Silny jest sprzeciw ludu wobec "onych". Wczorajsze zamachy terrorystyczne w Paryżu, jak każda taka tragedia, uwolniły falę emocji i zalew komentarzy. Wyrażane na forach i w mediach społecznościowych opinie nacechowane są wyższym jeszcze niż zwykle poziomem szczerości, bo niedodparta potrzeba natychmiastowej reakcji nie pozostawia czasu na przyoblekanie myśli w eufemizmy. Z wielu komentarzy jednoznacznie przebija świadomość, że jesteśmy my i oni, i że skoro oni nam taki zgotowali los, to my nie pozostawimy tego bez odpowiedzi. Proponowane rozwiązania są dość standardowe. Zamiast je analizować, znacznie ciekawiej jest spróbować zrozumieć kim są "oni" a kim jesteśmy "my".
Kim są oni
Wstępne jeszcze raporty policji zdają sie potwierdzać schemat wcześniejszych zamachów: "oni" są stosunkowo młodzi, mówią płynnie w języku kraju, w którym dokonali zamachu, zwykle się w nim urodzili i chodzili tam do szkoły, wyglądają "normalnie", to znaczy ubierają się jak większość ich rówieśników i nie zaskakują specjalnie egzotyką swojej urody. Rozmywają się w tłumie. Są stąd. Potem dopiero okazuje się, że mają egipskie albo syryjskie paszporty. Ale czy prawdziwe? Czy nie na dodatek do europejskiego paszportu: belgijskiego, francuskiego, brytyjskiego? Potem okazuje się też, że wyjeżdżali do Syrii, Jemenu, Afganistanu. Na szkolenie w bazie dla terrorystów? I najważniejsze: są muzułmanami.
Oni są młodzi jak wielu autorów najbardziej zajadłych wpisów na polskim Twitterze, tych naznaczonych stuprocentową pewnością i zerową wiedzą, czarno-białych. Są muzułmanami, tak jak ci, którzy uciekają przed terrorem tak zwanego państwa islamskiego lub giną pod jego rządami, jak wielu tych, którzy giną pod bombami w Syrii i Jemenie. Sa muzułmanami podobnie jak wiele ofiar ich zamachów, jak niejeden francuski policjant biorący udział w akcji antyterrorystycznej, jak tysiące ludzi, którzy na codzień chodzą do pracy, uczą się, chorują, robią zakupy. Fakt, na pewno nie w niemalże jednokulturowej, etnicznie jednorodnej Polsce. Ale tam, gdzie te zamachy są organizowane, ci ludzie nie rzucają się w oczy.
Kim jesteśmy my
Z wpisów na forach i na Twitterze wynika, że my jesteśmy tutejsi. To najważniejsze kryterium: oni stamtąd, my stąd. Więc to kwestia geografii, miejsca urodzenia. Ale też, okazuje się, genów i krwi: my jesteśmy biali (mniejsza o odcienie białości, nie wymagajmy biegłości w odcieniach od kogoś, kto widzi tylko czarny i biały kolor) podczas gdy oni zwykle mają inny kolor skóry, taki ciemniejszy (o ile ciemniejszy?). My jesteśmy chrześcijanami, czyli katolikami, a oni - muzułmanami. Muzułmanami czyli islamistami. A ponieważ muzułmanie są stamtąd, to jako imigranci są islamistami. Proste? Proste. Nikt się nie bawi w odróżnianie sunnitów od szyitów, fundamentalistycznych salafitów od innych ruchów i bezruchów w islamie, a nawet... muzułmanów od Arabów.
Miejsce urodzenia, kolor skóry i religia to najcześciej powtarzające się intuicyjne kryteria odróżnienia onych od naszych. Ale choć zwykle apologetami naszości są ci, którzy na co dzień odwołują się do narodu i polskości, zdarzają się wyjątki: niektórzy naszość rozumieją szerzej, jako europejskość. Jako osoba dumna ze swej przynależności do Europy i zwolennik federalnej Unii powinienem się cieszyć, ale nie cieszę się wcale. Pewnie dlatego, że rozumiem europejskość inaczej niż wielu spośród tych, którzy się na nią powołują. Gdy aktywny na Twitterze prezbiter, specjalista od elektronicznej ewangelizacji, wzywa do obrony Europy (czytaj: przed innowiercami) lub gdy nacjonalistyczno-katolicki tygodnik W Sieci ogłasza na stronie tytułowej, że Kaczyński i Orbàn uratują Europę (przed "szaleństwem lewicy" czyli przed liberalną demokracją i islamistami) to jest dla mnie jasne, że mówimy o zupełnie innej Europie.
