Pokazywanie postów oznaczonych etykietą budżet UE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą budżet UE. Pokaż wszystkie posty

2014-01-22

UE powinna finansować zapłodnienie wewnątrzustrojowe

Jaroslaw Kaczyński, bardzo ostatnio aktywny na niwie europejskiej, proponuje zmianę traktatu UE. Chce, by UE uzyskała nową kompetencję, a wiec podstawę prawną, pozwalającą jej na prowadzenie polityki prorodzinnej. To prawdziwa rewolucja. Po pierwsze dlatego, że każda zmiana traktatu UE to rewolucja. Po drugie z tego powodu, że kompetencje UE w dziedzinie polityki socjalnej są bardzo ograniczone, to domena państw członkowskich (UE nie może na przykład wypłacać zasiłków dla bezrobotnych), a polityka prorodzinna musiałaby stanowić część tej polityki. Po trzecie dlatego, że dotychczas sam Kaczyński, tak jak jego partia i szerzej rozumiane konserwatywno-narodowe środowisko, był przeciwny ingerencji UE w kwestie światopoglądowe. A przecież polityka prorodzinna musi się odwołać do jakiego modelu rodziny, ten zaś jest przedmiotem światopoglądu.

Kaczyński podkreśla znaczenie demografii i dlatego proponuje wprowadzenie wspólnej polityki prorodzinnej. Wpływ demografii na stan UE to temat nienowy, podnoszony wielokrotnie w kontekście polityki zatrudnienia ludzi starszych i młodzieży, wieku emerytalnego i polityki imigracyjnej. Ale apel do UE o prowadzenie polityki prorodzinnej to nowość. Zdaniem Prezesa zasiłek powinien wynosić w Polsce 500 złotych i być w większości sfinansowany z budżetu UE. Bruksela powinna dać po 100 euro na każde dziecko w wielodzietnej rodzinie, dzięki czemu będzie więcej wielodzietnych rodzin (Newsweek 20/01/2014). Na politykę prorodzinną UE trafiałby - jak proponuje PiS - 1 proc. PKB krajów członkowskich. Cytuje za Gazetą Wyborczą i za innymi mediami, ale nie wiem, czy mogę im wierzyć, bo jeśli rzeczywiście Kaczyński cos takiego powiedział, to znaczy, że nie wie, iż cały budżet UE to 1 proc. rocznego PKB państw członkowskich. A czy można takich rzeczy nie wiedzieć? A jeśli można, to może Kaczyński nie wie też, ze jego propozycja oznacza zmianę traktatu?

Zapomoga to jedyny element postulowanej unijnej polityki prorodzinnej wymieniony przez prezesa PiS. Ale polityka nie może ograniczać się do zapomogi, to jasne. Jak miałaby ona wyglądać? Zastanawiam się dlaczego UE, promująca przecież dotychczas - zdaniem środowisk bliskich Kaczyńskiemu -patologiczny model rodziny, oparty na "totalitarnej ideologii gender", przyzwalająca na aborcje, na in vitro i na małżeństwa gejowskie, powinna się teraz zająć polityką prorodzinną. Kaczyński wyobraża sobie pewnie, że koncepcja rodziny, która dla niego jest oczywistą oczywistością, będzie stanowić kościec unijnej polityki prorodzinnej, ponieważ to on zgłosił pomysł jako pierwszy.

Jako obrońca myśli politycznej swego Wielkiego Brata ma prawo poczuwać się do obowiązku obrony polityki prorodzinnej opartej na takich zasadach jak ta, "że rodzina to małżeństwo jednej kobiety z jednym mężczyzną i jako taka jest podstawą cywilizacji chrześcijańskiej /…/ i tylko w takiej rodzinie mogą rodzić się dzieci i tam może być "prowadzone wychowanie" (Lech Kaczyński podczas VIII Zjazdu Gnieźnieńskiego pod hasłem "Rodzina nadzieją Europy" w marcu 2010 roku). Jarosław Kaczyński domaga się zapisu tej zasady w konstytucji: "Rodzina jako związek kobiety i mężczyzny jest afirmowana przez państwo. Inne związki powinny być jedynie tolerowane". Elementem polityki prorodzinnej PiS są też projekty ustaw zakazujących stosowania in vitro i postulujących karanie osób nieprzestrzegających zakazu więzieniem. "Chodzi o wyraźne powiedzenie, że in vitro jest niedopuszczalne – mówi Kaczyński. To jest kwestia światopoglądowa. Nasza partia reprezentuje w większości światopogląd katolicki i jeżeli ktoś go reprezentuje, to tak musi do tego podchodzić" (Rzeczpospolita, 27/06/2013). UE nie powinna finansować in vitro, bo "in vitro to aborcja" (Fakt, 23/10/2010). Sprawa jest więc jasna: skoro "praktyki zapłodnienia pozaustrojowego" są niedopuszczalne, to UE, w ramach wspólnej polityki prorodzinnej powinna finansować zapłodnienie wewnątrzustrojowe.



2013-09-16

Unia chciała źle, wyszło jak zwykle

Obyczaje łagodnieją. Sportowe zmagania zastępują wojownikom i ich kibicom wojny; boiska - pola bitew. W polityce natomiast Unia Europejska zastąpiła nielubianego sąsiada i obce mocarstwo. Zawsze można przypisać jej złe intencje. Jest w tej roli niezawodna, o wiele lepsza niż ten czy inny kraj, bo nie dość, że można ją oskarżyć o wszystko, to krytyka nie będzie uznana za szowinizm czy rasizm (UE to nie naród), nie wywoła dyplomatycznego konfliktu (UE to nie państwo i, bądźmy szczerzy, dyplomacji z prawdziwego zdarzenia nie posiada), nie sprowokuje gniewu opinii publicznej (nie ma europejskiej opinii publicznej) i - choćby nie wiem jak informacja o UE była kłamliwa - nie wywoła sprostowania, bo liczne służby prasowe instytucji unijnych nie chcą, nie potrafią lub nie są w stanie przekłamań skutecznie prostować.

