Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wschód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wschód. Pokaż wszystkie posty

2013-12-18

Janukowycz: polityk krótkookresowy

Ukraina będzie jednym z tematów szczytu UE, który zaczyna się jutro, bo trudno byłoby przemilczeć wydarzenia w Kijowie. Wszystkim też wydaje się naturalne, że o włączenie tego punktu do porządku obrad wystąpił polski premier. I na tym koniec. Nie będzie przecież żadnych kluczowych decyzji. Chodzi o deklarację polityczną UE: nasza oferta jest aktualna. Nic nowego: powtarzają to premierowe, ministrowie, komisarze, prezydenci. Teraz to samo zostanie powiedziane chórem na unijnym szczycie.

Wybór, przed którym stoi Ukraina, jest oczywisty w polityce. To wybór między długą i krótką perspektywą. Jego oczywistość czyni go banalnym jedynie statystycznie, nie umniejsza jego fundamentalnego znaczenia. Janukowycz oczywiście myli się, przyjmując wschodniosłowiańskie założenie, dobrze znane też Polakom, że "jakoś to będzie". Że teraz dostanie od Rosji upust na ceny gazu (ważne przed zimą) i pożyczkę pod zastaw ukraińskich obligacji, a potem i tak coś dostanie od UE i tak się to jakoś będzie toczyć. Myli się, bo poza krótką perspektywą państwo i społeczeństwo potrzebują wizji dalekosiężnego celu. To niezbędne do rozwoju. Rozwoju "zrównoważonego" jak to się teraz mówi po polsku, czyli takiego, dla którego kluczowa jest świadmość, że nasze dzisiejsze działania będą miały zasadniczy wpływ na życie naszych dzieci, wnuków i prawnuków.

Janukowycz, który po ukraińsku mówi od niedawna i mniej naturalnie niż po rosyjsku, nie jest może najbardziej wiarygodnym obrońcą ukraińskiego interesu. Czy są nim jednak w większym stopniu ukraińscy nacjonaliści: antyzachodni, antypolscy, antyrosyjscy, napędzani szowinistycznym otępieniem? Oczywiście nie. To co się dzieje dziś w Kijowie, na Majdanie, bardzo jasno pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że najważniejsze decyzje dotyczące państw, społeczeństw i narodów zapadają dziś na poziomie ponadnarodowym. Że nie tylko anachroniczne marzenie o narodowej autarchii, ale i wczorajsze rozumowanie w kategoriach czysto międzynarodowych jest trochę niedzisiejsze. Z tego punktu widzenia wynarodowienie Janukowycza razi mniej w dzisiejszym świecie, niż w Europie narodów z XIX i XX stulecia. Po drugie, żeby do tej ponadnarodowej świadomości dorosnąć, trzeba mieć za sobą okres wolności i samostanowienia jako naród i nowoczesne państwo narodowe. Trudno jest przeskoczyć etapy i wątpliwe, żeby Ukrainie, która tak naprawdę tego rozdziału we własnej historii nigdy nie miała, szybko się to udało. Nawet w Polsce udaje się to tak sobie. Tylko człowiek wolny i świadomy swojej wolności może myśleć o przyszłości w kategoriach długoterminowych, w kategoriach decyzji, odpowiedzialności i ryzyka. Człowiek taki jak Janukowycz może myśleć tylko o najbliższej zimie i następnych wyborach. Wewnętrzna, jednostkowa potrzeba wolności jednoczy manifestantów na Euromajdanie. Ale Janukowycz, jako szef ukraińskiego państwa, maninną wrażliwość, myśli o Ukrainie jak o prowincji imperium. Ma to wpływ nie tylko na jego konkretne decyzje polityczne, ale też na postrzeganie czasu i przestrzeni, na kształtowanie tożsamości. To taka jego polityka historyczna odzwierciedlająca historyczną świadomość.