Solidarni z kim, przeciw komu
Widzę kwiaty pod francuską abasadą i podświetlone na blue-blanc-rouge mosty i budynki. Wyraz solidarności z ofiarami, niewątpliwie. Również solidarność strachu: nie podświetlamy i nie ukwiecamy pamięci dziesiątek, setek osób, zwykle muzułmanów, którzy każdego dnia giną z rąk islamistycznych fundamentalistów w Syrii czy Iraku, bo wiemy, że wymierzony w nich pocisk nie zbłądzi i nas nie dosięgnie. Mieszkają daleko, pechowe miejsce urodzenia. Co innego bomba czy seria z kałasznikowa w Paryżu: mamy powody, by się bać.
Tak pojęta solidarność również wyznacza granicę między nami i nimi: my, mieszkańcy Paryża, Rzymu, Nowego Jorku czy Warszawy boimy się wspólnie ich ataku. Kwiaty, marsze i laserowe światełka mają przebrać naszą wspólnotę strachu w kostium niezłomnej determinacji. "We are not afraid" - wielki transparent po angielsku (w Paryżu!) to adresowany to całego świata przekaz: wiemy, jak bardzo wam zależy, żeby nas wystraszyć, ale wam się nie uda.
Czego my chcemy bronić
Przejawy symbolicznego działania, zwyczajne w świecie zdominowanym przez dyktat obrazu i informacji, niosą ze sobą również inny przekaz na temat naszej jedności. Bo z jednej strony są ci, którzy w pierwszym rzędzie jednoczą się w obronie wartości liberalnej demokracji Zachodu. To oni pierwsi, w reakcji na zamach na redakcję Charlie Hebdo, jedenaście miesięcy temu, założyli koszulki "Je suis Charlie" niekoniecznie dlatego, że estetyka tej gazety im odpowiada lub że świeckość rozumieją jako skrajną antyreligijność, ale w imię obrony otwartości, tolerancji, wolności słowa i laickiego państwa prawa. Jeśli odwołują się do Europy, robią to w odniesieniu do tych wartości, bez względu na to, czy przebieg integracji europejskiej ich satysfakcjonuje czy nie.
I jest druga strona: ludzie, którzy jednoczą się etnicznie i plemienne, religijnie i narodowo by dać odpór obcemu. Swojskość i obcość bardziej niż wartości obywatelskie stanowią o ich odrębności, a sposobem na bezpieczeństwo jest pozostanie wsród swoich, we własnej wspólnocie, która jest ważniejsza niż prawa i wolność jednostki. To Ci ludzie, którzy w geście solidarności z Francuzami malują twarze swych awatarów na trójkolorowo, ale jednocześnie popierają deklaracje nadchodzącego ministra Szymańskiego, którzy oznajmia, że po zamachach w Paryżu przestrzeganie przyjętych zasad kwotowego rozmieszczenia uchodźców w różnych krajach UE jest wykluczone. Skoro tak, to trójkolorowy makijaż oznacza jedynie barwy wojenne: nie wpuścimy muzułmanów. Oni też, choć rzadziej, odwołują się do Europy, ale zupełnie innej: bez praw podstawowych zapisanych w unijnej Karcie, zintegrowanej chrześciajństwem a nie politycznie i społecznie, międzynarodowej a nie ponadnarodowej, której gwarantami są Orban i Kaczyński, orędownicy państwa z innej Europy niż Unia Europejska.
O co toczy się bój?
Dla jednych, to bój o naszość: która którą zdominuje. Fakt, nie ma powodu, byśmy onym pozwolili zastąpić naszą naszość ich naszością i to na naszym terytorium (o tym jest ostatnia książka Huellbecqa "Uległość"). Dlatego, jak czytam na forach, islamistów (czyli wszystkich muzułmanów, w tym uchodźców uciekających przed islamistami) wpuszczać do nas nie wolno; a jeśli już są (bo wpuściła ich jakaś naiwna, "lewacka" władza), trzeba ich wydalać. Rozprzestrzenianie zarazy (dzięki Kaczyńskiemu wiemy, że uchodźcy roznoszą zarazki) trzeba powstrzymać, promując naszą naszość: niech będzie etnicznie i narodowo, niech będzie religijnie i chrystusowo. Przydadzą się flagi i krzyże. I święcona woda. I kotlet schabowy, bohater licznych memów w nacjonalistycznych mediach społecznościowych: jeśli religia im go zjeść nie pozwoli, wiadomo: nie są nasi. Granice zamknąć, nie bać się słowa "twierdza". Twierdza-Polska albo twierdza-Europa. W Polsce, z całym bogactwem niuansów, po stronie tak myślących sytuują się J. Kaczyński i T. Rydzyk, W. Waszczykowski i bracia Karnowscy, K. Szymański i R. Winnicki, A. Macierewicz i T. Terlikowski.
