Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NATO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NATO. Pokaż wszystkie posty

2017-02-18

Tygodniowa kronika dokonań władzy w skrócie (13-18 lutego)


13-18 lutego 2017 Rząd postanowił ograniczyć prawo do tabletki "dzień po", ponieważ w odróżnieniu od faszystowskich Niemiec, w Polsce prawo nie jest najważniejsze, ważniejsza jest sprawiedliwość.  

Już wkrótce, z okazji święta narodowego Polski 11 września (rocznica zamachu smoleńskiego) sfinalizowany zostanie zakup dwóch używanych amerykańskich helikopterów. W międzyczasie rząd Polski zwrócił się do NATO o pomoc w sprowadzeniu z Rosji wraku samolotu, który znacznie wzmocni poziom uzbrojenia Wojska Polskiego. Dozbrajanie Obrony Terytorialnej odbywa się bez udziału NATO. 

Na szczycie w Brukseli NATO uznało jednak za swój najpilniejszy sojuszniczy obowiązek współpracę z komisją  Macierewicza w zbadaniu niepokojąco rosnącej liczby wraków pojazdów używanych przez Narodową Służbę Ochrony, i to zanim jeszcze ta Służba powstała.

2016-03-14

Szczyt NATO tylko w Warszawie (bo już wydrukowano program) - Aktualizacja

Witold Waszczykowski oczywiście ma rację: wszelkie dywagacje na temat przeniesienia szczytu NATO z Warszawy na przykład do Rygi są nieuzasadnione, skoro dokumenty już wydrukowano i gotowe są harmonogramy. 

Byłoby to niedopuszczalne marnotrawstwo papieru i oczywiście strona Polska nigdy się na to nie zgodzi. A zwłaszcza pod presją nieuzasadnionej krytyki płynącej pod adresem suwerennego rządu RP z kraju młodszego niż Polska - jak słusznie zauważył w Toruniu Antoni Macierewicz. Ponieważ szczyt w Warszawie jest pewny, najwyższy czas ogłosić jego program. Oto on.

Wstępny program Posiedzenia Rady Pólnocnoatlantyckiej w Warszawie (Polska), 8-9 lipca 2016

Piątek 8 lipca 2016
08:00 - 9:15 Rejestracja gości, kawa, herbata, opłatek
09:30 - 10:30 Msza inauguracyjna

10:45 - 11:00 Apel poległych w Smoleńsku (czyta min. K. Szczerski). 
11:00 - 11:02 Minuta ciszy ku czci zamordowanych w Smoleńsku Prezydenta L. Kaczyńskiego z małżonką.

11:02 - 11:15 Powitanie uczestników, otwarcie obrad - Antoni Macierewicz

11:15 - 12:30 Wystąpienie inauguracyjne - Jarosław Kaczyński

12:30 - 13:00 Debata na temat tez wystąpienia inauguracyjnego i projektu porządku obrad

13:00 - 14:30 Obiad (Uwaga: dzień postny). Do posiłku przygrywa orkiestra reprezentacyjna WP. Repertuar: pieśni patriotyczne.

14:45 - 16:00 Kapelania i duszpasterstwo garnizonowe wobec zagrożeń współczesności - debata plenarna

16:00 - 18:00 Działania Sojuszu w reakcji na terorystyczną działalność Rosji i zamach smoleński (posiedzenie strategiczne in camera)

18:00 - 18:30 Konkluzje posiedzenia strategicznego: konferencja prasowa Antoniego Macierewicza

19:00 - 20:00 I Nieszpory


Sobota 9 lipca 2016
10:00 - 11:00 Chrześcijańskie podstawy flanki wschodniej NATO: tradycja Przedmurza, idea Międzymorza09:00 - 10:00 Msza poranna

11:00 - 12:30 Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego a tradycja żołnierzy wyklętych

12:30 - 13:00 Uchwała Sojuszu w sprawie bratnich Światowych Dni Młodzieży w Krakowie 27-31 lipca 2016

13:00 -14:30 Obiad

15:00 - 21:00 Sesja wyjazdowa w Częstochowie (uwaga: możliwy tylko przelot helikopterami, opancerzone BMW będą miały jeszcze zimowe opony)

17:00 - 18:00 Powitanie delegatów w Sali Rycerskiej Klasztoru Jasnogórskiego przez przeora o. Mariana Waligórę

18:00 - 19:00 Zwiedzanie Arsenału jasnogórskiego w towarzystwie księdza dyrektora Tadeusza Rydzyka, dyskusja nad możliwością wykorzystania Arsenału do składowania zapasu uzbrojenia amerykańskiego kontyngentu w ramach NATO

19:00 - 20:00 II Nieszpory, koniec szczytu NATO.

