Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski. Pokaż wszystkie posty

2013-08-07

Prostytucja, narkotyki, kreatywna księgowość: narodziny euromitu

©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa
Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipcu, przez kilka dni, dla części polskich mediów unijnym tematem numer jeden był plan ratowania podupadłych finansów UE dochodami z prostytucji, przemytu i handlu narkotykami. Brudna kasa szarej strefy miałaby być uwzględniana w wysokości PKB już od przyszłego roku, mocą nowych unijnych przepisów. Kreatywna księgowość eurokratów spotkała się ze słuszną krytyką kolektywu redaktorów z Dziennika Gazety Prawnej, a następnie z Super Expressu, innego organu zaangażowanego w krzewienie nagiej prawdy i bezlitosne obnażanie absurdów życia publicznego. Czujności redaktorów nie uszedł też wymiar moralny unijnych zamiarów: wykryli pełzającą groźbę legalizacji prostytucji i narkobiznesu, a kto wie, może również dziecięcej pornografii i handlu żywym towarem. Radio i telewizja szybko podchwyciły temat. Wiadomość, że mowa o propozycji, której nie ma, zatrzymała co prawda narastającą dyskusję, ale mit się narodził i żyje własnym życiem. Jestem pewien, że jeszcze po kliku latach nieraz na niego natrafimy w politycznej argumentacji i dziennikarskich dywagacjach.

Dziennikarstwo bez progów ostrożnościowych

Kiedyś uczono, że przed podaniem publicznie informacji dziennikarz powinien sprawdzić ją w przynajmniej dwóch źródłach. Większość dziennikarzy uważała tę zasadę za świętą. Był to miernik profesjonalizmu i gwarancja wiarygodności. Dziś ten "próg ostrożnościowy", jeśli odwołać się do modnego ostatnio terminu, jest coraz częściej uznawany w dziennikarstwie za zbędny. Można, jak się okazuje, spekulować na temat propozycji, której nie ma, zapowiadać głosem odkrywcy nowość, która zdążyła się zestarzeć, pisać o skutkach przepisów, których się nie widziało na oczy. Zwłaszcza, jeżeli pisze się o Unii Europejskiej, bo w tej dziedzinie można strzelić najgorszą bzdurę zupełnie bezkarnie. Temat niby techniczny, specjalistyczny, a jednak wywoła zainteresowanie, jeśli tylko nudne fakty ukryje się w miazmatach sensacji, słusznie licząc na ludzką naiwność i ignorancję. Unijne instytucje zwykle nie reagują, bo pewnie nie są nawet w stanie wyłapać wszystkiego, co w 28 krajach się wypisuje. O dziwo, tym razem Komisja Europejska nawet zareagowała i opublikowała sprostowanie.

Doniesienia polskiej prasy, które zaczęły się od publikacji w Dzienniku Gazecie Prawnej, jakoby przygnieciona kryzysem UE chciała sztucznie napompować PKB stosując kreatywną księgowość są idiotyczne. Ponoć od 2014 państwa UE będą musiały w swych statystykach ujmować szarą strefę obliczając PKB. Tymczasem chodzi o nowelizację starego rozporządzenia, obowiązującego od lat dziewięćdziesiątych, a nie o nowe przepisy. Funkcjonującego rozporządzenia, a nie dopiero budzącej zaskoczenie i kontrowersje propozycji. Szara strefa, w tym prostytucja, wliczana jest w UE do PKB od dwudziestu lat. A nowelizacja ogranicza się do techniki zbierania danych i metod statystycznych, nie wprowadza nowych przepisów dotyczących szarej (ani jakiejkolwiek innej) strefy. Nie ma służyć zawyżaniu PKB państw członkowskich, dotyczy statystki i "rachunków narodowych i krajowych", odnoszących się do PKB, ale znacznie bardziej szacunkowych niż wyliczony co do złotówki PKB.

