Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migranci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą migranci. Pokaż wszystkie posty

2016-05-04

Grzywna za niesolidarność

Dzisiejszy dzień przyniósł post-scriptum do wczorajszego posta: Komisja Europejska ogłosiła, jak wcześniej zapowiadała, cennik kar za brak solidarności. Każdy kraj, który wbrew prawnym i politycznym zobowiązaniom nie wywiąże się z obowiązku przyjmowania uchodźców przybywających do Unii, zapłaci 250 tysięcy euro od nieprzyjętego uchodźcy.

Krytycy, w Polsce albo na Wegrzech, bardzo się obruszyli oczywiście i uznali tę decyzję za absurdalną i niewykonalną. Komisarz Dimitris Avramopoulos wyjaśnił, że mówiąc o solidarności i odpowiedzialności miał na myśli nie tylko zasady moralne, których wartość, jak wiadomo, jest na euro nieprzeliczalna, ale również prawne i finansowe, a te, jak najbardziej, w grzywnach i karnych odsetkach można wyrazić. Oczywiście Komisja nie mówiła o karach. Mówiła o prawie każdego państwa do wyboru: albo przyjęcie pod swój dach uchodźcy, albo wykupienie mu miejsca pod dachem w innym państwie. To trochę jak w dawnych czasach prawo do "wykupienia się"od slużby w armii.

Wiceprzewodniczący Komisji Frans Timmermans (ten który nie poznał się na dobrej zmianie i dlatego uznany został przez szefa niedyplomacji Witolda Waszczykowskiego za persona non grata w Polsce) przypomniał, że za każdym razem, gdy odwoływano się do solidarności i odpowiedzialności w niematerialnym wymiarze, kraje, które ani jednego i ani drugiego nie mają w nadmiarze (ani w naturze), powoływały się na obowiązujące prawo, na tak zwane rozporządzenie dublińskie. A ponieważ nie było ono w stanie na nikim solidarności wymusić, postanowiono je zmienić. I słusznie.

Bardzo możliwe oczywiście, że państwa członkowskie ponownie okażą się wobec siebie solidarne w 
obronie niesolidarności i narodowego, krótkowzrocznego egoizmu idiotów i propozycję odrzucą. Nie zmienia to faktu, że Komisja zaproponowała jedyne możliwe rozwiązanie. 

2016-05-03

Migracje: najlepiej zbudować płot

Przebieg dyskusji na temat fali uchodźców i migracji utwierdza ludzi w przekonaniu, że mamy do czynienia z jakimś chwilowym problemem. W wielu krajach, w których - tak jak w Polsce - uchodźców i imigrantów albo nie ma albo prawie nie ma, panuje pogląd, wzmacniany przekazem medialnym, że jest to cudzy problem, który w zasadzie mieszkańców danego kraju nie dotyczy. I że wystarczy powiedzieć "nie", by mieć go z głowy. Nawet tam, gdzie uchodźcy i imigranci przyjeżdżają masowo: w Austrii, Grecji czy we Włoszech, w Niemczech i w Szwecji, i gdzie - z tego powodu - powszechny jest pogląd, że międzynarodowa mutualizacja wysiłków antykryzysowych jest konieczna, słaba jest świadomość, że mamy do czynienia z długotrwałym, planetarnym procesem demograficznym, gospodarczym i cywilizacyjnym.

Złudne są nadzieje, że problem da się przerzucić przez jedną czy drugą granicę jak piłkę przez siatkę wokół boiska; albo, że wystarczy postawić zagrodę, by uchronić swoją miedzę przed szkodą; albo, że kryzys można przeczekać, bo przecież dobra koniunktura musi wrócić, jak dobra pogoda, albo jak wzrost gospodarczy w kapitaliźmie. Nic podobnego się nie stanie. Mamy do czynienia z wielkimi, choć nie pierwszymi i nie największymi (prawdopodobnie) w historii ruchami migracyjnymi, które co jakiś czas zmieniają społeczny i ekonomiczny krajobraz kontynentów a nawet planety.

