Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

2015-09-14

Polityka u podstaw

"Nikt nam nie będzie narzucał przyjmowania imigrantów, bo to nie jest żadne rozwiązanie. Problem trzeba rozwiązać u źródła" - powiadają niektórzy politycy, na przykład prezydent RP. Zawsze ceniłem pozytywistyczny postulat pracy u podstaw. Ale wypowiadanie takich mądrości w sytuacji, gdy każdego dnia do granic UE docierają dziesiątki tysięcy uchodźców należałoby uznać za kolejną ilustrację narodowego porzekadła: "mądry Polak po szkodzie". Należałoby, gdyby przyjąć, że sprawa w ogóle nas dotyczy. A zdaje się, że mędrcy, którzy taką pseudopozytywistyczną retoryką się posługują, do odpowiedzialności za szkodę się nie poczuwają.

Precz z kolonializmem


Polacy w Iraku. Działanie u źródła? by MON /Wikimedia Commons 
Skoro nie my naszkodziliśmy, nie nam ponosić konsekwencje - to myśl przewodnia polskiej argumentacji przeciw przyjmowaniu migrantów. Na czym polega szkoda, której winni są inni? W wielu występuje ona odsłonach. Po pierwsze, kolonializm. Polska nie miała kolonii, Polacy się na nich nie wzbogacili, nie muszą więc przyjmować migrantów z poczucia winy. Argument w swym anachronizmie dość idiotyczny: ci ludzie nie uciekają do Europy przed kolonializmem. Ani w wyniku wojen kolonialnych. To nie są lata pięćdziesiąte ani sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Z litości pominę wątek żalu, jaki odczuwają piewcy kolonialnej argumentacji, że Polska nigdy kolonii nie miała (choć chciała, ale jej nie dali!). Chyba, żeby - nie bez racji - uznać za politykę kolonialną działalność Rzeczpospolitej na kresach wschodnich. Co ciekawe, Polska gotowość (deklarowana przynajmniej) do przyjmowania Ukraińców nie bierze się z kolonialnego poczucia winny, tylko ze słowiańsko-chrześcijańskiej solidarności. Bez sensu jest też odwoływanie się do wojen krzyżowych. Chyba, że za taką uznać inwazję Stanów Zjednoczonych na Irak. Tylko, że Polska była częścią zmontowanej wtedy antyirackiej koalicji.

Polacy-katolicy

Po drugie, "multi-kulti". Bo to ponoć wyśmiewana przez nacjonalistyczną prawicę moda na wieloetniczność i wielokulturowość sprawia, że tacy Niemcy czy Francuzi (ale przede wszystkim Niemcy) czują się w obowiązku przyjmowania migrantów. Taki hipstersko-hipisowski kaprys, nic więcej. Bo sobie wbili do łbów, że chcą mieć na ulicach kolorowo. Ich wybór, ale nam niech tej mody nie narzucają, bo ona polska nie jest. Polak lubi jak jest biało, czysto etnicznie, jednonarodowo czyli polsko, i chrześcijańsko. Tak się przyzwyczaił, taka jałtańska spuścizna. Kiedyś naszą tradycję wyrażała Wanda, co nie chciała Niemca, potem polski szlachcic, co bił bisurmanina. Z powodu Unii Europejskiej i pobieranych stamtąd funduszy musieliśmy się czasowo zgodzić na Niemca, ale niech nam Niemiec nie każe wpuszczać jakichś tuchajbejów. Logika zgodna oczywiście ze światopoglądem różnych Semków czy innych Terlikowskich, ale nie z rzeczywistością: Niemcy nie wpuszczają migrantów z powodów estetycznych tylko etycznych, nie z uległości modzie tylko z moralności. Wpuszczają ich, bo tam, skąd migranci przybywają, jest terror, wojna i głód.

My, solidarni

Po trzecie, solidarność. My, Polacy, nikomu nie musimy udowadniać solidarności. Nikt nam naszej solidarności ewaluować nie będzie, bo my jesteśmy solidarności depozytariuszami. Jak Etiopczycy arki Przymierza. Co więcej, jest ona duchowa. Jako kraj na dorobku, biedny, w ruinie - nie możemy jej wyrażać materialnie. Prawdopodobnie nigdy w przewidywalnej perspektywie nie będziemy mogli, bo zawsze będziemy biedniejsi niż Niemcy. Niemcy, jako bogacze, muszą się opodatkować (przede wszystkim na naszą rzecz), my nie musimy. Oburzenie wywołały słowa Junckera, który wypominając Polakom (nie tylko Polakom) brak solidarności, przypomniał solidarność, której sami doznali: 20 milionów liczy Polska emigracja, mówił. Oczom i uszom nie wierzyłem, gdy docierał do mnie bezmózgowiem naznaczony argument, że ci emigranci to krzywda nam wyrządzona przez innych, a tym samym przez innych częściowo choćby wynagrodzona, z czego naturalnie żadne dla nas obowiązki wynikać nie mogą.

Zwalczanie problemu u źródeł

Ale wróćmy do pracy u podstaw. Zweryfikujmy tę ambicję konstruktywnego sprzeciwu. Czekam na moment, w którym spragniony międzynarodowej aktywności prezydent Andrzej Duda przedstawi swą strategię walki z przyczynami kryzysu migracyjnego. Wraz z nowym rządem, bo obecnego najwyraźniej nie uznaje. Działanie u źródła problemu ma sprawić, że ludzie będą woleli w soich krajach zostać, niż z nich wyjeżdżać i że organizowanie migracji nie będzie lukratywnym źródłem dochodu dla przestępców. Jestem przekonany, że taka strategia będzie zawierała przynajmniej następujące zobowiązania:


  1. Polska stanie się orędownikiem zwiększenia wydatków z unijnego budżetu na pomoc dla krajów rozwijających się, również kosztem wydatków na unijną politykę spójności, której jest głównym beneficjentem;
  2. będzie logistycznie i finansowo wspierać kraje rozwijające się z własnego budżetu, w oparciu o umowy dwustronne, tak jak czyni to wiele państw członkowskich UE;
  3. stanie się orędownikiem dalekowzrocznej polityki klimatycznej, bo zmiany klimatu są w dużej mierze odpowiedzialne za brak dostępu do wody pitnej i za susze niszczące uprawy - główne przyczyny większości konfliktów zbrojnych w Afryce;
  4. będzie walczyć z protekcjonizmem Unii Europejskiej w dziedzinie rolnictwa, który czyni rolnictwo krajów rozwiajających się nieopłacalnym, również za cenę ograniczenia unijnych dopłat do polskiego rolnictwa;
  5. będzie wspierać inicjatywy międzynarodowe, które skłonią Stany Zjednoczone do rezygnacji z protekcjonistycznej polityki w sektorze rolnym;
  6. zaangażuje się w wojnę w Syrii i szerzej, w działania przeciw tzw. "państwu islamskiemu" - na polu militarnym i dyplomatycznym, również wykorzystując nasze wyjątkowe relacje z Waszyngtonem (w końcu to amerykańskie działania przeciw państwu islamskiemu, a wcześniej inwazja na Irak z naszym udziałem, są w dużej mierze odpowiedzialne za exodus uchodźców);
  7. stworzy strategię angażowania się zbrojnie, finansowo, logistycznie i politycznie w konflikty międzynarodowe, bo sytuacja w Syrii to nie jedyna przyczyna fali uchodźców, uchodźcy pochodzą też na przykład z Erytrei);
  8. aktywnie włączy się w walkę z zorganizowanymi, przestępczymi siatkami passerów zarabiających fortuny na nielegalnym przerzucie migrantów do Europy;
  9. będzie aktywnie działać w ramach UE na rzecz nowelizacji konwencji dublińskiej i reformy systemu Schengen.
Zamiast 10. punktu, kilka uwag na temat Ukrainy. Rozwiązywanie problemów u źródeł wymaga też bliższej geograficznie perspektywy, tym bardziej, że naszą niechęć do przyjmowania przybywających dziś do UE uchodźców tłumaczymy koniecznością przygotowania się na - nieuchronną ponoć -masową migrację z Ukrainy. Skoro tak, to czy rozpoczęto już budowę infrastruktury niezbędnej do ich przyjęcia? Opracowano plan zatrudnienia poszukujących pracy, edukacji dla dzieci niemówiących po polsku? Za czyje pieniądze będziemy przyjmować "naszych", prawosławnych i unickich migrantów, których wolimy od muzułmańskich: za swoje czy też wystąpimy o pomoc unijną? I wreszcie: co z tymi potencjalnymi Ukraińcami, którzy - choć tak podobno pożądani - zamiast  pozostać w Polsce będą chcieli wyjechać do wyżej rozwiniętych i bogatszych krajów, tak jak wszyscy inni migranci, bez względu na przyczynę migracji?




2015-03-24

Radykalna przaśność racjonalnej ignorancji

Opublikowany w Gazecie Wyborczej artykuł Romana Imielskiego pod barokowym tytułem "Andrzej Duda w sprawie wejścia Polski do euro, czyli co "ciemny lud" ma kupić od kandydata na prezydenta" wyczerpująco i przystępnie tłumaczy dlaczego pisowski kandydat kłamie demaskując plan przyjęcia wspólnej waluty w 2016 rzekomo realizowany przez Komorowskiego. Dlatego nie ma sensu tej argumentacji tutaj powtarzać. Ale warto wyrazić Andrzejowi Dudzie wdzięczność, że sięgnął po ważny temat, bo takich w tej kampanii brakuje. Niestety, trzeba go też zganić za to, że ledwie po niego sięgnął, natychmiast go spalił.

Żenujący poziom polityczny i intelektualny kampanii prezydenckiej sprawia, że śledzenie jej przebiegu jest prawdziwą męczarnią. Nie ulega wąpliwości, że przesądzony wynik wyborów pozbawia jej atrakcyjności: to, czy Komorowski wygra w pierwszej czy w drugiej turze nie wygląda na istotny politycznie challange. Ale przez chwilę łudziłem się, że w tej sytuacji partie polityczne, z których wywodzą się kontrkandydaci obecnego prezydenta, zdyskontują nieuchronną porażkę zyskiem w postaci wypromowania swoich programów i nowych twarzy. Jak znalazł przed wyborami do sejmu. I jakże przydatne przed zdeterminowaną biologicznie zmianą pokoleniową w partyjnym kierownictwie PiS, PSL i SLD.

Nowe twarze się pojawiły, ale już po paru zdaniach wypowiedzianych przez Dudę i Jarubasa, i nie wypowiedzianych przez Ogórek (bo milczenie może mieć intelektualną głębię, ale nie musi) okazało się, że nic takiego się nie stanie. Zamiast politycznych programów - pyskówki i podkładanie sobie nogi. Zamiast politycznych idei - przaśność, pieniactwo, infantylizm, ignorancja.

Odnośnie Ukrainy poważnie, z racji pełnionego obecnie urzędu i wynikającej stąd odpowiedzialności, wypowiada się chyba tylko Komorowski. W debacie, w której nawet przy istnieniu różnych punktów widzenia należałoby wymagać od kandydatów na najwyższy w państwie urząd konsensusu w sprawie imponderabiliów i poczucia racji stanu obserwuję kopanie po kostkach i dogryzanie. Leszek Miller, spiritus movens eseldowskiej kandydatki, wygłasza, co gorsza, deklaracje przywodzące na myśl nie tylko moskiewską pożyczkę ale i dwukolorowy krawat Samoobrony, który dziadek polskiej postkomuny nosił przez jakiś czas na grdyce.

Europa jest w tej debacie nieobecna. Bywa przywoływana w kontekście ukraińskim, owszem. Ale w sposób całkowicie instrumentalny. Antyeuropejska retoryka też powraca, zwłaszcza u kandydatów prawicowych. Ale wedle scenariusza opisanego już na tym blogu w cyklu Państwo PiS jest nie z tej Europy. Sama w sobie Europa, integracja europejska nie jest tematem.