Dlaczego UE jest niezbędna i pozostaje popularna

Wbrew temu co się słyszy i jest w dobrym tonie powtarzać, UE pozostaje niezmiernie popularna i bliska ludziom. Ze wszystkim im się kojarzy. Nie to co jakiś ONZ czy NATO, że o OBWE nie wspomnę. Czy ktoś słyszał, że NATO nas za drogo kosztuje? Że urzędnicy OBWE za dużo zarabiają? Że ONZ narzuca Polsce jakieś przepisy? UE jest ulubionym tematem mediów uznawanych niesłusznie za eurosceptyczne. Niesłusznie, bo sceptycyzm to niechętny brak pewności, nieufne niezdecydowanie. Tymczasem krytyka UE w eurosceptycznych mediach naznaczona jest bezgraniczną pewnością, stała się pasją, uzależnieniem. Nie tylko w mediach: takie partyjki jak brytyjski UKIP na przykład w ogóle nie miałyby racji bytu, gdyby nie było UE. Czy nie należałoby uznać, że UE przyczynia się do pluralizmu? UE jest naturalnym terenem zalewowym dla oceanu jadu i nienawiści niektórych polityków, przyjmuje na siebie uderzenie fali nieczystości. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby choć część niszczycielskiej energii posłanki Pawłowicz czy innej Sobeckiej nie została pochłonięta przez, za przeproszeniem, "Brukselę". Na pewno komuś by się oberwało. Byłyby ofiary, jak nic.

Konkuzja: Unia Europejska jest i będzie potrzebna dopóty, dopóki nie wygaśnie w mediach i w polityce potrzeba szukania winnego (nawet, gdy nie ma winy), ferowania oskarżeń (nawet, gdy nie ma o co oskarżać), demaskowania wroga i spisku (nawet, gdy spisku nie ma a wróg nie wie, że spiskuje). Inaczej mówiąc: UE będzie potrzebna zawsze. By jednak UE mogła pełnić tę potrzebną społecznie funkcję, należy przyjąć dwa założenia. Po pierwsze: Bruksela zawsze chce źle; po drugie: fakty nie są ważne. Potem wystarczy wybrać temat. Każdy okaże się samograjem. Tak jak historia o legalizacji prostytucji przez UE, którą niedawno tu opisałem.

Z unijną flagą od kołyski po grobową deskę

A teraz praktyka. Obywatel UE ma prawo swobodnie przemieszczać się po unijnym terytorium, podejmować tam pracę, zapisać się na studia, odbywać praktyki zawodowe. Tak do końca jednak swobodnie nie jest. Potrzebnych jest zwykle kilka banalnych papierków wydanych przez administrację krajową. Pewnie niejeden, tak jak ja, zastanawiał się dlaczego ma wykładać kilkadziesiąt euro (waluta dowolna, w zależności od kraju) na podstemplowanie i przetłumaczenie w swoim konsulacie typowych zaświadczeń (odpisy aktów narodzin, zgonu, zawarcia małżeństwa) celem przedłożenia ich administracji kraju UE, w którym akurat się znalazł. I dlaczego nie może załatwić tego od ręki. Komisja Europejska znalazła bardzo proste rozwiązanie: wystarczy z 28 formularzy, dajmy na to aktów urodzenia, zrobić jeden. Bez żadnego tłumaczenia na wszystkie języki i bez dodatkowych pieczątek, z samej konstrukcji dokumentu, z obowiązkowego zestawu standardowych danych umieszczonych w standardowej kolejności, portugalski urzędnik będzie mógł się dowiedzieć z polskiego dokumentu tego samego, co z dokumentu portugalskiego i na tej podstawie załatwić sprawę. Przypominam: chodzi o dokumenty absolutnie podstawowe, takie jak odpis aktu ślubu czy urodzenia. Jeżeli władze Polski będą chciały podkreślić unijną kompatybilność wydanego przez siebie dokumentu, będą mogły dodatkowo umieścić na nim flagę UE.

W prasie brytyjskiej podniósł się raban: Bruksela pozbawi nas naszych krajowych dokumentów! Każe zastąpić królewskie emblematy znienawidzoną flagą okupanta. Złote gwiazdki, błękitne tło od narodzin aż po śmierć? Nigdy! Tłumaczenie, że królewskie emblematy mogą zostać, a unijna flaga jest opcjonalna na nic się nie zdają. Zapewnienia Komisji Europejskiej, że takie dokumenty będą mogły (jeżeli propozycja zostanie przyjęta) a nie musiały być wydawane przez krajowe administracje nie przekonują. Że nie zastąpią dokumentów krajowych, też nie. Bo Bruksela chce zawłaszczyć wyspiarzy stopniowo i potajemnie: nawet jeśli dzisiaj to jest opcja, to jasne, że kiedyś stanie się obowiązkiem. No way!

"Made in", niemiecka chluba i polski wstyd

Niemiecką opinię publiczną zaalarmowały prasowe doniesienia o zbilżającym się końcu oznaczenia Made in Germany. Bruksela chce je ponoć zastąpić Made in EU. Made in EU miałoby też wyrugować oznaczenia jakości produktów. Jest się o co martwić, bo dla wielu konsumentów, nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce na przykład, Made in Germany to znak jakości sam w sobie. Kiedyś, w PRL, nawet Made in GDR, jako ersatz prawdziwej niemieckości, gwarantował w oczach Polaka wyższą niż przeciętna w RWPG jakość towaru. Było to jednak w czasach, gdy chińskie piórniki z ceraty, zapachowe gumki i zabawki były oznaką luksusu, którego warte były kochane polskie dzieci. Dziś Made in China oznaką luksusu nie jest, NRD nie istnieje, ale oznaczenie kraju pochodzenia na towarze nie straciło na znaczeniu.