NB 2. Aktualizacja: kursywą w kolorze adwentowym dodano nowe punkty programu.
NB 1. Program Szczytu został skonstruowany w taki sposób, żeby brak uczestników z nieprzychylnych Polsce państw sojuszniczych nie uniemożliwił jego realizacji.


UWAGA: Dzięki inwencji tymczasowo rządzącego Polską ugrupowania maleje w narodzie zdolność odróżnienia rzeczywistości od nadrzeczywistości (można używac hashtagu #surrealizm). Z tego powodu zmuszony jestem dodać zastrzeżenie: to nie jest oficjalny program szczytu NATO w Warszawie.



2014-03-04

Czym więcej Europy tym mniej Putina. I na odwrót.

Zdarza się, że ci, którzy widzą w działaniach Putina przejaw komunizmu albo stalinizmu, interpretują stosunki międzynarodowe, historię i politykę podobnie jak on, gdy oskarża Euromajdan o faszyzm. 

Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
W obu przypadkach mamy do czynienia ze stereotypowym odniesieniem historycznym, pozornym odwołaniem do osobistego doświadczenia. Jest ono elementem retorycznej argumentacji obliczonej na wywołanie u odbiorców odruchu Pawłowa: termin faszyzm czy komunizm ma być przez nich odbierany jak dźwięk wywołujący fizjologiczną (jak u psów w laboratorium) i polityczną (jak u wyborców) reakcję. W ten sposób użyte, "faszyzm" i "komunizm" to tylko bodźce (zwane przez Pawłowa obojętnymi). To, co za jednym i drugim konceptem i praktyką się kryje w sensie politologicznym, filozoficznym i etycznym jest w sumie bez znaczenia.

Gdyby miało to znaczenie, można by się pokusić o znalezienie wspólnego mianownika. Takiego jak totalitaryzm. Wtedy obrońcy Putina, protestujący przeciw "faszyzmowi" na Ukrainie, i jego przeciwnicy, na przykład w Polsce, szafujących terminem "komunizm" w odniesieniu do politycznych konkurentów, okazaliby się pod wieloma względami podobni. Ich koncepcja demokracji oznaczałaby na przykład zgodę na istnienie fasadowych instytucji niezbędnych w ustroju demokratycznym, ale już nie na ich w pełni demokratyczne działanie. Podporządkowanie swojej władzy organów Sprawiedliwości, objęcie polityczną kuratelą takich instytucji jak Trybynał Konstytucyjny, akceptacja decyzji parlamentu, pod warunkiem, że ma się w nim absolutną większość - tak sprawują rządy ludzie o totalitarnych aspiracjach i autorytarnej mentalności w państwach konstytucyjnie, czyli formalnie demokratycznych.

Chcieliby się posunąć dalej, ale powstrzymuje ich kontekst międzynarodowy. W takich krajach jak Polska czy Węgry, należących do Unii Europejskiej, ten kontekst ma na rządzących bez porównania większy wpływ niż w takim kraju jak Rosja. Ale nawet w Rosji, która nie ma formalnego powodu, by przestrzegać unijnych traktatów, trzeba brać w jakimś stopniu pod uwagę naciski Międzynarodowej Organizacji Handlu, międzynarodowego Funduszu Walutowego, G8, reakcje światowych rynków i giełdy, a nawet - choć Putin się do tego nie przyzna - stanowisko UE, USA i tak zwanej wspólnoty międzynarodowej. Tym się różnią dzisiejsze czasy: pojałtańskie, postimperialne, naznaczone gospodarczą globalizacją, od epok wcześniejszych.