Znowelizowane metody statystyczne nie zostały wymyślone przez "brukselskich biurokratów" tylko przez ONZ, a UE jedynie dostosowała do stosowanych na świecie oenzetowskich standardów swoje przepisy. To techniczne dostosowanie nie napompuje więc PKB państwa członkowskich, nie wpłynie na stosunek długu publicznego do PKB ani na wysokość skaładki wpłacanej przez państwa członkowskie UE do unijnego budżetu. Polski GUS być może zmieni swój sposób kalkulacji PKB wliczając do niego dziedziny szarej lub czarnej strefy, których wcześniej nie wliczał, ale nie wynika to z nowych obowiązków narzuconych przez Brukselę.


Jak zrobić news

Recepta na news jest prosta. Po pierwsze, news musi być interesujący, przyciągać uwagę. Co przyciąga uwagę, wiedzą tabloidy: obyczajowość (na przykład prostytucja, seks), sprawy kryminalne i przestępczość (na przykład narkotyki, przemyt), oszustwa (na przykład kreatywna księgowość, fałszowanie danych), ujawnienie tajemnicy (nowe przepisy miały wejść w życie niepostrzeżenie, ale bystry dziennikarz to wykrył), polityczna manipulacja (Rostowski znowu kręci). Nieważne o co rzeczywiście chodzi, ważne, żeby "chodziło" w mediach. Metodyka, statystyka, wskaźniki oceny, standardy księgowe, "porównywalność rachunków", "nowelizacja zintegrowanego systemu" to nie są rzeczy, które kogokolwiek zaintereusją. Ale legalizacja prostytucji - tak! To jest news. I myli się, kto myśli, że ten przepis na produkcję newsa jest zarezerwowany dla tabloidów. Tak było przed tabloidyzacją. Po drugie, choć informacja nie musi być prawdziwa, to musi zawierać ziarno prawdy. To jeden z dwóch sposobów na wiarygodność. Słowa (prostytucja, narkotyki) może wyrwane z kontekstu, ale są. Mniejsza o kontekst. Przepisy może nie nowe, może nie z tej dziedziny, ale istnieją. Mniejsza o szczegóły. GUS coś wprowadza, prostytucję chce liczyć, przemyt szacować, zawsze można powiedzieć, że na prikaz Brukseli. Bruksela istnieje, GUS istnieje, mniejsza o związki przyczynowo-skutkowe. Ziarno prawdy to również szczepionka, która uchroni przed wirusem sprostowań.

Po trzecie, news, jak sama nazwa wskazuje, musi być nowy. Wystarczy więc przemilczeć, że sprawa jest znana od dwudziestu lat. Jeżeli ktoś o sprawie już wspominał, nie trzeba się tym przejmować. Na ponad dwa lata przed GDP, tamat poruszył Puls Biznesu. Ale to było dawno, poza tym liczy się siła przebicia, czyli nakład: GDP to jednak waga średnia, PB to waga kogucia. Po czwarte, to oczywiste, sprawa jest może i znana, ale tylko tym, którzy się na tym znają. A oni mogliby wszystko popsuć. Lepiej więc ich pominąć. Nie znalazłem ani jednego artykułu mówiącego o nowej propozycji Komisji Europejskiej, który cytowałby przedstawicieli Komisji Europejskiej. I ani jednego, który przywołując nowe przepisy Rady i Parlamentu, przedstawiałby stanowisko tych instytucji. Sprostowanie Komisja zamieściła po polsku na swojej stronie internetowej, ale wśród mediów zajmujących się tematem nie znalazłem takich, które by się do niego odniosły. Pewnie z obawy, że powstałby niepotrzebny szum w krystalicznie czystym przekazie. I z szacunku dla zasady, że ignorancja odbiorców jest punktem wyjścia w procesie fabrykacji newsa i gwarancją powodzenia przedsięwzięcia.