A przecież warto byłoby podyskutować o tym, jak kandydaci widzą udział Polski w UE, gdy przestaniemy dostawać unijne fundusze. Jak nasze członkostwo będzie wyglądało po 2020. Jednym z tematów, które zasługują na debatę jest naturalnie przystąpienie Polski do strefy euro. Decyzji w tej sprawie należy spodziewać się za kadencji przyszłego prezydenta. Dlatego to dobrze, że Andrzej Duda temat przypomniał. Nie podzielam poglądów PiS w sprawie euro, ale dyskutować trzeba. Bronisław Komorowski obiecywał wielką narodową debatę na ten temat. I cisza.

Dziś kandydat PiS wymachuje euro tak jak wczoraj wymachiwał zdjęciem Komorowskiego. Kolejny kampanijny gadżet, nie temat. Sposób, w jaki Duda wypowiadał się o euro ukazuje jego skłonność do kłamstwa, albo całkowitą ignorację. Jedno i drugie dyskwalifikuje go jako polityka w ogóle i jako posła do Parlamentu Europejskiego. Cytowany w nagłówku artykuł wyjaśnia dlaczego. Więcej nie trzeba. Replika Komorowskiego, że Duda przyjmuje euro bez problemu, ale przyjęcia euro przez Polskę nie chce to retoryczne hocki-klocki. Nawet zabawne. I co z tego?


Komorowski podzielił kandydatów na tych racjonalnych, jak on, i na radykalnych, jak Duda. Wiele o prezydencie można powiedzieć, ale z finezyjnego stosunku do języka, ani z poprawności językowej, znany nie jest. Wszak wiadomo, że można być racjonalnym radykałem. I radykalnie racjonalnym. Racjonalizm i radykalizm to nie są postawy przeciwstawne. Może chciał powiedzieć, że jest rozsądny a ten drugi radykalny? To już brzmi lepiej. Niestety, rozsądek w polskiej polityce często polega na tym, że drażliwych kwestii się nie porusza. Radykalizm zaś na tym, że porusza się tylko te, i tylko w taki sposób, żeby udała się hucpa. Jednym i drugim brakuje natomiast racji. Racji nie w znaczeniu słuszności, bo to rzecz względna, ale racji w sensie idei. Zamiast nich mamy radykalnie przaśną ignorancję i racjonalizm zagrodowy. Słowa Dudy o przyjmowaniu przez Polskę wspólnej waluty ilustrują obie te postawy.

 

 

2015-03-16

Tusk w Brukseli: ale się władowałem!

Bardzo mi się podoba moja funkcja, bo mam poparcie w walce z "pustymi unijnymi procedurami" - mówi Donald Tusk w wywiadzie udzielonymym "Gazecie Wyborczej" i pięciu innym dziennikom europejskim wydającym dodatek europejski ("Le Figaro", "The Guardian", "El Pais", "La Stampy" i "Süddeutsche Zeitung). Dzięki temu poparciu posiedzenia Rady Europejskiej są krótsze. Z wywiadu wynika, że to największe osiągnięcie byłego polskiego premiera odkąd został szefem Rady Europejskiej i jedyne źródło zawodowej satysfakcji.

Donald Tusk w Parlamencie Europejskim 23/01/2015
Niewiedza, albo hipokryzja zapewne kierują tymi krytykami Tuska w Polsce, którzy zarzucają mu, że nie jest królem Europy. Że nie czyni więcej i bardziej zdecydowanie i w bardziej widoczny sposób. Kompetencje szefa Rady Europejskiej są jakie są. Decyduje o tym traktat. Jakie wywalczy sobie miejsce dzieląc się rolą politycznego reprezentanta Unii Europejskiej z przewodniczącym Komisji Junckerem, z wysoką przedstawiciel do spraw polityki zagranicznej (której nazywanie szefową "unijnej dyplomacji" też jest nieuzasadnioną hiperbolą) Mogherini i, w mniejszym stopniu, z przewodniczącym Parlamentu Schulzem, zależy już w większym stopniu od niego samego. Od jego taktyki rozwiązywania konkretnych problemów, od politycznej strategii sprawowania swojego urzędu i od osobowości.

Z osobowością ma problem: w wywiadzie skarży się, że jako premier mógł być ambitniejszy, a teraz podcinają mu skrzydła. Nie pozwalają na realizację ambicji. Jakich dokładnie - nie powiedział. Chodziło raczej o potrzebę mentalną niż plan działania. Na rozgraniczenie taktyki i strategii jest może za wcześnie: jako strateg i jako taktyk Tusk przedstawia się sam jako osoba skrępowana formatem swojej funkcji. Słusznie mówi, że jego rola na codzień polega na poszukiwaniu kompromisu między rządami 28 państw członkowskich. Ale już przyznanie, że jest to dla niego odkryciem, do którego z trudem się przyzwyczaja pokazuje, że Tusk obejmując stanowisko nie do końca rozumiał jak funkcjonuje Unia. To pierwsza fundamentalna różnica, którą dostrzegam między nim a jego poprzednikiem Van Rompuyem oraz byłym i obecnym szefem Komisji: Barroso i Junckerem. Wszyscy oni wiedzą doskonale jak działa złożony, ciężki a jednak niezawodny mechanizm integracji europejskiej. Tusk natomiast nadal zmaga się z paraliżującym go zaskoczeniem.

Więcej nie dam rady

Druga podstawowa różnica, którą ten wywiad nad wyraz jasno ukazuje, dotyczy zdolności odnalezienia się w roli jednej z kluczowych postaci, które ten mechanizm mają obsługować i wprawiać w ruch. Tusk się jeszcze z rolą nie oswoił, jeszcze się otrząsa po kuble zimnej wody. Marudzi, że tu każdy ma inne zdanie. Coś podobnego... I że właściwie, to on tu tylko moderuje. Gdyby oświadczył: ja tu tylko sprzątam, to - w kontekście tego wywiadu - nawet bym się nie zdziwił. Szczerze przyznaje, że bardzo mu na rękę, iż w przypadku Ukrainy to Merkel i Hollande wzięli na siebie ciężar negocjacji z Rosją i Ukrainą, bo w tym układzie, zwanym formatem normandzkim, po stronie unijnej jest tylko dwóch, a nie dwudziestu ośmiu partnerów, i na dodatek moderują się oni wzajemnie. Tusk jest przekonany, że sam by i tak więcej nie osiagnął.

Pewnie by nie osiągnął. Nie uważam, że Mogherini, a tym bardziej Tusk, powinni brać bezpośrednio udział w negocjacjach w Mińsku. Choć bardzo bym chciał, żeby to było możliwe. Traktatowo i politycznie. Ale nie jest. Żeby Unia miała rzeczywiście wspólną dyplomację. I rzeczywiście wspólną, ponadnarodową reprezentację broniącą unijnych wartości i zasad. Ale nie ma. Trudno. W tej sytuacji negocjacje międzynarodowe prowadzą ci, którzy tradycyjnie na polu międzynarodowym pełnią rolę globalnych graczy. Konflikt izraelsko-palestyński, Afryka, państwo islamskie, Syria, Irak, Ukraina - pozycja polityczna, gospodarcza, militarna i historycznie uwarunkowana rola najpotężniejszych (nawet, jeśli ta potęga jest mocno nadwyrężona) sprawiają, że to oni, a nie kto inny siedzi przy stole negocjacji. Albo wysyła armię - w pojedynkę albo budując wokół siebie koalicję, z mandatem ONZ albo bez. Do tego wąskiego grona - czy im się podoba czy nie - należą USA, Francja i Niemcy. Czasem dołącza do niego Wielka Brytania, ale coraz rzadziej. Trudno mieć do Tuska prentensje o to, że w tym gronie nie ma Unii, która w dziedzinie rozwiązywania konfliktów i bezpieczeństwa i tak robi i znaczy o wiele więcej, niż wynikałoby to z traktatów, ale tylko wtedy, gdy jest zgoda wszystkich, albo gdy takiej zgody nie potrzeba.

Unia mnie krępuje

Szkoda jednak, że Tusk, po wielu miesiącach sprawowania mandatu, wciąż zdaje się być zmartwiony tym spóźnionym odkryciem i że traktuje tę sytuację jak dopust boży. Z polskiej perspektywy cały świat widać przez ukraiński pryzmat, ale są inne perspektywy, szersze. Bardziej naturalne dla szefa Rady Europejskiej. Na pytanie, czy mu się praca podoba, odpowiada, że tak. Że mu się podoba. Ale z całego wywiadu powiewa rozczarowaniem i zniechęceniem. Między wierszami słychać tuskowe utyskiwanie: ale się władowałem! Van Rompuy czy Barroso, dzisiaj Juncker, też musieli na co dzień borykać się z tymi samymi ograniczeniami. Ich działania, zarówno te widoczne przed kamerami (wierzchołek wystający ponad chmury) jak i te kuluarowe i gabinetowe były funkcją tych samych traktatowych zapisów. Sytuacja jest dziś bardziej skomplikowana w dziedzinie stosunków zagranicznych. Ale mniej skomplikowana gospodarczo. Wtedy też nie było łatwo. Przestrzeń działania się nie zmieniła. Zmienia się zdolność polityczna i psychiczna człowieka do skutecznego poruszania się w tej przestrzeni.

Zarówno Van Rompuy jak Barroso, mimo różnych politycznych doświadczeń i odmiennych osobowości, mówili w imieniu Unii. Jako część Unii. Nie musieli ukrywać tarć, trudnych negocjacji i bolesnych kompromisów, rozczarowań. Ale kiedy decyzja była podjęta, mówili: my, Unia. My Rada, my Komisja. Podobnie dziś postępuje Juncker. Tusk natomiast ustawia się w pozycji tego, któremu Unia zrobiła krzywdę. Którego zawiodła. Sam ustawia się z tyłu bramki i wygląda na to, że nawet się nie rozgrzewa, bo nie wierzy, że dadzą mu zagrać. Świadomie używam zupełnie nieadekwatnej do sytuacji metafory piłkarsko-boiskowej, bo mam wrażenie, że tak to widzi Tusk. Tymczasem to nie ta gra. Najwyższy czas się przebudzić, Tusku. Dla dobra Unii, oczywiście. Ale i po to, żeby nie potwierdzać coraz silniejszego wrażenia, że nie tylko osobisty staż Tuska w Unii, ale w ogóle europejskie doświadczenie polityków z tak zwanych "nowych krajów", jest zbyt krótkie, zbyt płytkie, by powierzać im tak odpowiedzialne funkcje.



2014-10-02

Jak Ewa Kopacz widzi Europę

Dla Ewy Kopacz przynależność Polski do Unii ma charakter utylitarny, w jej exposé nie znajdziemy, w odniesieniu do integracji europejskiej, nawet śladu wzniosłości i ideowości, które pojawiały się czasem w retoryce Tuska. Bo Unia to dla nas ciepła woda w kranie: jest oczywiście potrzebna, to nasza prosta, pragmatyczna codzienność. Europejski program Ewy Kopacz jest prosty: bierzemy, co tylko możemy, dawać nie zamierzamy. Jesteśmy w pierwszej unijnej lidze, ale wychylać się przed szereg nie będziemy, przeciwnie: pozostaniemy w tyle zawsze, gdy krok do przodu oznaczałaby dla nas koszty.


Ewa Kopacz w Brukseli, październik 2014                             ©UE
Dla premier polskiego rządu przynależność do Unii Europejskiej to oczywistość. Bezdyskusyjna. Unia to część Zachodu, rozumianego również jako obszar wartości i zasad, którego jesteśmy częścią. To przekonanie bardzo różni Ewę Kopacz od liderów prawicowej opozycji z PiS i konsorcjum, dla których Zachód to wciąż jeszcze "tamci". Podobnie jednak jak dla opozycji, według następczyni Tuska Unia to przede wszystkim źródło finansowania krajowych potrzeb. Unia jest też częścią (obok USA i NATO) gwarancji polskiego bezpieczeństwa (o bezpieczeństwie w ogóle było w exposé bardzo dużo). Mamy w niej coraz silniejszą pozycję: wszak Tusk został "prezydentem Europy". Tę pozycję trzeba ugruntować po to, by członkostwo jak najlepiej wykorzystać: finansowo, politycznie, ale też by zadbać o szacunek dla Polski.

