Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO. Pokaż wszystkie posty

2015-11-12

Maltańska wpadka, polski niesmak

By nie być zdziwionym, wystarczy przyjąć właściwe założenia. Skład rządu PiS na przykład mnie nie zdziwił, zwłaszcza obecność w nim Macierewicza. Na pewno nie drę dziś szat, że mnie niby oszukano. Oszukać się dają jedynie Ci, co naiwnie wierzą lub którym wygodnie jest dać się oszukać. Co nie znaczy, że od zaskoczenia można się trwale zaszczepić. Rozumiem, że Ewa Kopacz mogła być zaskoczona najgorszą z możliwych datą pierwszego posiedzenia nowego sejmu, wybraną przez prezydenta. Tłumaczenia - bez ładu, i składu, i sensu - sprzeczności tej daty z kalendarzem unijnych spotkań na szczycie potwierdziły obawy co do profesjonalizmu i samodzielności w myśleniu prezydenckich doradców. Mnie znacznie bardziej zaskoczyła informacja, że premier nie poleci na Maltę, by po raz ostatni reprezentować Polskę. Jej decyzję, by zostać w Warszawie przyjąłem z niesmakiem. Moja wina, naiwnie uwierzyłem, że zachowa się odpowiedzialnie.

Kopacz (też) nie jedzie na Maltę


Polskę na szczycie UE w Valletcie reprezentował 
B. Sobotka, premier Czech
Podjęta przez Ewę Kopacz próba budowy antypisowskiego frontu poprzez wpuszczenie na platformowe listy Dorna i Kamińskiego i udzielenie poparcia Giertychowi miała dość duży wpływ na moją decyzję przed urną wyborczą, ale wiedziałem, że to tylko taktyka. Dla mnie niemożliwa do wybaczenia, okazało się też, że nieskuteczna dla partii, ale gatunkowo nie tak bardzo istotna dla państwa. Inaczej jest z decyzją Ewy Kopacz, by nie jechać do Valletty na unijno-afrykańską konferencję w sprawie migracji i na unijny szczyt.

Jestem w stanie zrozumieć, że nie chciała się dać wciągnąć w pułapkę. Z punktu widzenia pisowskiego prezydenta sens wysyłania tam premier w ostatnim dniu jej urzędowania byłby dość oczywisty: chodzi o to, by o każdy niepopularny społecznie element polityki imigracyjnej oskarżyć w przyszłości rząd PO; by nie brać odpowiedzialności za skutki rozpętanej w dużej mierze przez PiS ksenofobicznej, nieludzkiej burzy antyimigranckiej w społeczeństwie. Bez trudu przychodzi mi zrozumienie potrzeby "przeczołgania" prezydenta za głupie, krótkowzroczne gierki z polityką europejską, woli utrzymania go w niepewności do ostatniej chwili. Liczyłem jednak, że w końcu Kopacz pojedzie na Maltę, bo zwycięży jej odpowiedzialność za państwo. Tymczasem zwyciężyła małostkowość i tania, partyjna kalkulacja.

Małostkowość, bo Kopacz chciała Dudę ukarać. Ludzka rzecz. Kalkulacja, bo nie chciała się dać wystrychnąć przez Dudę na dudka. Partyjna taktyka. To, że w tej sytuacji mediom decyzję o nieobecności premier na Malcie przedstawił Rafał Trzaskowski, wydaje się wręcz naturalne. Nie tylko dlatego, że chodzi o jego pole kompetencji (polityka europejska). Głównie z tego powodu, że ów młody, niewatpliwie zdolny choć niezbyt jeszcze doświadczony polityk, instynktownie kieruje się w swych działaniach i swym rozumieniu świata bardziej pragmatyczną, jednorazową kalkulacją niż ideą, taktyką a nie strategią. Wystarczy przypomnieć jak cynicznie (w wymowie, nie w zamierzeniu, cynizm u Trzaskowskiego jest formą pragmatyzmu i jako taki nie do końca jest uświadomiony) tłumaczył przyczyny, dla których na poprzednim szczycie Polska głosowała w sprawie migracji inaczej, niż pozostałe państwa Grupy Wyszechradzkiej. Uzasadnienie było arytmetyczne, szczerze i głęboko bezideowe. Podobnie jak dziś decyzja o dezercji ze szczytu na Malcie.

Dlaczego trzeba było na Malcie być

Zarówno prezydent Duda jak i Ewa Kopacz, PiS jak PO, tłumaczyli do niedawna Polakom, że problem fali imigrantów należy rozwiązywać systemowo, u podstaw. Tłumaczyli podobnie, ale w innym duchu, bo gdy przyszło do decyzji, Kopacz opowiedziała się jednak za solidarnością, a nie egoizmem, za Unią Europejską, a nie przeciw niej. Konferencja na Malcie i szczyt UE, który zaraz po niej nastąpił tego właśnie dotyczyły: systemowych rozwiązań, działania u źródeł. Chodziło o skłonienie państw afrykańskich do wywiązywania się z obowiązku readmisji. O racjonalne wykorzystanie korzyści z legalnej, uregulowanej imigracji i skuteczne postawienie tamy nielegalnemu napływowi migrantów, o walkę z gangami przemytników i pomoc na miejscu ludziom uciekającym przed głodem, wojną i terrorem. Nieobecność na tym szczycie jasno pokazuje, że nawoływanie polskich władz, jakie by nie były, do rozwiązywania problemu u źródeł to czysta ściema, oszustwo. Ani Duda ani Kopacz nie chcieli w tej dyskusji wziąć udziału. Niech żadne z nich nie mówi potem, że ktoś za nas decyduje.

O spotkaniu na Malcie mówiono od kwietnia, od czerwca potwierdzona była dokładna data konferencji. Mówiono nie dlatego, że brak innych tematów, tylko dlatego, że do tej konferencji przywiązywano dużą wagę. I słusznie. Kiedy przedstawiciel Kancelarii Prezydenta mówi, że nikt im o tym nie powiedział, ośmiesza siebie i prezydenta. Decyzja o szczycie UE zapadła z niewielkim wyprzedzeniem, ale przecież przed decyzją prezydenta w sprawie daty inauguracyjnego posiedzenia sejmu i nie była niespodziewana, bo wykorzystanie obecności szefów państw i rządów w jednym miejscu było racjonalne, a potrzeba szczytu - niekwestionowana. Nikt nie mógł przewidzieć, że polski prezydent wybierze najgorszą z możliwych datę powyborczego przekazania władzy w Polsce. Ani że podporządkuje decyzję w tej sprawie terminowi... mszy w Watykanie.