Po piąte, poważna gazeta musi przedstawiać poważne argumenty. Dlatego zawsze warto zaprosić ekspertów. Rzucić im temat. Zapytać o zdanie. Ekspert, który powie: "nie znam przepisów, o których mowa więc nie będę się wypowiadał", to nie tylko biały kruk, to przede wszystkim ekspert zbędny. Ekspert użyteczny to taki, który temat podłapie w locie i się wypowie. Na każdy temat. Unia legalizuje prostytucję? Następnym krokiem może być legalizacja pedofilii i handlu żywym towarem? Bruksela każe nadmuchać PKB wliczając do niego handel narkotykami? Rostowski szczęśliwy, że eurokraci pozwolą mu ubarwić dochodami z przemytu wyniki gospodarcze? Jest Pan/ Pani za czy przeciw? Czy to dobra droga? Zaproszeni eksperci mają opinie w każdej z tych spraw. A ponieważ pan redaktor zadaje mu pytanie na temat "sprawy", to nie wypada przypuszczać, że sprawa nie istnieje. Tym bardziej, że inni eksperci też się wypowiadają. A skoro jest dyskusja, jest sprawa. "Grono ekspertów" to drugi, obok "ziarna prawdy", kluczowy sposób na uwiarygodnienia newsa. W artykułach, które czytałem, tylko jeden ekspert, bodajże przedstawiciel GUS, uznał za absurdalne twierdzenie, że uwzględniane prostytucji w statystykach prowadzi do legalizacji prostytucji.

Jak wyhodować mit

W dzisiejszej Rzeczpospolitej Hubert Janiszewski powraca do sprawy (dzięki niemu sam się nią zainteresowałem) chyba niepomny, że dyskusja wybuchła parę tygodni temu, i że wszystko co pisze, już napisano. To dowodzi, że sprawa żyje już własnym życiem i że nowy euromit właśnie się narodził. Janiszewski nie bez dumy wspomina, że sam kiedyś proponował legalizację prostytucji. Czyli prekursor. Śmiało dopatruje się w propozycji Komisji Europejskiej opóźnionej reakcji na swoją inicjatywę. Czyli mentor. Euromentor. Janiszewski jest ekonomistą, a nie statystykiem. Zgodnie ze swoim emploi, pisze o "kolejnych sztuczkach księgowych" i bezlitośnie demaskuje "nader wyraźny cel" tej "propozycji Komisji": podnieść PKB, zmniejszyć stosunek długu do PKB. Czyli ekspert. Gdyby był muzykologiem, biologiem albo fizykiem jądrowym też by się pewnie podjął zadania. I pewnie trudniej byłoby o ekspertyzę. Ale ekonomista potrafi wszystko, bo ekonomia to wszystko. Szacuje nawet, ile legalizacja prostytucji przez Ministerstwo Finansów (sic!) może dać przychodu. Poważnie.

Niedawno Ryszard Czarnecki, poseł do Parlamentu Europejskiego, zorganizował w Warszawie, w polskim sejmie, konferencję prasową na temat "kontrowersyjnej propozycji UE legalizacji dochodów z prostytucji i narkomanii". Pochwalił się tym przedsięwzięciem na Twitterze. Nadal można tę krotochwilę obejrzeć sobie na stronie sejmu. Dziennikarze mogli nie doczytać, ulec pokusie łatwego newsa. Ktoś mógł ich też podpuścić. Felietonistę Rzeczpospolitej poniosło. Dumny status eksperta od wszystkiego uderzył do głowy. No i te upały: człowiek się nie kontroluje, każą pisać to pisze.

Z europosłem Czarneckim sprawa ma się inaczej. Bo tajemnicza propozycja Komisji Europejskiej nie jest żadną propozycją, tylko obowiązującym prawem. Chodzi o rozporządzenie Rady i Parlamentu Europejskiego. Europoseł nie musiał czerpać swej wiedzy z prasy. Powinien ją czerpać z dokumentów, w końcu prace trwały wiele miesięcy. Nie zauważył? Powinien dokumenty czytać ze zrozumieniem. Nie zrozumiał? A potem ze zrozumieniem głosować. I głosował, ale pewnie bez zrozumienia, skoro parę miesięcy później, najwyraźniej pod wpływem doniesień prasowych, wygaduje takie monumentalne brednie. Głosowanie, w którym europoseł Czarnecki wziął udział, odbyło się w marcu. Na stronie internetowej jasno widać kto podpisał listę obecności w czasie głosowania (Czarnecki podpisał) i jaki tekst przyjęto. Można sobie nawet przeczytać pochlebne opinie na temat rozporządzenia wygłoszone przez przedstawicielkę klubu parlamentarnego, do którego należy poseł Czarnecki. Nie można natomiast znaleźć negatywnych opinii Czarneckiego, bo nie brał udziału w dyskusji. W jednym ma Czarnecki rację: to sprawa moralności. Moralności i etyki.