Jak jednak oznaczyć kraj pochodzenia na produkcie wymyślonym w Wielkiej Brytanii, wykonanym w Chinach z wykorzystaniem holenderskiego patentu i komponentów pochodzących z trzech różnych krajów, do którego tuż przed włożeniem do pudełka dodano dwie części pochodzące w Niemczech? Jak nabywca ma się dowiedzieć, gdzie wyprodukowano kupiony przez niego przedmiot, zwłaszcza, jeśli okaże się wadliwy lub niedopowiadający opisowi? Artykuły niebezpieczne dla życia lub zdrowia konsumenta są zgłaszane do unnijnego systemu Rapex, dzięki któremu takie przedmioty są z rynku eliminowane. Ale aż w przypadku 10% takich produktów nie da się ustalić skąd pochodzą.

Owszem, w UE są przepisy w tej dziedzinie. Ale te unijne, rozsiane w różnych miejscach, każdy kraj stosuje jak chce a do tego ma jeszcze multum własnych przepisów. Komisja zaproponowała, żeby przepisy zebrać w jednym rozporządzeniu. Miałoby ono między innymi sprawić, by na towarach, również tych importowanych, obowiązkowo umieszczana była nazwa i adres producenta. Bez zmiany pozostały znajdujące się w innym akcie prawnym przepisy dotyczące oznaczenia Made in, a również zasada, że można opcjonalnie stosować Made in EU lub Made in z nazwą kraju.

Natychmiast podniósł się raban w Niemczech, że ponoć UE ma zakazać znaku Made in Germany, Germany zastępując UE. Tymczasem Made in Germany to gwarancja jakości, najlepszy sposób promocji. W Polsce protesty zaczęły się z miesięcznym opóźnieniem, bo do Polski daleko i wszystko później dociera zapewne. O dziwo, opisany w prasie sprzeciw konfederacji pracodawców Lewiatan skierowany jest w stronę przeciwną: ponoć UE ma zakazać znaku Made in EU, EU zastępując nazwą kraju pochodzenia. Tymczasem, jak należy domniemywać, oznaczenie Made in Poland to wstyd. Kto kupi polskie produkty, gdy nie da się ich wstydliwegompochodzenia ukryć za Made in EU? Kiedy się okazało, że wielka afera jest wynikiem czytania rozporządzeń bez zrozumienia albo nieczytania, protesty ucichły. Ale ślad w prasie, bez sprostowania, pozostał. A mity mają długie życie. Ostatnio znowu pisał o tym Wprost, ubolewając nad losem polskich producentów kosmetyków. Tymczasem kosmetyki w ogóle nie są objęte nowelizacją, bo są dla nich odrębne, branżowe przepisy. Poza tym nie zauważyłem, żeby polskim kosmetykom ich polskość specjalnie przeszkadzała. Inglot ma więcej sklepów w Hiszpanii, Rosji i USA niż w Polsce (sam byłem w tym nowojorskim na Broadwayu).

Będą nam zabierać pieniądze

Na krótko, ale za to żywym płomieniem zapłonęło medialne ostrzeżenie nowego szefa NIK, Krzysztofa Kwiatkowskiego, przed zamachem Unii na fundusze strukturalne przeznaczone dla Polski. Informowały o tym w sierpniu Polsat, Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza. Kwiatkowski odkrył, że Europejski Trybunał Obrachunkowy, dotąd "fasadowe" ciało doradcze (tak napisali w DGP), uzyskał nowe uprawnienia. Na ich mocy unijni nikowcy będą teraz ponoć mogli nakazać Komisji Europejskiej zabranie Polsce funduszy spożytkowanych niezgodnie z unijnymi regułami. Komisja zaś obowiązkowo i ochoczo z tego skorzysta, żeby zabrać Polakom i dać innym na realizowanie priorytetów ważniejszych dla Brukseli niż polskie potrzeby. Komisja będzie tak ponoć mogła zrobić dzięki nowemu mechanizmowi elastyczności wprowadzonemu do przepisów dotycząch unijnego budżetu. Kwiatkowski zna sposób, jak storpedować te niecne zamiary: NIK z większą niż dotąd uwagą sam musi kontrolować wydatkowanie unijnych funduszy, żeby nie dać Brukseli pretekstu.

Konkluzja słuszna: NIK powinien pilnować, czy publiczne pieniądze są w Polsce wydawane zgodnie z prawem. Dla tych, którzy wątpili w zasadność nominacji Kwiatkowskiego, sprawa powinna być wreszcie jasna: chłop bezbłędnie opanował cele działania NIK, więc się na Prezesa nadaje. Ale analfabetyzm Kwiatkowskiego w kwestiach unijnych jest porażający. Dyskryminujący jest brak wiedzy na temat ETO, unijnego NIK. W praktyce, Komisja Europejska zawsze uwzględniała w swoich raportach i decyzjach wyniki audytu ETO, nie ma więc żadnej zmiany. I nie ma nowych przepisów. Żeby zmieniły się kompetencje ETO, trzeba by zmienić traktat o funkcjonowaniu UE. Nikt go w tym zakresie nie zmieniał i nie ma takich planów. Wszystko to nie ma absolutnie nic wspólnego z wieloletnimi ramami budżetowymi UE, a mechanizm elastyczności nie tym polega. Tyle w sprawie faktów. Złe, antypolskie intencje Komisji Europejskiej, która chce Polsce zabrać, żeby dać innym, to już kwestia osobistych przekonań prezesa NIK. Przekonań dość pisowskich zresztą, opartych na aksjomacie, wedle którego Polska otoczona jest wrogami. Nie wiem, czy przekonania przeszkodzą Kwiatkowskiemu w pracy, ale wiedza szefa NIK i jego szacunek dla faktów budzą moje obawy.

 

2013-03-13

O patriotyzmie, czyli kto che Polsce zrobić dobrze

Jeśli wierzyć w to, co napisali we "Wprost", Konrada Szymańskiego, europosła z PiS, oburza, że "Parlament Europejski odrzuca kompromis w sprawie wieloletniego budżetu z powodów, które nie mają nic wspólnego z interesami Polski". Tak, to rzeczywiście oburzające, że interes Polski nie jest tym kryterium, którym kieruje się Parlament Europejski w przyjmowanych przez siebie rezolucjach. Co gorsza, postępuje tak nie tylko Parlament, ale cała Unia Europejska. Skandal, po prostu skandal.