A jednak nie można powiedzieć, żeby Janukowycz mylił się na całej linii. Nie wiadomo, jak bardzo jego decyzje są przemyślane, skoro wciąż kłamie, udaje, unika, a w jakiej mierze są podyktowane geopolitycznie i cywilizacyjnie uwarunkowanym instynktem. Ale nie można odmówić mu racji w kilku przynajmniej punktach. Ma niewątpliwie rację, jeśli uważa, że manifestujący na Majdanie pod unijną flagą ludzie nie stanowią większości. Już dwie, trzy ulice od Majdanu i Chreszczatyku (główna ulica Kijowa), żadnego rewolucyjnego wrzenia się nie czuje. Wie, że w kwestiach tożsamości, myślenia o przyszłości, definiowania interesów, nauk wyciągniętych z historii, a nawet znajomości ukraińskiego jest podobny do bardzo wielu Ukraińców. Trudno też odmówić mu pragmatyzmu, jeśli myśli, że zimne kaloryfery i brak gorącej wody w kranach odbiorą mu w najbliższych wyborach więcej punktów niż niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE. Nie wiem, jak wielkim specem od geopolityki jest ten były kierowca TIR-ów, oprych okradający ludzi w przejściu podziemnym, ale jeśli jest świadom, że Ukraina leży i będzie leżeć na granicy wpływów europejskiego Zachodu i rosyjskiego Wschodu, to znaczy, że niczego jego stanowi świadomości w tym przynajmniej aspekcie zarzucić nie można. Tak rzeczywiście jest. Wszyscy, którzy uważają, że stowarzyszenie z UE otwiera Ukrainie naturalną drogę do członkostwa powinni o tym pamiętać. I wreszcie dwa słowa o krótkowzroczności politycznej Janukowycza. Czyż jest ona tak wyjątkowa w dzisiejszej polityce: w Polsce, w Wielkiej Brytanii, we Francji, w Grecji? Krótkowzroczność Janukowycza można wytłumaczyć instynktem niewolnika, pionka imperium, przywódcy państwa, które nie buduje swej państwowości w odniesieniu do długowiekowej tradycji. Trudniej ją wytłumaczyć u polityków urodzonych w demokracji i wolności. I jeszcze trudniej usprawiedliwić.

2013-03-02

Naszość i feminizm

Ilustracja do artykułu "Feminizm to wynaturzenie" z portalu Fronda.pl 
Dlaczego słowo "feministka" brzmi w Polsce jak obelga? - to pytanie padło dziś na spotkaniu, w którym brała między innymi udział prof. Magdalena Środa. Pozostało bez odpowiedzi, bo właściwie nie wiadomo. Nie wiadomo dlaczego nawet kobiety uchodzące za wyzwolone, nowoczesne, businesswomen jak to się teraz po polsku mówi, uczestniczki Kongresu Kobiet nie chcą, by nazywano je feministkami (to przykład podany przez panią profesor). Uczestniczki Kongresu Kobiet. Zaproszone. Nawet kobiety z Kongresu Kobiet. Ale nie feministki.

Odpowiedź jednak nie jest tak trudna do znalezienia jakby się wydawało. Kobiety biorące udział w życiu publicznym, ta garstka, która przebiła szklany sufit, są świadome przynależności do mniejszości, gotowe są o swoje równouprawnienie się upomnieć, ale nie są żadnymi aktywistkami. Aktywistka nie może przynależeć do świata biznesu. A feministka to aktywistka. Feminizm nie jest postawą, tylko przynależnością. A to nie jest ich przynależność. Kobieta biznesu dba o wizerunek. A łatka feministki psuje wizerunek kobiety biznesu. Feministka to łatka. To inwektywa.

Oczywiście to żaden zarzut. Nie ma obowiązku bycia feministką. Nawet, jeśli się jest kobietą. Zwłaszcza jeśli się jest kobietą. Odpowiedź na wyjściowe pytanie kryje się gdzie indziej. Jest zagadnieniem socjolingwistycznym. Feministka, zanim zostanie opisana jako postawa czy przynależność, to najpierw słowo. Należy do katalogu terminów, którymi polscy orędownicy naszości opisują inność. W tym samym katalogu znajdziemy takie słowa i terminy jak: gej, czarny, Europejczyk,  równouprawnienie, ocieplenie klimatyczne, liberalny, wolność wyboru, prawa kobiet, laickość, socjalizm, lewica, eutanazja, aborcja, emancypacja, poprawność polityczna.

Najbardziej ortodoksyjni wyznawcy naszości dodadzą do tego katalogu prawa człowieka, bo też obce i lewackie. Ci, którzy -  w poszukiwaniu sojuszników - gotowi są polską naszość uczynić elementem naszości wschodnioeuropejskiej lub słowiańskiej do katalogu pojęć opisujących inność włączą Zachód. Ci, którzy swą naszość praktykują w duchu przekory, w autoprezentacji mogą skorzystać z katalogu pojęć wroga i sami nazywać się ciemnogrodem. Ci z mesjanistyczno-partyzanckim zacięciem będą sami siebie określać mianem "niepokornych". Niepokorność wyraża się między innymi przez głośną i odważną krytykę idei narzuconych, takich jak feminizm.