PS. W zakładce Euromity jest już nowy euromit: o legalizowaniu przez UE prostytucji, narkotyków i o kreatywnej księgowości.
Napisane w BlogsyNapisane w Blogsy

2012-09-23

Unia jak rtęć


Logika integracji w strefie euro niczym nie różni się od tej, która od samego początku jest silą napędową całej Unii: każdy krok do przodu pociąga za sobą kolejne kroki, a gdy postęp jest na tyle duży, by stanowił istotną dla całego projektu zmianę jakościową, sankcjonuje się go poprzez reformę instytucji. Powstaje przyczółek do następnego etapu. Propozycje, które przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy przedstawił 12 września nie są jednak zgodne z tą logika.

Strefa euro idzie w bok

Kryzys wymógł na członkach strefy euro przyspieszenie sprzeczne z zasadą postępujemy wolniutko, ale pewnie. Sprawił, że niezbędna integracja eurolandu jest – z perspektywy ewolucji UE jako całości – krokiem nie tylko w przód, ale przede wszystkim w bok.  Dotychczas konsolidacja grupy państw wokół jakiegoś projektu miała charakter testu, służyła budowaniu przyczółku i pomostu, który wcześniej czy później pozwalał innym krajom do projektu dołączyć. Wolniej, ale tą samą drogą.

Propozycje, które na wniosek państw strefy euro przedstawił Herman Van Rompuy, gdyby miały zostać zrealizowane, stanowiłyby zbyt duży przeskok, by państwa spoza eurolandu mogły do czoła peletonu dołączyć jak zwykle. Jeżeli rytm i sposób integracji w ramach strefy euro są inne niż kiedykolwiek w unijnej historii, to sposób na pozostanie w grze, którego użyją państwa spoza euro, też musi być nowy. Niestety brak na razie pomysłu, jak temu wyzwaniu stawić czoła. Również w Polsce, największym, poza Wielką Brytanią, państwie spoza strefy euro, odgrywającym na dodatek szczególną rolę w regionie.

Polska jak we mgle: ani razem ani osobno

Polska zamierza  przystąpić do paktu budżetowego (zwanego z angielska fiskalnym choć z podatkami nie ma nic wspólnego) tylko po to, by siedzieć przy stole i nie wypaść z gry.  Mimo tego, że będąc poza strefą euro nie będzie miała ani tych samych obowiązków ani, tym bardziej, tego samego wpływu na podejmowane przy stole decyzje co państwa eurolandu. Jest za tym logika. Problem w tym, że projekty, w których Polska mogłaby na takich zasadach uczestniczyć są coraz liczniejsze.  Ilość przechodzi w jakość, wyjątek staje się regułą i będzie tak długo dopóty dopóki nie wejdziemy do strefy euro.  Ponieważ nie nastąpi to z dnia na dzień, dystans dzielący nas od integrujących się coraz silniej członków eurolandu będzie się powiększał. Istnieje ryzyko, że zostaniemy nie tylko w tyle, ale w innym wymiarze integracji.  Oświadczenie Rostowskiego, że Polska nie przystąpi do unii bankowej, ze wspólnym nadzorem finansowym sprawowanym przez Europejski Bank Centralny to nie tyle brak konsekwencji w działaniu, ile dowód, że Polska co prawda widzi niebezpieczeństwo, ale zupełnie nie wie jak mu zaradzić. Nikt zresztą nie wie.

Stefa euro jest skazana na dalszą integrację

Obrażanie się na strefę euro i brukselskie propozycje (będą dyskutowane na październikowym szczycie UE) nie ma sensu. Nikt nikomu nie robi na złość. Strefa euro rzeczywiście musi się za siebie wziąć, silniej zintegrować. Propozycje wzmocnienia unii gospodarczo-walutowej, nad którymi mają debatować państwa członkowskie, dotyczyć będą czterech obszarów: finanse publiczne, budżet, polityka gospodarcza, kontrola demokratyczna.