Podziały na biednych i bogatych w świecie się pogłębiają, zamiast zanikać. Poziom biedy w Afryce wynosi dziś 48%. Jest więc lepiej, bo jeszcze parę lat temu stystyczni biedni stanowili tam 51% ludności, odsetek niewyobrażalny w bogatej Europie. Ale 3% wzrost gospodarczy, choć niewątpliwie sprzyja mu dostrzegalna mimo wszystko demokratyzacja, to za mało, by przepaść zasypać. Do 2050 roku podwoi się liczba mieszkańców Afryki. Będą stanowić jedną czwartą światowej ludności. To nie pozwala wierzyć w rychły koniec kryzysu migracyjnego. Przeciwnie: oznacza, że zjawiska migracyjne, które dziś obserwujemy, należy postrzegać w kategoriach braudelowskiego długiego trwania, a nie w kategoriach przemijającego kryzysu.

W tej sytuacji dywagacje, na temat tego, czy musimy przyjmować migrantów, skoro nie mieliśmy kolonii, albo jak skomponować profil religijno-etniczno-społeczno-zawodowy dwudziestu, stu, czy może nawet stu dwudziestu imigrantów, których zgodzimy się przyjąć, brzmią jak rozmowy czterolatków na temat lotów kosmicznych. To niezwykłe, że w czasach powszechnego dostępu do informacji, w epoce przyspieszonego rozwoju technologii informacyjnych, przyssania ludności do ekranów telewizorów i komputerów, świadomość długotrwałych i globalnych procesów jest tak nikła. Jak przed wiekami ludzki wzrok rzadko sięga poza opłotki. Fakt, że - na przykład w polskiej telewizji i w polskich mediach w ogóle - świat zajmuje niewiele miejsca. Swoboda podróży mieszkańców bogatych krajów do biednych w niewielkim stopniu rozwija horyzonty, bo realizuje się w obrębie mapy wyznaczonej turystycznymi "destynacjami": od jednego hotelu z basenem do drugiego.

Migranci i uchodźcy biorą dziś udział w wielkiej przemianie cywilizacyjnej, na którą my już się spóźniliśmy i czym większe będzie nasze spóźnienie tym trudniej nam będzie sobie ze skutkami tej przemiany poradzić. Ale choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali powieki, by jej nie widzieć, ona i tak się dokona. Nasze wnuki nie będą nawet świadome lęków, które każą nam dziś kierować wzrok w podłogę, zamiast patrzeć przed siebie. Oczywiście, będą bać się czego innego, lęk i ucieczka przed lękiem w nieświadomość są nierozłącznie związane z człowieczą dolą.

Tym wszystkim, którzy myślą, że budowa zapór na granicy jest rozwiązaniem problemu migrantów i uchodźców, chciałbym podszepnąć pomysł: niech zbudują drewniane płoty. I dobrze je zakonserwują przed deszczem, wiatrem i kornikami. Materiał naturalny, vintage design, szybka i tania konstrukcja, wszystko zgodnie z trendami epoki. Skuteczność w powstrzymywaniu światowych migracji co prawda żadna, ale też nie mniejsza niż zasieków z drutu kolczastego. Za to może się taki płot zachowa jako artystyczna instalacja, ponadczasowy pomnik głupoty, krótkowzroczności i tępego egoizmu ludzkości.




 

