Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć zbiorowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć zbiorowa. Pokaż wszystkie posty

2016-02-10

Trudne prawdy nie zasługują na ordery

Naród, który uważa, że niewinność jest częścią jego genotypu, jest moralnie i intelektualnie niedorozwinięty. Naród niezdolny do uderzenia się w piersi z powodu zbrodni wyrządzanych w jego imieniu, nie zasługuje na szacunek. Naród, który za godną nagrody zasługę może uznać każde pochlebstwo, ale który jest gotów odbierać zasłużonym ordery, gdy dopuszczą się krytyki narodu, jest śmieszny. Decyzja prezydenta w sprawie propozycji odebrania profesorowi Grossowi orderu będzie nie tylko wyrazem jego stosunku do Tomasza Grossa, ale i odpowiedzią na pytanie jak jego środowisko polityczne rozumie honor i dobro narodu i czy moralnie i intelektualnie jest zdolne do stawienia czoła przeszłości.

Prof. Jan Tomasz Gross
O odebranie Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi prof. Janowi Tomaszowi Grossowi zaapelowała do prezydenta Dudy fundacja pod nazwą "Reduta Dobrego Imienia - Polska liga przeciw zniesławieniom", w której radzie zasiada między innymi profesor Piotr Gliński, minister kultury i dziedzictwa narodowego. Prezydent się zastanawia, wystąpił do MSZ o opinię. Gross od dawna jest na celowników prawicowych obrońców narodowego dziewictwa (nie mylić z dziedzictwem), którzy każdą hańbiącą prawdę o narodzie uznają za kłamstwo i obrazę. Nigdy nie darują autorowi "Sąsiadów" ujawnienia pogromu w Jedwabnem. Gross dał im pretekst do formalnego działania, gdy w ubiegłym roku udzielił wywiadu niemieckiemu Die Welt. Tłumaczył tam postawę polskiego społeczeństwa wobec uchodźców między innymi doświadczeniami wojennymi swych rodaków. To tam upublicznił hipotezę, która wywołała w Polsce burzę. Jego zdaniem w czasie drugiej wojny światowej Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców.

O tezie postawionej przez Grossa wiele napisano i powiedziano. Odwołuje się ona do statystyk trudno sprawdzalnych, bez względu na to, czy analizuje się je by hipotezę profesora potwierdzić czy obalić. Wybitny polsko-amerykański uczony, wykładowca w Princeton, socjolog i specjalista od holocaustu i historii stosunków polsko-żydowskich jest pewnie w stanie udowodnić słuszność swych wyliczeń, co nie znaczy, że inni eksperci muszą uznać je za odzwieciedlające prawdę. Nie w tym rzecz. Chodzi o absurd, nad którym polski prezydent z całą powagą się pochylił. Odbierać ordery za naukowe hipotezy? Albo nawet za opinie polityczne? Czy literackie lub sceniczne skojarzenia? I może za rzeźby i obrazy?

Są w prawie przewidziane sankcje za promowanie wrogich ludzkości i jednostce ideologii. Wypowiedź Grossa oczywiście pod te paragrafy nie podpada. Przypinanie i dopinanie odznaczeń to jednak działanie innej natury. Nie wyobrażam sobie, żeby amerykański rząd odbierał wyróżnienia czy ordery historykowi albo literatowi, który krytycznie napisze o ludobójstwie Indian leżącym przecież u podwalin Stanów Zjednoczonych. Albo o niewolnictwie i appartheidzie: tak, w państwie uznawanym przez wielu, nie wiedzieć czemu, za symbol i oazę demokracji, jeszcze w latach w sześćdziesiątych czarni nie mieli tych samych praw co biali. A wojna w Wietnamie, niewyczerpane źródło inspiracji dla niezwykle ktrytycznych wobec amerykańskiego państwa filmów, książek i historycznych opracowań? Nie znam przypadku, by uznany izraelski pisarz czy naukowiec był przez władze karany odebraniem dystynkcji z tego powodu, że oskarża państwo Izrael o segregację rasową i czystki etniczne. Przykład Niemców, którzy jak żaden inny naród potrafili poradzi sobie z przeszłością, jest zbyt oczywisty, by go rozwijać. Ale również Francuzi, Belgowie, Holendrzy czy Brytyjczycy nie wpadliby na pomysł, żeby odbierać dyplomy czy odznaczenia komukolwiek za to, że formułuje przykre dla narodowego ego hipotezy dotyczące kolonializmu lub wojen światowych.

W Polsce obrona dobrego imienia narodu poprzez zabieranie odznaczeń najwyraźniej tylko przez mniejszość uznawana jest za absurd. To niezwykle interesujące w kraju, którym rządzi obóz polityczny tak często odwołujący się do przeszłości i do historii. Do tradycji i dziedzictwa. Słusznie mówił Sołżenicyn, że dziedzictwem narodu są również zbrodnie jego przodków, "winy naszych ojców". Naród to nie tylko wspólnota dumy, ale i poczucia winy. Nie da się jednego od drugiego oddzielić, bo duma zbudowana na kłamstwie i konsensusie przemilczenia to uzurpacja. Ten sam Sołżenicyn zwracał uwagę, że narody to nie tylko wspólnoty polityczne, ale i duchowe. Ten pogląd powinien być ideologom z PiS szczególnie bliski. Na pewno bardziej niż zasada, wedle której demokracja to również odpowiedzialność: zbiorowa i indywidualna, polityczna (obywatelska) i historyczna. Odpowiedzialność nawet nie w sensie winy i kary, ale w znaczeniu gotowości do wzięcia odpowiedzialności: za siebie, za swoje dzieci, a więc i za swoich ojców i dziadów. To miał na myśli Gilbert K. Chesterton, gdy w "Ortodoksji" pisał o "demokracji umarłych". Niechże o tym pamiętają apologeci tak zwanej "polityki historycznej".