Bierzemy, co tylko możemy

W sejmowym exposé Ewy Kopacz Unia Europejska najczęściej pojawia się w charakterze milczącego i spolegliwego bankiera. "Zyskaliśmy w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej ponad 400 mld złotych na rozwój Polski w latach 2014-2020" – to europejski rekord, więcej niż Zachód dostał w ramach plany Marshalla, a wszystko to dzięki siedmioletnim rządom PO i PSL - przypomina pani premier.

Dzięki unijnym pieniądzom rząd Ewy Kopacz będzie rozwijał transport miejski, tworzył przyzakładowe żłobki, przedszkola i dzienne domy opieki dla ludzi starszych. Samorządy zapłacą z budżetu UE za wyposażenie gabinetów stomatologicznych, które dzięki rządowi powrócą do szkół. Rekordowymi zasobami finansowymi, które tak sprytnie rząd PO-PSL wynegocjował w Brukseli, wystarczy zarządzać tak, by osiągnąć "zasadniczy cel rządu", to znaczy "dobrobyt Polaków"

Są jednak dziedziny, w których Ewa Kopacz nie jest zadowolona z Unii Europejskiej. "Mamy prawo oczekiwać od Unii Europejskiej, że jej pomoc dla polskiej wsi będzie adekwatna do strat, które ponosimy" z powodu rosyjskiego embarga na polską żywność. Dlaczego mamy takie prawo Ewa Kopacz nie wyjaśnia. Nie jest też jasne, czy takie samo prawo maja wszyscy, nie tylko polscy producenci rolni UE, bo jeśli tak, to należałoby zapytać: Pani Premier, skąd brać, skąd brać?

Dawać nie zamierzam

Unijnych sankcji wobec Rosji rząd PO-PSL domagał się z większą determinacją niż którykolwiek w świecie, teraz jednak okazuje się, że "idea solidarności, którą Polska dała światu" i obrona "fundamentalnych zasad świata, do którego należymy" są nie na naszą kieszeń. Dlatego po zaksięgowaniu prawdziwych wartości oczekujemy od UE (czyli innych państw członkowskich) uregulowania faktury.

Przed październikowym unijnym szczytem, poświęconym polityce energetycznej i klimatycznej, Ewa Kopacz oświadcza, że jej" rząd nie zgodzi się na nowe koszty i wyższe ceny usług dla konsumentów." Spodziewam się twardej postawy polskiego rządu na ostatnim posiedzeniu Rady Europejskiej, któremu przewodniczyć będzie Herman Van Rompuy. Na następnym pojawi się już nowy przewodniczący, Donald Tusk. Ewa Kopacz niby zdaje sobie sprawę "jak ważna jest ochrona środowiska", ale kwestia klimatu to nadal tylko element arsenału wartości zachodnich hipsterów. Rząd Ewy Kopacz nie będzie rządem przełomu, jeśli chodzi o zrozumienie znaczenia polityki klimatycznej UE dla zmiany orientacji europejskiego przemysłu i pozycji UE w światowym podziale pracy, pozostanie wierny tradycji polskiego ponadpartyjnego konsensusu w sprawie polityki klimatycznej UE.

Jesteśmy w pierwszej lidze

Jednocześnie jednak rząd Ewy Kopacz chce, "żeby UE wcieliła w życie ideę solidarności energetycznej". Zastanawiająca jest nieświadomość, że przy zachowaniu obecnej retoryki (tak, retoryki bardziej niż polityki) każda polska propozycja dotycząca energii, choćby była najlepsza, jest już na starcie skazana na niepowodzenie. Niewiarygodność w polityce kosztuje. Rozumiem, że nowy rząd chce "doprowadzić do ukrócenia wszystkich monopolistycznych praktyk i manipulacji cenowych" ze strony Rosji, kontynuując taktykę rządu Tuska zmierzającą do ustalenia na poziomie UE jednej akceptowalnej ceny za rosyjski gaz. Ale powodzenia temu pomysłowi nie wróżę.

Nowy rząd zamierza też wykorzystać unijny pretekst dla ograniczenia importu taniego rosyjskiego węgla do Polski. W tym celu do polskiego prawa ma zostać wprowadzony zapis o preferencji wspólnotowej. Wszak "unijny węgiel" oznacza w praktyce węgiel polski. Pomysł dobry, nie sadzę jednak, by jego realizacja stymulowała wzrost rentowności polskich kopalń. Stymulować będzie przede wszystkim samozadowolenie górniczego lobby przekonanego, że dostarcza Polakom czarne złoto. Drogo to kosztuje polskich konsumentów, tych samych, których przed wysokimi cenami energii Ewa Kopacz chce bronić w Brukseli.

Ewa Kopacz ma rację mówiąc, że Polska bardzo szybko z kraju kandydującego, potem raczkującego w UE, stała się w Unii graczem pierwszoligowym. Ale ogranicza się do jednego przykładu: Tusk został "prezydentem Europy". Tytułowanie przewodniczącego Rady Europejskiej "prezydentem Europy" nie wystarczy, by ugruntować miejsce Polski w pierwszej lidze. Czysto instrumentalne odwołanie do wspólnotowości też nie wystarczy. Ta pozycja – i ambicja - jest nie do pogodzenia z mało ambitnym, podejściem do integracji europejskiej. To, jak Ewa Kopacz mówi o integracji, nie rokuje dobrze osiągnieciu "jednego z największych celów jej rządu", to jest "umacniania naszej pozycji w Unii Europejskiej". Nie można być jednocześnie w kulisach i na scenie, unijną awangardą i cichym zwolennikiem Europy à la carte.

Nie wychylać się przed szereg

Tymczasem w exposé pojawiły się dwie sprzeczne tezy: jesteśmy w pierwszej lidze, ale jednocześnie nie chcemy wychodzić przed szereg. Żeby było jasne: nie wszyscy muszą być awangardą. Problemem jest brak konsekwencji, niespójność, a nie wybór takiej czy innej pozycji.

Wobec Ukrainy na przykład Ewa Kopacz zamierza prowadzić "politykę pragmatyczną" i "nie stawiać przed Polską nierealistycznych celów". Myślę, że słusznie. W dwustu procentach zgadzam się z Kopacz, gdy mówi jasno to, o czym zbyt często w Polsce się zapomina: "Wspieramy proeuropejski kierunek rozwoju Ukrainy, ale nie zastąpimy Ukraińców, na których ciąży obowiązek zreformowania ich kraju." Bo rzeczywiście dla Polski i dla Unii ważniejsze jest, by Ukraina była suwerennym, ale też demokratycznym, wolnorynkowym, szanującym podstawowe europejskie zasady i wolnym od korupcji państwem prawa niż niegotowym do członkostwa członkiem Unii. To dobrze, że rząd Ewy Kopacz chce pomagać Ukraińcom w zreformowaniu ich państwa. Jak jednak interpretować w kontekście tego pragmatyzmu inna słuszną zasadę sformułowaną przez panią premier: "Każda polityka zagraniczna musi być oparta na systemie wartości. Te wartości są tylko tak silne, jak silna jest wola i determinacja do ich obrony." Jeżeli nasza determinacja ma być jedynie odzwierciadleniem woli tych, dla których Ukraina jest naturalnie częścią Rosji, to będzie problem. Częściowo jedynie uspokaja mnie to zapewnienie Ewy Kopacz: "Zadaniem mojego rządu będzie zabieganie o jedność i solidarność obozu demokratycznego. Jest najgłębszą racją stanu, by nie dopuścić do rozwodnienia stanowiska Zachodu".

Pragmatyzm zwycięża też w kwestii przyjęcia przez Polskę unijnej waluty. Przyjmiemy ją, gdy strefa euro wyjdzie z kryzysu wzmocniona i gdy Polska gospodarka uzyska pożądany stopień stabilności. Inaczej mówiąc, gdy spełni kryteria przystąpienia do eurolandu. A ich spełnienie jest " jest dobre dla polskiej gospodarki". Kopacz nie stawia pytania wchodzić, czy nie, tylko, w jakim tempie. To dobry znak. Zabrakło mi jednak w jej wystąpieniu jednego choćby zdania na temat politycznego wymiaru przystąpienia do euro: nie można być w Unii graczem pierwszoligowym opóźniając przyjęcie wspólnej waluty. Być jednocześnie in i out. Wydaje się, że zasada nie wychodzenia przed szereg to podstawa europejskiej strategii Ewy Kopacz.

Nieobecna Europa

Miłośnicy statystyk wyliczyli, że czterdziestopięciominutowe wystąpienie nowej szefowej rządu było najkrótszym exposé premiera w III RP. Trudno więc oczekiwać, że znajdzie się w nim wszystko. O roli Unii Europejskiej w świecie, o polskim stanowisku w sprawie perspektywy jej rozszerzenia, kształtowaniu unijnej polityki bezpieczeństwa i obrony, o polityce sąsiedztwa, współpracy na rzecz rozwoju, paneuropejskich sieciach energetycznych, cyfrowych, transportowych, przyszłości wspólnej polityki rolnej powie być może minister spraw zagranicznych, którego wystąpienie zostało zapowiedziane na październik. Ale oczywiście taki podział nie pozostaje bez wpływu na to, jakiej odpowiedzi udzielimy na tytułowe pytanie tego bloga: Gdzie ta Europa? Gdzie ta Europa w polityce rządu Ewy Kopacz? Jak bardzo jest częścią polityki krajowej? Jak bardzo ma ona znaczenia sama w sobie? Czy może - wyłączając naturalnie pieniądze dla Polski z unijnego budżetu -jest jedynie elementem polityki zagranicznej?

W swym wystąpieniu Ewa Kopacz podniosła szereg wątków mogących kojarzyć się naturalnie z integracja europejską. Bronię się przed przypuszczeniem, że pani premier mogą się nie kojarzyć, że kojarzy się jedynie unijny budżet. Wśród wątków, w których unijnego odwołania mi zabrakło, są na przykład rozwój polskiej nauki i innowacyjność ("najnowocześniejsze rozwiązania techniczne, z których dziś korzystają Polacy, mogą znacznie polepszyć poczucie bezpieczeństwa obywateli" – czy zmieni się nierozumne polskie stanowisko sprawie jednolitego patentu? Również w kontekście kultury elementu europejskiego mi zabrakło. Nie tylko europejskiego zresztą: zabrakło mi sztuki, w tym sztuki nowoczesnej. Kultura to jeden z najbardziej oczywistych składników wspólnej europejskiej tożsamości. Różnorodność kultur w ramach europejskiej jedności to unijne motto, dewiza integracji europejskiej. Ale dla Ewy Kopacz kultura to" muzea i miejsca pamięci historycznej stanowiące źródło budowania nowego patriotyzmu i świadomości historycznej młodego pokolenia". Znów warto zapytać: to gdzie ta Europa?

Nie ma wątpliwości: rząd Ewy Kopacz będzie rządem proeuropejskim, ale nie euroentuzjastycznym. Dobrej pozycji Polski w Unii Euroepejskiej nie zmarnuje. Ale też nic nie wskazuje na to, żeby ją umocnił. Członkostwo Polski w UE jest pozytywnym elementem teraźniejszości, którym trzeba sprawnie, pragmatycznie zarządzać, ale nie inspiracją dla myślenia o przyszłości Polski i Europy. Udane członkostwo Polski to takie, które daje jej gwarancję bezpieczeństwa geopolitycznego i zapewnia finansowanie rozwoju rozumianego jako wzrost zamożności obywateli. Nie oznacza ono jednak skutecznego i ambitnego udziału w integrowaniu Europy.