2015-11-12

Maltańska wpadka, polski niesmak

By nie być zdziwionym, wystarczy przyjąć właściwe założenia. Skład rządu PiS na przykład mnie nie zdziwił, zwłaszcza obecność w nim Macierewicza. Na pewno nie drę dziś szat, że mnie niby oszukano. Oszukać się dają jedynie Ci, co naiwnie wierzą lub którym wygodnie jest dać się oszukać. Co nie znaczy, że od zaskoczenia można się trwale zaszczepić. Rozumiem, że Ewa Kopacz mogła być zaskoczona najgorszą z możliwych datą pierwszego posiedzenia nowego sejmu, wybraną przez prezydenta. Tłumaczenia - bez ładu, i składu, i sensu - sprzeczności tej daty z kalendarzem unijnych spotkań na szczycie potwierdziły obawy co do profesjonalizmu i samodzielności w myśleniu prezydenckich doradców. Mnie znacznie bardziej zaskoczyła informacja, że premier nie poleci na Maltę, by po raz ostatni reprezentować Polskę. Jej decyzję, by zostać w Warszawie przyjąłem z niesmakiem. Moja wina, naiwnie uwierzyłem, że zachowa się odpowiedzialnie.

Kopacz (też) nie jedzie na Maltę


Polskę na szczycie UE w Valletcie reprezentował 
B. Sobotka, premier Czech
Podjęta przez Ewę Kopacz próba budowy antypisowskiego frontu poprzez wpuszczenie na platformowe listy Dorna i Kamińskiego i udzielenie poparcia Giertychowi miała dość duży wpływ na moją decyzję przed urną wyborczą, ale wiedziałem, że to tylko taktyka. Dla mnie niemożliwa do wybaczenia, okazało się też, że nieskuteczna dla partii, ale gatunkowo nie tak bardzo istotna dla państwa. Inaczej jest z decyzją Ewy Kopacz, by nie jechać do Valletty na unijno-afrykańską konferencję w sprawie migracji i na unijny szczyt.

Jestem w stanie zrozumieć, że nie chciała się dać wciągnąć w pułapkę. Z punktu widzenia pisowskiego prezydenta sens wysyłania tam premier w ostatnim dniu jej urzędowania byłby dość oczywisty: chodzi o to, by o każdy niepopularny społecznie element polityki imigracyjnej oskarżyć w przyszłości rząd PO; by nie brać odpowiedzialności za skutki rozpętanej w dużej mierze przez PiS ksenofobicznej, nieludzkiej burzy antyimigranckiej w społeczeństwie. Bez trudu przychodzi mi zrozumienie potrzeby "przeczołgania" prezydenta za głupie, krótkowzroczne gierki z polityką europejską, woli utrzymania go w niepewności do ostatniej chwili. Liczyłem jednak, że w końcu Kopacz pojedzie na Maltę, bo zwycięży jej odpowiedzialność za państwo. Tymczasem zwyciężyła małostkowość i tania, partyjna kalkulacja.

Małostkowość, bo Kopacz chciała Dudę ukarać. Ludzka rzecz. Kalkulacja, bo nie chciała się dać wystrychnąć przez Dudę na dudka. Partyjna taktyka. To, że w tej sytuacji mediom decyzję o nieobecności premier na Malcie przedstawił Rafał Trzaskowski, wydaje się wręcz naturalne. Nie tylko dlatego, że chodzi o jego pole kompetencji (polityka europejska). Głównie z tego powodu, że ów młody, niewatpliwie zdolny choć niezbyt jeszcze doświadczony polityk, instynktownie kieruje się w swych działaniach i swym rozumieniu świata bardziej pragmatyczną, jednorazową kalkulacją niż ideą, taktyką a nie strategią. Wystarczy przypomnieć jak cynicznie (w wymowie, nie w zamierzeniu, cynizm u Trzaskowskiego jest formą pragmatyzmu i jako taki nie do końca jest uświadomiony) tłumaczył przyczyny, dla których na poprzednim szczycie Polska głosowała w sprawie migracji inaczej, niż pozostałe państwa Grupy Wyszechradzkiej. Uzasadnienie było arytmetyczne, szczerze i głęboko bezideowe. Podobnie jak dziś decyzja o dezercji ze szczytu na Malcie.