Argument, że z Chorwacji pewnie nikt nie przyjedzie jest niepoważny: rola Polski w UE jest inna niż rola Chorwacji. No, chyba, że ktoś świadomie zamierza rolę Polski zdegradować. Warszawa jest siedzibą Frontexu - niejednokrotnie Włosi, Grecy i Hiszpanie krytykowali to usytuowanie agencji do spraw unijnych granic twierdząc, że nie tylko geograficznie, ale i mentalnie Polska jest od problematyki trwającego kryzysu uchodźców zbyt odległa. Nieobecnością na szczycie przyznajemy im rację. Polska jest krajem granicznym UE i wciąż podkreśla swoją gotowość do stawienia czoła ewentualnej fali migrantów ze wschodu. Chyba w pojedynkę, bo o wspólnej strategii rozmawiano na Malcie. Argument, że w Valletcie miało nie być Camerona dowodzi albo ignorancji albo naiwności albo jednego i drugiego: Cameron, jako jedyny szef rządu państwa członkowskiego, nie bierze udziału w żadnych unijnych dyskusjach na temat migracji, on przygotowuje referendum w sprawie wystąpienia z UE. Jeśli to jest nasz wzór w kształtowaniu polityki europejskiej, to warto powiedzieć to otwarcie.

Twierdzenie, że szczyt jest nieważny, bo nieformalny, po raz kolejny dowodzi niewiedzy. Zgodnie z traktatem lizbońskim, każdego roku odbywają się co najmniej cztery szczyty UE, formalne posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli. Może ich być więcej. Ale nie za dużo, bo ich przygotowanie wymaga sporego wysiłku i negocjacji. Przyjmuje się bowiem na nich dokument zwany konkluzjami szczytu, wcześniej przygotowany. Szczyty zwane nieformalnymi, na których konkluzji się nie przyjmuje, mają charakter roboczy, przygotowują szczyty formalne, i niejednokrotnie są od nich ważniejsze. To tam ucierają się stanowiska i zawiązują koalicje. Tymczasem słuchając polskiej dyskusji można odnieść wrażenie, że szczyt "nieformalny" to nie szczyt, to takie luźne spotkanie, nieobecność na nim nie ma znaczenia. Nic bardziej błędnego. Błędem jest nieobecność. I ten błąd popełnili zarówno prezydent Duda jak premier Kopacz. Poproszenie o zastępstwo czeskiego premiera niczego nie załatwia.

Oczywiście to prawda, że udział w szczycie w dniu, w którym składa się urząd, nie jest rozwiązaniem najlepszym. Najlepiej by było, gdyby pojechał tam Duda. Ale po co udawać zdziwienie: teraz, gdy skład nowego rządu jest znany, wydaje się jasne, że wolą prezesa Kaczyńskiego rola prezydenta na polu spraw zagranicznych będzie ograniczona. Duda nie dostał instrukcji, sam nie ma nic do powiedzenia. Kopacz ma. Nadzieja, że Duda wypije piwo, które nawarzył, i na Maltę pojedzie jako konstytucyjny gwarant ciągłości państwa była naiwna: jego szczeniacki bojkot rządu Kopacz jasno pokazuje w jak wielkim poważaniu ma ciągłość państwa.

Na Malcie trzeba było być z przyczyn wizerunkowych i z uwagi na pozycję Polski w UE. Kopacz powinna o tym wiedzieć, wykazać się innym instynktem politycznym i wyższą odpowiedzialnością niż PiS. Szkoda, że dokonała innego wyboru, bo to ważne jak się odchodzi, jaki po sobie zostawia się smak. Lub niesmak. Udział Polski w szczycie, zwłaszcza nieformalnym, polegałby na czym innym niż wygłoszenie oficjalnego przemówienia przez Ewę Kopacz. Razem z nią pojechałaby Polska delegacja (której status jest inny, gdy na czele stoi premier i inny, gdy tylko wiceminister). Urzędnicy, których wiedza powinna pomóc w płynnym przejściu z jednych rządów w drugie. Prezydentowi Dudzie i jego pisowskim mocodawcom oczywiście na tym nie zależy. Przeciwnie: chodzi przecież o zerwanie tej ciągłości. Ewa Kopacz powinna po raz ostatni pokazać, że ma do państwa inny stosunek.



2014-07-28

Posiadanie własnego zdania jest przereklamowane

Jan Tomaszewski, 2005 (fot.: Cezary Piwowarski)
Jan Tomaszewski, 2005 (fot.: Cezary Piwowarski)
Jan Tomaszewski, po odejściu z PiS, błysnął bon motem: "Mam swoje zdanie, z którym niestety się zgadzam." Spełnia warunek tweeterowej lakoniczności, ale nowe nie jest.

O Fraciszku Smudzie, ówczesnym selekcjonerze polskiej reprezentacji, były bramkarz olimpijskiej reprezentacji powiedział, że to jedyny człowiek w Polsce, który ma swoje zdanie, ale się z nim nie zgadza. Tomaszewski do PiS przystąpił w nadziei, że jego zdanie zostanie politycznie docenione i wykorzystane. Minęło trochę czasu, zanim się przekonał, że posiadanie własnego zdania nie jest tam poszukiwanym kapitałem. A wręcz przeciwnie.

Nie tylko PiS

To zresztą częsty problem w partiach politycznych, których lider - jak Jarosław Kaczyński w PiS - jest przedmiotem kultu: jeśli już któryś z członków ma swoje własne zdanie, co nie jest dobrze widziane, to nie może się z nim zgadzać. Po co własne, jak jest Prezesa? A kiedy z partii na znak protestu odejdzie, to jego zdanie nikogo już nie obchodzi. Tomaszewski odszedł z PiS jak Gowin z PO. Schetyna został. Ziobro chce wrócić. We wszystkich tych przypadkach posiadanie własnego zdania jest balastem, przeszkodą w negocjacjach. Tylko naiwni wierzą, że to droga do sukcesu w polityce. Bo własne zdanie to kapitał w polskiej polityce przewartościowany. Jego deflacja jest groźna dla organizacyjnej stabilizacji. Partyjna dewocja, rytuał i cześć oddawana guru są tej stabilizacji gwarancjami.