2014-08-07

Sankcje sankcjom nierówne

Paul Cezanne, "Jabłka i pomarańcze"
Władimir Putin podpisał wczoraj (6.08.2014) dekret, który jest rosyjską odpowiedzią na sankcje gospodarcze Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Nikt niby zaskoczony nie jest, ale nie znaczy to, że cokolwiek jest jasne. Nie wiadomo bowiem, które tak naprawdę kraje i jakie produkty objęte są rosyjskim sankcjami. A dopóki nie wiadomo, trudno coś przedsięwziąć. 

Już wczoraj Rosjanie zdementowali domysły, że embargiem będzie objęte wino i amerykańska whiskey. Dzisiaj na konferencji prasowej Midwiediew wymieniał sery, mięso wołowe i wieprzowe, płody rolne, owoce i warzywa, ale bez szczegółów. Sprawa najpilniejsza to koordynacja działań państw, które są najbardziej prawdopodobnym celem rosyjskiego odwetu: dwadzieścia osiem państw UE, USA, Japonia i Kanada (inaczej mówiąc Państwa G7), Australia, Norwegia i Szwajcaria. Bo reakcja powinna być wspólna.

A polskie jabłka?

Wszystko to dzieje się w dniu, w którym polscy i unijni urzędnicy spotykają się w Bruskeli (dziś o 15:00), by przedyskutować odpowiedź na polski wniosek uruchomienia unijnej rezerwy kryzysowej, zapomogi dla polskich sadowników. O politycznym i etycznym aspekcie polskiego wniosku o odszkodowanie z budżetu UE pisałem parę dni temu. Teraz, po ogłoszeniu rosyjskich sankcji odwetowych słusznie poniekąd się zauważa, że chętnych do skorzystania z unijnego funduszu będzie więcej. Ten fundusz to tylko 400 milionów euro, konkurencja byłaby więc duża, gdyby inne państwa postanowiły sięgnąć do wspólnego europejskiego skarbca. To, jak zastosowane zostaną w praktyce procedury przy rozpatrywaniu polskiego wniosku, jest ważne, bo precedensowe: nigdy wcześniej do tych przepisów się nie odwoływano.

Ale jeśli ktoś zakłada, że dzisiejsze spotkanie ma na celu ustalenie kwoty do wypłacenia i terminu operacji bankowej to się myli. Kryzysowa rezerwa rolna to jedynie jeden z instrumentów, którymi dysponujemy w Unii Europejskiej, żeby zareagować na tego rodzaju szczególne sytuacje. To nie działa jak automatyczna wypłata ubezpieczenia. Znalezienie rozwiązania oznacza też poszukiwanie środków gdzie indziej. Polski minister rolnictwa Sawicki wspominał o funduszu solidarnościowym, ale ten funkcjonuje w ramach polityki regionalnej, a nie polityki rolnej. Nie jest pewne, czy da się go zastosować i czy będzie to potrzebne. Interwencja państwa na rynku może być postrzegana jako pomoc publiczna, która też podlega innym przepisom. Zanim dojdzie do wypłaty odszkodowań, trzeba oszacować szkody. A przede wszystkim poszukać sposobów ich zminimalizowania. Dlatego w rozmowy zaangażowane są też służby odpowiedzialne za handel zagraniczny. Może polskie owoce da się sprzedać gdzie indziej? Może rosyjskie sankcje znacząco wpłyną na ceny produktów rolnych i da się je sprzedać drożej? Tu też UE może pomóc.

Sankcje "polityczne"

Embargo na polskie jabłka było nieomal instynktowną reakcją Moskwy na sankcje unijne. Ale nałożono je na podstawie przepisów fitosanitarnych. Ich wykorzystanie dla celów politycznych jest niezgodne z zasadami handlu międzynarodowego, dlatego oskarżenie Rosji o motywację polityczną to nie tylko retoryka, to poważny argument prawny. Sankcje ogłoszone wczoraj, obejmujące żywność z całej Unii, mają inną podstawę prawną, bo Rosjanie powołują się na artykuł 21. Międzynarodowej Organizacji Handlu, który dotyczy bezpieczeństwa. To zrozumiałe, bo nawet Rosjanie, nie dbających przesadnie o wiarygodność swoich deklaracji, nie mogli sobie pozwolić na oświadczenie, że wszystko co ma etykietę Made in EU lub Made in USA szkodzi rosyjskim żołądkom. Również w tym przypadku Unia natychmiast oskarżyła Rosję o polityczną motywację. I przy okazji zastrzegła, że rozważy dalsze kroki (czytaj: retorsje). Dla polskiego producenta jabłek i hiszpańskiego producenta pomarańcz na jedno wychodzi. Ale sytuacja z prawnego punktu widzenia jest inna.

Słyszę, że oskarżenie Rosjan o polityczną motywację, to kolejny przykład unijnego pustosłowia. Bo czy unijne sankcje nie są polityczne? Są. UE i USA, oraz inne państwa, które do nich dołączyły, nigdy nie ukrywały, że nałożyły sankcje, by wywrzeć na Rosję nacisk po zajęciu przez nią Krymu i by powstrzymać jej destabilizującą presję na Ukrainę. To polityczne uzasadnienie, owszem, ale wobec państwa, które ostentacyjnie narusza prawo międzynarodowe. Zupełnie inna sytuacja. Co więcej, sankcje nałożone na Rosję nie naruszają zasad handlu.

Unijne dycyzje dotyczą eksportu. Unia przed nikim nie zamyka swego rynku. Nie narusza przepisów MOH (WTO). Co innego Rosjanie: oni zamykają rynek, blokują import, dopuszczają się więc największego grzechu wedle wolnorynkowej etyki globalizacji. I dlatego szanse UE i USA na wygranie procesu przed WTO są bez porównania większe niż szanse Rosjan. Moskwa jest tego pewnie świadoma. Niejeden tam pewnie żałuje, że Rosja, w wyniku normalizacji stosunków z Zachodem, przystąpiła do Międzynarodowej Organizacji Handlu, bo dziś, w sytuacji powrotu do polityki imperialnej i sowieckich praktyk, to kula u nogi. Rosja może by i chciała postąpić tak jak Europejczycy i Amerykanie, ale nie może: to ona potrzebuje naszych towarów i naszych technologii a nie my jej. Nici z blokowania eksportu. Z dwoma wyjątkami: pierwiastki ziem rzadkich (UE, USA i Japonia, czyli najbardziej technologicznie zaawansowane gospodarki, są ich największymi importerami) i energia, dwie pięty achillesowe Europejczyków. Dziesięć procent całego unijnego eksportu żywności to towary przeznaczone na rynek rosyjski.  Z tym nadwyżkami też będziemy musieli coś zrobić i tu też wspólne działania na światowych rynkach, poprzez Komisję  Europejską, powinny przynieść lepsze rezultaty niż inicjatywy bilateralne podejmowane indywidualnie przez państwa członkowskie.

2014-08-06

Księgowanie prawdziwych wartości

W Waszyngtonie jest miejsce pamięci poświęcone weteranom wojny koreańskiej. Monumentalne, jak inne tamtejsze "Memoriały". Wyryto tam w granicie słowa: "Freedom is not free". Oczywiście nas, Polaków, do prawdziwości tego hasła przekonywać nie trzeba. Zwłaszcza teraz, w dniach dorocznej pyskówki o wyższości powstania (warszawskiego) nad niepowstawaniem. 

Wiemy, że ceną wolności zawsze było życie i że żadnej za to rekompensaty spodziewać się od nikogo nie mogliśmy. Owszem, po cichu liczyliśmy na podziw świata i jego przebudzenie, jego cisza i odwrócony wzrok powiększał nasze rozgoryczenie, pogłębiał narodową depresję. Ale i tak było jasne, że nasze zwycięstwa były nie materialne, a moralne, i tym większe im większa była materialna klęska. Co więcej, szczycimy się naszą rozrzutną gotowością do zapłacenia ceny najwyższej nie tylko za swoją, ale i cudzą wolność.

"Europa zajmuje stanowisko, Rosja zajmuje Krym"

Wierni tej zasadzie odważnie i głośno jak nikt nawoływaliśmy świat i Europę do bezkompromisowego i solidarnego zaangażowania po stronie Ukrainy, przeciw rosyjskiemu najeźdźcy. Skoro nie nasze działanie (bo jednak wojsk nie wysłaliśmy, naszej husarii), to przynajmniej chlubna przeszłość i doświadczenie w obronie spraw słusznych i beznadziejnych dawały nam tytuł do potępienia tej Europy, która "zajmuje stanowisko, gdy Rosja zajmuje Krym". Lawa naszej ironii nie zalała Europy chyba tylko dlatego, że zimne i cyniczne serca Europejczyków (z Zachodu) wystudziły ją na twardą skorupę. Zimne serca księgowych, liczykrupów, którzy bali się strat spodowownych sankcajami gospodarczymi: braku utargu za belgijskie diamenty, niemieckie maszyny, francuskie uzbrojenie, brytyjskie operacje giełdowe oraz wzrostu wydatków na rosyjski gaz. Sankcje też zresztą wyśmiewaliśmy, no bo jak sankcjami można odpowiadać na helikoptery i baterie rakiet przeciwlotniczych. Ożeż, tchórze!

Sankcje nie na naszą kieszeń

Tymczasem, dość nagle, okazało się, że tak zwany Zachód (czyli USA i UE, ale bez nas, bo my nie jesteśmy Zachodem, tylko Polską) zdobył się na sankcje wystarczająco dużego kalibru, by w ciągu paru dni dokonały sporych zniszczeń w rosyjskiej gospodarce. Dość nagle okazało się, że czasy się jednak przez ostatnie dekady zmieniły i za cudzą wolność oraz własne wartości można płacić nie tylko krwią. Ale też, no niestety, że tak czy owak płacić trzeba i że nie do końca na wydatek w euro jesteśmy gotowi. Nadal co prawda z wyższością i pogardą drwimy z Francuzów, którym szkoda głupiego miliarda dwustu milionów euro za Mistrale i paru centów na zasiłki dla zwolnionych z pracy stoczniowców w Saint-Nazaire, ale jednocześnie zaczęliśmy liczyć, ile sami stracimy w wyniku rosyjskiego embarga na nasze jabłka. Okazuje się, że za dużo i że nas nie stać. Na razie o tym cicho, ale zaraz się okaże, że straty będą większe, bo obejmą gruszki, ogórki, kapustę, wiśnie, czereśnie i truskawki, a tych - w odróżnieniu od jabłek nie przechowamy, zgniją. Zamrozić? Przechować zamrożone? To też kosztuje.

Jak jest, to brać!

Skoro Unia nałożyła sankcje, to niech nam odda za straty. Z dnia na dzień ten sposób myślenia stał się oczywisty. Ani razu nie słyszałem, ani razu nie czytałem, że polskie liczykrupy skąpią na obronę wolności. Że nam, Polakom, o pieniądze ubiegać się nie wypada. Przeoczyłem gdzieś wzmiankę w prasie? Zła natura ze mnie wychodzi, bo sam teraz jestem ironiczny. Rolnik w Unii Europejskiej to święta krowa. Wszystko, co można było wymyślić, żeby uczynić jego trudne życie bezpieczniejszym, w Unii wymyślono. Dlatego są też zarezerwowane pieniądze na kryzysowe odszkodowania. Tylko 400 milionów euro rocznie, ale jednak. Skoro są, to czemu o odszkodowanie nie wystąpić? Jestem za. Od kryzysu ogórkowego (bakteria coli wywołała panikę na rynku w 2011) mamy w Unii procedury i podstawę prawną do wypłaty rekompensat. To niech wypłacą. W końcu narodowe rozważania i słowiańska solidarność to jedno, a konieczność spłaty kredytu zaciągniętego przez konkretnego sadownika to już co innego. Trzeba mu pomóc.