Stworzenie specjalnego parlamentu dla państw strefy euro to propozycja dotycząca tego ostatniego obszaru. Wątpliwa, bo od dawna wiadomo, że  nie chodzi o instytucje, mechanizmy, procedury. Że nie tu należy szukać odpowiedzi na problem tak zwanego deficytu demokratycznego. Na dzień przed ogłoszeniem propozycji Van Rompuya, Barroso wprost powiedział w Parlamencie Europejskim: Unia ma jedną i Komisję i jeden Parlament i więcej nie potrzebuje. Mnożenie bytów nie rozwiąże żadnego problemu. W sferze finansów, Van Rompuy skupił się na znanym już pomyśle uwspólnotowienia długu publicznego strefy euro. Wspólne obligacje nie podobają się Niemcom, ale pomysł wydaje się mieć sens. Niewątpliwie jednak zwiększa dystans między państwami ze strefy euro i spoza niej. System ten miałby tez iść w parze ze ściślejszą  koordynacją budżetów państw strefy euro. Krok dalej to wspólny urząd skarbowy, a przede wszystkim budżet centralny dla strefy euro. W kuluarach dyplomaci spoza strefy euro, w tym z Polski, krytykują ten pomysł nazywając ten budżet „socjalnym”. Poniekąd słusznie, miałby on między innymi stanowić zabezpieczenie dla takich krajów, które – ze względu na ich obecna sytuacje – stanowiłyby spore zagrożenie dla uwspólnotowienie długu publicznego, jak na przykład Włochy. Zabezpieczenie również socjalne.

Są Włoszech strefy biedy, które nie załapują się na istniejące w UE mechanizmy wyrównywania szans: fundusze strukturalne, spójności, dostosowania do globalizacji globalizacyjne, bo nie spełniają kryteriów strukturalnych lub poziomu życia.
Co z nimi zrobić?  To nie tylko kwestia socjalna, ale i polityczna. Potrzeba gestu, który pozwoliłby ludziom przełknąć niezbędne, ale drastyczne cięcia budżetowe, które najboleśniej odczuwają najbiedniejsi: ci bez rezerw finansowych, zgromadzonego bogactwa, żyjący z dnia na dzień, wydający większa część swego dochodu na codzienne potrzeby: jedzenie, dojazd do pracy, wizytę u lekarza, szkołę dla dzieci.

Unijna spójność rzeczywiście zagrożona

Jednocześnie prawdą jest też, że regiony biedne objęte polityka spójności, głównie w nowych państwach członkowskich, takich jak Polska,  mogą ucierpieć, gdy powstanie budżet strefy euro. Tu też chodzi nie tylko o wymiar socjalny. To wymiar rozwojowy jest najważniejszy, i to w odniesieniu do całej UE a nie jedynie do najbardziej zapóźnionych regionów:  dążenie do spójności UE poprzez wyrównywanie poziomów życia i stopnia rozwoju to fundamentalna zasada działania UE, element jej racji bytu i tajemnica jej sukcesu . Jest tez wymiar polityczny:  poparcie dla integracji w dużej mierze zależy od zasobności portfela. Argument, że bez UE byłoby gorzej nie przekonuje. Co by było, a nie jest nie pisze się w wyborczy rejestr.

Tylko większy budżet ogólny UE może zapobiec fragmentacji

Unia Europejska, największy rynek świata i jeden z najbogatszych regionów na świecie boryka się dziś z dylematami budżetowymi znanymi głównie wielodzietnym rodzinom cierpiących biedę: kupić dziecku na zimę buty czy kurtkę.