Zdanie własne, ale ciasne
Można się oburzać na skostaniałość partyjnych establismentów. Mówić, że deficyt demokratyczny w polskim (i nie tylko) życiu publicznym to nic innego jak deficyt własnego zdania i wierności własnym poglądom. Ale popatrzmy na te poglądy, zdania i opinie: rzadko jest czego bronić, rzadko warto coś zacytować. Weźmy takiego Tomaszewskiego. Od dawna ma własne zdanie, zawsze negatywne i dosadne, na temat polskiego futbolu i jego protagonistów: Grzegorza Laty (prostak), Zbigniewa Bońka (on komisarzem w PZPN? to tak jakby Rywin przewodniczył komisji ds. afery Rywina), Leo Beenhakkera (trzeba Holendra wypierzyć), Jerzego Drzewieckiego (niech się powiesi), Franciszka Smudy (nie zwalniać go, tylko wypier...), Damiena Perquise'a (śmieć futbolowy).

Tomaszewski, odkąd wkroczył do polityki, komentował już nie tylko sport i poczynania swych byłych lub obecnych kolegów piłkarzy. Zgrabnie łączył jedno z drugim. Zabłysnął na przykład opinią, że Polsce powierzono organizację Euro 2012, bo... prezydent Lech Kaczyński pojechał do Cardiff na ogłoszenie decyzji UEFA. Dziś, odchodząc z PiS, głosi, że jego - do niedawna - partia, przegrała wybory z powodu złej strategii w sprawie budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w Łodzi. O jego uwagach na temat strącenia malezyjskiego samolotu, które bezpośrednio poprzedziły rozwód z PiS , nawet już nie wspominam. Aż dziw, że tak oczywiste oczywistości umykają uwadze innych analityków. PiS chyba jeszcze nie wie jak bystrego obserwatora i stratega politycznego traci.

A może wie? Byli partyjni koledzy wyrażają się dziś na temat dezercji Tomaszewskiego niemal równie elegancko i sympatycznie jak on sam, gdy mówi o kolegach sportowcach i o sportowych działaczach. Wygląda na to, że żegnają go bez żalu, wiedzą, że nie jest nie do zastąpienia. Może uwierzyli w jedno ze znanych powiedzeń Tomaszewskiego,,wielbiciela słowa "burdel": "żeby burdel zaczął funkcjonować, nie maluje się ścian, tylko wymienia panienki". A sam Tomaszewski po raz kolejny w swojej karierze sportowca i polityka będzie mógł powtórzyć: "wstydzę się, że kiedyś grałem w koszulce z białym orłem". I z trzyliterowym skrótem.





2014-05-19

Polska proeuropejskość nie na wybory

W najbardziej proeuropejskim kraju UE, jakim jest ponoć Polska, o Unii Europejskiej lepiej nie mówić poważnie, szczegółowo, ideowo. Przynajmniej jeśli się jest zadeklarowanym zwolennikiem integracji europejskiej. Takie ujęcie europejskiej tematyki możliwe jest tylko z pozycji eurosceptycznych. Paradoks? Być może. Ale to oczywista konkluzja, gdy przyjrzeć się kampanii wyborczej i obchodom dziesięciolecia polskiego członkostwa.


Spór w sprawie spotu, który rząd zamówił na dziesięciolecie członkostwa w UE, nieco już przebrzmiał, warto do niego wrócić na spokojnie. Spot został skrytykowany przez opozycję za to, że w ogóle powstał. Prawicowe media i prawicowi politycy byli wyburzeni, że promuje się UE. Zarówno lewicowi jak i prawicowi, pro- i antyeuropejscy oponenci rządu skrytykowali go też za zbyt wysokie ich zdaniem koszty i za to, że ponoć jest elementem kampanii wyborczej PO. Nie będę się do tych oskarżeń odnosił z dwóch powodów. Po pierwszej dlatego, że osobiście skłonny byłbym do ostrej krytyki rządu, gdyby spotu nie zrobił; gdyby nie wykorzystał przynajmniej tej jednej okazji do przypomnienia Polakom dobrodziejstw członkostwa Polski w UE. Po drugie dlatego, że tematem znacznie ciekawszym wydają mi się usprawiedliwienia rzeczniczki rządu, pani minister Kidawy-Błońskiej: rząd zrobił spot, bo Bruksela kazała i Bruksela zapłaciła. To idiotyczne wytłumaczenie mówi więcej o charakterze polskiej "proeuropejskości" niż niejedna analiza politologoliczna czy socjologiczne badanie.

Za proeuropejskość nie trzeba przepraszać

Rząd Tuska uczynił proeuropejskość elementem swojej politycznej tożsamości. Sprawnie i przekonująco wykorzystał w tym celu okres polskiej prezydencji w Radzie UE. Dzięki temu nie tylko w Polsce, ale i gdzie indziej w Europie jest uważany za prounijny. I to mimo idiotycznych umizgów wobec lobby tytoniowego, gdy przyjmowana była dyrektywa antynikotynowa, mimo niemądrej gry w sprawie jednolitego europejskiego patentu, mimo postawy wobec polityki klimatycznej UE czy też całkowitego niezrozumienia programu Łącząc Europę (instrumentu finansowania paneuropejskiej polityki infrastrukturalnej). Mimo odsuwania daty przyjęcia wspólnej europejskiej waluty. I ociągania się z poparciem unii bankowej. To prawda, że na tle niektórych rządów w UE polski rząd wygląda europejsko. To prawda, że stara się wykorzystać kartę proeuropejskości do wpływania na niektóre kierunki polityczne UE. Kiedyś typowym przykładem tego było Partnerstwo Wschodnie, dziś jest "unia energetyczna". Jak jednak tu, w Polsce, rząd Tuska prezentuje swoją proeuropejskość i jak ją realizuje? Sprowadzając ją do księgowego bilansu: opłaciło się, bo są fundusze europejskie. Skoro do tego ogranicza się polskie poparcie członkostwa, to co się z nim stanie, gdy fundusze się skończą?

W przygotowanym z okazji dziesięciolecia Polski w UE raporcie, MSZ nie ogranicza podsumowania członkostwa do kilometrów dróg i liczby oczyszczalni, wykracza poza miliardy euro i wskazuje pozytywne cywilizacyjne i polityczne skutki przystąpienia do Unii. Czyli można. Ale raport jest dla ekspertów. A skoro powstał na zamówienie MSZ, a nie Kancelarii premiera, to pewnie przede wszystkim dla ekspertów zagranicznych. A co o dziesięcioleciu członkostwa rząd ma do powiedzenia polskim obywatelom? To widać w spocie "Dziesięć lat świetlnych": migawki z prezentowanych z prędkością światła infrastrukturalnych osiągnięć. I główny przekaz: kiedyś był, Panie, taki interesik, na polowym łóżku. No a teraz patrz Pan: jest wielki interes. Za miliardy. Taka "Ziemia obiecana" w świetlnym skrócie. Tylko bez idei i narracji Reymonta. Tylko bez estetyki i reżyserskiego kunsztu Wajdy.