Dlaczego trzeba było na Malcie być

Zarówno prezydent Duda jak i Ewa Kopacz, PiS jak PO, tłumaczyli do niedawna Polakom, że problem fali imigrantów należy rozwiązywać systemowo, u podstaw. Tłumaczyli podobnie, ale w innym duchu, bo gdy przyszło do decyzji, Kopacz opowiedziała się jednak za solidarnością, a nie egoizmem, za Unią Europejską, a nie przeciw niej. Konferencja na Malcie i szczyt UE, który zaraz po niej nastąpił tego właśnie dotyczyły: systemowych rozwiązań, działania u źródeł. Chodziło o skłonienie państw afrykańskich do wywiązywania się z obowiązku readmisji. O racjonalne wykorzystanie korzyści z legalnej, uregulowanej imigracji i skuteczne postawienie tamy nielegalnemu napływowi migrantów, o walkę z gangami przemytników i pomoc na miejscu ludziom uciekającym przed głodem, wojną i terrorem. Nieobecność na tym szczycie jasno pokazuje, że nawoływanie polskich władz, jakie by nie były, do rozwiązywania problemu u źródeł to czysta ściema, oszustwo. Ani Duda ani Kopacz nie chcieli w tej dyskusji wziąć udziału. Niech żadne z nich nie mówi potem, że ktoś za nas decyduje.

O spotkaniu na Malcie mówiono od kwietnia, od czerwca potwierdzona była dokładna data konferencji. Mówiono nie dlatego, że brak innych tematów, tylko dlatego, że do tej konferencji przywiązywano dużą wagę. I słusznie. Kiedy przedstawiciel Kancelarii Prezydenta mówi, że nikt im o tym nie powiedział, ośmiesza siebie i prezydenta. Decyzja o szczycie UE zapadła z niewielkim wyprzedzeniem, ale przecież przed decyzją prezydenta w sprawie daty inauguracyjnego posiedzenia sejmu i nie była niespodziewana, bo wykorzystanie obecności szefów państw i rządów w jednym miejscu było racjonalne, a potrzeba szczytu - niekwestionowana. Nikt nie mógł przewidzieć, że polski prezydent wybierze najgorszą z możliwych datę powyborczego przekazania władzy w Polsce. Ani że podporządkuje decyzję w tej sprawie terminowi... mszy w Watykanie.

Argument, że z Chorwacji pewnie nikt nie przyjedzie jest niepoważny: rola Polski w UE jest inna niż rola Chorwacji. No, chyba, że ktoś świadomie zamierza rolę Polski zdegradować. Warszawa jest siedzibą Frontexu - niejednokrotnie Włosi, Grecy i Hiszpanie krytykowali to usytuowanie agencji do spraw unijnych granic twierdząc, że nie tylko geograficznie, ale i mentalnie Polska jest od problematyki trwającego kryzysu uchodźców zbyt odległa. Nieobecnością na szczycie przyznajemy im rację. Polska jest krajem granicznym UE i wciąż podkreśla swoją gotowość do stawienia czoła ewentualnej fali migrantów ze wschodu. Chyba w pojedynkę, bo o wspólnej strategii rozmawiano na Malcie. Argument, że w Valletcie miało nie być Camerona dowodzi albo ignorancji albo naiwności albo jednego i drugiego: Cameron, jako jedyny szef rządu państwa członkowskiego, nie bierze udziału w żadnych unijnych dyskusjach na temat migracji, on przygotowuje referendum w sprawie wystąpienia z UE. Jeśli to jest nasz wzór w kształtowaniu polityki europejskiej, to warto powiedzieć to otwarcie.

Twierdzenie, że szczyt jest nieważny, bo nieformalny, po raz kolejny dowodzi niewiedzy. Zgodnie z traktatem lizbońskim, każdego roku odbywają się co najmniej cztery szczyty UE, formalne posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli. Może ich być więcej. Ale nie za dużo, bo ich przygotowanie wymaga sporego wysiłku i negocjacji. Przyjmuje się bowiem na nich dokument zwany konkluzjami szczytu, wcześniej przygotowany. Szczyty zwane nieformalnymi, na których konkluzji się nie przyjmuje, mają charakter roboczy, przygotowują szczyty formalne, i niejednokrotnie są od nich ważniejsze. To tam ucierają się stanowiska i zawiązują koalicje. Tymczasem słuchając polskiej dyskusji można odnieść wrażenie, że szczyt "nieformalny" to nie szczyt, to takie luźne spotkanie, nieobecność na nim nie ma znaczenia. Nic bardziej błędnego. Błędem jest nieobecność. I ten błąd popełnili zarówno prezydent Duda jak premier Kopacz. Poproszenie o zastępstwo czeskiego premiera niczego nie załatwia.

