mieć odmienny stosunek do islamu jako takiego, do praktyk religijnych i do funkcjonowania religii w państwie. Tak jak stosunkiem do chrześcijaństwa i do religii mogą różnić się między sobą chrześcijanie. Dlatego kwestią zasadniczą jest postawa obywatela wobec demokratycznego państwa, a nie jego wyznaniowa przynależność.

Dawno temu głównym (choć nigdy jedynym) spoiwem Europy było zachodnie chrześcijaństwo. Dziś tym spoiwem jest parlamentarna demokracja. Nie przyjmują tego do wiadomości europejscy faszyści, którym europejskość kojarzy się przede wszystkim z białym kolorem skóry i chrześcijaństwem, a  nie z wartościami, które stanowią fundament Unii Europejskiej.

Dla ateisty i agnostyka, dla katolika, prawosławnego, hinduisty czy sunnity, który uznaje zasady parlamentarnej demokracji za swoje, świeckie państwo jest naturalnym środowiskiem, w którym może swobodnie realizować swoje wyobrażenie transcendencji. Inaczej jest w przypadku przeciwnika liberalnej demokracji. Jego wrogość do tych wartości i rozwiązań ustrojowych bywa uwarunkowana religijnie lub ideologicznie. Fundamentalizm religijny (a nie religia), który staje się politycznym postulatem i skrajny nacjonalizm (a nie patriotyzm) stanowią zagrożenie dla demokracji i wolności.

Islam to nie islamizm, muzułmanie - to nie islamiści

Identyfikowanie islamizmu z islamem, integrystycznej sekty z całą muzułmańską wspólnotą, i fundamentalistycznych oprawców z tymi, którzy uciekają przed nimi do Europy to albo ignorancja albo cyniczne wykorzystywanie ignorancji innych. Jedno i drugie podszyte jest zwykłym rasizmem.

Skrajna prawica nie przypadkiem przedstawia muzułmanów jako monolit. Ignorancja ludzi im w tym pomaga: przekonanie, że muzułmanin to Arab a Arab to muzułmanin jest dość powszechne. Podsycane islamofobią (która z powodzeniem zastąpiła dziś w katalogu populistycznych nienawiści antysemityzm) postrzeganie każdego muzułmanina jak potencjalnego terrorysty idzie w parze z traktowaniem wyznawców islamu jak wspólnoty etnicznej.

Język szowinizmu, który od wieków był iskrą zapalną większości europejskich wojen, wraca dziś by opisać stosunki Francuzów, Polaków, Austriaków czy Węgrów z muzułmanami tak, jakby chodziło o konflikt narodowy. Ludzie, którzy nie myślą w kategoriach państwa i społeczeństwa, tylko narodu jako wspólnoty etnicznej, i dla których obywatelstwo to narodowość, a narodowość jest sprzężona z religią narodu, nie mogą pojąć, dlaczego Hollande mówił po paryskich zamachach, że Francuzi mordowali Francuzów. I dlaczego, skoro tak, wysyła bombowce nad Syrię.

Świeckie państwo a wzrost liczby praktykujących


Laicka Francja, gdzie obowiązuje zakaz "ostentacyjnego manifestowania przynależności religijnej" i ani uczeń w szkole publicznej ani urzędnik w urzędzie państwowym nie może pojawić się w stroju wskazującym na wyznanie, Belgia, gdzie obowiązują podobne zasady, czy Wielka Brytania, kraj z państwową religią i swobodniejszym podejściem do laickości, stały się domem dla setek tysięcy imigrantów wyznających różne religie. W polskiej sytuacji mowy nie ma o tak licznej mniejszości religijnej, bo kilka tysięcy muzułmanów, których gotowi ewentualnie bylibyśmy wpuścić w ramach unijnych kwot, to kropla w morzu.

Zwiększenie liczby wierzących nie musi stanowić zagrożenia dla świeckiego państwa, bo świeckie państwo nie polega na tym, że żyją tam sami ateiści, tylko na przestrzeganiu rozdziału państwa od Kościoła; na tym, że państwo jest wspólnotą obywateli a nie wyznawców takiej czy innej religii; na poszanowaniu przez państwo wolności religijnej obywateli, również tych nie wyznających żadnej religii, a przez członków wspólnot religijnych i filozoficznych nadrzędności państwowego porządku prawnego: w szkole, urzędach, instytucjach kultury.

A jednak - bez względu na religię - pojawienie się osób, które całkiem zwyczajnie, niekoniecznie ostentacyjnie, manifestują strojem swą religijną przynależność, nie zawsze widzą problem w przenikaniu się życia państwowego z religijnym rytuałem, oddają się publicznie religijnym praktykom, lub zaopatrują się w żywność głównie w sklepach przestrzegających religijnych nakazów może stanowić wyzwanie dla świeckiego, demokratycznego państwa.