Patriotyzm intuicyjny czyli bezmyślny

Szymański komentuje dzisiejsze głosowanie w Strasburgu. Ale logika, której ten komentarz jest wyrazem, jest znacznie bardziej uniwersalna. Opiera się na niej swoista koncepcja pisowskiego patriotyzmu: cały świat ma nam robić dobrze. Zawsze. Jak nie robi, to jest zły. Przy czym czynione Polsce dobro i zło musi się mieścić w definicji polskiego interesu, która pisowskim politykom wydaje się najwłaściwsza. Nie ma jasnej wykładni. Ale jest intuicja. Intuicja podpowiada, że na ogół chcą nam robić źle, a nie dobrze. Trzeba więc wykazać się rewolucyjną czujnością. Rewolucja jest naturalnie narodowo-konserwatywna. Jeśli nie anty-europejska, to przynajmniej a-europejska. Wobec UE musimy zachować szczególną czujność. My, to znaczy ci, którzy myślą tak jak PiS. Nie. Nie myślą, tylko oceniają tak jak PiS: nieustannie i wszystko i zwykle negatywnie. Ocena opiera się na intuicji, dotyczy czyhającego zagrożenia i nie potrzebuje żadnej myśli. Dlatego właśnie człowiek skądinąd inteligentny, taki jak Konrad Szymański, może pleść takie bzdury, jak ta zacytowana przez tygodnik "Wprost". Granica między głupotą a cynizmem zostaje zatarta. 

Problem kształtu

Zgodnie z zapowiedziami liderów najważniejszych klubów parlamentarnych, europosłowie odrzucili dzisiaj wynegocjowany w Radzie Europejskiej projekt wieloletniego budżetu UE. Trudno mówić o wielkim zaskoczeniu. Przyjęta przez Parlament rezolucja jest znacznie bardziej koncyliacyjna, niż wcześniejsze deklaracje wygłaszane przez posłów. Wyraźnie stwierdza, że Parlament nie godzi się na budżet "w takim kształcie". Ale jeśli się ten kształt trochę zmieni, to się zgodzi. W Polsce doniesienia i polityczne przepychanki dotyczyły i dotyczą oczywiście liczb. Parlamentarna rezolucja nie dotyczy jednak liczb, więc wynegocjowane przez Tuska miliardy (dość umowne, powiedzmy szczerze) pozostaną nietknięte. Oczywiście, Parlament chciałby - i słusznie - żeby ten budżet pozwolił realizować polityczne i gospodarcze cele, które przywódcy państw członkowskich zapisują w politykach, programach i strategiach. Parlament krytykował budżet napisany przez tępego księgowego. Albo przez polityka populistę. Budżet, w którym zabraknie pieniędzy na badania, naukę, nowe technologie informacyjne i rzeczywiście paneuropejską infrastrukturę. 

Nasza chata z kraja

W ostateczności jednak posłowie nie przekuli tej krytyki w konkretne zapisy. Stawiają przed Radą zadania raczej księgowej natury. Domagają się przede wszystkim elastyczności budżetu. W praktyce pozwoliłaby ona pozostawiać we wspólnym skarbcu pieniądze niewydane na jakiś cel i przekazywać je na realizację innego celu, gdzie finansów zabraknie. Niby żadna filozofia, ale jednak: teraz te pieniądze wracają do państw członkowskich. Nie wszystkich: do tych, które wpłacają więcej niż dostają. Polska do nich nie należy. Jeśli więc poprawka Parlamentu zostanie przyjęta przez Radę, to Polska na pewno na tym nie straci, a zyskać może. Tak czy owak zachowa tuskowe miliardy. PO nie chciała w imię dość niepewnego zysku narażać z trudem wynegocjowanego budżetu na nową turę unijnych negocjacji. Niepewnego zysku dla Polski, bo dla Unii jako całości zysk jest oczywisty. Mówiąc słowami Szymańskiego, europosłowie z Platformy głosowali w zgodzie z Polskim interesem rozumianym jako interes przeciwstawny do wszystkich innych interesów, z interesem UE jako takiej na czele. Wiadomo: nasza chata z kraja.

Cameron broni dopłat do polskiego rolnictwa

Parlament głosował też nad reformą wspólnej polityki rolnej. Polityki od dawna krytykowanej za swą antyrynkowość, za nieuzasadnione uprzywilejowanie jednej grupy zawodowej, za niepojętą rozrzutność i za wiele innych rzeczy. Gdy jednak czytam tekst kolejnego posła PiS (kiedyś PSL), Janusza Wojciechowskiego ("Nasz Dziennik"), odnoszę wrażenie, że cała reforma WPR dotyczyła tylko jednego zagadnienia: wysokości dopłat bezpośrednich dla polskich rolników. Z artykułu dowiadujemy się, że polski rząd wynegocjował za mało, mniej niż "Parlament Europejski chce dać polskim rolnikom". Chce dać! A oni nie biorą. Dlaczego? Bo nie lubią polskiej wsi. Na szczęście PiS lubi. I dlatego Parlament poddał się przemożnemu wpływowi klubu politycznego EKR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), do którego PiS dumnie przynależy. Zagłosował tak, by wynik głosowania miał wiele wspólnego z interesami Polski, że znowu użyję formuły Szymańskiego. 