Tłumaczenie rzeczniczki rządu, że spot powstał, bo kazała Bruksela to skandal nie tylko dlatego, że to nieprawda. Machnięcie ręką na koszty (kwestionowane przez opozycję), bo skoro płaci UE, to koszty nieważne, to więcej niż głupota. Największym problemem jest chowanie (bezmyślnej?) głowy w piasek. I brak odwagi w obronie prowadzonej przez siebie polityki. Za proeuropejskość nie trzeba przepraszać. Informując o tym, co Polska osiągnęła dzięki UE (nie tylko przez dziesięć lat członkostwa, ale też wcześniej, gdy przygotowując przystąpienie do UE wprowadzała reformy, otrzymywała unijne wsparcie finansowe i eksperckie) nie wolno tłumaczyć się brukselski prikazem. A prezentując zmiany, które w Polsce nastąpiły w zasadniczej mierze dzięki członkostwu w UE trzeba mówić o kulturze, cywilizacji, wartościach, o tak zwanych "europejskich standardach", o demokrcaji, wolności, pokoju i pozycji w świecie a nie tylko o betonie. Chyba, że jedynie beton ma się w głowie. Cieszę się, że mamy w Polsce rząd proeuropejski. Szkoda, że jego proeuropejskość jest taka asfaltowo-cementowa. Szkoda, że tak bardzo nie wierzy w proeuropejskość Polaków, skoro sam się nią chwali. 

Proeuropejskości nie trzeba ukrywać za farsą

Najbardziej żenującym spotem trwającej kampanii wyborczej jest reklamówka kandydatki Twojego Ruchu, Doroty Gardias. Wystrojona w pielęgniarski kitel (wedle badań pielęgniarka to jeden z zawodów cieszących się największym uznaniem Polaków) wypowiada kwestię streszczającą jej polityczny program: "A teraz robimy zastrzyk". Olbrzymią strzykawą zasysa pobłyskujące złotem symbole euro gdzieś z okolic Brukseli i wstrzykuje je gdzieś w okolice Torunia. Gdyby chodziło tylko o estetykę, nawet bym o tej produkcji nie wspominał. Ale w czym innym rzecz: to kandydatka jedynej polskiej partii, która opowiada się wprost za federacyjnym kierunkiem rozwoju UE i za przyjęciem przez Polskę euro. Kandydatka koalicji, która Europę nosi w nazwie. Która Dzień Europy i rocznicę członkostwa świętuje nikogo za to nie przepraszając. Co widzimy w spocie? Kasę. To nie wyjątek. Inna kandydatka tej koalicji, Izabella Łukowska-Pyżalska, obiecuje z ekranu pomoc w zdobyciu "milionów euro, które są na wyciągnięcie ręki". Infantylna dosłowność przekazu, podobnie jak w spocie Gardias, nie pozwala dostrzec w nim artystycznej ironii, estetyki absurdu, ponoć zamierzonej.

W spocie Anny Kubicy cudzysłów jest bardziej czytelny. Elementy farsy są na pierwszym planie, polityczny przekaz jest przemycony: "najwyższy czas na wprowadzenie europejskich standardów do polityki regionalnej". Czyli znowu polityka regionalna, a więc znowu unijne fundusze. Chyba, że za postulatem wprowadzenia europejskich standardów coś innego się kryje, tylko nie wiadomo co. Brzmi bez sensu, a egzegeza postulatu w oparciu o inne wypowiedzi kandydatki mi się nie powiodła. Zamierzony przerost formy nad treścią najbardziej uderza w spocie Kazimiery Szczuki. Hasło "więcej kultury, mniej Watykanu" jest jasne, ale co ma wspólnego z UE? Ja też wolałbym, żeby świątynie nie były w Polsce głównym beneficjentem szczodrości ministra kultury, ale związku z pracą europosła i z kompetencjami trakatowymi unijnych instytucji nie dostrzegam.

Jan Hartman, który dzięki fotelowi w Strasburgu chce być dla Krakowa tym, czym Batman dla dla Gotham City, tłumaczył niedawno, że farsowne spociki Twojego Ruchu adresowane są do tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak głosować, a nie do przekonanych. Mam szczęście, bo to znaczy, że adresowane są do mnie. Niestety te spoty mnie nie przekonują. Bo nie przekonuje mnie założenie, że aby pozyskać proeuropejsko nastawionych Polaków proeuropejska partia musi zamienić kwestie integracji europejskiej w żart, albo skupić się na swej zdolności do wyciągnięcia z Brukseli pieniędzy, które są ponoć na wyciągnięcie strzykawki.


Do proeuropejskości przyznaje się też SLD, choć nie czyni z niej linii przewodniej kampanii. Sojusz, ustami Leszka Millera, zapowiada w sprawach europejskich kurs na zmianę. Twarzami zmiany są Pastusiak, Zemke, Iwiński. Dlatego, choć tu przekaz jest na serio, też wychodzi farsa. W spocie Joanny Senyszyn poza miejscami pracy (polityka społeczna i zatrudnienia to w UE kompetencja narodowa), prawami człowieka (no dobrze, zawsze warto przypomnieć ich znaczenie), polityką świecką (zbieżność z apelem Szczuki, podobnie jak tam raczej polsko-polski postulat bez szans realizacji za pośrednictwem Strasburga i Brukseli), jest też obietnica poprawy jakości życia Polaków. Bardziej niż obietnice, przekonuje mnie doświadczenie Senyszyn w parlamentarnej pracy. Ale odwagi w głoszeniu rzeczywiście proeuropejskich idei jej od niego nie przybyło.

Properopejskość słabych i zagrożonych

Główny spot partyjny proeuropejskiej Platformy Obywatelskiej tłumaczy czego potrzebuje Polska. Już w 2012 roku PO w spocie wyborczym nie owijała w bawełnę: "nasza przyszłość zależy od tego, ile wywalczymy unijnych pieniędzy dla Polski". Nie wiem czy dwuznaczność była zamierzona, czy tak po prostu wyszło: "nasza przyszłość", to znaczy PO i Polaków. Jeżeli przyszłość PO na scenie politycznej miała zależeć od wielkości kasy, którą Polska dostanie z unijnego budżetu, to należy spodziewać się dobrego wyniku PO w niedzielnych wyborach: kasa obrodziła. Teraz trzeba tylko o tym sukcesie skutecznie poinformować najbardziej proeuropejskie społeczeństwo Europy.