Unia ma budżet na obronę wartości

To jednak niesamowite, że w ciągu zaledwie paru lat w krew nam weszło, że jak trwoga, to do Unii. Niemcy, przez ostatnie miesiące oskarżani w polskich mediach, nie tylko "patriotycznych", o cynizm i prorosyjskość (dogadała się Angela z Putinem), nałożyli na Rosję sankcje nawet większe, niż unijne państwa członkowskie uzgodniły w Brukseli. Nie słyszałem, żeby zwracali się do kogokolwiek o odszkodowanie z tytułu poniesionych kosztów obrony zasad i wartości. Owszem, wiem, że nie ma unijnej rezerwy kryzysowej obejmującej rynek uzbrojenia, a rolnicza jest. Owszem, słyszałem, że dlatego właśnie Francuzi chcieliby przejęcia kontraktu (czytaj kosztów niezrealizowania umowy) na Mistrale przez NATO. Czym się różni postawa Francuzów od naszej? Tym głównie, że Francuzi - tak jak Włosi, Hiszpanie, Bułgarzy - wcześniej zaczęli liczyć koszty.

Tak, czasy się zmieniły. Dziś sztuka nie polega na tym, że idzie się w bój o wartości nie licząc kosztów, bo krew nie ma ceny, a straty materialne nie mają wartości. Sztuka polega na tym, by umieć koszty oszacować i nie rezygnować z obrony wartości, gdy koszty okażą się wysokie. Być rzeczywiście gotowym do ich poniesienia. Podejście do kryzysu ukraińskiego każe mi wątpić, że w Polsce tę sztukę opanowaliśmy. Jesteśmy gotowi, ale szacowanie wydaje nam się niegodne, bo zwykle osłabia gotowość. Głosimy ex cathedra, że wartości nie mają ceny, ale o odszkodowanie za jabłka z unijnego budżetu wystąpimy do Brukseli, bo jabłka cenę mają. A gdyby Francuzi zaproponowali, że ze sprzedaży Mistrali rezygnują, pod warunkiem, że inne państwa członkowskie sfinansują straty, to dorzucilibyśmy się do interesu? Ciekawe...

2014-03-10

Ruscy

Niedziela 9 marca. Warszawa, tramwaj linii numer 7, kierunek Ochota. Wśród grupy ludzi wsiadających na przystanku Hale Banacha, jeden pasażer wyróżnia się wyglądem. Łysa pała. Czerwony dres. Rozwiązane białe Nike'i za kostkę. Na potężnej szyi, skrępowanej podniesionym kołnierzem, niemniej potężny złoty łańcuch. Facet grubo po pięćdziesiątce. Ale może to głębokie bruzdy zmarszczek go postarzyły. Kto go wie. Ślizgiem ładuje się na fotel przy oknie tuż przed nosem innego pasażera, który upatrzył sobie to samo miejsce."Ruski cham" - zawarczał podsiędnięty pasażer do towarzyszącego mu mężczyzny.

Ale "ruski cham" niczego nia zauważył, całkowicie pochłonięty rozmową z innym człowiekiem. Mówili tym samym śpiewnym, słowiańskim językiem. Nie wiadomo co, ale każdy, kto mial rosyjski w szkole był w stanie wyłapać pojedyńcze rosyjskie słowa. I to bez trudu. "Pieprzony sowiecki putinowiec" - kontynuował na cały głos podsiędnięty. - "Mam nadzieję, że wreszcie dostaną po dupie, za ten Krym. Ale gdzie tam dostaną: cały ten Zachód tyłkiem przed nimi trzęsie, na wszystko im pozwolą, Ruskim pieprzonym, bo nie wiedzą co to jest. Niczego się nie nauczyli."

Wysiadałem dwa przystanki dalej z podsiędniętym i jego towarzyszem. - "To nie Ruscy przecież" - mówi ten drugi. "Jak to nie Ruscy? A kto, Francuzi?". -"Nie Ruscy tylko Ukraińcy. Po ukraińsku mówili." - "O cholera" - syknął z wyraźnym smutkiem podsiędnięty, po chwili milczenia. "O cholera jasna, psia krew!"

2014-03-04

Czym więcej Europy tym mniej Putina. I na odwrót.

Zdarza się, że ci, którzy widzą w działaniach Putina przejaw komunizmu albo stalinizmu, interpretują stosunki międzynarodowe, historię i politykę podobnie jak on, gdy oskarża Euromajdan o faszyzm. 

Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
W obu przypadkach mamy do czynienia ze stereotypowym odniesieniem historycznym, pozornym odwołaniem do osobistego doświadczenia. Jest ono elementem retorycznej argumentacji obliczonej na wywołanie u odbiorców odruchu Pawłowa: termin faszyzm czy komunizm ma być przez nich odbierany jak dźwięk wywołujący fizjologiczną (jak u psów w laboratorium) i polityczną (jak u wyborców) reakcję. W ten sposób użyte, "faszyzm" i "komunizm" to tylko bodźce (zwane przez Pawłowa obojętnymi). To, co za jednym i drugim konceptem i praktyką się kryje w sensie politologicznym, filozoficznym i etycznym jest w sumie bez znaczenia.

Gdyby miało to znaczenie, można by się pokusić o znalezienie wspólnego mianownika. Takiego jak totalitaryzm. Wtedy obrońcy Putina, protestujący przeciw "faszyzmowi" na Ukrainie, i jego przeciwnicy, na przykład w Polsce, szafujących terminem "komunizm" w odniesieniu do politycznych konkurentów, okazaliby się pod wieloma względami podobni. Ich koncepcja demokracji oznaczałaby na przykład zgodę na istnienie fasadowych instytucji niezbędnych w ustroju demokratycznym, ale już nie na ich w pełni demokratyczne działanie. Podporządkowanie swojej władzy organów Sprawiedliwości, objęcie polityczną kuratelą takich instytucji jak Trybynał Konstytucyjny, akceptacja decyzji parlamentu, pod warunkiem, że ma się w nim absolutną większość - tak sprawują rządy ludzie o totalitarnych aspiracjach i autorytarnej mentalności w państwach konstytucyjnie, czyli formalnie demokratycznych.

Chcieliby się posunąć dalej, ale powstrzymuje ich kontekst międzynarodowy. W takich krajach jak Polska czy Węgry, należących do Unii Europejskiej, ten kontekst ma na rządzących bez porównania większy wpływ niż w takim kraju jak Rosja. Ale nawet w Rosji, która nie ma formalnego powodu, by przestrzegać unijnych traktatów, trzeba brać w jakimś stopniu pod uwagę naciski Międzynarodowej Organizacji Handlu, międzynarodowego Funduszu Walutowego, G8, reakcje światowych rynków i giełdy, a nawet - choć Putin się do tego nie przyzna - stanowisko UE, USA i tak zwanej wspólnoty międzynarodowej. Tym się różnią dzisiejsze czasy: pojałtańskie, postimperialne, naznaczone gospodarczą globalizacją, od epok wcześniejszych.

Ale dlatego też adepci totalitarnego myślenia tak źle się w tych czasach odnajdują i z taką satysfakcją, w kontekście regionalnego lub światowego konfliktu między państwami, deklarują: a nie mówiliśmy? Tak wygląda świat! Bez zaskoczenia czytałem na Twitterze komentarze w rodzaju: "cały Zachód mówi dziś o Rosji tak jak przez lata bracia Kaczyńscy". Bez zaskoczenia, mimo, że - po pierwsze - to nieprawda. Na szczęście. Po drugie, używanie tej samej retoryki (wojennej) w czasie stabilizacji i w czasie kryzysu, nieumiejętność rozróżnienia wyzwań, możliwości i zagrożeń występujących w tych okresach, to nie jest dowód politycznego jasnowidztwa ani politycznego myślenia, tylko psychozy. Putin na przykład tak ma, ale - przepraszam, że muszę rozczarować - imperialna i totalitarna mentalność nie musi oznaczać guza na mózgu, wbrew temu co czytałem tu i ówdzie. Po trzecie, opis świata to jedno (człowiek człowiekowi wilkiem), a wola jego zmiany i wiara w to, że zmiana jest możliwa, to drugie. Ta wola i wiara sprawiły, że taki proces jak integracja europejska był możliwy: w obrębie Unii wojna jest nie do pomyślenia, międzypaństwowe spory o Alzację, Lotaryngię, Triest, Zaolzie czy Śląśk to część coraz odleglejszej historii.

Ale Putin przypomniał Europie i światu, że nie wszędzie działania takie jak na Krymie należą do przeszłości. I nie wszędzie integracja europejska jest teraźniejszością. Wbrew pozorom ci, którym przypominać nie trzeba, znajdują się nie tylko w Polsce czy na Litwie. Pytanie jednak, co z tą pamięcią i świadmością zrobić w czasach stabilizacji i pokoju: na wszelki wypadek izlować Rosję? Nie kupować od niej energii? Nie sprzedawać jej maszyn, serów i wina, wieprzowiny i samochodów, mebli i ubrań? A dokładnie w chwili, kiedy poczujemy, że może posunąć się za daleko, zbombardować? I idąc za ciosem, to samo zrobić z resztą świata, w której zachodnie standardy polityki i demokracji nie znajdują zastosowania? Przypominam: to ta większa część świata. Naszych zachodnich mechanizmów gospodarczych i politycznych nie wprowadziliśmy tam zbrojnie (ostatnio, za każdym razem gdy próbowaliśmy, raczej się nie udawało), tylko negocjacjami, dyplomacją, za pieniądze i w niemałej mierze dzięki zachodniej softpower.

Okowy międzynarodowego kontekstu, które nie pozwalają totalitarnym działaniom nadążyć za totalitarnym myśleniem, są serdecznie przez totalitarnych polityków znienawidzone. Nie lubią więc idei międzynarodowej współpracy ani multilateralizmu. Coś takiego jak integracja europejska w ogóle nie mieści im się w głowie. Tak samo jak niektórym europejskim komentatorom nie mieści się, w głowie, że w dwudziestym pierwszym wieku można prowadzić taką politykę, jak Putin wobec Ukrainy. Dlatego szukają guza na mózgu Putina. Żeby zrozumieć. Taka ułomność percepcji, zawężone pole widzenia i rozumienia. Lub, jeśli spojrzeć na ten sposób interpretacji bardziej pozytywnie, przykład "przedrozumienia" zgodnie z teorią Hansa-Heorga Gadamera.

Naiwnych poszukiwaczy guza na swoim mózgu Putin wodzi za nos. Ale czego oczekują od Europy i Stanów Zjednoczonych polscy krytycy tej bezsilności Zachodu? W odpowiedzi słychać ich śmieszki i widać memy. Bo nie chcą wprost przyznać, że ich wizja stosunków międzynarodowych niczym się nie różni od wizji Putina. Ogłaszają jedynie, że dla nich każdy kolejny etap rozmów, narad i negocjacji to etap zbędny. Tak naprawdę cierpią nie dlatego, że ludziom na Ukrainie z powodu Putina dzieje się krzywda, nie dlatego, że terytorium potencjalnej ekspansji demokracji, praw człowieka i innych europejskich wartości się kurczy, tylko dlatego, że nie mogą zapłacić Putinowi pięknym za nadobne. Że nie mają władzy i siły Putina. Nienawidzą Putina nie dlatego, że jest inny, tylko dlatego, że jest silniejszy, i to jako "Rusek", postkomuch, kagiebista. Ale też nie mogą darować tym, którzy siłę mają: UE, USA, NATO, że nie chcą jej użyć jak należy. Poza tym jest strach. Historycznie uwarunkowane przekonanie, którego dotychczas historia nigdy nie zweryfikowała, że po Krymie padnie łupem Rosji cała Ukraina, a potem, oczywiście, my. Bo jeżeli NATO i UE odpuszczą Putinowi w sprawie Krymu, to czemu nie mieliby odpuścić w sprawie Polski?