Wołowina, konina, EKR

Głupota i cynizm, bez wątpienia, ale trudno mi powiedzieć w jakich proporcjach. Przy czym mówiąc głupota nie myślę oczywiście o pośle, który kocha polską wieś, tylko o jego przekonaniu, że zwraca się do kompletnych idiotów. Współczuję czytelnikom Naszego Dziennika, zwłaszcza tym ze wsi, bo poseł Wojciechowski podważa siłę ich intelektu podwójnie. Oto jaki w sposób. Po pierwsze, porównywanie warunków negocjacyjnych w Radzie Europejskiej, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze, do handlu poprawkami, jaki odbywa się w Parlamencie, jest niedorzeczne. Parlament zawsze jest bardziej szczodry niż szefowie rządów i ich ministrowie a posłowie zawsze mają szerszy margines negocjacyjny. We wszystkim. Przedstawianie tego mechanizmu jako zasługi PiS to bezczelność. Po drugie, twierdzenie, że udało się więcej wyszarpnąć (komu?) na rolnictwo dzięki poparciu partii Camerona (PiS należy do tego samego klubu w europarlamencie), to prowokacja. Jeżeli Tusk wynegocjował w Radzie mniej, niż Wojciechowski w Parlamencie to między innymi dlatego, że w Radzie trzeba się było zmierzyć z Cameronem: najbardziej zajadłym wrogiem wspólnego budżetu, wspólnej polityki rolnej i jakichkolwiek dopłat do rolnictwa. Chciał Polsce zrobić dobrze, bo kocha PiS, tak jak PiS kocha polską wieś? Po trzecie, przekonywać kogokolwiek, że EKR na cokolwiek w europarlamencie wpłynął to jak sprzedawać wołowinę z konia. EKR ma znaczenie marginalne. I całe szczęście, bo eurosceptycyzm to najniższy stopień nacjonalistycznej i populistycznej eurofobii wyznawanej przez partie, które skupia: PiS, torysów, ODS. 

Równanie do pułapu, którego nie ma

Po czwarte wreszcie, głoszenie, że dzięki akcji PiS i EKR w Parlamencie coraz bliżej do wyrównania dopłat bezpośrednich to jakaś paranoja. Paranoja z pięcioletnią tradycją, chwali się Wojciechowski. Jeżeli polscy rolnicy dostaną więcej pieniędzy, to będzie im bliżej do osiągnięcia pewnego finansowego pułapu, faktycznie. Ale co to za pułap? Poziom dopłat zależy od szeregu warunków. Są one inne w każdym kraju. I dlatego w UE nie ma i nigdy nie było jednego pułapu dopłat do rolnictwa. W każdym z 27 (wkrótce 28) krajów te dopłaty są inne. Sugerowanie, że dopłaty, które dostają polscy rolnicy sytuują się poniżej unijnego pułapu i że PiS walczy o zniwelowanie tej różnicy to już nawet nie jest demagogia, tylko zwykłe kłamstwo. Fakt, że dopłaty bezpośrednie hamują rozwój polskiej wsi (choć walnie przyczyniają się do wzrostu zamożności większości gospodarzy) to inna kwestia. Ale istotna, choć z tekstu Wojciechowskiego to nie wynika. Zmiana tego stanu rzeczy to jeden z powodów planowanej reformy archaicznej WPR. Czy jednak nie są to powody, które "nie mają nic wspólnego z interesami Polski"? Zobaczymy. EKR czuwa. 

2012-11-23

Przyjaciele spierają się z obrońcami

W oczekiwaniu na newsa, przed szczytem UE. Bruksela 22.11.2012
W Brukseli trwa szczyt UE. Delegacje zjeżdżały się przez cały dzień. Toczyły sie pertraktacje. Ale oficjalnie zaczęło się późnym wieczorem od kolacji i od ogłoszenia przez przewodniczącego Rady Europejskiej Van Rompuya znanych wszystkim propozycji wieloletniego ram budżetowych na lata 2014-2020. Tych, które nikogo nie satysfakcjonują. "Przyjaciele spójności" (czyli tak naprawdę cudzej kasy) toczą twardy spór z "obrońcami lepszego wydatkowania" (czyli de facto obrońcami swojej kasy). Gdyby wśród przywódców państw członkowskich  było więcej przyjaciół i obrońców Europy, skorzystaliby wszyscy, a pieniądze wydawane by były racjonalnie i solidarnie, wydatkowanie na politykę spójności i wszystkie inne polityki byłoby lepsze. I chociaż intencje wszyscy mają takie same, to retoryka "przyjaciół spójności", krajów które w większości do UE wstąpiły niedawno, lepiej oddaje fundamentalne zasady, na których od początku opierała się integracja europejska: bogatsi powinni wyłożyć pieniądze na biedniejszych, bo taka solidarność opłaca się wszystkim: wyrównując stopniowo poziom dobrobytu doprowadzi większych dochodów ze wspólnego rynku, jest gwarancją stabilności. Może pokolenie, które wiedziało to samo z siebie już wymarło, a ci, którzy dziś rządzą, nie mieli się jak tej prawdy nauczyć?

Na co UE wydaje pieniądze ze wspólnego budżetu? Obejrzyj klip w zakładce Lektury.