Do tej informacji wyborczy przekaz PO 2014 się jednak nie ogranicza. Przepis pozostał ten sam co dwa lata temu: list do Świętego Mikołaja. Tylko główne zapotrzebowanie Polski ewoluowało: "prawdziwą stawką tych wyborów jest bezpieczeństwo Polski". Osobiście nie mam wątpliwości, że obecność Polski w silnej Unii jest gwarancją beieczeństwa, jakby go nie rozumieć. Ale w przekazie politycznym PO nie ma ani słowa o silnej, sprawnej, wpływowej w świecie Unii Europejskiej. W ogóle nie ma mowy o Europie, którą europosłowie Platformy mieliby współtworzyć. Bo nie taka jest obietnica, nie taka rola. Wyborczy sukces PO w wyborach do Parlamentu Europejskiego jest równie ważny jak w każdych innych wyborach, bo zapewni Polsce stabilność, pozycję w Europie, zaufanie sojuszników (w spocie widać prezydenta USA), silną gospodarkę, przewidywalne przywództwo (w tle Europejska Partia Ludowa) i to, czego chcą Polacy: niezależność energetyczną (czyli gospodarka oparta na węglu? blokowanie unijnej polityki klimatycznej?), nowoczesną armię (gwarancję wprost rozumianego beieczeństwa) i poczucie bezpieczeństwa (również socjalnego).

Pewna sukcesu w europejskich wyborach ani słowem, ani w tym spocie ani w żadnym innym, nie nawiązuje do europejskiej wizji Jean-Claude'a Junckera, kandydata Partii Ludowej na szefa Komisji Europejskiej. W ogóle nie wspomina o roli Komisji Europejskiej. Nie ma nic na temat przystąpienia do strefy euro ani do unii bankowej.

Jeżeli PO jest tak proeuropejska, dlaczego skrzętnie ukrywa wszystko to, co mnie, proeuropejskiemu wyborcy, pozwoliłoby tę proeuropejskość zweryfikować i docenić?

Eurosceptycyzm słabych i zagrożonych

Z PiS jest łatwiej: pisałem już kilka razy, w odcinkach, dlaczego państwo, które ta partia chce Polsce zafundować jest nie z tej Europy, nie z tej czasoprzestrzeni (tutaj). Nie oczekuję od nich proeuropejskości i nie chodzi tu tylko o takie czy inne konkretne postulaty, ale o przynależność do innej kultury, innej wrażliwości. A jednak i oni jakoś z sondażową proeuropejskością Polaków muszą sobie poradzić. W odróżnieniu od Platformy i Twojego Ruchu (ukrywających w filmikach wyborczych swe poparcie dla integracji europejskiej), PiS ukrywa przed elektoratem swoją postpeerelowską eurofobię.

Wyobrażenie potrzeb, które Polacy chcieliby widzieć zaspokojone, nie różni się specjalnie w głównych spotach kampanii PiS i PO: słaba i zagrożona Polska potrzebuje siły i bezpieczeństwa, jej głos w Europie musi być słyszany, pozycja zapewniona. Spoty, nawet w konstrukcji i w retoryce są bardzo do siebie podobne. Po partii, której jedna z liderek uważa unijną flagę za szmatę, a elektorat maszeruje z transparentem "Konzentrationslager Europa", spodziewałbym się czegoś gorszego.


Oczywiście, podobnie jak na przykład Solidarna Polska (tutaj), PiS nie uważa mobilności pracowników za sposób na bezrobocie i protestuje przeciw dumpingowi socjalnemu. Jest to trudne do pogodzenia z polityką UE, chociaż z drugiej strony postulat, by ludzie znajdowali pracę w kraju jest jak najbardziej słuszny. W spocie zadbano, by odbiorcy nie uznali, że PiS popiera ataki swego sojusznika, Davida Camerona, na Polaków pracujących w Wielkiej Brytanii: jest odniesienie do protestu Prezesa przeciw antyimigracyjnej, szowinistycznej polityce brytyjskiego premiera. PiS kontestuje nie tylko swobodę przepływu pracowników (było nie było jedną z podstaw wspólnego rynku UE), ale też równie fundamentalną swobodę przpływu kapitału, wyciągając z lamusa strachy przed wykupem polskiej ziemii.

W spocie wyborczym pojawia się też postulat poprawy jakości służby zdrowia (obywatele wielu krajów by się pod nim podpisali), w tym ułatwienia dostępu do specjalistów. Obecność przedstawicieli PiS w Parlamencie Europejskim niczego w tej dziedzinie nie zmieni, bo to nie ten obszar kompetencji, ale można by życzliwie założyć, że PiS ma na myśli swobodę świadczenia usług medycznych w UE. Raczej jednak o to nie chodzi. PiS zapewnia też, że będzie potrafił zadbać o wagę polskiego głosu w Brukseli, ale nie wiem na czym opiera to przekonanie, bo wcześniejsze doświadczenia dowodzą, że pierwszym krokiem do wzmocnienia znaczenia Polski w UE było odejście PiS od władzy po przegranych wyborach. Co do energii, poglądy PiS nie różnią się od poglądów PO (węgiel przede wszystkim, bez względu na wysokość państwowych dotacji i kierunek importu, dziwna cisza w sprawie łupków, blokowanie unijnej polityki klimatycznej i energetycznej zakładające zróżnicowanie źródeł energii i zwiększenie wykorzystania źródeł odnawialnych), ale z innym nastawieniem: Tusk przekonuje, że wszyscy w UE popierają jego wizję unii energetycznej, podczas gdy PiS jest raczej skłonny przekonywać, że dopiero obecność posłów z tego ugrupowania w Straburgu skłoni UE do akceptacji polskich planów.

Jako proeuropejski wyborca, na tyle sumiennie ile się da śledzący kampanię wyborczą, wiem na kogo nie głosować. Ale to wiedziałem już wcześniej. Wciąż jednak nie wiem na kogo oddać głos 25 maja.

2013-07-16

Chadecy w PE bronią państwa prawa (ale tylko w Czechach)

Miloš Zeman, Praga, 3 marca 2013
Europejska Partia Ludowa w PE, skupiająca chadeków i konserwatystów, wezwała dziś Komisję Europejską do zbadania, czy sposób powołania nowego czeskiego rządu nie odbywa się z naruszeniem podstawowych wartości Unii. Faktycznie, poczynania prezydenta Zemana budzą sporo obaw. Z kolei obrona wartości przez EPL budzi podejrzenia o hipokryzję, bo w przypadku Węgier i premiera Orbána ta sama frakcja nie daje dowodów aż tak silnego przywiązania do zasad demokracji i do państwa prawa. Wytłumaczenie jest proste: FIDESZ należy do EPL, a sam Orbán jest jednym z jego wiceprzewodniczących. Miloš Zeman natomiast jest politykiem lewicowym, a jego działania są wymierzone w większościową koalicję parlamentarną prawicy.