Oczywiście to prawda, że udział w szczycie w dniu, w którym składa się urząd, nie jest rozwiązaniem najlepszym. Najlepiej by było, gdyby pojechał tam Duda. Ale po co udawać zdziwienie: teraz, gdy skład nowego rządu jest znany, wydaje się jasne, że wolą prezesa Kaczyńskiego rola prezydenta na polu spraw zagranicznych będzie ograniczona. Duda nie dostał instrukcji, sam nie ma nic do powiedzenia. Kopacz ma. Nadzieja, że Duda wypije piwo, które nawarzył, i na Maltę pojedzie jako konstytucyjny gwarant ciągłości państwa była naiwna: jego szczeniacki bojkot rządu Kopacz jasno pokazuje w jak wielkim poważaniu ma ciągłość państwa.

Na Malcie trzeba było być z przyczyn wizerunkowych i z uwagi na pozycję Polski w UE. Kopacz powinna o tym wiedzieć, wykazać się innym instynktem politycznym i wyższą odpowiedzialnością niż PiS. Szkoda, że dokonała innego wyboru, bo to ważne jak się odchodzi, jaki po sobie zostawia się smak. Lub niesmak. Udział Polski w szczycie, zwłaszcza nieformalnym, polegałby na czym innym niż wygłoszenie oficjalnego przemówienia przez Ewę Kopacz. Razem z nią pojechałaby Polska delegacja (której status jest inny, gdy na czele stoi premier i inny, gdy tylko wiceminister). Urzędnicy, których wiedza powinna pomóc w płynnym przejściu z jednych rządów w drugie. Prezydentowi Dudzie i jego pisowskim mocodawcom oczywiście na tym nie zależy. Przeciwnie: chodzi przecież o zerwanie tej ciągłości. Ewa Kopacz powinna po raz ostatni pokazać, że ma do państwa inny stosunek.



2015-09-15

Niemieccy migranci a polskie autostrady, czyli o powinności i solidarności

To interesujące, jak wielu Polaków uważa, że europejska solidarność wymaga finansowania przez UE polskich autostrad i basenów, ale nie wymaga przyjmowania przybywających do UE migrantów. Żeby zjawisko to zrozumieć, trzeba się odwołać do sposobu rozumienia w Polsce dwóch koncepcji: powinności i solidarności.

Finansowanie z unijnego budżetu wydatków na infrastrukturę, która czyni życie Polaków wygodniejszym i tworzy miejsca pracy, to unijna powinność. Wygodniejsze i dostatniejsze życie to polska aspiracja, którą Unia ma spełnić. Tak przede wszystkim rozumiemy sens i cel integracji europejskiej i tak rozumianą - i docenianą - Unię Polacy popierają w sondażach. Na tej podstawie formułowany jest dyskusyjny wniosek, że Polacy są bardzo proeuropejscy. Jakby to na tym polegała europejskość.

Unijna solidarność

Unijny współudział w realizacji tych aspiracji wynika z zasad integracji europejskiej (solidarność na rzecz wyrównywania poziomów życia), unijnych mechanizmów (polityka spójności) i, oczywiście, z zasobów finansowych unijnego budżetu. Wiadomo, że gdy o finanse chodzi, jesteśmy w pierwszym rzędzie beneficjentami niemieckiej szczodrości, bo to najbogatszy kraj UE. Ale też dlatego, że to kraj geograficznie najbliższy, oczywisty kierunek polskich migracji - nie w obronie życia, nie za chlebem nawet, ale w celu podniesienia poziomu życia. Podnosząc poziom życia w Polsce Niemcy stosują więc logikę rozwiązywania problemu u źródeł, postulat nieustannie pojawiający się dziś w argumentacji tych, którzy w Polsce są przeciwni przyjmowaniu migrantów.