Dla drugich, stawką są polityczne reguły współżycia we wspólnocie obywatelskiej i państwowej: zasady nie do zaakceptowania dla fundamentalistów z "państwa islamskiego", Al Kaidy czy innych podobnych organizacji terrorystycznych. Te reguły to podstawa liberalnej demokracji: demokratyczne instytucje i powszechne wybory, zakaz arbitralności w działaniach władz wobec obywatela, konstytucja, której funkcją jest ograniczenie samowoli władz i poszanowanie instytucji kontrolnych powołanych konstytucją, niezależne, bezstronne sądownictwo i równość obywateli wobec prawa, niedyskryminacja, między innymi na tle religijnym, etnicznym, rasowym, czy ze względu na orientację seksualną, obrona praw podstawowych i wolności każdego obywatela, wolność mediów i wypowiedzi, wolność zgromadzeń. Ten katalog jest zawarty w Karcie praw podstawowych (której rząd J.Kaczyńskiego zdecydował w 2007 nie podpisać) i w innych dokumentach, takich jak na przykład komunikat Komisji Europejskiej w sprawie umacniania praworządności (wpis z 22/10/2015). Poszanowanie tych zasad i jednocześnie zasada solidarności wobec tych, którzy chcą przybyć do Europy by stać się podmiotem tych wolności i praw były podstawą Listu z Europy Środkowej w sprawie przyjmowania migrantów (wpis z 20/09/2915). W Polsce za obroną tych zasad opowiadają się między innymi tacy ludzie jak A. Michnik i Z. Bauman, A. Smolar i A. Celiński, C. Michalski i B. Borusewicz.
Czego chcą nas pozbawić islamiści
Fundamentalistów wszelkiej maści, mimo wszystkich różnic między religiami czy ideologiami, które są motorem ich działania, łączy negatywny stosunek do liberalnej demokracji i wybór partykularyzmów przeciw uniwersalizmowi, kolektywizmu przeciw indywidualizmowi. Islamistów też ta reguła dotyczy. Ale choć i u nas, w Europie, niemało jest zażartych wrogów demokracji opartej na prawach każdego człowieka i indywidualnej wolności a nie na prawie wspólnoty (etnicznej, rasowej, religijnej) do pozbawienia go tej wolności, to trudno w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem załóżyć, że między jednymi a drugimi możliwy jest sojusz. Co nie osłabia jednak wrażenia, że Winnincki czy Bosak w Polsce, tak jak rodzina Le Penów we Francji, interpretują patriotyzm tak jak islamscy integryści interpretują religię. Problemem dla islamistów nie jest model państwa preferowany przez skrajną europejską prawicę. Albo przez Orbàna, Putina czy Łukasznkę. To, czego chcieliby Zachód pozbawić, to model państwa, który zaciekle zwalcza też europejska skrajna prawica: liberalnej demokracji. To jest ich cel.
Zaatakowali Francję już po raz drugi w tym roku, bo francuska armia jest dziś wszędzie tam, gdzie islamistyczny dżihad prowadzi wojnę: Irak, Jemen, Afganistan, Syria, Sahel. To akt zemsty. Zaatakowali Francję, bo tam są w stanie zbudować niezbędne do zamachu struktury (ten fakt, nie bez racji wykorzystują zwolennicy głębokiej zmiany francuskiej polityki imigracyjnej i integracyjnej). Ale Francja stała się też celem z innego powodu, ważniejszego niż logistyka: bulwar Woltera, plac Republiki - już same nazwy tych miejsc, które dopiero co były teatrem tragicznych wydarzeń przywołują wartości, które dla wrogów europejskiej demokracji są nie do zaakceptowania. Prezydent Obama był pierwszym przedstawicielem innego państwa, który publicznie wyraził solidarność z Francją i który nieprzypadkowo niektóre z tych wartości przywołał w swym wystąpieniu po francusku: liberté, égalité, fraternité. Laicka i demokratyczna Francja jest dla nich archetypem zła.