Ten ostatni punkt jestem w stanie zrozumieć. W końcu nie mam dowodów na to, że wiara w nieziszczalność takiego scenariusza nie jest naiwnością. Co do całej reszty poważnie martwi mnie fakt, że wśród polskich obrońców Ukrainy i przeciwników Putina jest tak wiele osób do Putina podobnych. To jest prawdziwa antyeuropejskość, której trzeba się w Polsce obawiać. Przeczytałem na Twitterze hasło, nie wiem czyje, że czym więcej Europy, tym mniej Putina. Tak, bo wartości, na których opiera się integracja europejska są nie do pogodzenia z myśleniem, świadomością, etyką i działaniem Putina. To antyteza. Czym więcej Europy, tym mniej Putina. I na odwrót. Czym mniej Europy, tym więcej Putina. Bez względu na to, co Putin zrobi. I w Rosji, i w Ukrainie, i w Polsce.



2014-02-01

Państwo PiS jest nie z tej Europy (5) Polityka zagraniczna: nasza miedza, nasz płot

Z polityką zagraniczną sprawa jest prosta: suwerenne państwo prowadzi ją w celu obrony swoich interesów na arenie międzynarodowej. Jak jednak te interesy definiować? Co oznacza "zagranica"? A "międzynarodowość"? Lepiej bronić interesów samotnie czy może we współpracy z innymi państwami? A jeśli bronić, to przed kim? Nie znalazłem spójnej doktryny polityki zagranicznej PiS. Ale w wypowiedziach guru tego ugrupowania można znaleźć odpowiedzi na tak postawione pytania.

Radosław Sikorski i Catherine Ashton, 
Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, 30.09.2011

Z czysto poznawczego punktu widzenia mają one pewną zaletę: zbudowana na ich podstawie koncepcja polityki zagranicznej ma charakter ponadczasowy. Nie ulega koniunkturze. Nie poddaje się historii. Jest tak samo aktualna przed kongresem wiedeńskim jak i po, kres traktatu wersalskiego nie wywarł na nią wpływu, Jałta potwierdziła jej słuszność, a takie drobiazgi jak upadek muru berlińskiego, powstanie UE i przystąpienie Polski do UE czy globalizacja w ogóle nie muszą być brane pod uwagę. Wszak opiera się ona na prostej zasadzie, fundamentalnej dla koncepcji świata i społeczeństwa wyznawanej przez Jarosława Kaczyńskiego: człowiek człowiekowi wilkiem, państwo państwu wrogiem, autarchia celem ostatecznym, współpraca międzynarodowa - tylko z niemożności osiągniecia celu ostatecznego od razu.

Dyplomacja nie dalej niż za miedzę

Wspólna unijna dyplomacja jest w powijakach. Owszem, jest Wysoki Przedstawiciel, ale do statusu unijnego ministra spraw zagranicznych mu daleko. Każdy krok w tym kierunku jest krokiem w stronę federacji. Kaczyński jest oczywiście federacji przeciwny, ale nie przypominam sobie, aby uznał funkcję sprawowaną przez Catherine Ashton za zagrożenie dla polskiej suwerenności. Może to być wynikiem zapomnienia; a może też jego milczenie w tej sprawie to dowód, że nie traktuje zbyt poważnie tego "wysokiego przedstawicielstwa". Pewnie by się to zmieniło, gdyby następcą Ashton został Radek Sikorski, bo panowie – odkąd zerwali polityczny alians – bardzo się nie lubią. A Kaczyński, jak wiadomo, ma do polityki podejście bardzo osobiste.

Na razie, w sprawach zasadniczych, państwa członkowskie same prowadzą swoją dyplomację i w wielu sprawach nie ma wspólnego unijnego stanowiska. Dotyczy to na przykład stosunku wobec sytuacji palestyńskich terytoriów okupowanych przez Izrael albo uznania niepodległości Kosowa. Choć skądinąd Kosowo akurat jest przykładem skutecznej unijnej mediacji. Podobnie jak  Iran, gdzie niespodziewany postęp negocjacji w sprawie technologii nuklearnej jest niewątpliwym sukcesem Catherine Ashton.  Unia podejmuje wspólne działania wobec sytuacji w Syrii, albo tak zwanej "arabskiej wiosny", ale to wciąż wyjątki, działania mają przede wszystkim wymiar polityczny i humanitarny. Tam, gdzie - jak w Mali albo w Republice Środkowoafrykańskiej - trzeba użyć siły, Unia okazuje się nieskuteczna. Ale z kolei w dziedzinie spraw konsularnych jest lepiej, bo każdy posiadacz unijnego paszportu może zgłosić się po pomoc do dowolnej ambasady państwa członkowskiego UE w kraju trzecim, jeżeli jego państwo nie ma tam placówki dyplomatycznej. Wszystkie te kwestie nie budzą większego zainteresowania Jarosława Kaczyńskiego nie tylko z powodu ich ograniczonego znaczenia, ale przede wszystkim dlatego, że jego wyobraźnia polityczna tak daleko nie sięga.

Kaczyński nie przejmuje się unijną dyplomacją, jego wybór. Niestety, nie dostrzega też, że dzięki Unii Polska ma zagwarantowane miejsce przy stołach negocjacyjnych, do których – z powodu swojego politycznego i gospodarczego potencjału – nie miałaby w pojedynkę dostępu. Dotyczy to nie tylko mediacji w Syrii albo na innych terenach dotkniętych konfliktami, a przecież warto tam być. Chodzi też o negocjacje handlowe z Koreą, USA czy Kanadą. Tak, handel międzynarodowy to też sprawy zagraniczne. W zakres spraw zagranicznych UE, negocjowanych z innymi częściami świata, wchodzi też energia i polityka klimatyczna, ale w tej dziedzinie wzrok Kaczyńskiego nie sięga poza polsko-rosyjsko-niemiecki trójkąt obaw i sprzeczności, Prezes nie ma pomysłu na wykorzystanie możliwości  jakie stwarza wymiar unijny. Dojście PiS do władzy oznacza odebranie Polsce szansy na skorzystanie z atutów, jakie średniemu co do wielkości, i peryferyjnemu gospodarczo i politycznie państwu daje na arenie światowej członkostwo w UE. A atutów tych, w miarę nieuchronnego poszerzenia pola działania unijnej dyplomacji i wzrostu jej znaczenia, będzie przybywać.

Unia, czyli zagranica

Kaczyński nie dlatego jest antyeuropejski, że nie zgadza się z takim czy innym dominującym w UE poglądem: na wojnę w Syrii, na gotowość Ukrainy do członkostwa w UE, na niepodległość Kosowa, na relacje z Rosją, tylko dlatego, że taki twór jak Unia Europejska, taki polityczny i gospodarczy proces jak integracja europejska w ogóle nie mieszczą się w jego koncepcji świata. Coś takiego nie miało prawa powstać, a jeżeli już, to tylko jako przepoczwarzona po raz kolejny struktura dominacji silniejszych nad słabą choć moralnie wielką Polską. W rozumieniu prezesa PiS Unia Europejska nie jest żadną nową formą współdziałania partnerów realizujących wspólne cele. Jest zagranicą. A członkostwo Polski w UE zmierzającej do federacji niesie ze sobą zagrożenie rozdwojeniem polskiej tożsamości: nie można być na zewnątrz i wewnątrz jednocześnie. Trzeba wybrać.

Dlatego dla Kaczyńskiego zwolennicy integracji europejskiej to piąta kolumna, to wewnętrzne siły dążące do oddania silniejszym polskiej suwerenności w zamian za osobiste korzyści. Z tej perspektywy przynależność Polski do UE to nic innego jak konieczny na krótką metę element polityki zagranicznej a nie udział w jakiejś tam integracji. Kaczyński nie wzywa wprost do wyjścia z UE z dwóch powodów: bo wie, że poziom nacjonalizmu nie osiągnął jeszcze w Polsce takiego poziomu, by wyborcy takiemu postulatowi przyklasnęli (choć koniunkturalna promocja NOP, Młodzieży Wszechpolskiej czy innego narodowego kibolstwa może kiedyś zaowocować wzrostem poparcia dla takich tendencji); oraz dlatego, że słaba Polska, "na dorobku", jak prezes lubi powtarzać, może lisią metodą coś uszczknąć z bogactw, których obcy, często na polskiej krzywdzie, się dorobili. Tak, Unia jest dobra dla Polski, jak w czerwcu 2013 przyznał rzecznik PiS Adam Hofman. Ale tylko do czasu, gdy Polska też się dorobi. I bez ustępstw, bez kompromisów. Niezależna polityka wobec UE, polityka zagraniczna "nie na kolanach", ma polegać na jasnym postawieniu sprawy: należymy do tego klubu, bo nam się coś od was należy, ale nie godzimy się na żadne wspólne ustalenia, żadne wspólne reguły. A jeśli już się na nie zgodzimy, bo akurat nam się to opłaca, to zawsze możemy się wycofać. Każdy, kto oddaje głos na Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie powinien zastanowić się nad skutecznością tak prowadzonej polityki.

Piastowie i Jagiellonowie

Jarosław Kaczyński widzi dzisiejszą Polskę, jako element świata, w którym od wieków zachodzą te same procesy, a wyzwania pozostają niezmienne. W tym świecie Unia Europejska jest bytem tymczasowym, bagatelą dziejów, trwałym natomiast punktem odniesienia są Niemcy i Rosja, odwieczni wrogowie, i Stany Zjednoczone, jedyny sojusznik we wrogim świecie, na tyle potężny, że bezdyskusyjny, choć daleki. Ponieważ największym zagrożeniem dla Polski jest odbudowanie osi rosyjsko-niemieckiej, polityka zagraniczna Polski według PiS powinna mieć dwa cele: po pierwsze, nie dopuścić do sojuszu Moskwy i Berlina; po drugie, stać się liderem dla tych państw, mniejszych i słabszych, dla których taki sojusz też byłby zagrożeniem. Wybór właściwej strategii zwycięskiego przetrwania w tak zdefiniowanym środowisku międzynarodowym to wybór między polityką piastowską i jagiellońską. Jarosław Kaczyński jest zdecydowanym zwolennikiem polityki prowadzonej przez Jagiellonów.

Czy ktokolwiek zdrowo myślący sugerowałby dziś Francji by zdecydowała, którą politykę zagraniczną prowadzić: Kapetyngów czy Burbonów? Nonsens. Niedawno Cezary Michalski naśmiewał się w "Polityce", że "oczekiwanie od współczesnego polskiego państwa prowadzenia "jagiellońskiej polityki wschodniej" jest tak realistyczne, jak oczekiwanie od dzisiejszej Austrii, żeby prowadziła politykę zagraniczną Habsburgów". Faktycznie, zabawne.

Ale główna partia opozycyjna w Polsce tak właśnie na te kwestie patrzy. PiS-owskim myślicielom należy jednak oddać sprawiedliwość: to nie oni spopularyzowali dylemat piastowsko-jagielloński, ale obecny minister spraw zagranicznych, Radek Sikorski (w odróżnieniu od Kaczyńskiego jest zwolennikiem doktryny piastowskiej). Sikorski, który nie stroni od budzących kontrowersje porównań i uproszczeń, posłużył się jednak tym rozróżnieniem jak figurą retoryczną, w przemówieniu. Kaczyński natomiast oparł na niej swoją koncepcję polityki zagranicznej. Uwaga Michalskiego staje się mniej śmieszna, gdy Austrię zastąpi się Niemcami (wszak Habsburgowie to dynastia niemiecka). Z punktu widzenia Kaczyńskiego dzisiejsze Niemcy realizują politykę Habsburgów: jest to polityka dominacji w Europie. Unia Europejska jest dziś pokojowym narzędziem tej polityki, tak jak niegdyś śluby dynastyczne. Wszak to cesarz Maksymilian I zasłynął z dewizy: „Bella gerant alii, tu, felix Austria, nube” czyli "Inni niech wojny prowadzą, a ty, Austrio szczęśliwa, poślubiaj". Gdy wypowiadał te słowa, Polska była potężna, a Habsburgowie byli głównymi konkurentami Jagiellonów.