Słowo "feministka" użyte jako inwektywa funkcjonuje w zestawie pojęć podstawowych każdego naszysty. Opisuje wroga a naszysta potrzebuje wroga do skonstruowania swojej tożsamości. Naszość nie może istnieć bez inności, a inność czyli obcość jest zawsze paradygmatem wrogości. Feminizm jest zachodni, jest europejski, czyli nie nasz.  Niedawno w Rzeczpospolitej znalazłem takie zdanie: "Polskie kobiety mimo wszechobecnej lewicowej propagandy nie chcą masowo przyłączać się do feministycznego ruchu".  Bo w języku naszysty przeciwienstwem słowa "feministka" jest określenie "polska kobieta".

Pojęcia, którymi naszysta opisuje odrzucany przez siebie świat nie utracą negatywnego znaczenia w powszechnie używanym języku dopóty, dopóki naszyzm nie przestanie mieć dominującego wpływu na postrzeganie i opis rzeczywistości przez Polaków, przez polskie media i polskich polityków. Europejskość, rozumiana jako zestaw wartości i zasad, jest nie do pogodzenia z ideologią naszości, bo nie ma w niej miejsca na nietolerancję i wykluczenie.

NB. Na temat "ocieplenia klimatycznego" jako pojęcia z języka Obcych zob. też. post . O tym jak w ramach polsko-katolickiej tradycji polska swojskość odnajduje się w systemie wartości wschodnioeuropejskich i jak broni się przed obcością Zachodu pisałem w tekście Orientalna wspólnota Kościoła i Cerkwi.


2012-09-24

Stan nauki polskiej to problem cywilizacyjny


Wikimedia commons

Od czasu do czasu troska o stan polskiej nauki staje się modnym tematem artykułów prasowych. Dzieje się tak wówczas, gdy okazuje się, że mogliśmy z Unii dostać więcej pieniędzy niż dostaliśmy. Ostatnio stało się tak, gdy wśród 536 młodych, obiecujących naukowców, którzy otrzymają łącznie 800 mln euro na projekty badawcze znalazł się tylko jeden polski naukowiec. Po opłakaniu strat, nauka wraca na swoje miejsce w hierarchii tematów interesujących i ważnych. Miejsce bardzo odległe. Jeśli się pojawia, to zwykle w ten sam sposób: w wywiadzie lub artykule autorstwa tego czy innego polityka zmartwionego naciskami "brukselskiej biurokracji", która chce w Polakach wzbudzić naukowy zapał. Na siłę, mocą finansowego dyktatu, i wbrew polskim interesom, bo przecież polski interes to budowanie dróg i mostów, a nie badania naukowe. Argumentacja ta bynajmniej nie jest wyłączną domeną eurosceptyków. Nie, w tej kwestii panuje w Polsce szeroki konsensus.

Nauka czy autostrady

Nawet Donald Tusk, uznany podczas polskiej prezydencji w Radzie UE za wzór proeuropejskiego polityka, uważa badania naukowe za sprawę drugorzędną. W 2010 roku napisał list do Hermana Van Rompuya, José Manuela Barrosa i José Luisa Rodrigueza Zapatero (Hiszpanii przewodniczyła wówczas UE) przekonując, że priorytetem unijnej gospodarki powinny być miliardowe inwestycje w drogi, koleje i sieć teleinformatyczną, a nie inwestycje w badania naukowe i wiedzę. To stanowisko nie zmieniło się do dziś. W swoim projekcie wieloletnich ram finansowych dla UE (2014-2020) Komisja Europejska uwzględniła ten postulat proponując wygospodarowanie na ten cel 50 mld (instrument budżetowy "Łącząc Europę").

Ale propozycja Komisji jest efektem innego niż dominujący w Polsce sposobu myślenia: nauka i badania nie są alternatywą dla inwestycji infrastrukturalnych, jedno musi iść w parze z drugim. Co więcej, nauka i badania są warunkiem rozwoju, również w zakresie infrastruktury. Stanowisko to jest też zgodne ze strategią stymulowania wzrostu gospodarczego Europa 2020 opierającej się na trzech priorytetach: rozwój gospodarki opartej na wiedzy i innowacjach, gospodarki niskoemisyjnej, gospodarki stawiającej na wysoki poziom zatrudnienia.