Tu nie chodzi o wojnę religii ani narodów, tylko o model społeczeństwa i państwa. Islamscy terroryści chcą, by odpowiedzią z naszej strony na ich terror była nienawiść wobec zwykłych muzułmanów, bo ta nienawiść jest z tym znienawidzonym przez nich modelem sprzeczna. Czym silniejsza stygmatyzacja muzułmanów, którzy żyją normalnie wśród nas, chrześcijanm i niewierzących, tym łatwiej będzie islamistom wykorzystać ich poczucie wyobcowania w walce przeciw reszcie społeczeństwa. Podoba im się, że każdy zamach przyczynia się do wzrostu poparcia elektoratu tych skrajnych ugrupowań, które - choć pod sztandarami innych ideologii i innych religii - też chcą upadku ustroju dominującego dziś w zachodnim świecie. Na naszym terytorium nie jest dla nich problemem to, że ktoś jest katolikiem, jeszcze mniejszy kłopot stanowi wola niektórych katolików do narzucenia swych religijnych pryncypiów wszystkim współobywatelom. Problemem jest państwo świeckie, wykluczające dyskryminację na tle religijnym, upaństwowienie religii i konfesjonalizację państwa. Tu przebiega linia podziału, tu tkwi źródło odpowiedzi na pytanie kim są "oni" a kim jesteśmy "my", na pytanie o prawdziwy cel ich ataków i o to, czego powinniśmy bronić.
Na podobny temat: "Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konrad Szymański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konrad Szymański. Pokaż wszystkie posty
2015-11-15
2013-03-13
O patriotyzmie, czyli kto che Polsce zrobić dobrze
Jeśli wierzyć w to, co napisali we "Wprost", Konrada Szymańskiego, europosła z PiS, oburza, że "Parlament Europejski odrzuca kompromis w sprawie wieloletniego budżetu z powodów, które nie mają nic wspólnego z interesami Polski". Tak, to rzeczywiście oburzające, że interes Polski nie jest tym kryterium, którym kieruje się Parlament Europejski w przyjmowanych przez siebie rezolucjach. Co gorsza, postępuje tak nie tylko Parlament, ale cała Unia Europejska. Skandal, po prostu skandal.
Patriotyzm intuicyjny czyli bezmyślny
Szymański komentuje dzisiejsze głosowanie w Strasburgu. Ale logika, której ten komentarz jest wyrazem, jest znacznie bardziej uniwersalna. Opiera się na niej swoista koncepcja pisowskiego patriotyzmu: cały świat ma nam robić dobrze. Zawsze. Jak nie robi, to jest zły. Przy czym czynione Polsce dobro i zło musi się mieścić w definicji polskiego interesu, która pisowskim politykom wydaje się najwłaściwsza. Nie ma jasnej wykładni. Ale jest intuicja. Intuicja podpowiada, że na ogół chcą nam robić źle, a nie dobrze. Trzeba więc wykazać się rewolucyjną czujnością. Rewolucja jest naturalnie narodowo-konserwatywna. Jeśli nie anty-europejska, to przynajmniej a-europejska. Wobec UE musimy zachować szczególną czujność. My, to znaczy ci, którzy myślą tak jak PiS. Nie. Nie myślą, tylko oceniają tak jak PiS: nieustannie i wszystko i zwykle negatywnie. Ocena opiera się na intuicji, dotyczy czyhającego zagrożenia i nie potrzebuje żadnej myśli. Dlatego właśnie człowiek skądinąd inteligentny, taki jak Konrad Szymański, może pleść takie bzdury, jak ta zacytowana przez tygodnik "Wprost". Granica między głupotą a cynizmem zostaje zatarta.