Ale dlatego też adepci totalitarnego myślenia tak źle się w tych czasach odnajdują i z taką satysfakcją, w kontekście regionalnego lub światowego konfliktu między państwami, deklarują: a nie mówiliśmy? Tak wygląda świat! Bez zaskoczenia czytałem na Twitterze komentarze w rodzaju: "cały Zachód mówi dziś o Rosji tak jak przez lata bracia Kaczyńscy". Bez zaskoczenia, mimo, że - po pierwsze - to nieprawda. Na szczęście. Po drugie, używanie tej samej retoryki (wojennej) w czasie stabilizacji i w czasie kryzysu, nieumiejętność rozróżnienia wyzwań, możliwości i zagrożeń występujących w tych okresach, to nie jest dowód politycznego jasnowidztwa ani politycznego myślenia, tylko psychozy. Putin na przykład tak ma, ale - przepraszam, że muszę rozczarować - imperialna i totalitarna mentalność nie musi oznaczać guza na mózgu, wbrew temu co czytałem tu i ówdzie. Po trzecie, opis świata to jedno (człowiek człowiekowi wilkiem), a wola jego zmiany i wiara w to, że zmiana jest możliwa, to drugie. Ta wola i wiara sprawiły, że taki proces jak integracja europejska był możliwy: w obrębie Unii wojna jest nie do pomyślenia, międzypaństwowe spory o Alzację, Lotaryngię, Triest, Zaolzie czy Śląśk to część coraz odleglejszej historii.

Ale Putin przypomniał Europie i światu, że nie wszędzie działania takie jak na Krymie należą do przeszłości. I nie wszędzie integracja europejska jest teraźniejszością. Wbrew pozorom ci, którym przypominać nie trzeba, znajdują się nie tylko w Polsce czy na Litwie. Pytanie jednak, co z tą pamięcią i świadmością zrobić w czasach stabilizacji i pokoju: na wszelki wypadek izlować Rosję? Nie kupować od niej energii? Nie sprzedawać jej maszyn, serów i wina, wieprzowiny i samochodów, mebli i ubrań? A dokładnie w chwili, kiedy poczujemy, że może posunąć się za daleko, zbombardować? I idąc za ciosem, to samo zrobić z resztą świata, w której zachodnie standardy polityki i demokracji nie znajdują zastosowania? Przypominam: to ta większa część świata. Naszych zachodnich mechanizmów gospodarczych i politycznych nie wprowadziliśmy tam zbrojnie (ostatnio, za każdym razem gdy próbowaliśmy, raczej się nie udawało), tylko negocjacjami, dyplomacją, za pieniądze i w niemałej mierze dzięki zachodniej softpower.

Okowy międzynarodowego kontekstu, które nie pozwalają totalitarnym działaniom nadążyć za totalitarnym myśleniem, są serdecznie przez totalitarnych polityków znienawidzone. Nie lubią więc idei międzynarodowej współpracy ani multilateralizmu. Coś takiego jak integracja europejska w ogóle nie mieści im się w głowie. Tak samo jak niektórym europejskim komentatorom nie mieści się, w głowie, że w dwudziestym pierwszym wieku można prowadzić taką politykę, jak Putin wobec Ukrainy. Dlatego szukają guza na mózgu Putina. Żeby zrozumieć. Taka ułomność percepcji, zawężone pole widzenia i rozumienia. Lub, jeśli spojrzeć na ten sposób interpretacji bardziej pozytywnie, przykład "przedrozumienia" zgodnie z teorią Hansa-Heorga Gadamera.

Naiwnych poszukiwaczy guza na swoim mózgu Putin wodzi za nos. Ale czego oczekują od Europy i Stanów Zjednoczonych polscy krytycy tej bezsilności Zachodu? W odpowiedzi słychać ich śmieszki i widać memy. Bo nie chcą wprost przyznać, że ich wizja stosunków międzynarodowych niczym się nie różni od wizji Putina. Ogłaszają jedynie, że dla nich każdy kolejny etap rozmów, narad i negocjacji to etap zbędny. Tak naprawdę cierpią nie dlatego, że ludziom na Ukrainie z powodu Putina dzieje się krzywda, nie dlatego, że terytorium potencjalnej ekspansji demokracji, praw człowieka i innych europejskich wartości się kurczy, tylko dlatego, że nie mogą zapłacić Putinowi pięknym za nadobne. Że nie mają władzy i siły Putina. Nienawidzą Putina nie dlatego, że jest inny, tylko dlatego, że jest silniejszy, i to jako "Rusek", postkomuch, kagiebista. Ale też nie mogą darować tym, którzy siłę mają: UE, USA, NATO, że nie chcą jej użyć jak należy. Poza tym jest strach. Historycznie uwarunkowane przekonanie, którego dotychczas historia nigdy nie zweryfikowała, że po Krymie padnie łupem Rosji cała Ukraina, a potem, oczywiście, my. Bo jeżeli NATO i UE odpuszczą Putinowi w sprawie Krymu, to czemu nie mieliby odpuścić w sprawie Polski?