Nowoczesność: ciągnik zamiast konia

Jeden z artykułów z ostatnich dni (Gazeta Wyborcza, 14/09/2012) zaczynał się od pytania: skąd się bierze mizeria polskiej nauki? Uczestnicy debaty dostarczyli wielu odpowiedzi. Wśród nich, raczej między wierszami niż sformułowaną wprost, wyczytać można odpowiedź najważniejszą: w Polsce badania i nauka to kwestia drugorzędna, a wydatki na nie stanowią wymuszona przez UE alternatywę wobec jedynego ważnego celu: twardej infrastruktury. Jestem jak najdalszy od twierdzenia, że infrastruktura jest nieważna. Polska potrzebuje wyższego poziomu inwestycji w infrastrukturę niż kraje wyżej rozwinięte nie tylko dlatego, że musi opóźnienie w rozwoju nadgonić, ale też po to, by nie dopuścić do szybkiego wzrostu bezrobocia. To jasne, że potrzeby Polski w tym zakresie są inne niż krajów, które w nowoczesna infrastrukturę inwestowały od dziesiątków lat. Również wtedy, gdy była ona motorem świadomego dążenia do nowoczesności. Dzisiaj już nie jest. Dzisiaj świat jest gdzie indziej. A Polska, w której cywilizacyjnie nawet koncepcja nowoczesności jest odmienna od niemieckiej czy francuskiej, razem z nim. Czy chcemy tego, czy nie. Zastąpić konia ciągnikiem, zwykłą asfaltówkę autostradą, to już było. Zapóźnień z lat siedemdziesiątych nie nadrobimy logiką modernizacji z lat siedemdziesiątych.

Niemiec chce nas wyzyskać

Niektórzy naukowcy skarżą się, że brak w Polsce atmosfery i środowiska (również infrastrukturalnego) koniecznych dla rozwoju badań i nauki. A jak ma być, skoro nawet dla rządu jest to kwestia drugorzędna? W Polsce każda zachęta UE, by inwestować (tak, inwestować!) w naukę i badania jest postrzegana jak pułapka. Kryje się za tym paranoiczne, eurofobiczne przekonanie, że Polska jest otoczona silniejszymi od niej wrogami (Niemcy), którzy chcą zatrzymać transfery środków z Zachodu na Wschód, promować lepiej rozwinięte regiony UE kosztem gorzej rozwiniętych, budować rynek dla "zachodniego" przemysłu.

Gdy takie rzeczy wypisuje Konrad Szymański (na przykład tutaj), to nie można się dziwić, bo to są jego poglądy, nie tylko na UE, ale w ogóle na otaczający świat. Emocjonalne zaangażowanie i ideologia każą mu abstrahować od podstawowych, świetnie mu znanych zasad, na których nie od wczoraj, ale od początku, opiera się idea i praktyka integracji europejskiej. Jedną z nich jest wyrównywanie a nie różnicowanie poziomów rozwoju. Zdaniem Szymańskiego i innych polityków pisowskich lub pisopodobnych, w świecie, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem, jest to zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Kwestia wiary. Ale dlaczego na podobnym stanowisku stoją politycy prezentujący się, jako orędownicy nowoczesności i europejskości? Może po prostu ich nowoczesność i proeuropejskość są zbyt świeżej daty, niezakorzenione, nie w pełni uświadomione. Może krótki staż w UE nie wystarczył, zatrzeć podział Wschód-Zachód, głęboką świadomość prowincjonalności i niezdolność do spojrzenia na siebie samych jako części świata, a nie tylko konkurenta dla sąsiada zza miedzy.

Oczywiście, że jest co negocjować

UE ma prostą zasadę funkcjonowania: wpłacamy do wspólnego budżetu pieniądze na realizację tych celów, które wspólnie chcemy osiągnąć. W praktyce okazuje się, że nie wszędzie te cele są identyczne a ich realizowanie nie wszędzie wymaga zaangażowania takich samych – w procentowej relacji do PKB – nakładów. Chodzi o to, by finansowe instrumenty zostały skonstruowane tak, by dać wszystkim równe szanse. Tego powinny dotyczyć twarde negocjacje, który polski rząd prowadzi ze swoimi partnerami. Podważanie oczywistości, jaką jest konieczność modernizacji i innowacyjności, konieczność badań i nauki by UE pozostała konkurencyjna w świecie jest pozbawione sensu.