Problem kształtu
Zgodnie z zapowiedziami liderów najważniejszych klubów parlamentarnych, europosłowie odrzucili dzisiaj wynegocjowany w Radzie Europejskiej projekt wieloletniego budżetu UE. Trudno mówić o wielkim zaskoczeniu. Przyjęta przez Parlament rezolucja jest znacznie bardziej koncyliacyjna, niż wcześniejsze deklaracje wygłaszane przez posłów. Wyraźnie stwierdza, że Parlament nie godzi się na budżet "w takim kształcie". Ale jeśli się ten kształt trochę zmieni, to się zgodzi. W Polsce doniesienia i polityczne przepychanki dotyczyły i dotyczą oczywiście liczb. Parlamentarna rezolucja nie dotyczy jednak liczb, więc wynegocjowane przez Tuska miliardy (dość umowne, powiedzmy szczerze) pozostaną nietknięte. Oczywiście, Parlament chciałby - i słusznie - żeby ten budżet pozwolił realizować polityczne i gospodarcze cele, które przywódcy państw członkowskich zapisują w politykach, programach i strategiach. Parlament krytykował budżet napisany przez tępego księgowego. Albo przez polityka populistę. Budżet, w którym zabraknie pieniędzy na badania, naukę, nowe technologie informacyjne i rzeczywiście paneuropejską infrastrukturę.
Nasza chata z kraja
W ostateczności jednak posłowie nie przekuli tej krytyki w konkretne zapisy. Stawiają przed Radą zadania raczej księgowej natury. Domagają się przede wszystkim elastyczności budżetu. W praktyce pozwoliłaby ona pozostawiać we wspólnym skarbcu pieniądze niewydane na jakiś cel i przekazywać je na realizację innego celu, gdzie finansów zabraknie. Niby żadna filozofia, ale jednak: teraz te pieniądze wracają do państw członkowskich. Nie wszystkich: do tych, które wpłacają więcej niż dostają. Polska do nich nie należy. Jeśli więc poprawka Parlamentu zostanie przyjęta przez Radę, to Polska na pewno na tym nie straci, a zyskać może. Tak czy owak zachowa tuskowe miliardy. PO nie chciała w imię dość niepewnego zysku narażać z trudem wynegocjowanego budżetu na nową turę unijnych negocjacji. Niepewnego zysku dla Polski, bo dla Unii jako całości zysk jest oczywisty. Mówiąc słowami Szymańskiego, europosłowie z Platformy głosowali w zgodzie z Polskim interesem rozumianym jako interes przeciwstawny do wszystkich innych interesów, z interesem UE jako takiej na czele. Wiadomo: nasza chata z kraja.
Cameron broni dopłat do polskiego rolnictwa
Parlament głosował też nad reformą wspólnej polityki rolnej. Polityki od dawna krytykowanej za swą antyrynkowość, za nieuzasadnione uprzywilejowanie jednej grupy zawodowej, za niepojętą rozrzutność i za wiele innych rzeczy. Gdy jednak czytam tekst kolejnego posła PiS (kiedyś PSL), Janusza Wojciechowskiego ("Nasz Dziennik"), odnoszę wrażenie, że cała reforma WPR dotyczyła tylko jednego zagadnienia: wysokości dopłat bezpośrednich dla polskich rolników. Z artykułu dowiadujemy się, że polski rząd wynegocjował za mało, mniej niż "Parlament Europejski chce dać polskim rolnikom". Chce dać! A oni nie biorą. Dlaczego? Bo nie lubią polskiej wsi. Na szczęście PiS lubi. I dlatego Parlament poddał się przemożnemu wpływowi klubu politycznego EKR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy), do którego PiS dumnie przynależy. Zagłosował tak, by wynik głosowania miał wiele wspólnego z interesami Polski, że znowu użyję formuły Szymańskiego.
Wołowina, konina, EKR
Głupota i cynizm, bez wątpienia, ale trudno mi powiedzieć w jakich proporcjach. Przy czym mówiąc głupota nie myślę oczywiście o pośle, który kocha polską wieś, tylko o jego przekonaniu, że zwraca się do kompletnych idiotów. Współczuję czytelnikom Naszego Dziennika, zwłaszcza tym ze wsi, bo poseł Wojciechowski podważa siłę ich intelektu podwójnie. Oto jaki w sposób. Po pierwsze, porównywanie warunków negocjacyjnych w Radzie Europejskiej, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze, do handlu poprawkami, jaki odbywa się w Parlamencie, jest niedorzeczne. Parlament zawsze jest bardziej szczodry niż szefowie rządów i ich ministrowie a posłowie zawsze mają szerszy margines negocjacyjny. We wszystkim. Przedstawianie tego mechanizmu jako zasługi PiS to bezczelność. Po drugie, twierdzenie, że udało się więcej wyszarpnąć (komu?) na rolnictwo dzięki poparciu partii Camerona (PiS należy do tego samego klubu w europarlamencie), to prowokacja. Jeżeli Tusk wynegocjował w Radzie mniej, niż Wojciechowski w Parlamencie to między innymi dlatego, że w Radzie trzeba się było zmierzyć z Cameronem: najbardziej zajadłym wrogiem wspólnego budżetu, wspólnej polityki rolnej i jakichkolwiek dopłat do rolnictwa. Chciał Polsce zrobić dobrze, bo kocha PiS, tak jak PiS kocha polską wieś? Po trzecie, przekonywać kogokolwiek, że EKR na cokolwiek w europarlamencie wpłynął to jak sprzedawać wołowinę z konia. EKR ma znaczenie marginalne. I całe szczęście, bo eurosceptycyzm to najniższy stopień nacjonalistycznej i populistycznej eurofobii wyznawanej przez partie, które skupia: PiS, torysów, ODS.