Othmar Karas, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, oświadczył dziś, że "poszanowanie państwa prawa i podstawowych wartości europejskich musi być nadzorowane i egzekwowane niezależnie od tego, o który kraj lub którą partię polityczną chodzi". Należy takiej deklaracji przyklasnąć apelując jednocześnie do europejskich chadeków, by sami się tej zasady trzymali. Tymczasem to właśnie EPL (do której należy też PO i PSL) doprowadziła do rozmycia przyjętej niedawno przez PE rezolucji dotyczącej sytuacji na Węgrzech. Chadecy osłabili przede wszystkim zapisy dotyczące kontrolowania przez UE stanu demokracji i poszanowania zasad prawa. Doprowadzili też do usunięcia odwołania do ewentualnych sankcji, które traktat pozwala nałożyć na państwo naruszające w sposób "poważny i stały" europejskie wartości. Mimo tej kuracji odchudzającej rezolucja PE spotkała się z bardzo ostrą krytyką członków rządu Orbána, a węgierski Parlament przyjął nawet kontr-rezolucję protestując przeciw niedopuszczalnej ingerencji UE w wewnętrzne - i z zasady niepojęte dla reszty świata - sprawy Węgier.

Tymczasem w Pradze prezydent Zeman powołał dziwny gabinet premiera Jiřego Rusnoka, ekonomisty, byłego ministra finansów a ostatnio osobistego doradcy prezydenta. W skład rządu fachowców weszli ludzie, których fach - w przypadku wielu z nich przynajmniej - polega głównie na współpracy z Zemanem w ramach lewicowej partyjki, która odłączyła się od socjalistycznej ČSSD. Ta ostatnia, w nadziei na szybkie przejęcie władzy, wezwała do rozwiązania niższej izby parlamentu. Głosowanie odbędzie się jutro, ale szans na poparcie tego wniosku przez większość raczej nie ma. Większość stanowi bowiem nadal koalicja partii prawicowych, na czele z ODS (razem z PiS należą do eurosceptycznej i heteroklitycznej ECR w europarlamencie) byłego premiera Nečasa, zmuszonego do dymisji w wyniku skandalu korupcyjnego wykrytego wśród jego współpracowników przez służby specjalne. 

Prawdopodobnie 9 sierpnia Parlament wypowie się w sprawie wotum zaufania dla powołanego przez Zemana rządu Rusnoka. Ale Zeman zupełnie świadomie powołał ten rząd nie tylko bez poparcia, ale wbrew większości parlamentarnej. Wie, że bez poparcia parlamentu jego rząd (bo że to on ma nad nim absolutną władzę nie ma wątpliwości) też będzie mógł rządzić. A potem będą przedterminowe wybory, które też mu są na rękę. Nie jest to niezgodne z literą konstytucji. Odbywa się jednak na pograniczu prawa, z naruszeniem - jak twierdzą jego oponenci - ducha konstytucji i przyjętej praktyki. O tym jednak Zeman nie chce słyszeć: prawo to prawo, nie ma czegoś takiego jak konstytucyjne zwyczaje. 

Jeżeli Komisja Europejska, zmuszona przez EPL, będzie rzeczywiście musiała zająć się Czechami, będzie miała trudny orzech do zgryzienia.


2013-07-04

Pakiet klimatyczny czyli kto ukradł księżyc

Spór między Tuskiem i Kaczyńskim o to, kto popełnił zbrodnię stulecia godząc się na unijny pakiet klimatyczny, jest żałosny. Po pierwsze dlatego, że to żadna zbrodnia. Po drugie z tego powodu, że ten spór dowodzi braku odpowiedzialności politycznej obu stron, utrwala bowiem błędny kierunek debaty publicznej zamiast go zmieniać. Po trzecie, jest dowodem krótkowzroczności obu polityków i ich ugrupowań: z powodu wiążących dla Polski zobowiązań i priorytetowej pozycji polityki klimatycznej w UE każdy następny rząd będzie musiał sobie z pakietem klimatycznym poradzić.   

"Psze Pani, to on zaczął"

L.Kaczyński i D. Tusk w Brukseli        ©UE
Najpierw o odpowiedzialności. Pakiet klimatyczny to nie jest sprawa jednego podpisu, choć takie przekonanie można wysnuć na podstawie sporu, jaki przy okazji konkurencyjnych kongresów partyjnych wszczęły nawzajem  PiS i PO. Sprzeczka toczy się na poziomie piaskownicy. I jak to na podwórku: trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto zaczął. Najintensywniejszy okres rozmów, projektów i negocjacji, które doprowadziły do przyjęcia pakietu przypadł na rok 2007. Prezydentem był wtedy Lech Kaczyński, ale rozmowy na poziomie roboczym w ramach Rady UE prowadził rząd. Do listopada 2007 na jego czele stał Jarosław Kaczyński. To w marcu 2007 roku Rada Europejska (skupiająca szefów państw i rządów) przyjęła cele polityki klimatycznej zaproponowane przez Komisję Europejską. Wtedy też 27 państw poparło filozofię polityki klimatycznej, która obowiązuje do dzisiaj:  UE przejmuje przywództwo w światowej walce ze skutkami zmian klimatycznych, ustala cele wykraczające poza tzw. protokół z Kioto i gotowa jest przeprowadzić technologiczną i przemysłową rewolucję podporządkowaną tym celom nie oglądając się na resztę świata. Chodziło o redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz o plan działań na lata 2007-2009. Jego fundamentem było zobowiązanie znane jako 3 x 20. Polska, rządzona niepodzielnie przez braci Kaczyńskich poparła te założenia, choć mogła wtedy skorzystać z prawa weta. To one stały się podstawą pakietu ustawodawczego, który opracowała w styczniu 2008 Komisja Europejska. 

Negocjacje przybrały na sile i w marcu tego samego roku Rada Europejska przyjęła założenia pakietu oraz kalendarz działań. Wtedy premierem był już Donald Tusk. Prezydentem - nadal Lech Kaczyński. Ale w czasie prac rozmów w Radzie UE, na szczeblu ministrów i ambasadorów, to rząd a nie prezydent odgrywał rolę wiodącą. W grudniu 2008 Rada Europejska przyjęła wreszcie pakiet klimatyczny (w wersji osłabionej w porównaniu do planów Komisji). 