Zamiast tego, należy stworzyć warunki do jak najpełniejszego wykorzystania środków, które UE na ten cel przeznacza. Dla dobra polskiej nauki, ale przede wszystkim po to, by Polska nie pozostała jeszcze bardziej w tyle. By dotrzymać kroku chińskiej i amerykańskiej konkurencji, UE potrzebuje odpowiedniej liczby naukowców. Zatrzymanie naukowców i ich rodzin na miejscu i przyciągniecie ich spoza UE wymaga nakładów. Dobrze, by chcieli i mogli żyć i pracować również w Polsce. Przekonanie, że wystarczy, gdy będą w Londynie, Paryżu i Madrycie, byle tylko Bruksela pozwoliła nam betonować dwupasmówki i radośnie mknąć po szosach, prowadzi donikąd.

Oczywiście, że to się opłaca

Dystansu do nowoczesnego świata nie mierzy się dziś kilometrami autostrad. To, że polskie lokomotywy i pociągi produkowane przez Pesę i Newag sprzedają się dziś w Europie i w świecie jest lepszą miarą postępu. Nie byłoby go, gdyby nie nakłady na innowacyjność. To ona, nie tylko cena, stanowi dziś o konkurencyjności przedsiębiorstwa. To prawda, że jakość polskich torów nie pozwala na puszczenie nimi szybkich, nowoczesnych pociągów. Infrastruktura? Nie: jakość i innowacyjność. Nowoczesność. Wielomiesięczne negocjacje, w których polski rząd chciał wynegocjować z Komisją Europejską zgodę na łatanie dziur, zamiast na rzeczywistą modernizację kolei, a potem przekazanie "zaoszczędzonych" pieniędzy na autostrady to szczyt absurdu. Nie przypadkiem podaję ten przykład: nauka, badania, innowacyjność to nie alternatywa dla inwestycji infrastrukturalnych, ale warunek nadania tym inwestycjom sensu. Do wykorzystania jest wielki potencjał. Zamiast zastanawiać się czy są zmiany klimatyczne i bronić gospodarki wysokoemisyjnej, opartej na węglu, lepiej umiejętnie wykorzystać środki, które UE przeznacza na "zazielenienie" gospodarki. Chińczycy, kraj spoza UE, którzy nie są wielbicielami unijnej polityki klimatycznej, ale potrafili wykorzystać wynikający z tej polityki popyt na panele słoneczne i stali się ich największym eksporterem na świecie. Wymagało to jednak inwestycji w badania.

Polska jest wielkim orędownikiem wspólnego rynku. I przeciwnikiem Europy dwóch prędkości. Słusznie. Akceptując jednak strategię Europa 2020 a jednocześnie domagając się dla siebie pieniędzy na drogi zamiast na naukę i badania, zapomina, że wspólny rynek i spójność europejska nie będą miały racji bytu, gdy w jednej części Europy będzie powstawał coraz nowocześniejszy, bardziej specjalistyczny przemysł, zdolny do konkurencji ze światem, a w drugiej – powstawać będą drogi dojazdowe z peryferii do centrum. Dynamika gospodarcza mająca za jedyne źródło inwestycje infrastrukturalne jest krótkookresowa. W dłuższej perspektywie nie wystarczy, by uniknąć pozostania po stronie zapóźnionych i niedorozwiniętych.

Polska sama stawia się poza limesem

Mała aktywność na polu nauki to kwestia braku tradycji, napisała jedna z uczestniczek debaty o polskiej nauce. To prawda. Chwilowe przebudzenie, prowadzące do uchwalenia nowego prawa czy powołania nowej instytucji nic nie zmieni; nie zmieni tradycji myślenia o państwie, świadomości zdefiniowanego w prawie celu ani umiejętności patrzenia w przyszłość. Dotyczy to nie tylko nauki i badań. To samo tyczy się służby cywilnej (żadna ekipa w postkomunistycznej Polsce nie zniszczyła jej tak skutecznie jak PO, ani PiS, ani SLD), ochrony środowiska (jest rozporządzenie dotyczące niskiej emisji spalin, ale Ministerstwo Skarbu nie bierze go pod uwagę, gdy leasinguje samochody służbowe), socjalnych powinności państwa (Gowin, recenzując tzw. Exposé Kaczyńskiego, uznał, że najlepiej je zdyskredytuje nazywając je "socjalnym" – w czasach, gdy rośnie bezrobocie i poszerza się obszar biedy!). Polska jest cywilizacyjnie w innym nurcie niż nurt dominujący w nowoczesnej, europejskiej demokracji. Nauka nie jest jedyną ofiarą tego stanu świadomości. Polska sama stawia się poza limesem i nie widać niestety żadnej siły politycznej ani intelektualnego zaplecza, które byłyby w stanie nadać nowy bieg polskiej rzeczywistości.