A tym bardziej dla państwa takiego jak polskie, które nie tylko nie jest świeckie, ale w którym potrzeba świeckości państwa nie jest w społeczeństwie rozpowszechniona. W Polsce nawet  antyklerykalizm niekoniecznie musi odzwierciedlać rzeczywiste poparcie dla świeckiego państwa. Często oznacza jedynie wrogość wobec wobec rozpanoszonej kościelnej instytucji.

Polska, państwo nieświeckie

Żyjemy w społeczeństwie bardzo konserwatywnym, w państwie jeszcze nie wyznaniowym, ale w którym religia odgrywa rolę trudną do pogodzenia z demokracją i konstytucją a kościelna hierarchia jak diabeł święconej wody boi się każdego objawu modernizacji, nawet zadekretowanej przez papieża. Właśnie dlatego przybycie tradycjonalistycznie podchodzących do religii wyznawców islamu nie jest bez znaczenia. Dla obrońców idei świeckiego państwa nawet ta mała grupa zasługuje na większą niż dotychczas uwagę. Zwłaszcza teraz, gdy pod nowymi rządami idea rozdziału państwa od Kościoła, wartości laickie i liberalna, parlamentarna demokracja znów są wystawione na ciężką próbę.

Dzwony rozbrzmiewające na całe miasto, procesje, polityczne kaznodziejstwo, krzyże w urzędach i szkołach, przymusowe de facto lekcje religii finansowane przez państwo, anachroniczna zasada prawna pozwalająca sądzić za obrazę uczuć religijnych (czemu tylko religijnych?) i stanowiąca usankcjonowanie religijnej cenzury, brak tolerancji wobec niewierzących, etnograficzny wymiar religii skutkujący społecznym przymusem udziału w rytuałach i wyboru stylu życia, próby przeniesienia do prawa cywilnego zasad kościelnych, często fundamentalistycznych i godzących w prawa jednostki, święcenie publicznych budynków z udziałem władz państwowych, że o egzorcyzmach odprawianych w parlamencie przez partię rządzącą nie wspomnę  - oto bardzo skrótowy opis realiów „świeckiego” państwa w Polsce.

Jeśli równość obywateli jest w państwie zasadą konstytucyjną, to warto zapytać, jak w tej sytuacji państwo odpowie na postulat swobodnego praktykowania kultu przez muzułmanów. Nie można wykluczyć, że przybywający z Syrii czy Iraku muzułmanie mogą wyobrażać sobie inaczej niż polscy Tatarzy codzienne praktyki religijne.  Gdyby się to komuś nie podobało, to z góry ostrzegam: argument świeckości państwa nie zabrzmi wiarygodnie.

Dialog (świeckiego) państwa ze związkami wyznaniowymi

Państwa świeckie nie eliminują wspólnot religijnych ani filozoficznych, tylko prowadzą z nimi dialog. Religijnych lub filozoficznych: właśnie tak. Bo jeżeli przyjąć, że grupa obywateli buduje wspólną tożsamość w oparciu o wspólny pogląd na transcendencję, to wiara w istnienie Boga i manifestowanie tego przekonania przez rytuały jest tak samo istotna jak przekonanie, że Boga nie ma i że człowiek jest punktem odniesienia. Skoro jednak mowa o islamie, skupmy się na religiach.

Dialog wymaga oczywiście dwóch stron, państwo musi mieć partnera. Regulowanie stosunków państwo-Kościół wygląda inaczej, gdy mowa o  hierarchicznych, zinstytucjonalizowanych religiach, takich jak wyznania chrześcijańskie, a inaczej, gdy takiej zinstytucjonalizowanej struktury nie ma, jak w przypadku sunnitów. Szyici mają zinstytucjonalizowaną hierarchię, u jej szczytu znajdują się ajatollahowie, ale o współpracy państwa z takimi strukturami raczej trudno mówić. Jak duży może to być problem pokazują przykłady Austrii czy Francji.

Islamiści to zagrożenie dla muzułmanów

We Francji, żeby państwo miało jakiegoś partnera do dialogu, powołano do życia sztuczny twór mający reprezentować muzułmanów,  przez część z nich nie uznawany za przedstawiciela. Problemem nie byli ci wyznawcy islamu, którzy - tak jak większość chrześcijan - uważają, że religia jest ich prywatną sprawą, ale ci, którzy traktują islam jak wspólnotę polityczną. To oni służą za przykład potwierdzający tezy skrajnej prawicy i oni stanowią największe wyzwanie dla świeckiego, demokratycznego państwa. Ta płaszczyzna dialogu, sztuczna ze względu na specyfikę islamu, nie pozwoliła we Francji na neutralizację radykalnych integrystów, którzy o żadnym dialogu nie chcą słyszeć.