Lech Kaczyński brał w tej Radzie udział jako głowa państwa. Jego zaangażowanie w negocjacje na szczeblu Rady Europejskiej nie wynikało wprost z kompetencji konstytucyjnych, raczej z ambicji politycznych rozniecanych przez brata. Gdyby tym ambicjom nie uległ, nie negocjowałby pakietu, o którym pojęcie miał nikłe, a dziś jego brat mógłby mówić: "wina Tuska". Ale uległ. Prezydent złożył też wtedy w prasowym wywiadzie naiwną deklarcję o polskim (to znaczy swoim) ustępstwie wobec Angeli Merkel w zamian za jej poparcie polskiego stanowiska w sprawie systemu głosowania w Radzie. Stanowisko to, wyglądające na żart szalonego matematyka, nie miało szans powodzenia. Poza tym, decyzja podejmowana była w Radzie większością głosów (a nie jednomyślnie, jak w 2007). Ale mniejsza o to. Przypominam sobie, że polskie media pasjonowały się wtedy tym kto pierwszy: premier czy prezydent, usiądzie na krześle jako szef polskiej delegacji, a nie ich sporem na temat pakietu klimatycznego. Bo też takiego sporu przypomnieć sobie nie mogę. Proces ustawodawczy nie zakończył się na grudniowym szczycie UE. Swoje do powiedzenia, jako współustawodawca, miał też Parlament Europejski. Dyrektywy, decyzje i rozporządzenia tworzące pakiet lub uzupełniające go przyjmowane były w 2009 roku. Zdecydowanie nie była to więc kwestia jednego podpisu, którego złożenie zarzucają sobie nawzajem Tusk i Kaczyński.

Patriotyzm klimatyczny

W szowinistycznym dyskursie PiS pakiet klimatyczny przedstawiany jest jako zamach na Polskę. Jak zwykle zamachów na Polskę dokonują Niemcy. Nic dziwnego, że w patriotycznej dyplomacji wysokiego lotu (bardzo przepraszam za ironię), jaką uprawiał Lech Kaczyński, nazwisko Merkel musiało się pojawić. Nic dziwnego też, że dziś PiS zarzeka się, że z pakietem klimatycznym nie miał nic wspólnego. Jest jednak jasne, że polska delegacja rządowo-prezydencka rzeczywiście poparła pakiet w imię unijnej lojalności i odpowiedzialności, a więc na sposób niemiecki, a nie powodowana ekologiczną wrażliwością, która jest motorem działania krajów skandynawskich. Ortodoksyjne stanowisko tych ostatnich zostało zresztą osłabione przez koalicję Polski i krajów bałtyckich (które w tej rozgrywce okazały się bardziej częścią wschodu Europy, energetycznie i przemysłowo zapóźnionego, niż jej północnej, proekologicznej flanki). Osłabienie to jednak powiodło się przy poparciu Niemiec, środowiskowo wrażliwych, to prawda, ale jednak na pierwszym miejscu stawiających swój wielki, enrgochłonny przemysł, między innymi samochodowy. Do dziś zresztą największym opononentem duńskiej komisarz do spraw klimatu jest w Komisji Europejskiej niemiecki komisarz do spraw energii. 

Poza retoryką antypolskiej zmowy, dyskusja na temat pakietu klimatycznego zdominowana jest w Polsce przez węgiel. I to węgiel bardziej jako największy skarb narodowy, bogactwo "tej ziemi", niż jako element energetyki wyokoemisyjnej i kopalnych źródeł energii. Czasem, zwłaszcza wsłuchując się w to, co mówi PiS i pisopodobni, można odnieść wrażenie, że w negocjacje na temat pakietu klimatycznego powinien zostać włączony IPN, a może nawet, kto wie, Muzeum Powstania Warszawskiego, tak często pojawia się wystąpieniach Kaczyńskiego wątek krzywd doznanych przez naród polski. Każdy jest patriotą na swój sposób. Nie w tym jednak rzecz. Swoiście pojęty patriotyzm zaważył już kiedyś na stanowisku Lecha Kaczyńskiego w sprawie pakietu klimatycznego. Również dziś jest podstawą pisowskiej argumentacji. I tak jak wtedy niczego w ten sposób się nie wynegocjuje, bo do nikogo spoza Polski te argumenty nie trafiają. Mają zastosowanie wyłącznie jako retoryka na użytek lokalnego elektoratu. Dramatycznie patriotyczna oprawa, paradoksalnie, szkodzi Polsce, a nie pomaga. Tak jak zaszkodziła wtedy, w 2007 roku, gdy można jeszcze było uzyskać dla Polski, której sytuacja energetyczna faktycznie jest specjalna, więcej, niż uzyskano (bo jednak coś uzyskać się dało, nawet jeśli trudno to uznać za wyłącznie polskie zwycięstwo: firmy energetyczne dostały większość uprawnień do emisji CO2 za darmo, obecnie to aż 80 proc. uprawnień). Zamiast jednak gubić się w narodowej emfazie, trzeba dokładnie pakietowi klimatycznemu się przyjrzeć. Zamiast przywoływać jak zaklęcie potencjalne weto, którego Lech Kaczyński nie zastosował wtedy, gdy jeszcze było to możliwe i którego dziś już użyć nie można, trzeba zobaczyć, jak skutecznie i z korzyścią dla Polski powiedzieć "tak". Inaczej mówiąc, jak najlepiej wykorzystać pakiet klimatyczny. Bo sztuka funkcjonowania w UE polega na przemyślanym powiedzeniu "tak", a nie na bezproduktywnym domaganiu się prawa do mówienia "nie" za każdym razem, gdy coś się zawaliło. Szkoda, że obecny rząd uległ retoryce PiS.

Komu opłaca się pakiet klimatyczny

Pakiet klimatyczny to nie tylko redukcja emisji CO2 kosztem polskiego węgla. Poza redukcją emisji gazów cieplarnianych (nie tylko dwutlenku węgla), pakiet dotyczy też zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii oraz bardziej efektywnego zużycia energii. Efektywność zużycia energii przez polskie firmy jest dwukrotnie gorsza niż średnia unijna. Z dymem, w atmosferę, ulatuje w Polsce nie tylko dwutelenek węgla, ale dużo pieniędzy. Polskie budownictwo, zwłaszcza to z czasów PRL, jest niesamowicie enegochłonne. Unijne normy można wypełniać nie tylko bez szkody, ale zyskiem dla budżetu państwa i portfeli mieszkańców. Oczywiście, że wymaga to inwestycji. Są na to unijne pieniądze. Oczywiście, że wymaga to technologii. To wielka szansa dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw, możliwość poczynienia oszczędności i zwiększenia konkurencyjności. Chętnie posłuchałbym sporu PO i PiS jak z tych szans skorzystać. Jak powiedzieć pakietowi klimatycznemu "tak" z korzyścią dla ludzi i polskiej gospodarki. W wystąpieniu Kaczyńskiego na kongresie PiS coś o nowych technologiach było. Ale jak zwykle w formie zarzutu wobec Tuska. Zarzutu pewnie uzasadnionego. Co z tego, skoro niemal cała reszta wypowiedzi Kaczyńskiego spycha nie tylko polską gospodarkę, ale Polskę w ogóle w anachroniczną czasoprzestrzeń. 