Ten ostatni punkt jestem w stanie zrozumieć. W końcu nie mam dowodów na to, że wiara w nieziszczalność takiego scenariusza nie jest naiwnością. Co do całej reszty poważnie martwi mnie fakt, że wśród polskich obrońców Ukrainy i przeciwników Putina jest tak wiele osób do Putina podobnych. To jest prawdziwa antyeuropejskość, której trzeba się w Polsce obawiać. Przeczytałem na Twitterze hasło, nie wiem czyje, że czym więcej Europy, tym mniej Putina. Tak, bo wartości, na których opiera się integracja europejska są nie do pogodzenia z myśleniem, świadomością, etyką i działaniem Putina. To antyteza. Czym więcej Europy, tym mniej Putina. I na odwrót. Czym mniej Europy, tym więcej Putina. Bez względu na to, co Putin zrobi. I w Rosji, i w Ukrainie, i w Polsce.



2013-09-16

Unia chciała źle, wyszło jak zwykle

Obyczaje łagodnieją. Sportowe zmagania zastępują wojownikom i ich kibicom wojny; boiska - pola bitew. W polityce natomiast Unia Europejska zastąpiła nielubianego sąsiada i obce mocarstwo. Zawsze można przypisać jej złe intencje. Jest w tej roli niezawodna, o wiele lepsza niż ten czy inny kraj, bo nie dość, że można ją oskarżyć o wszystko, to krytyka nie będzie uznana za szowinizm czy rasizm (UE to nie naród), nie wywoła dyplomatycznego konfliktu (UE to nie państwo i, bądźmy szczerzy, dyplomacji z prawdziwego zdarzenia nie posiada), nie sprowokuje gniewu opinii publicznej (nie ma europejskiej opinii publicznej) i - choćby nie wiem jak informacja o UE była kłamliwa - nie wywoła sprostowania, bo liczne służby prasowe instytucji unijnych nie chcą, nie potrafią lub nie są w stanie przekłamań skutecznie prostować.

Dlaczego UE jest niezbędna i pozostaje popularna

Wbrew temu co się słyszy i jest w dobrym tonie powtarzać, UE pozostaje niezmiernie popularna i bliska ludziom. Ze wszystkim im się kojarzy. Nie to co jakiś ONZ czy NATO, że o OBWE nie wspomnę. Czy ktoś słyszał, że NATO nas za drogo kosztuje? Że urzędnicy OBWE za dużo zarabiają? Że ONZ narzuca Polsce jakieś przepisy? UE jest ulubionym tematem mediów uznawanych niesłusznie za eurosceptyczne. Niesłusznie, bo sceptycyzm to niechętny brak pewności, nieufne niezdecydowanie. Tymczasem krytyka UE w eurosceptycznych mediach naznaczona jest bezgraniczną pewnością, stała się pasją, uzależnieniem. Nie tylko w mediach: takie partyjki jak brytyjski UKIP na przykład w ogóle nie miałyby racji bytu, gdyby nie było UE. Czy nie należałoby uznać, że UE przyczynia się do pluralizmu? UE jest naturalnym terenem zalewowym dla oceanu jadu i nienawiści niektórych polityków, przyjmuje na siebie uderzenie fali nieczystości. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby choć część niszczycielskiej energii posłanki Pawłowicz czy innej Sobeckiej nie została pochłonięta przez, za przeproszeniem, "Brukselę". Na pewno komuś by się oberwało. Byłyby ofiary, jak nic.

Konkuzja: Unia Europejska jest i będzie potrzebna dopóty, dopóki nie wygaśnie w mediach i w polityce potrzeba szukania winnego (nawet, gdy nie ma winy), ferowania oskarżeń (nawet, gdy nie ma o co oskarżać), demaskowania wroga i spisku (nawet, gdy spisku nie ma a wróg nie wie, że spiskuje). Inaczej mówiąc: UE będzie potrzebna zawsze. By jednak UE mogła pełnić tę potrzebną społecznie funkcję, należy przyjąć dwa założenia. Po pierwsze: Bruksela zawsze chce źle; po drugie: fakty nie są ważne. Potem wystarczy wybrać temat. Każdy okaże się samograjem. Tak jak historia o legalizacji prostytucji przez UE, którą niedawno tu opisałem.