Równanie do pułapu, którego nie ma
Po czwarte wreszcie, głoszenie, że dzięki akcji PiS i EKR w Parlamencie coraz bliżej do wyrównania dopłat bezpośrednich to jakaś paranoja. Paranoja z pięcioletnią tradycją, chwali się Wojciechowski. Jeżeli polscy rolnicy dostaną więcej pieniędzy, to będzie im bliżej do osiągnięcia pewnego finansowego pułapu, faktycznie. Ale co to za pułap? Poziom dopłat zależy od szeregu warunków. Są one inne w każdym kraju. I dlatego w UE nie ma i nigdy nie było jednego pułapu dopłat do rolnictwa. W każdym z 27 (wkrótce 28) krajów te dopłaty są inne. Sugerowanie, że dopłaty, które dostają polscy rolnicy sytuują się poniżej unijnego pułapu i że PiS walczy o zniwelowanie tej różnicy to już nawet nie jest demagogia, tylko zwykłe kłamstwo. Fakt, że dopłaty bezpośrednie hamują rozwój polskiej wsi (choć walnie przyczyniają się do wzrostu zamożności większości gospodarzy) to inna kwestia. Ale istotna, choć z tekstu Wojciechowskiego to nie wynika. Zmiana tego stanu rzeczy to jeden z powodów planowanej reformy archaicznej WPR. Czy jednak nie są to powody, które "nie mają nic wspólnego z interesami Polski"? Zobaczymy. EKR czuwa.
2012-09-24
Stan nauki polskiej to problem cywilizacyjny
![]() |
| Wikimedia commons |
Od czasu do czasu troska o stan
polskiej nauki staje się modnym tematem artykułów prasowych. Dzieje się tak
wówczas, gdy okazuje się, że mogliśmy z Unii dostać więcej pieniędzy niż
dostaliśmy. Ostatnio stało się tak, gdy wśród 536 młodych, obiecujących
naukowców, którzy otrzymają łącznie 800 mln euro na projekty badawcze znalazł się
tylko jeden polski naukowiec. Po opłakaniu strat, nauka wraca na swoje miejsce
w hierarchii tematów interesujących i ważnych. Miejsce bardzo odległe. Jeśli
się pojawia, to zwykle w ten sam sposób: w wywiadzie lub artykule autorstwa
tego czy innego polityka zmartwionego naciskami "brukselskiej
biurokracji", która chce w Polakach wzbudzić naukowy zapał. Na siłę, mocą
finansowego dyktatu, i wbrew polskim interesom, bo przecież polski interes to
budowanie dróg i mostów, a nie badania naukowe. Argumentacja ta bynajmniej nie
jest wyłączną domeną eurosceptyków. Nie, w tej kwestii panuje w Polsce szeroki
konsensus.
Nawet Donald Tusk, uznany podczas
polskiej prezydencji w Radzie UE za wzór proeuropejskiego polityka, uważa
badania naukowe za sprawę drugorzędną. W 2010 roku napisał list
do Hermana Van Rompuya, José Manuela Barrosa i José Luisa Rodrigueza Zapatero (Hiszpanii
przewodniczyła wówczas UE) przekonując, że priorytetem unijnej gospodarki
powinny być miliardowe inwestycje w drogi, koleje i sieć teleinformatyczną, a
nie inwestycje w badania naukowe i wiedzę. To stanowisko nie zmieniło się do
dziś. W swoim projekcie wieloletnich ram finansowych dla UE (2014-2020) Komisja
Europejska uwzględniła ten postulat proponując wygospodarowanie na ten cel 50
mld (instrument budżetowy "Łącząc Europę").