Pamietajmy, że stanowią oni zagrożenie rownież dla samych muzułmanów i to po trzykroć: po pierwsze, z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego, w podobny sposób jak dla innych obywateli; po drugie, ponieważ ich systemowe działania na rzecz radykalizacji młodych i polityczne wpływy są destrukcyjne dla funkcjonowania społeczności wyznaniowej jako całości; po trzecie dlatego, że działania tej garstki fanatyków stanowią pretekst do napiętnowania wszystkich wyznawców islamu. Takie manifestacje jak ta w Poznaniu, gdzie polscy muzułmanie maszerowali pod hasłem "Nie w naszym imieniu" by zaprotestować przeciw probie zawłaszczeniu islamu przez dżihadystów, odbywają się w calej Europie.

Zatrzasnąć drzwi przed integryzmem, nie przed muzułmanami

Zarówno we Francji jak i w Austrii funkcjonują  meczety, których rola wykracza  poza miejsce kultu (gromadzą się wokół nich wyznaniowe organizacje samopomocy lub krzewienia kultury), znajdujące się pod bezpośrednią kontrolą obcych państw, Algierii, Arabii Saudyjskiej lub Kataru.  Do czegoś podobnego dopuszczać nie wolno.  Austria przygotowuje właśnie projekt przepisów zakazujących finansowanie z zagranicy, a Koran ukaże się wreszcie w wersji "zestandaryzowanej" po niemiecku (obecnie dominują fundamentalistyczne wersje niemieckojęzyczne przywożone z krajów Zatoki Perskiej).

Ale jeżeli świeckie państwo nie finansuje budowy świątyń (w Polsce niby też nie, ale w praktyce różnie to bywa), a jednocześnie uznaje prawo wierzących do wspólnego praktykowania kultu religijnego, to czy powinno zakazać darowizn z zagranicy? To jedna z kwestii, nad którą w Polsce warto się zastanowić, bo być może rozwiązania prawne nie są adekwatne do zmieniającej się sytuacji. Ich dostosowanie jest jednym z kluczowych warunków udanej integracji przybywających do Polski praktykujących muzułmanów. Nie wolno pozwolić na instytucjonalizacją fanatyzmu i integryzmu.

Fanatycy o chłopięcych twarzach 

Mamy w Europie europejski islam: muzułmanów zadomowionych w Europie, często od dziesięcioleci. Połowa francuskich muzułmanów (których liczbę szacuje się na 4 miliony) jest niepraktykująca, większość nie ma problemu z funkcjonowaniem w demokratycznym państwie, które na dodatek świeckość ma zapisaną w konstytucji (podobnie jak Turcja), prowadzących taki sam styl życia jak inni obywatele.

Ale w latach dziewięćdziesiątych polityczna i finansowa ofensywa Arabii Saudyjskiej doprowadziła do szybkiej zmiany. Statystycznie może niezbyt imponującej (liczbę potencjalnie niebezpiecznych, tak zwanych "zradykalizowanych" aktywistów na terenie Unii Europejskiej francuski wywiad ocenia na 30 tysięcy osób), ale wizualnie jak najbardziej: kobiety w hidżabach i nikabach, czasem całe w czerni, brodaci mężczyźni w tradycyjnych strojach z innej epoki, rygorystyczna praktyka religijna, wyznawanie szariatu - ta ostentacja to była nowość, którą przywieźli ze sobą do Europy zindoktrynowany studenci powracający z Arabii Saudyjskiej. To oni zasili szeregi salafistów, fundamentalistycznego odłamu szyizmu.

Również wśród salafistów jest podział na adeptów tradycjonalistycznego, ale niegroźnego kwietyzmu i radykalnego takfiryzmu, którego wyznawcy patrzą na innych muzułmanów jak na zdrajców nauki proroka. To prawda, że chłopięce twarze zamachowców z Paryża, nie przywodzą na myśl salfistów. Ale to właśnie w salafickich meczetach (jest ich we Francji 90) dochodzi do radykalizacji wyznawców. I nie jest przypadkiem, że na przykład w Lyonie właśnie meczet tego odłamu został po zamachach w Paryżu zamknięty.

Tych zagrożeń nie można wyolbrzymiać. Ale udawanie, że ich nie ma, to oddanie terenu skrajnej prawicy, która skorzysta z okazji wrzucenia wszystkich muzułmanów do jednej szuflady z napisem "terroryzm". By jednak z takimi zagrożeniami sobie radzić, trzeba systematycznie przeciwstawiać się każdemu religijnemu fanatyzmowi, katolickiemu również.