2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

2012-10-03

Erasmus bankrutuje, czyli pochwała wiadomo czego


Hans Holbein Młodszy: Desiderius Erasmus
Czy najbardziej znany unijny program, który doczekał się nawet poświęconego sobie filmu (Smak życia Cédrica Klapischa) zbankrutuje?  We wspólnej kasie zabrakło pieniędzy na program Erasmus. W ciągu 25 lat ponad 2 miliony studentów dostało stypendia na studia w 33 państwach Europy (do programu przystąpiły też państwa spoza UE). Funkcjonujący bez zarzutu program kosztuje. Zobowiązania finansowe trzeba płacić. Okazało się, że już nie ma z czego. Jak do tego doszło?
"Budżet UE jest haraczem płaconym Brukseli przez państwa członkowskie" - to teza, którą z upodobaniem promują eurosceptyczni publicyści i politycy. Jest ona jednak na rękę również tym politykom, którzy chcą pokazać  wyborcom jak bardzo troszczą się o ich pieniądze: nie oddamy Unii waszej krwawicy. Absurdalność tej populistycznej postawy dość łatwo uświadamiają dane liczbowe: 80% gotówki wpłacanej do wspólnej kasy wraca do państw członkowskich, ich regionów i gmin. Wraca do rolników, studentów, naukowców. Wraca z nawiązką w postaci trudnych do wyrażenia prostą liczbą korzyści dla gospodarki i ludzi.
Politycy znają zalety ekonomii skali i wartości dodanej, chętnie więc zbierają się w Brukseli i tworzą listy zobowiązań, które mają być realizowane w ich krajach poprzez wspólne unijne programy i za wspólne pieniądze.  Pamiętają o tej liście, gdy obiecują swoim krajowym wyborcom inwestycje w infrastrukturę, pomoc upadającym na skutek globalizacji fabrykom, finansowanie badań naukowych , rozwój terenów wiejskich i ochronę środowiska (tak, w niektórych krajach wyborcy chcą czystego środowiska). Zapominają o niej, gdy trzeba na wspólne działania i inwestycje znaleźć wspólne pieniądze. Na obradach w Brukseli tną unijny budżet by po powrocie do kraju pochwalić się ile zaoszczędzili. Nie wspominają na kim: na beneficjentach unijnych programów w swoich krajach.  
W listopadzie 2011 roku rządy państw członkowskich wynegocjowały z Parlamentem Europejskim zmniejszenie zaproponowanego przez Komisję Europejską projektu budżetu UE o 4 miliardy euro. Projektu krytykowanego wcześniej przez Parlament za krótkowzroczność: propozycje Komisji już zakładały, że kołdra będzie za krótka. Unijny budżet rośnie co prawda arytmetycznie, ale w odniesieniu do inflacji maleje. Maleje, można powiedzieć, jego siła nabywcza. Mimo wzrastających zobowiązań zaciąganych przez państwa członkowskie. Zaciąganych słusznie, bo to właśnie w dużej mierze z unijnego budżetu finansowane maja być działania zapewniające w dłuższej perspektywie wzrost gospodarczy: badania i nauka, innowacje, infrastruktura transportowa, energetyczna, cyfryzacja. 
Erasmus stał się ofiarą za krótkiej kołdry. Tak jak Europejski Fundusz Społeczny, niezdolny do wypłat od początku tego miesiąca, i program Badania i Innowacje, który traci zdolność płatniczą z końcem października. Kiedyś, tnąc projekt budżetu, państwa członkowskie uważały, że potem gdzieś się pieniądze znajdą. I faktycznie częściowo się znajdowały. Poprawki budżetowe pozawalały uzupełnić braki. Ale budżet skurczył się tak bardzo, że tego, co nie wydano, jest za mało. A poprawka budżetowa oznacza, ze trzeba się będzie zrzucić i dziurę zalatać. Jak co roku. Tylko, ze tym razem dziura jest olbrzymia. 
Zdaniem szefa komisji budżetowej w PE, Alaina Lammassoura, jeżeli nie będzie porozumienia w sprawie poprawki budżetowej, może zabraknąć nawet 10 miliardów euro. Oznacza to brak 400 milionów dla Francji, 600 dla Grecji, 900 dla Hiszpanii,  150 do 200 dla Wielkiej Brytanii. 
W przyszłorocznym, obecnie negocjowanym budżecie, kłopoty mogą być jeszcze większe, bo to ostatni rok budżetowy siedmiolatki 2007-2013. Zobowiązań do spłacenia będzie więc więcej. Siedem państw: Austria, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Szwecja i Wielka Brytania, a więc tych, które do budżetu znacznie więcej wpłacają niż z niego dostają, nie zgadza się na propozycję Komisji. Jej projekt przewiduje 138 miliardów euro na 2013 rok, o 9 więcej, niż w ubiegłym roku. Ten projekt ponownie zakłada budżet „krótkiej kołdry”. Jego obcięcie nie pozwoli na realizację zobowiązań, które wszystkie 27 państw, wliczając więc feralną siódemkę, na siebie przyjęło.  Może się to okazać bolesne dla wszystkich, nie tylko dla krajów takich jak Polska, która do budżetu wpłacać mniej, niż z niego dostaje. 
W różnych językach  rożnie tłumaczy sie tytuł dzieła Erazma z Rotterdamu, na którego cześć nazwano unijny program dla uczniów i studentów: „Pochwała głupoty” albo „Pochwała szaleństwa" .  Różnice miedzy głupotą a szaleństwem wydają się oczywiste, ale w tym przypadku ten semantyczny spór nie ma znaczenia: to co z UE w ogóle i z jej budżetem w szczególe robią dziś politycy i decydenci, to jedno i drugie, głupota a szaleństwo . 








2012-09-23

Unia jak rtęć


Logika integracji w strefie euro niczym nie różni się od tej, która od samego początku jest silą napędową całej Unii: każdy krok do przodu pociąga za sobą kolejne kroki, a gdy postęp jest na tyle duży, by stanowił istotną dla całego projektu zmianę jakościową, sankcjonuje się go poprzez reformę instytucji. Powstaje przyczółek do następnego etapu. Propozycje, które przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy przedstawił 12 września nie są jednak zgodne z tą logika.

Strefa euro idzie w bok

Kryzys wymógł na członkach strefy euro przyspieszenie sprzeczne z zasadą postępujemy wolniutko, ale pewnie. Sprawił, że niezbędna integracja eurolandu jest – z perspektywy ewolucji UE jako całości – krokiem nie tylko w przód, ale przede wszystkim w bok.  Dotychczas konsolidacja grupy państw wokół jakiegoś projektu miała charakter testu, służyła budowaniu przyczółku i pomostu, który wcześniej czy później pozwalał innym krajom do projektu dołączyć. Wolniej, ale tą samą drogą.

Propozycje, które na wniosek państw strefy euro przedstawił Herman Van Rompuy, gdyby miały zostać zrealizowane, stanowiłyby zbyt duży przeskok, by państwa spoza eurolandu mogły do czoła peletonu dołączyć jak zwykle. Jeżeli rytm i sposób integracji w ramach strefy euro są inne niż kiedykolwiek w unijnej historii, to sposób na pozostanie w grze, którego użyją państwa spoza euro, też musi być nowy. Niestety brak na razie pomysłu, jak temu wyzwaniu stawić czoła. Również w Polsce, największym, poza Wielką Brytanią, państwie spoza strefy euro, odgrywającym na dodatek szczególną rolę w regionie.