2012-09-19

A gdyby się okazało, że polska proeuropejskość na łupkach stoi?


Poszukiwania gazu łupkowego w Krynicy Credit: Wikimedia commons
W kolejnych badaniach opinii publicznej Polacy okazują się najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Był czas, że podobnie wypadali Hiszpanie i Irlandczycy. Będąc Polakiem przekonanym, że integracja europejska to najmądrzejszy, najodważniejszy i najbardziej dalekowzroczny projekt polityczny historii współczesnej nie będę się na te statystyki obrażał. Miło mi, gdy je widzę. A jednocześnie wiem, że nie są wieczne. I że nie są bynajmniej miernikiem "europejskości" społeczeństwa.

Europa Europie nie równa

Po pierwsze, europejskości są różne. Trudno mi na podstawie tych statystyk ocenić, jak bardzo Polacy odnajdują się w europejskim systemie wartości uznawanym za dominujący w UE. Systemie, który roboczo nazwę "zachodnim". Czytając statystyki, sondaże i opinie niezwiązane na pozór z Europa, europejskością czy z UE, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polska europejskość jest europejskością pogranicza, europejskością w dużej mierze bardziej "wschodnią" niż "zachodnią". Relacja między jednostką a wspólnotą oraz etniczne a społeczne poczucie wspólnoty, nowoczesność jako wartość i w ogóle przyszłość i przeszłość jako wektor stosunku do teraźniejszości, stosunek obywatela/Polaka do państwa/Polski, prawa człowieka, koncepcja wolności, w tym podejście do heglowskiej wolności od i do, poczucie własnej wartości i codzienne warto-nie warto – przykłady utwierdzające mnie w przekonaniu o "wschodniości" polskiej europejskości można by mnożyć. Barbarzyńska Europa, Europa łacińska, grecka, żydowska, chrześcijańska, wpływ prawosławia lub protestantyzmu na kształt współczesnego katolicyzmu – w zależności od proporcji, sposobu wymieszania, dodatkowych składników dadzą rożne odmiany europejskości. Masowe poparcie Polaków "dla Europy" nie koniecznie oznacza poparcie dla Europy takiej, jak czują ja Francuzi czy Niemcy, takiej, jak skodyfikowana w traktatach. Poparcie dla UE jako takiej nie jest też jednoznaczne z poparciem polskiej opinii publicznej dla konkretnych, zasadniczych dla przyszłości europejskiego projektu rozwiązań, takich jak przystąpienie do strefy euro i unia bankowa (Zob. sierpniowy eurobarometr).

Poparcie dla UE zależy od portfela

Po drugie, poparcie wyrażane w sondażach nie musi być tendencją trwałą. Dziś jest ono wyrazem rozsądku Polaków i ich umiejętności oceny sytuacji. Nie są specjalnie podatni na zalew jadowitej, acz tabloidowo-powierzchownej, patriotycznej lub populistycznej eurofobii wyrażanej przez sporą grupę dziennikarzy w większości polskich mediów. Widzą gołym okiem korzyści, które przyniosło Polsce członkostwo. Korzyści nie tylko materialne, choć te dostrzec najłatwiej, ale tez wizerunkowe: Unia okazała się zasadniczym składnikiem antidotum na polskie zakompleksienie, Polak czuje się dziś lepiej w polskiej skórze niż parę lat temu. Łatwiej też widzieć pozytywne strony unijnego kontekstu, gdy w Polsce dzieje się nieźle. Zwłaszcza na tle innych państw. Oczywiście, nie posądzam Polaków o to, że poziom zadowolenia z własnej pracy, płacy, siły nabywczej, dostępności usług edukacyjnych i zdrowotnych oceniają przez porównanie z danymi z innych krajów. Każdy to robi zaglądając do własnego portfela. A mimo to, ogólna ocena nie jest zła. Ale masowe poparcie Polaków dla UE może zacząć topnieć, gdyby zmieniła się sytuacja. Tak jak stopniało w Irlandii i w Hiszpanii. W obu przypadkach trudna sytuacja ekonomiczna obudziła te elementy lokalnego poczucia europejskości, które każą patrzeć na unijny kontekst, na innych, na zagranicę a nawet na siebie samych z niechęcią, z poczuciem krzywdy i z obawą.