Jedyne wyjście to zwiększyć budżet ogólny UE i stworzyć w jego ramach instrumenty finansowe pomyślane tak, by  centralny budżet strefy euro, wyłączony z budżetu ogólnego, nie był potrzebny.  Do tego powinna dążyć Polska i inne państwa, którym zależy na utrzymaniu dynamiki integracji w UE i zapobiegnięciu jej fragmentacji: znaleźć sposoby na zaspokojenie specyficznych potrzeb w ramach wspólnych i niepodzielnych mechanizmów, instytucji i polityk.  Tak powstały przecież fundusze strukturalne, tak finansowana jest WPR i polityka rybacka, zgodnie z ta logika utworzono fundusz dostosowania do globalizacji. Skoro metoda jest znana, to gdzie jest problem? Główna bariera jest natury psychologicznej, nie finansowej: zastosowanie tego rozwiązania wymaga zwiększenia poziomu zobowiązań finansowych zapisanych we wspólnym wieloletnim planie wydatków UE na lata 2014-2020. To zły moment, by tego punktu widzenia bronić. Ale też moment może ostatni zanim UE rozpryśnie się jak kropelki rtęci z rozbitego termometru. Jak to wszystko potem pozbierać, nie wiadomo. 

2012-05-30

Rynek pracy: zalecenie dla Polski na 2013

Komisja Europejska przyjęła dziś  28 rekomendacji: dla państw członkowskich i dla strefy euro. Wszyscy skupili się oczywiście na zaleceniach skierowanych do swoich krajów, to naturalne. Czasem jednak warto poczytać sobie również zalecenia skierowane do innych, i to niekoniecznie tych najbardziej popularnych (z racji nieszczęść, które ich dotknęły): Portugalii, Hiszpanii czy Grecji.  Dla polskiego rządu na przykład lektura zaleceń skierowanych do Czechów mogłaby się okazać bardzo pożyteczna na przyszłość. Coś mi bowiem  mówi, że przynajmniej jedno z dzisiejszych  zaleceń pod adresem Pragi może zostać zaadresowane za rok do Warszawy.

Myślę o rynku pracy. O sprawie pisała wczoraj na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza: „Dobijają pracę”. Pracę dobija minister Rostowski blokując środki przeznaczone na walkę z bezrobociem: na szkolenia, na przekwalifikowanie, na staże i dotacje dla firm zatrudniających bezrobotnych.  Środki i tak z roku na rok coraz mniejsze, bo –jak podaje Gazeta -  w 2010 przeznaczono na ten cel w budżecie 5,3 mld zł, w 2011 tylko 1,9 mld. Według Ministerstwa Pracy dzięki programom realizowanym przez biura pośrednictwa pracę znalazło w 2010  411 tys. osób, a rok później już tylko 213 tys.

J.M Barroso przedstawia zalecenia dla krajów UE. ©UE2012
Minister Rostowski blokuje środki, żeby deficyt wyglądał księgowo na mniejszy. To typowy przykład tego, co Komisja Europejska nazywa „głupimi oszczędnościami”.  Zbijanie deficytu kosztem poziomu długotrwałego bezrobocia to strzelanie sobie w stopę.  W średnim i długim okresie jest katastrofalne dla gospodarki i dla perspektyw jej wzrostu.  Właśnie za taką  politykę Komisja skrytykowała dziś Czechy.  Tylko 7% bezrobotnych korzysta tam z programów poszukiwania pracy, podczas gdy średnia europejska wynosi 28%. Czechy są jednym z krajów UE, które na politykę pracy i aktywizacji zawodowej wydają najmniej.  Zatrudnienie w tamtejszych pośredniakach spadło o 12% w 2011 i natychmiast obniżyła się skuteczność ich działań i jakość pomocy świadczonej bezrobotnym. 

Niewydolna administracja, biurokracja, z jaką muszą się borykać przedsiębiorstwa, brak inwestycji w innowacyjność to tylko kilka przykładów krótkowzrocznej polityki, niesprzyjającej wzrostowi gospodarczemu na dłuższą metę.  Nieliczenie się ze skutkami gospodarczymi i społecznymi bezrobocia zostanie bez wątpienia wytknięte Polsce w przyszłym roku, jeżeli minister Rostowski będzie miał nadal decydujący głos w dziedzinie zatrudnienia i przeciwdziałania bezrobociu. Polska, co też zauważa Komisja, jest nadal "motorem" wzrostu w UE, ale byłoby świetnie, gdyby w większym stopniu  starała się tworzyć podstawy stałego wzrostu.  

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...