Jednak gdy mówimy o płynących do Polski funduszach, nie mówimy, że są niemieckie, tylko unijne. Dlatego doceniamy solidarność UE, ale rozumianą nie jako element kanonu wartości, tylko jako "mechanizm" (tak się zresztą czasem mówi: "mechanizm solidarności"). Co do Niemców, ich kontrybucję do unijnego budżetu traktujemy jako powinność: bogatszego wobec biedniejszego, ale też historycznie winnego wobec pokrzywdzonego.

Niemieccy imigranci

Inaczej z migrantami: o nich nie mówimy, że są unijni, tylko niemieccy. Ten zabieg retoryczny, wymyślony przez Viktora Orbána, padł w Polsce na podatny grunt: skoro problem jest niemiecki, a nie unijny, nie europejski, to nie ma mowy o europejskiej solidarności. Kamień spada z serca. Solidarność odzyskuje swój moralny wymiar, ale nie na poziomie europejskiej kultury politycznej i obywatelskiej, tylko w swym religijnym wcieleniu: episkopat wykazał się chrześcijańską miłością bliźniego. Jej realizację zrzucił na często niechętnie nastawionych do pomysłu proboszczów: parafie przyjmą migrantów. Ale których? Ilu? Kiedy? Jak ich przewieźć? Zarejestrować? Za jakie pieniądze? To sprawy ziemskie, którymi zajmować się nie musimy. Tu Bruksela kwot nie narzuci. Kamień spada z sera po raz drugi.

Skoro problem nie jest europejski, tylko niemiecki, to tematem chwili nie jest żadna solidarność (bo solidarni to oni mają być z nami), tylko powinność, a ta - z zasady - jest niemiecka. Nie ma powodu byśmy jako Polacy przyjmowali na siebie niemieckie powinności. Polska koncepcja powinności jest nierozerwalnie związana z winą. A to nie my jesteśmy winni.

Polska przyzwoitość

Czy jest też związana z przyzwoitością? Tak, ale z jej specyficzną odmianą. Zdefiniowała ją jasno Halina Bortnowska w audycji Stefana Bratkowskiego "Z Boku", nazywając ją przyzwoitością obłudy, przyzwoitością Dulskiej i Tartuffe'a, w odróżnieniu od przyzwoitości jako wierności samemu sobie, opisywanej przez Josepha Conrada. Ilustracją przyzwoitości obłudy jest niedawny sondaż, w którym 53 % Polaków uznało, że powinniśmy przyjmowć uchodźców, ale większość spośród nich gotowa jest przyjąć liczbę jak najmniejszą, symboliczną, kilkaset osób. Kilkaset osób przyjmiemy. Żeby już nie gadali.



2015-09-14

Polityka u podstaw

"Nikt nam nie będzie narzucał przyjmowania imigrantów, bo to nie jest żadne rozwiązanie. Problem trzeba rozwiązać u źródła" - powiadają niektórzy politycy, na przykład prezydent RP. Zawsze ceniłem pozytywistyczny postulat pracy u podstaw. Ale wypowiadanie takich mądrości w sytuacji, gdy każdego dnia do granic UE docierają dziesiątki tysięcy uchodźców należałoby uznać za kolejną ilustrację narodowego porzekadła: "mądry Polak po szkodzie". Należałoby, gdyby przyjąć, że sprawa w ogóle nas dotyczy. A zdaje się, że mędrcy, którzy taką pseudopozytywistyczną retoryką się posługują, do odpowiedzialności za szkodę się nie poczuwają.