Prawda, że to nęcąca analogia? Wystarczy przyjąć, że na początku XXI wieku polityka imperialna z wieku XVI nadal decyduje o kształcie świata (czyli Europy), że – jednocześnie - obowiązuje model państwa narodowego stworzony w wieku XIX, i że w XX wieku nie pojawiło nic takiego jak integracja europejska a doktryna polityki zagranicznej PiS od razu wydaje się możliwa do przyjęcia. Tyle tylko, że założenia te są błędne. Aż szkoda, bo tak ładnie się to wszystko układa w jedną całość.

Nasza bliska zagranica

W odróżnieniu od polityki zagranicznej Jagiellonów, jednej z głównych europejskich dynastii, Polityka jagiellońska PiS to polityka regionalna, wyłącznie wschodnia. Zachód ogranicza się do złych Niemiec i dobrych, choć odległych Stanów Zjednoczonych. Jagiellonowie myśleli w kategoriach zakresu władzy i wpływów w centralnej części świata. PiS myśli w kategoriach bliskiej zagranicy. Polityka jagiellońska w tym wydaniu to odrzucenie sojuszu z Niemcami (na nim opierała się polityka piastowska) i otwarta konkurencja z Rosją o wpływy w Europie środkowej i wschodniej. Nasza strefa bezpieczeństwa i jednocześnie wpływu to, w myśl tej doktryny, państwa postsowieckie, zarówno te, które przystąpiły z nami do UE w 2004 (bez Malty i Cypru) jak i byłe republiki radzieckie: Armenia, Białoruś, Ukraina, Gruzja, Mołdawia.

Te ostatnie mają uznać naszą wyższość i otrzymać w zamian opiekę. PiS proponuje im rodzaj sojuszu, który Polska Bolesława Chrobrego zawarła z Niemcami. Zakłada, że będą wobec Polski prowadzić politykę… piastowską. Nasza opieka ma polegać na tym, że będziemy domagać się z Unii Europejskiej (to znaczy z Niemiec, zgodnie z pisowską wizją UE) finansowego i politycznego wsparcia. Zgodnie z tą zasadą Jarosław Kaczyński i inni zwolennicy tego punktu widzenia hojnie... domagają się od Unii większej szczodrości wobec Ukrainy. Chcą, żeby Unia przebiła Rosję w przetargu, którego przedmiotem jest Ukraina, ale tak, żeby to Polska mogła wręczyć w Kijowie kopertę. Kwestie demokracji i więźniów politycznych, sprawa Tymoszenko i szalejącej korupcji to drobiazgi, o których nie należy wspominać, bo nie mieszczą się w doktrynie wschodniej polityki jagiellońskiej, którą chciałby realizować PiS. Nie wątpię, że Janukowycz z takiej polityki byłby bardzo zadowolony. Nie martwiłby się nią też Putin, bo sam ma podobną wizję świata: nie do pogodzenia z systemem wartości Unii Europejskiej, ale zbieżną z poglądami Jarosława Kaczyńskiego. Jedna i druga nie z tej epoki. Tę zbieżność łatwo było zresztą dostrzec w skandalicznej propozycji Kaczyńskiego, by rozpocząć z Rosją pertraktacje o przyszłość Ukrainy, ale bez udziału Ukrainy. W imieniu UE miałyby je prowadzić Polska i Szwecja. Dzisiaj, zwłaszcza w świetle wydarzeń ostatnich tygodni,  taki pomysł poraża intelektualnie swym archaizmem i polityczną niestosownością, ale co by było, gdyby kiedyś  Kaczyński, już jako premier, rzeczywiście zgłosił ją na forum międzynarodowym?

Europejczycy w Kijowie

Na razie wódz PiS zadowolił się podróżą na Majdan. Pewnie mu się wydawało, że poleciał do Kijowa tak, jak jego zmarły brat do Tbilisi. Siła symbolu. Eurosceptyk, nierozumiejący integracji europejskiej, wzywał Ukraińców by przystąpili do Unii. Oczywiście dla dobra Polski. Paweł Śpiewak entuzjastycznie odniósł się do tej kijowskiej wyprawy: "Kaczyński ma wyobraźnię polityczną również w skali międzynarodowej. Zupełnie zaskoczył tym Platformę." Zaskoczył?  Wątpię. Za każdym razem, gdy coś się działo na Ukrainie, albo na Białorusi, polscy politycy (nie tylko z PiS) wsiadali w samochód, pociąg, samolot, by pokazać w świetle jupiterów, że są, i że są pierwsi. Było klawo pojechać do Mińska, gdy z góry było wiadomo, że ich tam nie wpuszczą. I rzeczywiście: robili potem konferencję prasową, jak to ich zatrzymano na granicy. Z Kijowem Kaczyńskiemu się tak nie poszczęściło, bo Janukowycz to nie Łukaszenka. Gdzie w tym wyobraźnia polityczna dostrzeżona przez Śpiewaka? Pomysł Kaczyńskiego, by swą wizytę sprzedać jako dowód politycznego zaangażowania i odwagi, i próba szantażu politycznego wobec Tuska i Sikorskiego, którzy nie pojechali do Kijowa, wolę traktować jako populistyczną retorykę niż jako zapowiedz sposobu prowadzenia dyplomacji przez premiera Kaczyńskiego i jego rząd. Ale jeżeli Śpiewak ma rację? Jeśli to wizja i zapowiedź? Ciekawe, że odmiennie do peregrynacji Kaczyńskiego odniósł się inny jego (jak sam przyznaje) zwolennik i wyborca, ks. Isakowicz-Zaleski. Jego zdaniem Prezes popełnił "tragiczny błąd" uwiarygodniając ukraińskich nacjonalistów, gdy ochoczo wykrzykiwał na Majdanie ich zawołanie: "Sława Ukrainie, herojam sława". Całkowity brak orientacji w sprawach ukraińskich nie jest w jego oczach usprawiedliwieniem dla polityka, który po raz kolejny chce zostać premierem. 

Styczniowa podróż do Kijowa czterech pisowskich muszkieterów: Czarneckiego, Hofmana, Lipińskiego i Zaręby, odbyła się według podobnego scenariusza. Pojechać, dać się sfotografować, udzielić wywiadu, a przede wszystkim, jak Czarnecki na Twitterze, żeby zapytać: "A gdzie jest Protasiewicz?". W Kijowie dobrze jest wystąpić pod flagą unijną, co też ochoczo czwórka z PiS uczyniła, wygłaszając jednocześnie kilka gładkich formułek na temat europejskich standardów i wartości. Z rozbawieniem śledziłem dyskusje w tej sprawie na forach polskich prawicowych portali: hipokryzja polityków, którzy w Polsce podobnych deklaracji by nie wygłaszali, bo tu bardziej opłaca się zamanifestować sceptycyzm wobec europejskich standardów i wartości, nie uszła uwadze dyskutantów. Grupka śmiesznych facetów, znanych w Polsce z krytyki wszystkiego, co unijne, pojechała na Ukrainę by przed kamerą polskiej telewizji głosić dobrą unijną nowinę. Tak, to ci sami ludzie, którzy w Polsce szukają politycznych sojuszników wśród narodowców i kiboli. Bliżej by im było do ukraińskich nacjonalistów, głosicieli kozactwa i miłośników Bandery, antypolskich i antyrosyjskich jednocześnie, też obecnych na kijowskim Majdanie. Ale na delegacji woleli wystąpić pod egidą Parlamentu Europejskiego, w którym Ryszard Czarnecki jest postacią marginalną i egzotyczną, ale który daje pisowskiej delegacji prawo do używania unijnego emblematu, bo PiS jest członkiem ECR, frakcji parlamentarnej co prawda niszowej i eurosceptycznej, ale kto to wie w Kijowie. Wszystko to na kilka dni przed wizytą w Kijowie szefowej unijnej dyplomacji, w dniu wizyty komisarza do spraw rozszerzenia, dzień po kategorycznej rozmowie Barroso z Janukowyczem, w kontekście dyplomatycznych działań unijnych rządów z polskim na czele (choć jeszcze przed ukraińskim tournée Tuska po europejskich stolicach) i z dala od oficjalnych delegacji. Przypomina się przypowieść o żabie u kowala.

Nie chodzi o to, że politycy opozycji nie powinni jeździć do Kijowa. Przeciwnie: czym więcej unijnych polityków będzie w sprawie Ukrainy aktywnych, czym więcej ich pojawi się na miejscu, tym lepiej dla demokracji i praw człowieka. To bardzo ważne dla Ukraińców, którzy w ich imieniu protestują od paru miesięcy na Euromajdanie. Są jednak granice hipokryzji, których nie wolno przekraczać, jeżeli nie chce się sprawy, o którą oni walczą, skompromitować.  Dla Euromajdanu Europa znaczy coś bardzo konkretnego. Francuska Libération (okładka na zdjęciu obok), gdy przywołuje wartości demokracji, pluralizmu, państwa prawa, otwartości i tolerancji, mówi prawdę: tam ludzie giną za Europę. I nawet jeżeli komuś ich wizja Europy może się wydać naiwna, to jest to piękna i wzniosła naiwność, w odróżnieniu od pisowskiej hipokryzji, która jest żałosna. Jest jednak w tej hipokryzji metoda i cel: jest ona instrumentem polityki wewnętrznej. To kolejna, niebezpieczna cecha koncepcji spraw zagranicznych praktykowanej przez PiS: jeśli jest w państwie jedna dziedzina, która powinna być przedmiotem narodowego konsensusu i ciągłości, to są to właśnie stosunki międzynarodowe, a tę zasadę PiS łamie nieustannie. Bez względu na to, czy jest się w opozycji czy u władzy, igranie z tą zasadą jest niebezpieczne dla państwa, jest dowodem nieodpowiedzialności. Ale dla PiS każdy sposób na wywołanie politycznego kryzysu jest dobry, i każda metoda prowadząca do pogłębienia podziałów w społeczeństwie jest warta zastosowania, bo kreowanie i sycenie antagonizmów to instrument dojścia do władzy. A nic nie jest ważniejsze. Dlaczego dyplomacja miałaby być wyjątkiem w tej strategi?

Koncepcja polityki zagranicznej, która wyłania się z działań i deklaracji przywódcy PiS i jego sierżantów jest takim samym instrumentem walki o władzę w państwie jak każdy inny. I na tym polega pragmatyzm tej koncepcji.  Jeśli jednak wyjść poza ten lokalny i koniunkturalny wymiar, a w dziedzinie stosunków międzynarodowych wydaje się to uzasadnione, to okaże się, że koncepcja ta tak zupełnie nie bierze pod uwagę zmian, które zaszły na świecie w ostatnich sześćdziesięciu latach, że z powodzeniem można by ją uznać za political fiction. Z tym jednak zastrzeżeniem, że literacka political fiction zwykle odsyła do przyszłości, podczas gdy pisowskie myślenie o stosunkach zagranicznych zastygło w otchłani historii. Rzecz nie w tym czy zgadzamy się z takim czy innym osądem danego zdarzenia lub z propozycją rozwiązania konkretnego problemu, czy podzielamy narodowe sympatie i antypatie i czy odnajdujemy się w tych czy innych stereotypach, ale w tym, że pomysł Jarosława Kaczyńskiego na politykę zagraniczną ma się nijak do rzeczywistości, w której żyjemy. To objaw obsesyjnego nacjonalizmu w formie, która przetrwała tylko w rezerwatach myśli politycznej. To nawrót niebezpiecznej choroby, która uodporniła się na szczepionkę czasu. To idee i praktyka niebezpieczne dla Polski.

Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014


2013-12-18

Janukowycz: polityk krótkookresowy

Ukraina będzie jednym z tematów szczytu UE, który zaczyna się jutro, bo trudno byłoby przemilczeć wydarzenia w Kijowie. Wszystkim też wydaje się naturalne, że o włączenie tego punktu do porządku obrad wystąpił polski premier. I na tym koniec. Nie będzie przecież żadnych kluczowych decyzji. Chodzi o deklarację polityczną UE: nasza oferta jest aktualna. Nic nowego: powtarzają to premierowe, ministrowie, komisarze, prezydenci. Teraz to samo zostanie powiedziane chórem na unijnym szczycie.