Z unijną flagą od kołyski po grobową deskę

A teraz praktyka. Obywatel UE ma prawo swobodnie przemieszczać się po unijnym terytorium, podejmować tam pracę, zapisać się na studia, odbywać praktyki zawodowe. Tak do końca jednak swobodnie nie jest. Potrzebnych jest zwykle kilka banalnych papierków wydanych przez administrację krajową. Pewnie niejeden, tak jak ja, zastanawiał się dlaczego ma wykładać kilkadziesiąt euro (waluta dowolna, w zależności od kraju) na podstemplowanie i przetłumaczenie w swoim konsulacie typowych zaświadczeń (odpisy aktów narodzin, zgonu, zawarcia małżeństwa) celem przedłożenia ich administracji kraju UE, w którym akurat się znalazł. I dlaczego nie może załatwić tego od ręki. Komisja Europejska znalazła bardzo proste rozwiązanie: wystarczy z 28 formularzy, dajmy na to aktów urodzenia, zrobić jeden. Bez żadnego tłumaczenia na wszystkie języki i bez dodatkowych pieczątek, z samej konstrukcji dokumentu, z obowiązkowego zestawu standardowych danych umieszczonych w standardowej kolejności, portugalski urzędnik będzie mógł się dowiedzieć z polskiego dokumentu tego samego, co z dokumentu portugalskiego i na tej podstawie załatwić sprawę. Przypominam: chodzi o dokumenty absolutnie podstawowe, takie jak odpis aktu ślubu czy urodzenia. Jeżeli władze Polski będą chciały podkreślić unijną kompatybilność wydanego przez siebie dokumentu, będą mogły dodatkowo umieścić na nim flagę UE.

W prasie brytyjskiej podniósł się raban: Bruksela pozbawi nas naszych krajowych dokumentów! Każe zastąpić królewskie emblematy znienawidzoną flagą okupanta. Złote gwiazdki, błękitne tło od narodzin aż po śmierć? Nigdy! Tłumaczenie, że królewskie emblematy mogą zostać, a unijna flaga jest opcjonalna na nic się nie zdają. Zapewnienia Komisji Europejskiej, że takie dokumenty będą mogły (jeżeli propozycja zostanie przyjęta) a nie musiały być wydawane przez krajowe administracje nie przekonują. Że nie zastąpią dokumentów krajowych, też nie. Bo Bruksela chce zawłaszczyć wyspiarzy stopniowo i potajemnie: nawet jeśli dzisiaj to jest opcja, to jasne, że kiedyś stanie się obowiązkiem. No way!

"Made in", niemiecka chluba i polski wstyd

Niemiecką opinię publiczną zaalarmowały prasowe doniesienia o zbilżającym się końcu oznaczenia Made in Germany. Bruksela chce je ponoć zastąpić Made in EU. Made in EU miałoby też wyrugować oznaczenia jakości produktów. Jest się o co martwić, bo dla wielu konsumentów, nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce na przykład, Made in Germany to znak jakości sam w sobie. Kiedyś, w PRL, nawet Made in GDR, jako ersatz prawdziwej niemieckości, gwarantował w oczach Polaka wyższą niż przeciętna w RWPG jakość towaru. Było to jednak w czasach, gdy chińskie piórniki z ceraty, zapachowe gumki i zabawki były oznaką luksusu, którego warte były kochane polskie dzieci. Dziś Made in China oznaką luksusu nie jest, NRD nie istnieje, ale oznaczenie kraju pochodzenia na towarze nie straciło na znaczeniu.

Jak jednak oznaczyć kraj pochodzenia na produkcie wymyślonym w Wielkiej Brytanii, wykonanym w Chinach z wykorzystaniem holenderskiego patentu i komponentów pochodzących z trzech różnych krajów, do którego tuż przed włożeniem do pudełka dodano dwie części pochodzące w Niemczech? Jak nabywca ma się dowiedzieć, gdzie wyprodukowano kupiony przez niego przedmiot, zwłaszcza, jeśli okaże się wadliwy lub niedopowiadający opisowi? Artykuły niebezpieczne dla życia lub zdrowia konsumenta są zgłaszane do unnijnego systemu Rapex, dzięki któremu takie przedmioty są z rynku eliminowane. Ale aż w przypadku 10% takich produktów nie da się ustalić skąd pochodzą.

Owszem, w UE są przepisy w tej dziedzinie. Ale te unijne, rozsiane w różnych miejscach, każdy kraj stosuje jak chce a do tego ma jeszcze multum własnych przepisów. Komisja zaproponowała, żeby przepisy zebrać w jednym rozporządzeniu. Miałoby ono między innymi sprawić, by na towarach, również tych importowanych, obowiązkowo umieszczana była nazwa i adres producenta. Bez zmiany pozostały znajdujące się w innym akcie prawnym przepisy dotyczące oznaczenia Made in, a również zasada, że można opcjonalnie stosować Made in EU lub Made in z nazwą kraju.