Precz z kolonializmem


Polacy w Iraku. Działanie u źródła? by MON /Wikimedia Commons 
Skoro nie my naszkodziliśmy, nie nam ponosić konsekwencje - to myśl przewodnia polskiej argumentacji przeciw przyjmowaniu migrantów. Na czym polega szkoda, której winni są inni? W wielu występuje ona odsłonach. Po pierwsze, kolonializm. Polska nie miała kolonii, Polacy się na nich nie wzbogacili, nie muszą więc przyjmować migrantów z poczucia winy. Argument w swym anachronizmie dość idiotyczny: ci ludzie nie uciekają do Europy przed kolonializmem. Ani w wyniku wojen kolonialnych. To nie są lata pięćdziesiąte ani sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Z litości pominę wątek żalu, jaki odczuwają piewcy kolonialnej argumentacji, że Polska nigdy kolonii nie miała (choć chciała, ale jej nie dali!). Chyba, żeby - nie bez racji - uznać za politykę kolonialną działalność Rzeczpospolitej na kresach wschodnich. Co ciekawe, Polska gotowość (deklarowana przynajmniej) do przyjmowania Ukraińców nie bierze się z kolonialnego poczucia winny, tylko ze słowiańsko-chrześcijańskiej solidarności. Bez sensu jest też odwoływanie się do wojen krzyżowych. Chyba, że za taką uznać inwazję Stanów Zjednoczonych na Irak. Tylko, że Polska była częścią zmontowanej wtedy antyirackiej koalicji.

Polacy-katolicy

Po drugie, "multi-kulti". Bo to ponoć wyśmiewana przez nacjonalistyczną prawicę moda na wieloetniczność i wielokulturowość sprawia, że tacy Niemcy czy Francuzi (ale przede wszystkim Niemcy) czują się w obowiązku przyjmowania migrantów. Taki hipstersko-hipisowski kaprys, nic więcej. Bo sobie wbili do łbów, że chcą mieć na ulicach kolorowo. Ich wybór, ale nam niech tej mody nie narzucają, bo ona polska nie jest. Polak lubi jak jest biało, czysto etnicznie, jednonarodowo czyli polsko, i chrześcijańsko. Tak się przyzwyczaił, taka jałtańska spuścizna. Kiedyś naszą tradycję wyrażała Wanda, co nie chciała Niemca, potem polski szlachcic, co bił bisurmanina. Z powodu Unii Europejskiej i pobieranych stamtąd funduszy musieliśmy się czasowo zgodzić na Niemca, ale niech nam Niemiec nie każe wpuszczać jakichś tuchajbejów. Logika zgodna oczywiście ze światopoglądem różnych Semków czy innych Terlikowskich, ale nie z rzeczywistością: Niemcy nie wpuszczają migrantów z powodów estetycznych tylko etycznych, nie z uległości modzie tylko z moralności. Wpuszczają ich, bo tam, skąd migranci przybywają, jest terror, wojna i głód.

My, solidarni

Po trzecie, solidarność. My, Polacy, nikomu nie musimy udowadniać solidarności. Nikt nam naszej solidarności ewaluować nie będzie, bo my jesteśmy solidarności depozytariuszami. Jak Etiopczycy arki Przymierza. Co więcej, jest ona duchowa. Jako kraj na dorobku, biedny, w ruinie - nie możemy jej wyrażać materialnie. Prawdopodobnie nigdy w przewidywalnej perspektywie nie będziemy mogli, bo zawsze będziemy biedniejsi niż Niemcy. Niemcy, jako bogacze, muszą się opodatkować (przede wszystkim na naszą rzecz), my nie musimy. Oburzenie wywołały słowa Junckera, który wypominając Polakom (nie tylko Polakom) brak solidarności, przypomniał solidarność, której sami doznali: 20 milionów liczy Polska emigracja, mówił. Oczom i uszom nie wierzyłem, gdy docierał do mnie bezmózgowiem naznaczony argument, że ci emigranci to krzywda nam wyrządzona przez innych, a tym samym przez innych częściowo choćby wynagrodzona, z czego naturalnie żadne dla nas obowiązki wynikać nie mogą.