Symbole silniejsze niż poparcie

Ale jest trzeci czynnik, który może sprawić, że poparcie dla UE spadnie w Polsce lawinowo. Czynnik trudny do zdefiniowania, bo natury symbolicznej. Gdyby Polska znalazła się w gospodarczej sytuacji Grecji albo Irlandii (co nie nastąpi, bo nie ma ku temu – na szczęście – ekonomicznych przesłanek), gdyby musiała poddać się reformom i cieciom budżetowym w zamian za finansową kroplówkę z MFW i z UE, to pewnie zamknięcie się w sobie i niechęć do UE przybrałaby kształt obaw o narodową suwerenność. To scenariusz najprostszy do wyobrażenia, wręcz banalny.
Ale czynników symbolicznych, które mogłyby w Polsce odwrócić sondażowe tendencje jest więcej. Pierwszym, który widzę na horyzoncie, jest gaz łupkowy. Zagorzałych zwolenników i przeciwników eksploatacji gazu łupkowego w Polsce łączy jedno: ograniczona wiedza na temat jej zalet, opłacalności i wpływu na środowisko. I pewnie żadne badania nie dadzą stuprocentowej pewności. Jednak najważniejsze znaczenie ma, co innego: zwolennicy są głównie w Polsce, przeciwnicy -poza Polską. Nadzieje rozbudzone w Polakach w związku z gazem łupkowym przypominają mi mityczne złoża ropy naftowej w Karlinie, w latach osiemdziesiątych.

Tyle, że wiara w rzeczywiście pozytywny wpływ łupków na polską gospodarkę oparta jest na zdecydowanie solidniejszych argumentach. Wiara jednak bez argumentów się obejdzie. Łupki stają się w Polsce symbolem. Bitwa o nie może mieć znaczenie przełomowe. Bitwa z UE. Eurosceptycy już dziś starają się tak tę kwestię przedstawiać. Wbrew faktom. Bo przecież Francja czy Czechy (które też wprowadziły moratorium na wydobywanie łupków u siebie) to nie cała UE. Jeśli za UE uznać unijne instytucje, to przecież Parlament Europejski właśnie przyjął sprawozdanie pozytywne dla łupków. Komisarz do spraw energii Oettinger jest pozytywnie nastawiony do polskiego stanowiska, Potočnik, komisarz od środowiska, ma pewnie więcej zastrzeżeń. Jakie będzie zdanie całej Komisji – nie wiadomo. Komisja Europejska powtarza, że skład "miksu energetycznego" to kompetencja państw członkowskich. Zamawia raporty u zewnętrznych wykonawców, ale nie twierdzi, że utożsamia się z ich konkluzjami, raz negatywnymi, raz pozytywnymi.

Czy Komisja rozumie symboliczny wymiar łupków?

Gdyby jednak, jak sugerują niektórzy, Komisja Europejska rzeczywiście miała przyjąć w przyszłym roku propozycję dyrektywy, która uczyniłaby wydobycia gazu łupkowego nieopłacalnym, a Rada i Parlament by ja zaakceptowały, gdyby rzeczywiście położyło to kres polskim nadziejom, to poparcie dla UE w ciągu paru dni mogłoby spaść do irlandzkiego poziomu. Bez względu na uzasadnienia towarzyszące decyzji. Polacy mogą popierać UE i być przeciw wprowadzeniu euro, ale ich poparcie dla UE będzie bardziej bezpośrednio związane z poparciem UE dla gazu łupkowego. Czy Komisja Europejska jest świadoma symbolicznego wymiaru łupków? Obawiam się, że nie. Więc jeśli Donald Tusk jeszcze tego nie zrobił, to pewnie powinien złapać za telefon i zadzwonić do Barroso. To nie jest techniczne zagadnienie na ministerialnym poziomie.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...