Ale propozycja Komisji jest efektem
innego niż dominujący w Polsce sposobu myślenia: nauka i badania nie są
alternatywą dla inwestycji infrastrukturalnych, jedno musi iść w parze z
drugim. Co więcej, nauka i badania są warunkiem rozwoju, również w zakresie
infrastruktury. Stanowisko to jest też zgodne ze strategią stymulowania wzrostu
gospodarczego Europa 2020 opierającej się na trzech priorytetach: rozwój
gospodarki opartej na wiedzy i innowacjach, gospodarki niskoemisyjnej, gospodarki
stawiającej na wysoki poziom zatrudnienia.
Nowoczesność: ciągnik zamiast konia
Jeden z artykułów z ostatnich dni
(Gazeta Wyborcza, 14/09/2012) zaczynał się od pytania: skąd się bierze mizeria
polskiej nauki? Uczestnicy debaty dostarczyli wielu odpowiedzi. Wśród nich,
raczej między wierszami niż sformułowaną wprost, wyczytać można odpowiedź
najważniejszą: w Polsce badania i nauka to kwestia drugorzędna, a wydatki na
nie stanowią wymuszona przez UE alternatywę wobec jedynego ważnego celu:
twardej infrastruktury. Jestem jak najdalszy od twierdzenia, że infrastruktura
jest nieważna. Polska potrzebuje wyższego poziomu inwestycji w infrastrukturę
niż kraje wyżej rozwinięte nie tylko dlatego, że musi opóźnienie w rozwoju
nadgonić, ale też po to, by nie dopuścić do szybkiego wzrostu bezrobocia. To
jasne, że potrzeby Polski w tym zakresie są inne niż krajów, które w nowoczesna
infrastrukturę inwestowały od dziesiątków lat. Również wtedy, gdy była ona
motorem świadomego dążenia do nowoczesności. Dzisiaj już nie jest. Dzisiaj
świat jest gdzie indziej. A Polska, w której cywilizacyjnie nawet koncepcja
nowoczesności jest odmienna od niemieckiej czy francuskiej, razem z nim. Czy
chcemy tego, czy nie. Zastąpić konia ciągnikiem, zwykłą asfaltówkę autostradą,
to już było. Zapóźnień z lat siedemdziesiątych nie nadrobimy logiką
modernizacji z lat siedemdziesiątych.
Niemiec chce nas wyzyskać
Niektórzy naukowcy skarżą się, że brak
w Polsce atmosfery i środowiska (również infrastrukturalnego) koniecznych dla
rozwoju badań i nauki. A jak ma być, skoro nawet dla rządu jest to kwestia
drugorzędna? W Polsce każda zachęta UE, by inwestować (tak, inwestować!) w
naukę i badania jest postrzegana jak pułapka. Kryje się za tym paranoiczne,
eurofobiczne przekonanie, że Polska jest otoczona silniejszymi od niej wrogami
(Niemcy), którzy chcą zatrzymać transfery środków z Zachodu na Wschód, promować
lepiej rozwinięte regiony UE kosztem gorzej rozwiniętych, budować rynek dla
"zachodniego" przemysłu.
Gdy takie rzeczy wypisuje Konrad
Szymański (na przykład tutaj),
to nie można się dziwić, bo to są jego poglądy, nie tylko na UE, ale w ogóle na
otaczający świat. Emocjonalne zaangażowanie i ideologia każą mu abstrahować od
podstawowych, świetnie mu znanych zasad, na których nie od wczoraj, ale od
początku, opiera się idea i praktyka integracji europejskiej. Jedną z nich jest
wyrównywanie a nie różnicowanie poziomów rozwoju. Zdaniem Szymańskiego i innych
polityków pisowskich lub pisopodobnych, w świecie, gdzie człowiek człowiekowi
wilkiem, jest to zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Kwestia wiary. Ale
dlaczego na podobnym stanowisku stoją politycy prezentujący się, jako
orędownicy nowoczesności i europejskości? Może po prostu ich nowoczesność i
proeuropejskość są zbyt świeżej daty, niezakorzenione, nie w pełni uświadomione.
Może krótki staż w UE nie wystarczył, zatrzeć podział Wschód-Zachód, głęboką
świadomość prowincjonalności i niezdolność do spojrzenia na siebie samych jako
części świata, a nie tylko konkurenta dla sąsiada zza miedzy.