Islam to również wyzwanie polityczne 

Dla Polski wchłonięcie tej garstki muzułmańskich uchodźców nie będzie problemem, jeśli tylko właściwie się do niego przygotować. Trzeba umieć dostrzec liczne zalety przyjazdu imigrantów. Trzeba też podjąć właściwe decyzje dotyczące miejsca i warunków osiedlenia przybyszów: liczba nieznacząca w dużym ośrodku, może okazać się istotna w małej gminie. Zarówno doświadczenia integracyjne innych państw UE jak i unijne fundusze mogą zostać dobrze wykorzystane tylko przez tych, którzy mają odwagę tego wyzwania nie przemilczeć.

Ale przecież chodzi nie tylko o wyzwania logistyczne i finansowe. Nie wolno chować głowy w piasek: islam, ze względu na swą specyfikę, to również wyzwanie polityczne. Inaczej niż chrześcijaństwo, będące  elementem zachodniej cywilizacji, islam nie był w stanie sam siebie zakwestionować, zreformować i przemienić. Reformacyjny ruch Nahda w XIX wieku nie odnowił islamu, trwałym jego śladem okazał się właściwie tylko nacjonalizm arabski, głównie w Egipcie. Islam nie miał nigdy potrzeby stawiać czoła wyzwaniu jakim dla chrześcijaństwa było Oświecenie (z którym zresztą polski katolicyzm, a nawet szerzej – polskie społeczeństwo – ma problem do dzisiaj). Inaczej też niż w chrześcijańskich państwach Zachodu potoczyła się w świecie islamu historia relacji państwo a wspólnota religijna, prawny porządek świecki a prawo religijne.

Świeckość i demokracja przeciw islamistom i islamofobom

Plakat "Dni Świeckości", Kraków, 25-27.09.2015 
Zwolennik świeckiego państwa, jaki by nie był jego stosunek do religii, nie stanie po stronie islamofobów przerażonych możliwym napływem do Polski wyznawców innej religii niż quasi państwowy katolicyzm.

Trzeba jednak zachowywać się konsekwentnie: jeżeli jest się przeciwnikiem dominacji religii nad demokracją, religijnego obskurantyzmu, archaicznego modelu społecznego konserwowanego przez religie, religijnie uzasadnionej dominacji mężczyzny nad kobietą, jeżeli jest się zwolennikiem świeckiego państwa, to nie można pomijać milczeniem konsekwencji przybycia do Europy tysięcy muzułmanów. Zdecydowana większość z nich przybywa do Europy po to między innymi, by korzystać z gwarantowanej tu wolności, również religijnej, i równości obywateli wobec prawa. Zarówno radykalni islamiści jak lokalna skrajna prawica katolicka chce im to uniemożliwić.

Dziś, w kontekście kryzysu imigracji, najważniejszym zadaniem dla obrońców świeckości państwa jest tak przygotować i zrealizować integrację muzułmanów by przekonać katolickich islamofobów, że najlepszym lekarstwem na ich obawy jest demokratyczne, świeckie państwo.


Na podobny temat na tym blogu: "To oni są przeciwko nam"

Interesujący tekst: Piotr Kieżun, "Tahar Ben Jelloun i inni muzułmanie" na portalu Kultura Liberalna

2015-11-15

To oni są przeciwko nam

Silny jest sprzeciw ludu wobec "onych". Wczorajsze zamachy terrorystyczne w Paryżu, jak każda taka tragedia, uwolniły falę emocji i zalew komentarzy. Wyrażane na forach i w mediach społecznościowych opinie nacechowane są wyższym jeszcze niż zwykle poziomem szczerości, bo niedodparta potrzeba natychmiastowej reakcji nie pozostawia czasu na przyoblekanie myśli w eufemizmy. Z wielu komentarzy jednoznacznie przebija świadomość, że jesteśmy my i oni, i że skoro oni nam taki zgotowali los, to my nie pozostawimy tego bez odpowiedzi. Proponowane rozwiązania są dość standardowe. Zamiast je analizować, znacznie ciekawiej jest spróbować zrozumieć kim są "oni" a kim jesteśmy "my".

Kim są oni

Wstępne jeszcze raporty policji zdają sie potwierdzać schemat wcześniejszych zamachów: "oni" są stosunkowo młodzi, mówią płynnie w języku kraju, w którym dokonali zamachu, zwykle się w nim urodzili i chodzili tam do szkoły, wyglądają "normalnie", to znaczy ubierają się jak większość ich rówieśników i nie zaskakują specjalnie egzotyką swojej urody. Rozmywają się w tłumie. Są stąd. Potem dopiero okazuje się, że mają egipskie albo syryjskie paszporty. Ale czy prawdziwe? Czy nie na dodatek do europejskiego paszportu: belgijskiego, francuskiego, brytyjskiego? Potem okazuje się też, że wyjeżdżali do Syrii, Jemenu, Afganistanu. Na szkolenie w bazie dla terrorystów? I najważniejsze: są muzułmanami.