Natychmiast podniósł się raban w Niemczech, że ponoć UE ma zakazać znaku Made in Germany, Germany zastępując UE. Tymczasem Made in Germany to gwarancja jakości, najlepszy sposób promocji. W Polsce protesty zaczęły się z miesięcznym opóźnieniem, bo do Polski daleko i wszystko później dociera zapewne. O dziwo, opisany w prasie sprzeciw konfederacji pracodawców Lewiatan skierowany jest w stronę przeciwną: ponoć UE ma zakazać znaku Made in EU, EU zastępując nazwą kraju pochodzenia. Tymczasem, jak należy domniemywać, oznaczenie Made in Poland to wstyd. Kto kupi polskie produkty, gdy nie da się ich wstydliwegompochodzenia ukryć za Made in EU? Kiedy się okazało, że wielka afera jest wynikiem czytania rozporządzeń bez zrozumienia albo nieczytania, protesty ucichły. Ale ślad w prasie, bez sprostowania, pozostał. A mity mają długie życie. Ostatnio znowu pisał o tym Wprost, ubolewając nad losem polskich producentów kosmetyków. Tymczasem kosmetyki w ogóle nie są objęte nowelizacją, bo są dla nich odrębne, branżowe przepisy. Poza tym nie zauważyłem, żeby polskim kosmetykom ich polskość specjalnie przeszkadzała. Inglot ma więcej sklepów w Hiszpanii, Rosji i USA niż w Polsce (sam byłem w tym nowojorskim na Broadwayu).

Będą nam zabierać pieniądze

Na krótko, ale za to żywym płomieniem zapłonęło medialne ostrzeżenie nowego szefa NIK, Krzysztofa Kwiatkowskiego, przed zamachem Unii na fundusze strukturalne przeznaczone dla Polski. Informowały o tym w sierpniu Polsat, Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza. Kwiatkowski odkrył, że Europejski Trybunał Obrachunkowy, dotąd "fasadowe" ciało doradcze (tak napisali w DGP), uzyskał nowe uprawnienia. Na ich mocy unijni nikowcy będą teraz ponoć mogli nakazać Komisji Europejskiej zabranie Polsce funduszy spożytkowanych niezgodnie z unijnymi regułami. Komisja zaś obowiązkowo i ochoczo z tego skorzysta, żeby zabrać Polakom i dać innym na realizowanie priorytetów ważniejszych dla Brukseli niż polskie potrzeby. Komisja będzie tak ponoć mogła zrobić dzięki nowemu mechanizmowi elastyczności wprowadzonemu do przepisów dotycząch unijnego budżetu. Kwiatkowski zna sposób, jak storpedować te niecne zamiary: NIK z większą niż dotąd uwagą sam musi kontrolować wydatkowanie unijnych funduszy, żeby nie dać Brukseli pretekstu.

Konkluzja słuszna: NIK powinien pilnować, czy publiczne pieniądze są w Polsce wydawane zgodnie z prawem. Dla tych, którzy wątpili w zasadność nominacji Kwiatkowskiego, sprawa powinna być wreszcie jasna: chłop bezbłędnie opanował cele działania NIK, więc się na Prezesa nadaje. Ale analfabetyzm Kwiatkowskiego w kwestiach unijnych jest porażający. Dyskryminujący jest brak wiedzy na temat ETO, unijnego NIK. W praktyce, Komisja Europejska zawsze uwzględniała w swoich raportach i decyzjach wyniki audytu ETO, nie ma więc żadnej zmiany. I nie ma nowych przepisów. Żeby zmieniły się kompetencje ETO, trzeba by zmienić traktat o funkcjonowaniu UE. Nikt go w tym zakresie nie zmieniał i nie ma takich planów. Wszystko to nie ma absolutnie nic wspólnego z wieloletnimi ramami budżetowymi UE, a mechanizm elastyczności nie tym polega. Tyle w sprawie faktów. Złe, antypolskie intencje Komisji Europejskiej, która chce Polsce zabrać, żeby dać innym, to już kwestia osobistych przekonań prezesa NIK. Przekonań dość pisowskich zresztą, opartych na aksjomacie, wedle którego Polska otoczona jest wrogami. Nie wiem, czy przekonania przeszkodzą Kwiatkowskiemu w pracy, ale wiedza szefa NIK i jego szacunek dla faktów budzą moje obawy.

 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...