Oczywiście, że jest co negocjować
UE ma prostą zasadę funkcjonowania:
wpłacamy do wspólnego budżetu pieniądze na realizację tych celów, które
wspólnie chcemy osiągnąć. W praktyce okazuje się, że nie wszędzie te cele są
identyczne a ich realizowanie nie wszędzie wymaga zaangażowania takich samych –
w procentowej relacji do PKB – nakładów. Chodzi o to, by finansowe instrumenty
zostały skonstruowane tak, by dać wszystkim równe szanse. Tego powinny dotyczyć
twarde negocjacje, który polski rząd prowadzi ze swoimi partnerami. Podważanie
oczywistości, jaką jest konieczność modernizacji i innowacyjności, konieczność
badań i nauki by UE pozostała konkurencyjna w świecie jest pozbawione sensu.
Zamiast tego, należy stworzyć warunki
do jak najpełniejszego wykorzystania środków, które UE na ten cel przeznacza.
Dla dobra polskiej nauki, ale przede wszystkim po to, by Polska nie pozostała
jeszcze bardziej w tyle. By dotrzymać kroku chińskiej i amerykańskiej
konkurencji, UE potrzebuje odpowiedniej liczby naukowców. Zatrzymanie naukowców
i ich rodzin na miejscu i przyciągniecie ich spoza UE wymaga nakładów. Dobrze,
by chcieli i mogli żyć i pracować również w Polsce. Przekonanie, że wystarczy,
gdy będą w Londynie, Paryżu i Madrycie, byle tylko Bruksela pozwoliła nam
betonować dwupasmówki i radośnie mknąć po szosach, prowadzi donikąd.
Oczywiście, że to się opłaca
Dystansu do nowoczesnego świata nie
mierzy się dziś kilometrami autostrad. To, że polskie lokomotywy i pociągi
produkowane przez Pesę i Newag sprzedają się dziś w Europie i w świecie jest
lepszą miarą postępu. Nie byłoby go, gdyby nie nakłady na innowacyjność. To
ona, nie tylko cena, stanowi dziś o konkurencyjności przedsiębiorstwa. To
prawda, że jakość polskich torów nie pozwala na puszczenie nimi szybkich,
nowoczesnych pociągów. Infrastruktura? Nie: jakość i innowacyjność.
Nowoczesność. Wielomiesięczne negocjacje, w których polski rząd chciał
wynegocjować z Komisją Europejską zgodę na łatanie dziur, zamiast na rzeczywistą
modernizację kolei, a potem przekazanie "zaoszczędzonych" pieniędzy
na autostrady to szczyt absurdu. Nie przypadkiem podaję ten przykład: nauka,
badania, innowacyjność to nie alternatywa dla inwestycji infrastrukturalnych,
ale warunek nadania tym inwestycjom sensu. Do wykorzystania jest wielki
potencjał. Zamiast zastanawiać się czy są zmiany klimatyczne i bronić
gospodarki wysokoemisyjnej, opartej na węglu, lepiej umiejętnie wykorzystać
środki, które UE przeznacza na "zazielenienie" gospodarki. Chińczycy,
kraj spoza UE, którzy nie są wielbicielami unijnej polityki klimatycznej, ale
potrafili wykorzystać wynikający z tej polityki popyt na panele słoneczne i
stali się ich największym eksporterem na świecie. Wymagało to jednak inwestycji
w badania.
Polska jest wielkim orędownikiem
wspólnego rynku. I przeciwnikiem Europy dwóch prędkości. Słusznie. Akceptując
jednak strategię Europa 2020 a jednocześnie domagając się dla siebie pieniędzy
na drogi zamiast na naukę i badania, zapomina, że wspólny rynek i spójność
europejska nie będą miały racji bytu, gdy w jednej części Europy będzie
powstawał coraz nowocześniejszy, bardziej specjalistyczny przemysł, zdolny do
konkurencji ze światem, a w drugiej – powstawać będą drogi dojazdowe z peryferii
do centrum. Dynamika gospodarcza mająca za jedyne źródło inwestycje
infrastrukturalne jest krótkookresowa. W dłuższej perspektywie nie wystarczy,
by uniknąć pozostania po stronie zapóźnionych i niedorozwiniętych.
Polska sama stawia się poza limesem
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.
Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...
-
To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Oneci...
-
©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipc...
-
Fot. Wikimedia Commons Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka...