Oni są młodzi jak wielu autorów najbardziej zajadłych wpisów na polskim Twitterze, tych naznaczonych stuprocentową pewnością i zerową wiedzą, czarno-białych. Są muzułmanami, tak jak ci, którzy uciekają przed terrorem tak zwanego państwa islamskiego lub giną pod jego rządami, jak wielu tych, którzy giną pod bombami w Syrii i Jemenie. Sa muzułmanami podobnie jak wiele ofiar ich zamachów, jak niejeden francuski policjant biorący udział w akcji antyterrorystycznej, jak tysiące ludzi, którzy na codzień chodzą do pracy, uczą się, chorują, robią zakupy. Fakt, na pewno nie w niemalże jednokulturowej, etnicznie jednorodnej Polsce. Ale tam, gdzie te zamachy są organizowane, ci ludzie nie rzucają się w oczy.

Kim jesteśmy my


Z wpisów na forach i na Twitterze wynika, że my jesteśmy tutejsi. To najważniejsze kryterium: oni stamtąd, my stąd. Więc to kwestia geografii, miejsca urodzenia. Ale też, okazuje się, genów i krwi: my jesteśmy biali (mniejsza o odcienie białości, nie wymagajmy biegłości w odcieniach od kogoś, kto widzi tylko czarny i biały kolor) podczas gdy oni zwykle mają inny kolor skóry, taki ciemniejszy (o ile ciemniejszy?). My jesteśmy chrześcijanami, czyli katolikami, a oni - muzułmanami. Muzułmanami czyli islamistami. A ponieważ muzułmanie są stamtąd, to jako imigranci są islamistami. Proste? Proste. Nikt się nie bawi w odróżnianie sunnitów od szyitów, fundamentalistycznych salafitów od innych ruchów i bezruchów w islamie, a nawet... muzułmanów od Arabów.

Miejsce urodzenia, kolor skóry i religia to najcześciej powtarzające się intuicyjne kryteria odróżnienia onych od naszych. Ale choć zwykle apologetami naszości są ci, którzy na co dzień odwołują się do narodu i polskości, zdarzają się wyjątki: niektórzy naszość rozumieją szerzej, jako europejskość. Jako osoba dumna ze swej przynależności do Europy i zwolennik federalnej Unii powinienem się cieszyć, ale nie cieszę się wcale. Pewnie dlatego, że rozumiem europejskość inaczej niż wielu spośród tych, którzy się na nią powołują. Gdy aktywny na Twitterze prezbiter, specjalista od elektronicznej ewangelizacji, wzywa do obrony Europy (czytaj: przed innowiercami) lub gdy nacjonalistyczno-katolicki tygodnik W Sieci ogłasza na stronie tytułowej, że Kaczyński i Orbàn uratują Europę (przed "szaleństwem lewicy" czyli przed liberalną demokracją i islamistami) to jest dla mnie jasne, że mówimy o zupełnie innej Europie.

Solidarni z kim, przeciw komu

Widzę kwiaty pod francuską abasadą i podświetlone na blue-blanc-rouge mosty i budynki. Wyraz solidarności z ofiarami, niewątpliwie. Również solidarność strachu: nie podświetlamy i nie ukwiecamy pamięci dziesiątek, setek osób, zwykle muzułmanów, którzy każdego dnia giną z rąk islamistycznych fundamentalistów w Syrii czy Iraku, bo wiemy, że wymierzony w nich pocisk nie zbłądzi i nas nie dosięgnie. Mieszkają daleko, pechowe miejsce urodzenia. Co innego bomba czy seria z kałasznikowa w Paryżu: mamy powody, by się bać.

Tak pojęta solidarność również wyznacza granicę między nami i nimi: my, mieszkańcy Paryża, Rzymu, Nowego Jorku czy Warszawy boimy się wspólnie ich ataku. Kwiaty, marsze i laserowe światełka mają przebrać naszą wspólnotę strachu w kostium niezłomnej determinacji. "We are not afraid" - wielki transparent po angielsku (w Paryżu!) to adresowany to całego świata przekaz: wiemy, jak bardzo wam zależy, żeby nas wystraszyć, ale wam się nie uda.