Realizacja zapisanych na papierze norm i celów wymaga jak najbardziej fizycznych instrumentów: nowoczesnych systemów grzewczych, pomp, "inteligentnych" liczników poboru energii, technologii do pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych (na przykład z wody i wiatru), jej przekazywania i magazynowania (na przykład z wykorzystaniem nośników wodorowych). Tego rodzaju produkty stanowią 10% duńskiego eksportu. Niemcom opłaca się sprowadzać i przetwarzać polskie odpady, bo w Polsce nie było do niedawna systemu ich pozyskiwania, a obowiązek segregacji został dopiero wprowadzony.  Nie zauważyłem, żeby techniczny rząd PiS podjął programową debatę z rządem PO-PSL jak skorzystać na pakiecie klimatycznym i jak pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, by podjęły technologiczne i rynkowe wyzwania. 

Na energii słonecznej krocie zarabiają dziś Chińczycy. Zarabiają głównie w Europie, bo pakiet klimatyczny zmusza państwa UE do większego niż kiedyś wykorzystania tego trwonionego zbyt długo źródła energii. Europejczycy kupują więc masowo panele słoneczne i dopiero niedawno zorientowali się, że niemal wszystkie są made in China. Doprowadziło to najpoważniejszego od lat sporu handlowego między Chinami i UE, który rozsztrzygnięcie znajdzie pewnie w wyniku arbitrażu i decyzji Międzynarodowej Organizacji Handlu. Europa oskarża Chiny o stosowanie cen dumpingowych. Słusznie. Ale Chińczycy wygrywają w konkurencji z niemieckimi czy francuskimi przedsiębiorstwami dzięki niskim kosztom pracy. Dlaczego w tej konkurencji zabrakło polskich przedsiębiorstw? Obawiam się, że po nieuchronnej przegranej Chin zabraknie ich również w najbliższej przyszłości, mimo, że koszt wyprodukowania paneli będzie w Polsce nadal niższy niż w Niemczech i we Francji, a zapotrzebowanie na nie będzie wzrastać. 

Polskie uwęglenie 

Polska broni węgla, bo ma go dużo. Słyszę, że ograniczenie jego zużycia zmniejszy polską niezależność energetyczną. Rzadziej jednak słychać, że  Polska węgiel importuje. Własnego nie starcza. Często jest droższy. Import węgla od 2006 roku wzrasta, a państwo dopłaca do węgla wydobytego w Polsce.  Oszczędności? Niezależność energetyczna? Absurd. Na pewno korzysta na tym systemie lobby węglowe. Politykom na pewno łatwiej bronić narodową skamienielinę - dosłownie i w przenośni - niż pomyśleć jak dostosować przemysł do potrzeb jutra, niż prowadzić nowoczesną politykę przemysłową i energetyczną. Zależność energetyczna całej UE rośnie, a nie maleje. Dziś 60% gazu i ropy pochodzi z importu. Jeżeli obecna tendencja nie zostanie zastopowana, to w krótkim czasie zależność może sięgnąć 80%. UE musi zmniejszyć uzależnienie od importu kopalnych źródeł energii jak najszybciej. Cała UE, również Polska. Węgiel nie jest odpowiedzią, nawet jeżeli na krótszą metę w UE i na dłuższą w Polsce jego wykorzystanie zostanie utrzymane, a w czasie kryzysu - okresu sprzyjającego polityce krótkowzrocznej - nawet wzrasta. 

Dwóch budrysów

Nie zarzucam nikomu w Polsce braku entuzjazmu wobec uijnej polityki klimatycznej. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zdrowomyślący mógł uznać, że w ciągu parunastu lat polska gospodarka zastąpi węgiel innymi źródłami energii. Nie wierzę w przeprowadzenie rewolucji przemysłowej w krótkim czasie. Ale traktowanie pakietu klimatycznego jako dopustu bożego, sprzeczka o to, kto bardziej zawinił nie blokując tej zasadniczej dla UE polityki, brak jakiejkolwiek refleksji na temat korzyści, jakie pakiet powinien Polsce przyjąć i rzetelnej pracy na rzecz reform, które brałyby w pełni pod uwagę zobowiązania Polski wynikające z pakietu uważam za gospodarczy, polityczny, dyplomatyczny i patriotyczny kretynizm. Najnowsza pyskówka między Tuskiem a Kaczyńskim w tej sprawie utrwala kierunek debaty publicznej, który nie pozwala zwiększyć poziomu wiedzy ludzi na temat unijnej, a więc również polskiej polityki klimatycznej; cementuje stereotypy, zamiast zwiększyć racjonalność debaty; utrudnia uzyskanie społecznego poparcia dla działań, które pozwoliłyby Polsce skorzystać na pakiecie klimatycznym; wiąże ręce każdemu kolejnemu rządowi, który będzie musiał polityce klimatycznej UE się podporządkować, czy mu się to podoba czy nie. 

Bo polityka klimatyczna Unii to nie jest jakiś tam pakiet. To jest wybór kierunku rozwoju całej wspólnoty na długie lata. Ma on zasadniczy wpływ na politykę przemysłową we wszystkich jej wymiarach, na rolnictwo i jego finansowanie, na badania i innowacje, na rynek wewnętrzny i swobodny przepływ towarów, na politykę energetyczną, transport, infrastrukturę (a tym samym na fundusze europejskie współfinansujące inwestycje infrastrukturalne), na handel zagraniczny, na politykę współpracy z państwami rozwijającymi się. Politycy, którzy nie chcą lub nie potrafią tego zrozumieć i wytłumaczyć społeczeństwu ponoszą wielką odpowiedzialność. Dziś spór o pakiet klimatyczny między Tuskiem a Kaczyńskim to spór między dwoma niezbyt miłymi budrysami, którym skradziono księżyc.


2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...