Polska jak we mgle: ani razem ani osobno

Polska zamierza  przystąpić do paktu budżetowego (zwanego z angielska fiskalnym choć z podatkami nie ma nic wspólnego) tylko po to, by siedzieć przy stole i nie wypaść z gry.  Mimo tego, że będąc poza strefą euro nie będzie miała ani tych samych obowiązków ani, tym bardziej, tego samego wpływu na podejmowane przy stole decyzje co państwa eurolandu. Jest za tym logika. Problem w tym, że projekty, w których Polska mogłaby na takich zasadach uczestniczyć są coraz liczniejsze.  Ilość przechodzi w jakość, wyjątek staje się regułą i będzie tak długo dopóty dopóki nie wejdziemy do strefy euro.  Ponieważ nie nastąpi to z dnia na dzień, dystans dzielący nas od integrujących się coraz silniej członków eurolandu będzie się powiększał. Istnieje ryzyko, że zostaniemy nie tylko w tyle, ale w innym wymiarze integracji.  Oświadczenie Rostowskiego, że Polska nie przystąpi do unii bankowej, ze wspólnym nadzorem finansowym sprawowanym przez Europejski Bank Centralny to nie tyle brak konsekwencji w działaniu, ile dowód, że Polska co prawda widzi niebezpieczeństwo, ale zupełnie nie wie jak mu zaradzić. Nikt zresztą nie wie.

Stefa euro jest skazana na dalszą integrację

Obrażanie się na strefę euro i brukselskie propozycje (będą dyskutowane na październikowym szczycie UE) nie ma sensu. Nikt nikomu nie robi na złość. Strefa euro rzeczywiście musi się za siebie wziąć, silniej zintegrować. Propozycje wzmocnienia unii gospodarczo-walutowej, nad którymi mają debatować państwa członkowskie, dotyczyć będą czterech obszarów: finanse publiczne, budżet, polityka gospodarcza, kontrola demokratyczna.

Stworzenie specjalnego parlamentu dla państw strefy euro to propozycja dotycząca tego ostatniego obszaru. Wątpliwa, bo od dawna wiadomo, że  nie chodzi o instytucje, mechanizmy, procedury. Że nie tu należy szukać odpowiedzi na problem tak zwanego deficytu demokratycznego. Na dzień przed ogłoszeniem propozycji Van Rompuya, Barroso wprost powiedział w Parlamencie Europejskim: Unia ma jedną i Komisję i jeden Parlament i więcej nie potrzebuje. Mnożenie bytów nie rozwiąże żadnego problemu. W sferze finansów, Van Rompuy skupił się na znanym już pomyśle uwspólnotowienia długu publicznego strefy euro. Wspólne obligacje nie podobają się Niemcom, ale pomysł wydaje się mieć sens. Niewątpliwie jednak zwiększa dystans między państwami ze strefy euro i spoza niej. System ten miałby tez iść w parze ze ściślejszą  koordynacją budżetów państw strefy euro. Krok dalej to wspólny urząd skarbowy, a przede wszystkim budżet centralny dla strefy euro. W kuluarach dyplomaci spoza strefy euro, w tym z Polski, krytykują ten pomysł nazywając ten budżet „socjalnym”. Poniekąd słusznie, miałby on między innymi stanowić zabezpieczenie dla takich krajów, które – ze względu na ich obecna sytuacje – stanowiłyby spore zagrożenie dla uwspólnotowienie długu publicznego, jak na przykład Włochy. Zabezpieczenie również socjalne.

Są Włoszech strefy biedy, które nie załapują się na istniejące w UE mechanizmy wyrównywania szans: fundusze strukturalne, spójności, dostosowania do globalizacji globalizacyjne, bo nie spełniają kryteriów strukturalnych lub poziomu życia.
Co z nimi zrobić?  To nie tylko kwestia socjalna, ale i polityczna. Potrzeba gestu, który pozwoliłby ludziom przełknąć niezbędne, ale drastyczne cięcia budżetowe, które najboleśniej odczuwają najbiedniejsi: ci bez rezerw finansowych, zgromadzonego bogactwa, żyjący z dnia na dzień, wydający większa część swego dochodu na codzienne potrzeby: jedzenie, dojazd do pracy, wizytę u lekarza, szkołę dla dzieci.

Unijna spójność rzeczywiście zagrożona

Jednocześnie prawdą jest też, że regiony biedne objęte polityka spójności, głównie w nowych państwach członkowskich, takich jak Polska,  mogą ucierpieć, gdy powstanie budżet strefy euro. Tu też chodzi nie tylko o wymiar socjalny. To wymiar rozwojowy jest najważniejszy, i to w odniesieniu do całej UE a nie jedynie do najbardziej zapóźnionych regionów:  dążenie do spójności UE poprzez wyrównywanie poziomów życia i stopnia rozwoju to fundamentalna zasada działania UE, element jej racji bytu i tajemnica jej sukcesu . Jest tez wymiar polityczny:  poparcie dla integracji w dużej mierze zależy od zasobności portfela. Argument, że bez UE byłoby gorzej nie przekonuje. Co by było, a nie jest nie pisze się w wyborczy rejestr.

Tylko większy budżet ogólny UE może zapobiec fragmentacji

Unia Europejska, największy rynek świata i jeden z najbogatszych regionów na świecie boryka się dziś z dylematami budżetowymi znanymi głównie wielodzietnym rodzinom cierpiących biedę: kupić dziecku na zimę buty czy kurtkę.