Wybór, przed którym stoi Ukraina, jest oczywisty w polityce. To wybór między długą i krótką perspektywą. Jego oczywistość czyni go banalnym jedynie statystycznie, nie umniejsza jego fundamentalnego znaczenia. Janukowycz oczywiście myli się, przyjmując wschodniosłowiańskie założenie, dobrze znane też Polakom, że "jakoś to będzie". Że teraz dostanie od Rosji upust na ceny gazu (ważne przed zimą) i pożyczkę pod zastaw ukraińskich obligacji, a potem i tak coś dostanie od UE i tak się to jakoś będzie toczyć. Myli się, bo poza krótką perspektywą państwo i społeczeństwo potrzebują wizji dalekosiężnego celu. To niezbędne do rozwoju. Rozwoju "zrównoważonego" jak to się teraz mówi po polsku, czyli takiego, dla którego kluczowa jest świadmość, że nasze dzisiejsze działania będą miały zasadniczy wpływ na życie naszych dzieci, wnuków i prawnuków.

Janukowycz, który po ukraińsku mówi od niedawna i mniej naturalnie niż po rosyjsku, nie jest może najbardziej wiarygodnym obrońcą ukraińskiego interesu. Czy są nim jednak w większym stopniu ukraińscy nacjonaliści: antyzachodni, antypolscy, antyrosyjscy, napędzani szowinistycznym otępieniem? Oczywiście nie. To co się dzieje dziś w Kijowie, na Majdanie, bardzo jasno pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że najważniejsze decyzje dotyczące państw, społeczeństw i narodów zapadają dziś na poziomie ponadnarodowym. Że nie tylko anachroniczne marzenie o narodowej autarchii, ale i wczorajsze rozumowanie w kategoriach czysto międzynarodowych jest trochę niedzisiejsze. Z tego punktu widzenia wynarodowienie Janukowycza razi mniej w dzisiejszym świecie, niż w Europie narodów z XIX i XX stulecia. Po drugie, żeby do tej ponadnarodowej świadomości dorosnąć, trzeba mieć za sobą okres wolności i samostanowienia jako naród i nowoczesne państwo narodowe. Trudno jest przeskoczyć etapy i wątpliwe, żeby Ukrainie, która tak naprawdę tego rozdziału we własnej historii nigdy nie miała, szybko się to udało. Nawet w Polsce udaje się to tak sobie. Tylko człowiek wolny i świadomy swojej wolności może myśleć o przyszłości w kategoriach długoterminowych, w kategoriach decyzji, odpowiedzialności i ryzyka. Człowiek taki jak Janukowycz może myśleć tylko o najbliższej zimie i następnych wyborach. Wewnętrzna, jednostkowa potrzeba wolności jednoczy manifestantów na Euromajdanie. Ale Janukowycz, jako szef ukraińskiego państwa, maninną wrażliwość, myśli o Ukrainie jak o prowincji imperium. Ma to wpływ nie tylko na jego konkretne decyzje polityczne, ale też na postrzeganie czasu i przestrzeni, na kształtowanie tożsamości. To taka jego polityka historyczna odzwierciedlająca historyczną świadomość.

A jednak nie można powiedzieć, żeby Janukowycz mylił się na całej linii. Nie wiadomo, jak bardzo jego decyzje są przemyślane, skoro wciąż kłamie, udaje, unika, a w jakiej mierze są podyktowane geopolitycznie i cywilizacyjnie uwarunkowanym instynktem. Ale nie można odmówić mu racji w kilku przynajmniej punktach. Ma niewątpliwie rację, jeśli uważa, że manifestujący na Majdanie pod unijną flagą ludzie nie stanowią większości. Już dwie, trzy ulice od Majdanu i Chreszczatyku (główna ulica Kijowa), żadnego rewolucyjnego wrzenia się nie czuje. Wie, że w kwestiach tożsamości, myślenia o przyszłości, definiowania interesów, nauk wyciągniętych z historii, a nawet znajomości ukraińskiego jest podobny do bardzo wielu Ukraińców. Trudno też odmówić mu pragmatyzmu, jeśli myśli, że zimne kaloryfery i brak gorącej wody w kranach odbiorą mu w najbliższych wyborach więcej punktów niż niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE. Nie wiem, jak wielkim specem od geopolityki jest ten były kierowca TIR-ów, oprych okradający ludzi w przejściu podziemnym, ale jeśli jest świadom, że Ukraina leży i będzie leżeć na granicy wpływów europejskiego Zachodu i rosyjskiego Wschodu, to znaczy, że niczego jego stanowi świadomości w tym przynajmniej aspekcie zarzucić nie można. Tak rzeczywiście jest. Wszyscy, którzy uważają, że stowarzyszenie z UE otwiera Ukrainie naturalną drogę do członkostwa powinni o tym pamiętać. I wreszcie dwa słowa o krótkowzroczności politycznej Janukowycza. Czyż jest ona tak wyjątkowa w dzisiejszej polityce: w Polsce, w Wielkiej Brytanii, we Francji, w Grecji? Krótkowzroczność Janukowycza można wytłumaczyć instynktem niewolnika, pionka imperium, przywódcy państwa, które nie buduje swej państwowości w odniesieniu do długowiekowej tradycji. Trudniej ją wytłumaczyć u polityków urodzonych w demokracji i wolności. I jeszcze trudniej usprawiedliwić.

2013-12-02

Jak wpuścić Ukrainę na arkę Noego

"Ukraina dla ludzi" - hasło zwycieskie Partii
Regionów  i jej 
błęitne flagi, wybory 2010. 
Kiedy przy okazji wydarzeń w Kijowie słucham opinii niektórych polskich polityków, mam wrażenie, że Unia Europejska to dla nich taka arka Noego. Nie nasza co prawda, ale skoro już nas wpuścili, to teraz my wybijemy dziurę w burcie i powpuszczamy nasze ulubione zwierzątka kierowani złudną nadzieją, że wtedy wzrośnie nasze miejsce w unijnej taksonomii.

Nie tylko w Kijowie zwolennicy zbliżenia z Zachodem patrzą na nas jak na tych, którym się to już udało, z nadzieją, że podzielimy się cennym doświadczeniem. Może to doświadczenie jest za małe, może po prostu nieprzemyślane, nie wiem, ale okazuje się, że nie aż tak cenne. Ten czy ów, z prawa czy z lewa, oświadcza, że teraz wszystko zależy od Brukseli. I że jedyny problem to Janukowycz, który już za chwilę straci grunt pod nogami. Ukraińcy tego słuchają. Bardzo uważnie śledzę od lat co się dzieje na Ukrainie i nie mam wrażenia, żeby wszystko zależało od Brukseli.

Polscy politycy, jeżeli chcą Ukrainie pomóc, powinni wytłumaczyć na czym polega przystępowanie do UE. Na czym w ogóle UE polega. Zakładając, że sami to rozumieją. To proste: trzeba mieć funkcjonującą demokrację i funkcjonującą gospodarkę rynkową. Jak się ma, to można zgłosić kandydaturę do unii skupiającej inne państwa, które też mają. Kandydat przystosowuje wówczas, z pomocą UE, swoje prawo tak, by współgrało z pisanymi zasadami, na których wspólne działania opierają państwa członkowskie. Są też zasady niepisane, domniemane, oczywiste: na przykład takie, że demokracja to nie tylko instytucje, ale też pewne wartości. Że wolnorynkowa gospodarka to nie tylko kasa, ale też na przykład wyplenienie korupcji.

Ukraina jest jeszcze o lata świetlne od sytuacji, w której można będzie powiedzieć, że jest państwem europejskim, gotowym by przystąpić do UE. Z podziwem patrzę na ludzi, którzy manifestują w Kijowie. To dowód na to, że ich dążenia i emocje są proeuropejskie, że Ukraina to nie tylko Janukowycz, że jest w Ukrainie Europa. To także wspaniałe świadectwo dla broniących stanu posiadania i wygody obywateli UE, którzy usta pełne mają sloganów o solidarności i sprawiedliwości, a tak naprawdę nie czują już co to jest, bo ktoś to dla nich wywalczył dawno, bardzo dawno temu. Nie przywołują już nawet wolności, bo wydaje im się podejrzana. Głos Europejczyków z Kijowa może uświadomi im, że dobrobyt, wolność, demokracja, prawa człowieka, bezpieczeństwo, to wszystko co mają jako obywatele UE to nie są rzeczy banalne i dane raz na zawsze.

Ale wydarzenia w Kijowie są wyjątkiem. A Charków? A Donieck? Tam ludzie znacznie słabiej rozumieją, o co chodzi kijowianom niż my to rozumiemy w Warszawie. A Łuck, który nadał Stepanowi Banderze honorowe obywatelstwo? Nie kiedyś tam, tylko w 2010, dopiero co. A nacjonalistyczna partia Swoboda, aktywna też w obecnych protestach? Też mamy ONR, ale on nie bierze udziału w wyborach, to margines. Poziom korupcji, która jest głównym mechanizmem napędowym państwa i jego gospodarki, na długo przekreśla europejskie aspiracje tej części Ukraińców, którzy je mają. A Janukowycz jest wyrazicielem olbrzymiej części ukraińskiego społeczeństwa, które nadal postrzega NATO jak wroga, i któremu mentalnie i poltycznie bliżej do Rosji niż do Europy.

Polscy politycy, by zbliżyć Ukrainę do UE, powinni mówić jak naprawdę rzeczy się mają. Ale często inaczej postrzegają swoją rolę. Gdy tylko staną na czele takiej czy innej unijnej delegacji na głowie stają, żeby przed "zachodnimi" ukryć stan rzeczy: "wybory na Ukrainie przebiegają wzorowo. Walka z korupcją jest skuteczna. Prasa jest wolna". Bzdury. Tak nie jest. Na wątpliwości odpowiadają zawsze podobnie: "to taka wschodnia, słowiańska specyfika. Tylko my Polacy to rozumiemy. Dlatego jesteśmy nieodzownym łącznikiem między wschodnią Europą a UE". Oszukując polską i unijną opinię publiczną nie przybliżają Ukrainy do Europy. Zbyt często odnoszę wrażenie, że wielu polskich polityków, mediując w sprawie Ukrainy, zachowuje się jak kiepski, skorumpowany adwokat, który chce wielką, poważną firmę skusić do zrobienia interesu z półlegalnym warsztatem, bo liczy, że sam na tym skorzysta.

A przedstawianie układu stowarzyszeniowego jako furtki do członkostwa to skrajna nieodpowiedzialność. Bywa, że również hipokryzja, gdy hasło "Razem w UE" rzuca eurosceptyczny polityk. Wszyscy ci, którzy dają Ukraińcom nadzieję, że przystąpienie do UE, przez osmozę chyba, zapewni Ukrainie demokrację, sprawne państwo i wolną od korupcji i sprawną gospodarkę, po prostu ich oszukują. Nie tak to działa. Najpierw trzeba spełnić warunki, potem przystępować do UE. Ich spełnieniu może i powinno służyć stowarzyszenie. Ale nie wolno go forsować wedle zasady: byle podpisać, byle skłonić Brukselę do wystawiena czeków (zasadne było pytanie Sikorskiego o "polskie miliony", które Kaczyński chce wpompować za pośrednictwem Janukowycza w skorumpowaną Ukrainę), a potem jakoś to będzie. To złe dla Ukrainy. Złe oczywiście dla UE i idei integracji, partnerstwa, stowarzyszenia, rozszerzenia. To również złe dla Polski. Reformy i modernizacja Ukrainy: to jest cel, w realizacji którego powinniśmy pomagać Ukraińcom zamiast mamić ich niejasnym dla wielu pojęciem "członkostwa", jak hohsztapler mamiący jarmarczną publiczność zaklęciem abrakadabra.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...