Czego my chcemy bronić

Przejawy symbolicznego działania, zwyczajne w świecie zdominowanym przez dyktat obrazu i informacji, niosą ze sobą również inny przekaz na temat naszej jedności. Bo z jednej strony są ci, którzy w pierwszym rzędzie jednoczą się w obronie wartości liberalnej demokracji Zachodu. To oni pierwsi, w reakcji na zamach na redakcję Charlie Hebdo, jedenaście miesięcy temu, założyli koszulki "Je suis Charlie" niekoniecznie dlatego, że estetyka tej gazety im odpowiada lub że świeckość rozumieją jako skrajną antyreligijność, ale w imię obrony otwartości, tolerancji, wolności słowa i laickiego państwa prawa. Jeśli odwołują się do Europy, robią to w odniesieniu do tych wartości, bez względu na to, czy przebieg integracji europejskiej ich satysfakcjonuje czy nie.

I jest druga strona: ludzie, którzy jednoczą się etnicznie i plemienne, religijnie i narodowo by dać odpór obcemu. Swojskość i obcość bardziej niż wartości obywatelskie stanowią o ich odrębności, a sposobem na bezpieczeństwo jest pozostanie wsród swoich, we własnej wspólnocie, która jest ważniejsza niż prawa i wolność jednostki. To Ci ludzie, którzy w geście solidarności z Francuzami malują twarze swych awatarów na trójkolorowo, ale jednocześnie popierają deklaracje nadchodzącego ministra Szymańskiego, którzy oznajmia, że po zamachach w Paryżu przestrzeganie przyjętych zasad kwotowego rozmieszczenia uchodźców w różnych krajach UE jest wykluczone. Skoro tak, to trójkolorowy makijaż oznacza jedynie barwy wojenne: nie wpuścimy muzułmanów. Oni też, choć rzadziej, odwołują się do Europy, ale zupełnie innej: bez praw podstawowych zapisanych w unijnej Karcie, zintegrowanej chrześciajństwem a nie politycznie i społecznie, międzynarodowej a nie ponadnarodowej, której gwarantami są Orban i Kaczyński, orędownicy państwa z innej Europy niż Unia Europejska.

O co toczy się bój?

Dla jednych, to bój o naszość: która którą zdominuje. Fakt, nie ma powodu, byśmy onym pozwolili zastąpić naszą naszość ich naszością i to na naszym terytorium (o tym jest ostatnia książka Huellbecqa "Uległość"). Dlatego, jak czytam na forach, islamistów (czyli wszystkich muzułmanów, w tym uchodźców uciekających przed islamistami) wpuszczać do nas nie wolno; a jeśli już są (bo wpuściła ich jakaś naiwna, "lewacka" władza), trzeba ich wydalać. Rozprzestrzenianie zarazy (dzięki Kaczyńskiemu wiemy, że uchodźcy roznoszą zarazki) trzeba powstrzymać, promując naszą naszość: niech będzie etnicznie i narodowo, niech będzie religijnie i chrystusowo. Przydadzą się flagi i krzyże. I święcona woda. I kotlet schabowy, bohater licznych memów w nacjonalistycznych mediach społecznościowych: jeśli religia im go zjeść nie pozwoli, wiadomo: nie są nasi. Granice zamknąć, nie bać się słowa "twierdza". Twierdza-Polska albo twierdza-Europa. W Polsce, z całym bogactwem niuansów, po stronie tak myślących sytuują się J. Kaczyński i T. Rydzyk, W. Waszczykowski i bracia Karnowscy, K. Szymański i R. Winnicki, A. Macierewicz i T. Terlikowski.

Dla drugich, stawką są polityczne reguły współżycia we wspólnocie obywatelskiej i państwowej: zasady nie do zaakceptowania dla fundamentalistów z "państwa islamskiego", Al Kaidy czy innych podobnych organizacji terrorystycznych. Te reguły to podstawa liberalnej demokracji: demokratyczne instytucje i powszechne wybory, zakaz arbitralności w działaniach władz wobec obywatela, konstytucja, której funkcją jest ograniczenie samowoli władz i poszanowanie instytucji kontrolnych powołanych konstytucją, niezależne, bezstronne sądownictwo i równość obywateli wobec prawa, niedyskryminacja, między innymi na tle religijnym, etnicznym, rasowym, czy ze względu na orientację seksualną, obrona praw podstawowych i wolności każdego obywatela, wolność mediów i wypowiedzi, wolność zgromadzeń. Ten katalog jest zawarty w Karcie praw podstawowych (której rząd J.Kaczyńskiego zdecydował w 2007 nie podpisać) i w innych dokumentach, takich jak na przykład komunikat Komisji Europejskiej w sprawie umacniania praworządności (wpis z 22/10/2015). Poszanowanie tych zasad i jednocześnie zasada solidarności wobec tych, którzy chcą przybyć do Europy by stać się podmiotem tych wolności i praw były podstawą Listu z Europy Środkowej w sprawie przyjmowania migrantów (wpis z 20/09/2915). W Polsce za obroną tych zasad opowiadają się między innymi tacy ludzie jak A. Michnik i Z. Bauman, A. Smolar i A. Celiński, C. Michalski i B. Borusewicz.