Jedyne wyjście to zwiększyć budżet ogólny UE i stworzyć w jego ramach instrumenty finansowe pomyślane tak, by  centralny budżet strefy euro, wyłączony z budżetu ogólnego, nie był potrzebny.  Do tego powinna dążyć Polska i inne państwa, którym zależy na utrzymaniu dynamiki integracji w UE i zapobiegnięciu jej fragmentacji: znaleźć sposoby na zaspokojenie specyficznych potrzeb w ramach wspólnych i niepodzielnych mechanizmów, instytucji i polityk.  Tak powstały przecież fundusze strukturalne, tak finansowana jest WPR i polityka rybacka, zgodnie z ta logika utworzono fundusz dostosowania do globalizacji. Skoro metoda jest znana, to gdzie jest problem? Główna bariera jest natury psychologicznej, nie finansowej: zastosowanie tego rozwiązania wymaga zwiększenia poziomu zobowiązań finansowych zapisanych we wspólnym wieloletnim planie wydatków UE na lata 2014-2020. To zły moment, by tego punktu widzenia bronić. Ale też moment może ostatni zanim UE rozpryśnie się jak kropelki rtęci z rozbitego termometru. Jak to wszystko potem pozbierać, nie wiadomo. 

2012-07-03

Patentowany absurd

Państwa, które do unijnego budżetu wpłacają najwięcej, wzywają do ograniczenia wydatków w przyszłym wieloletnim budżecie UE (na lata 2014-2020). Racjonalizacji wydatków domagają się wszyscy, również ci, którzy ze wspólnej unijnej kasy najwięcej dostają.  Jedni i drudzy zdają się nie pamiętać, że sami uchwalają ten budżet (wespół z Parlamentem Europejskim), że sami są dysponentami tej kasy (w 94% wraca do państw) oraz, że wspólne pieniądze służą do finansowania wspólnie przyjętych zobowiązań.

Media pełne są krytyki euro-biurokracji, która marnotrawi pieniądze. Krytyki kierowanej, o dziwo, pod adresem unijnych instytucji. Kto jednak wymyślił, uzgodnił i i broni z uporem godnym lepszej sprawy trzech siedzib Parlamentu Europejskiego (w Strasburgu, Luksemburgu i Brukseli)? Państwa członkowskie.  I to nie tylko Francja. I nie tylko Niemcy. Kilka dni temu, po blisko trzydziestu latach, państwa członkowskie doszły do międzyrządowego porozumienia w sprawie jednolitego systemu patentowego, mającego obowiązywać w 25 krajach. Hiszpania i Włochy nie chcą w tym brać udziału, bo ich języki nie zostały uznane za kluczowe. Gdyby do trzech obowiązujących języków (angielskiego, francuskiego, niemieckiego) dodać włoski i hiszpański, miliardowe oszczędności wynikające między innymi z uproszczenia systemu tłumaczeń znacznie by się skurczyły. Patentów w obu tych językach rejestruje się stosunkowo mało (pewnie, że więcej niż w Polsce, ale o to nie trudno), bo Hiszpania i Włochy nie są awangardą wynalazczości, ale jest przecież duma narodowa! Za oddanie jej pokłonu, Hiszpanie i Włosi byli gotowi płacić setki milionów euro rocznie, tyle, że nie ze swojej, ale ze wspólnej kasy. A przecież Włochy i Hiszpania, borykające się nota bene z olbrzymim długiem państwowym,  też wzywają do racjonalizacji wspólnych wydatków. I też słusznie. 

Barroso i Barnier prezentują wstępny projekt jednolitego patentu ©EU2012
Najważniejszym instytucjonalnie elementem nowego systemu ma być wspólny sad patentowy (UPC). Wiadomo, że sąd, to nie jest byt wirtualny. Potrzebny jest budynek, personel, budżet operacyjny, administracyjny. Jak zwykle w takich przypadkach, budynek, czyli siedziba, jest najważniejszy. Jak zwykle sprawa stanęła na ostrzu noża, gdy przewodniczący Rady Europejskiej, Herman Van Rompuy, zaproponował, by siedziba trybunału był Paryż. Francja była zachwycona. Brytyjczycy od razu zapowiedzieli weto. Niemcy starali się mediować. Przewodniczący Komisji Europejskiej, Barroso, proponował Brukselę, bo wojna miedzy Londynem a Paryżem mogła doprowadzić do zerwania negocjacji, ale to rządy narodowe podejmują jednogłośnie decyzję, a nie Komisja.
Decyzja, jak zwykle, okazała się salomonowa: siedziba głównego oddziału sądu pierwszej instancji będzie Paryż. Przewodniczącym sądu będzie Francuz. Racjonalnie? Racjonalnie! Ale to nie koniec. Będą też dwa oddziały tematyczne. Jeden - w Londynie. To też racjonalne, coś trzeba było Anglikom zapłacić za zgodę na Paryż. Drugi oddział - w Monachium. No bo skoro już Brytyjczycy coś dostali i Francuzi też, to racjonalnie było dodać trzeci element, bo - jak każdy racjonalista wie - Pan Bóg Trójcę lubi. 

Zamiast jednego, trzy miejsca - absurd jest oczywisty. Koszty, których obcięcia stale się domagają państwa członkowskie (państwa narodowe, jak lubią mówić niektórzy), będą znacznie wyższe. Cała operacja i tak się opłaca, mimo tego, co mówią polscy radcy patentowi i tłumacze (których dochody faktycznie spadną, nie zarobią już tyle na przedsiębiorstwach i wynalazcach zgłaszających innowacje). Koszt tej fanaberii w porównaniu do zysków, które przyniesie nowy system całej UE, jest pewnie do przełknięcia. Ale już w porównaniu do fanaberii Włoskiej i Hiszpańskiej jest to mniej oczywiste. Cały system będzie kosztował jednak drożej, niż założono, a to właśnie głownie koszt ochrony patentowej w UE sprawia, że europejskich patentów jest bez porównania mniej niż chińskich i amerykańskich. O całej sprawie warto jednak pamiętać, gdy Londyn, Paryż, Berlin czy inna stolica wzywać będzie do racjonalizacji wspólnych wydatków. 

Absurd zaś sięga zenitu, gdy zawarte porozumienie dokładnie się przeczyta. Okaże się wówczas, że projekt został pozbawiony trzech najważniejszych artykułów. Co z niego zostanie, poza trzema administracjami w trzech europejskich miastach?

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...