Zwalczanie problemu u źródeł

Ale wróćmy do pracy u podstaw. Zweryfikujmy tę ambicję konstruktywnego sprzeciwu. Czekam na moment, w którym spragniony międzynarodowej aktywności prezydent Andrzej Duda przedstawi swą strategię walki z przyczynami kryzysu migracyjnego. Wraz z nowym rządem, bo obecnego najwyraźniej nie uznaje. Działanie u źródła problemu ma sprawić, że ludzie będą woleli w soich krajach zostać, niż z nich wyjeżdżać i że organizowanie migracji nie będzie lukratywnym źródłem dochodu dla przestępców. Jestem przekonany, że taka strategia będzie zawierała przynajmniej następujące zobowiązania:


  1. Polska stanie się orędownikiem zwiększenia wydatków z unijnego budżetu na pomoc dla krajów rozwijających się, również kosztem wydatków na unijną politykę spójności, której jest głównym beneficjentem;
  2. będzie logistycznie i finansowo wspierać kraje rozwijające się z własnego budżetu, w oparciu o umowy dwustronne, tak jak czyni to wiele państw członkowskich UE;
  3. stanie się orędownikiem dalekowzrocznej polityki klimatycznej, bo zmiany klimatu są w dużej mierze odpowiedzialne za brak dostępu do wody pitnej i za susze niszczące uprawy - główne przyczyny większości konfliktów zbrojnych w Afryce;
  4. będzie walczyć z protekcjonizmem Unii Europejskiej w dziedzinie rolnictwa, który czyni rolnictwo krajów rozwiajających się nieopłacalnym, również za cenę ograniczenia unijnych dopłat do polskiego rolnictwa;
  5. będzie wspierać inicjatywy międzynarodowe, które skłonią Stany Zjednoczone do rezygnacji z protekcjonistycznej polityki w sektorze rolnym;
  6. zaangażuje się w wojnę w Syrii i szerzej, w działania przeciw tzw. "państwu islamskiemu" - na polu militarnym i dyplomatycznym, również wykorzystując nasze wyjątkowe relacje z Waszyngtonem (w końcu to amerykańskie działania przeciw państwu islamskiemu, a wcześniej inwazja na Irak z naszym udziałem, są w dużej mierze odpowiedzialne za exodus uchodźców);
  7. stworzy strategię angażowania się zbrojnie, finansowo, logistycznie i politycznie w konflikty międzynarodowe, bo sytuacja w Syrii to nie jedyna przyczyna fali uchodźców, uchodźcy pochodzą też na przykład z Erytrei);
  8. aktywnie włączy się w walkę z zorganizowanymi, przestępczymi siatkami passerów zarabiających fortuny na nielegalnym przerzucie migrantów do Europy;
  9. będzie aktywnie działać w ramach UE na rzecz nowelizacji konwencji dublińskiej i reformy systemu Schengen.
Zamiast 10. punktu, kilka uwag na temat Ukrainy. Rozwiązywanie problemów u źródeł wymaga też bliższej geograficznie perspektywy, tym bardziej, że naszą niechęć do przyjmowania przybywających dziś do UE uchodźców tłumaczymy koniecznością przygotowania się na - nieuchronną ponoć -masową migrację z Ukrainy. Skoro tak, to czy rozpoczęto już budowę infrastruktury niezbędnej do ich przyjęcia? Opracowano plan zatrudnienia poszukujących pracy, edukacji dla dzieci niemówiących po polsku? Za czyje pieniądze będziemy przyjmować "naszych", prawosławnych i unickich migrantów, których wolimy od muzułmańskich: za swoje czy też wystąpimy o pomoc unijną? I wreszcie: co z tymi potencjalnymi Ukraińcami, którzy - choć tak podobno pożądani - zamiast  pozostać w Polsce będą chcieli wyjechać do wyżej rozwiniętych i bogatszych krajów, tak jak wszyscy inni migranci, bez względu na przyczynę migracji?




Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...