Czego chcą nas pozbawić islamiści

Fundamentalistów wszelkiej maści, mimo wszystkich różnic między religiami czy ideologiami, które są motorem ich działania, łączy negatywny stosunek do liberalnej demokracji i wybór partykularyzmów przeciw uniwersalizmowi, kolektywizmu przeciw indywidualizmowi. Islamistów też ta reguła dotyczy. Ale choć i u nas, w Europie, niemało jest zażartych wrogów demokracji opartej na prawach każdego człowieka i indywidualnej wolności a nie na prawie wspólnoty (etnicznej, rasowej, religijnej) do pozbawienia go tej wolności, to trudno w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem załóżyć, że między jednymi a drugimi możliwy jest sojusz. Co nie osłabia jednak wrażenia, że Winnincki czy Bosak w Polsce, tak jak rodzina Le Penów we Francji, interpretują patriotyzm tak jak islamscy integryści interpretują religię. Problemem dla islamistów nie jest model państwa preferowany przez skrajną europejską prawicę. Albo przez Orbàna, Putina czy Łukasznkę. To, czego chcieliby Zachód pozbawić, to model państwa, który zaciekle zwalcza też europejska skrajna  prawica: liberalnej demokracji. To jest ich cel.

Zaatakowali Francję już po raz drugi w tym roku, bo francuska armia jest dziś wszędzie tam, gdzie islamistyczny dżihad prowadzi wojnę: Irak, Jemen, Afganistan, Syria, Sahel. To akt zemsty. Zaatakowali Francję, bo tam są w stanie zbudować niezbędne do zamachu struktury (ten fakt, nie bez racji wykorzystują zwolennicy głębokiej zmiany francuskiej polityki imigracyjnej i integracyjnej). Ale Francja stała się też celem z innego powodu, ważniejszego niż logistyka: bulwar Woltera, plac Republiki - już same nazwy tych miejsc, które dopiero co były teatrem tragicznych wydarzeń przywołują wartości, które dla wrogów europejskiej demokracji są nie do zaakceptowania. Prezydent Obama był pierwszym przedstawicielem innego państwa, który publicznie wyraził solidarność z Francją i który nieprzypadkowo niektóre z tych wartości przywołał w swym wystąpieniu po francusku: liberté, égalité,  fraternité. Laicka i demokratyczna Francja jest dla nich archetypem zła.

Tu nie chodzi o wojnę religii ani narodów, tylko o model społeczeństwa i państwa. Islamscy terroryści chcą, by odpowiedzią z naszej strony na ich terror była nienawiść wobec zwykłych muzułmanów, bo ta nienawiść jest z tym znienawidzonym przez nich modelem sprzeczna. Czym silniejsza stygmatyzacja muzułmanów, którzy żyją normalnie wśród nas, chrześcijanm i niewierzących, tym łatwiej będzie islamistom wykorzystać ich poczucie wyobcowania w walce przeciw reszcie społeczeństwa. Podoba im się, że każdy zamach przyczynia się do wzrostu poparcia elektoratu tych skrajnych ugrupowań, które - choć pod sztandarami innych ideologii i innych religii - też chcą upadku ustroju dominującego dziś w zachodnim świecie. Na naszym terytorium nie jest dla nich problemem to, że ktoś jest katolikiem, jeszcze mniejszy kłopot stanowi wola niektórych katolików do narzucenia swych religijnych pryncypiów wszystkim współobywatelom. Problemem jest państwo świeckie, wykluczające dyskryminację na tle religijnym, upaństwowienie religii i konfesjonalizację państwa. Tu przebiega linia podziału, tu tkwi źródło odpowiedzi na pytanie kim są "oni" a kim jesteśmy "my", na pytanie o prawdziwy cel ich ataków i o to, czego powinniśmy bronić.



Na podobny temat: "Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa"


2012-02-14

Europa i Bliski Wschód: nie hodować satrapów, nie handlować demokracją


Al Kaida ogłasza dżihad przeciw rządom Baszara Al-Asada w Syrii. Irakijczycy walczący jeszcze niedawno w szeregach milicji Mahdiego  przeciw zachodniej koalicji, dziś dozbrajają syryjskich rebeliantów. Przeciw satrapie z Damaszku protestują islamiści w Libii. Autorytarne ale świeckie rządy na Bliskim Wschodzie upadają, a władzę przejmują islamiści. Tunezja, Egipt, Maroko - tak samo będzie w Syrii. Rzeczywistość pokazuje jak bardzo naiwne jest przekonanie, dość powszechne w naszej części świata, że upadek dyktatora oznacza zwycięstwo demokracji, a zwycięstwo demokracji oznacza świeckie rządy. Fakt, że upadających dyktatorów do niedawna jeszcze Zachód popierał albo przynajmniej tolerował, widząc w nich łatwiejszych do kontrolowania  partnerów niż w islamistach, dodaje tej naiwności politycznego dramatyzmu i każe się zastanowić jaki model partnerstwa UE i USA wypracują z rządami wyznaniowymi.

Nie musi być źle. Wszystkie bliskowschodnie rządy, o religijnej czy islamskiej proweniencji, kojarzą nam się z islamizmem. Islam to nie islamizm. Nie musi być ani fundamentalistyczny ani antyzachodni. Drogie nam zasady demokracji mogą pod tym rządami funkcjonować lepiej niż pod rządami Kadafiego, Mubaraka albo Asada. Nie ma jednak co udawać, że to nie w a część świata jest dla tych zasad ojczyzną. Jeżeli chcemy, by i tam funkcjonowały, nie możemy poddać się tezie o nieuniknionej wojnie cywilizacji, którą jedynie wolny rynek i międzynarodowy handel może powstrzymać. To nieprawda, że u nas demokracji bronić nie trzeba, bo już jest. I nie jest też prawdą, że dla jej utrwalenia wystarczy, żeby przetrwała w zachodnim skansenie idei. Te zasady muszą też być szanowane w otoczeniu Europy. Do ich obrony poza naszymi granicami potrzeba nie wojen krzyżowych, ale jasnego stawiania sprawy za każdym razem, gdy należy to zrobić. Na Bliskim Wschodzie, w Afryce i w Chinach. UE stawiając warunki dotyczące państwa prawa, demokracji, praw człowieka, a więc swoich wartości, przegrywa w Afryce konkurencję nie tylko z Chińczykami (których inwestycje, między innymi w wydobycie bogactw naturalnych, nie są takimi warunkami obłożone), ale i z USA. Na dłuższą metę jest to jednak niezbędne, nawet za cenę dostępu do niektórych surowców. Bo bez tych wartości nie ma Europy. Bez nich nie ma europejskiej soft power. A bez niej miejsce UE w świecie, i politycznie i gospodarczo, spada w rankingach. Europie nie wolno hodować satrapów pod pretekstem, że podpisuje z nimi umowy handlowe. I że jak my ich nie podpiszemy, to zrobią to Chińczycy. 

Claude Guéant                 Wikimedia Commons
Nie pomagają oczywiście ci politycy, którzy uważają za anachronizm wspominanie o prawach człowieka podczas handlowych negocjacji z satrapami. Nie ułatwiają sprawy i ci, którzy podczas swoich krajowych kampanii wyborczych głoszą wojnę cywilizacji. Zwłaszcza, gdy nie należą do politycznej ekstremy, ale do politycznego mainstreamu. Najświeższym przykładem jest choćby deklaracja francuskiego ministra spraw wewnętrznych Claude'a Guéant o wyższości zachodniej cywilizacji. Jestem jak najdalszy twierdzenia, że wszystkie cywilizacje są sobie równe; i że ich wzajemne przenikanie doprowadzi do jednej, pięknej ogólnoludzkiej cywilizacji. Tak nie będzie, bo cywilizacja, w odróżnieniu od kultury, to nie emanacja i materializacja gustów, ale społeczny projekt na przyszłość. To kwestia wspólnego wyboru wartości. A gdy wybory są inne i umowa jest zawierana na inny h zasadach to i cywilizacja jest inna. Tylko, że to są tematy na książkę, na uniwersyteckie debaty, na publicystyczne spory. Nie na kampanię wyborczą.

Claude Guéant swoje cywilizacyjne, karykaturalnie spłycone opinie głosi przed wyborami prezydenckimi by przyciągnąć do partii Sarkozy'ego elektorat skrajnej prawicy. Wie, że zostaną wykorzystane w populistycznym sporze o imigrację. Nie będę się rozwodził nad prawdziwymi poglądami ministra. I nad jego cynizmem. Zapytam tylko jak tacy politycy mają później rozmawiać z bliskowschodnimi rządami, dziś w większości wyznaniowymi, o wartościach innych niż handlowe? Jedyny sposób to robić to pomijając kwestie, o których nie ma - ich zdaniem - sensu rozmawiać. Kwestie może nie najwazniejsze, czasem wręcz uciążliwe, gdy sprzedaje się samoloty i czołgi albo kupuje ropę i kobalt.  Ale fundamentalne dla przyszłości UE i jej państw członkowskich i dla ich miejsca w świecie. Miejsca UE w ludzkich głowach i na światowych rynkach.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...