Przyjęcie na siebie chwały za dokonania i odpowiedzialności za przewiny przodków może objawić się w postaci przerysowanych metafor i zbyt wybujałych hiperbol. Po to jest wolność słowa i myśli, żeby z nimi dyskutować. Ale odbieranie orderów aktywnym i publicznie uznanym uczestnikom takiej dyskusji to gorzej niż małostkowość: to głupota.



2016-01-10

Mitotologie i pamięć historyczna

Przeciwnicy PiS mnie pocieszają, że za 50 lat o żadnym PiS-ie nikt nie będzie pamiętał. Bo takich miernot się nie pamięta, historia jest nieubłagana. A przecież to nie o historię chodzi, bo ta jest bezwolna, nic od niej nie zależy, lecz właśnie o ułomną ludzką pamięć. Ona nie wartościuje, jest jak plastelina: utrwali narzucone kształty jeśli tylko ktoś ją zechce ulepić.

Czyż nie temu ma służyć „polityka historyczna”? Nie wiadomo więc jak będzie. Może socjotechnika Jarosława Kaczyńskiego zadziała, może go ludzie zapamiętają jako Ojca Wielkiej Zmiany, albo przynajmniej tego, co chciał dobrze, ale źli ludzi mu przeszkodzili? Może nawet Lecha, Wielkiego Brata, będą pamiętać jako Prezydenta Tysiąclecia? Kto wie, nie takie cuda lepiono z ludzkiej pamięci, przytwierdzano lepkim słowotokiem na cokołach mitów.

Tworzeniu mitologii, w której herosami stają się miernoty i uzurpatorzy, towarzyszy przecinanie więzów pamięci splecionych wspólnym, pozytywnym doświadczeniem. Ich niszczenie odbywa się przez zawłaszczenie doświadczeń i pojęć (PiS stara się zawłaszczyć dziedzictwo pierwszej Solidarności) i przez oszczercze dezawuowanie postaci, które były prawdziwymi bohaterami swych czasów (jak Henryka Krzywonos czy Lech Wałęsa). Niemierzalna wydaje się potęga nienawiści pisowców wobec każdego pozytywnego działania, cieszącego się powszechnym poparciem ludzi, którego zawłaszczyć się nie da i które nie jest przetłumaczalne na pisowski język konfrontacji, podziału, zamknięcia. Najbardziej oczywistym przykładem takiego działania jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
W społeczeństwie, w którym do budowania wspólnoty łatwiej wykorzystać naznaczone ideologią symbole niż obywatelską potrzebę współdziałania na rzecz sprawnego i uczciwego państwa, koncepcja "polityki historycznej" wdrażana przez PiS może na trwałe zatruć pamięć Polaków i ich sposób postrzegania rzeczywistości. Takie akcje jak WOŚP czy mobilizacja Komitetu Obrony Demokracji stanowią dziś najskuteczniejszą barierę przeciw naporowi ideologii propagowanej przez PiS. I dlatego tym gwałtowniej będą przez PiS zwalczane.



2013-10-04

Poprawność polityczna i inne poprawności

Do czego służy poprawność polityczna? W Polsce poprawność polityczna służy do budowania kulturowej tożsamości "niepokornych". Tak jak Unia Europejska służy do budowania politycznej tożsamości brytyjskim eurofobom z partyjki UKIP. Nasi "niepokorni" też zresztą są eurosceptyczni i z przekąsem mówią o "europejczykach". "Niepokorni" konsekwentnie nawiązują do polskiej tradycji i nie bez powodu, bo tradycja niepokorności jest w Polsce długa i bogata. Dzisiejsi nasi niepokorni, wielbiciele powstań i piewcy starych, dobrych wartości, przebrani w kostium niepokorności wyglądają jednak jak statuetki "małego powstańca" ze Starego Miasta w Warszawie: kiczowata materializacja tandetnej odmiany pamięci zbiorowej, figura pewnej formy poprawności, narodowego konwenansu. To podstarzali i nadęci naśladowcy "Szatana z siódmej klasy" (dla przypomnienia: powieść dla młodzieży Kornela Makuszyńskiego): chcą być tak samo sztubaccy, ale pozbawieni są jego polotu, świeżości i niezawodnej logiki.

"Niepokorność" budowana w opozycji do poprawności politycznej nie jest atrybutem jednej grupy politycznej, ideologicznej wspólnoty, specyficznego środowiska. Moda na nią jest dość powszechna. W dobrym tonie jest w Polsce wyszydzać polityczną poprawność, jej wyszydzanie jest wręcz obowiązkowym składnikiem popularnej u nas poprawności politycznej á rebour. Nic więc dziwnego, że wystawiana przez Teatr Współczesny w Warszawie sztuka Géralda Sibleyrasa "Napis" od paru lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem publiczności, bo przecież mówi o politycznej poprawności. Tak przynajmniej wynika z przygniatatającej większości recenzji publikowanych w polskiej prasie.

W odróżnieniu od recenzji francuskich (sztuka powstała nad Sekwaną), gdzie mowa głównie o satyrze na ludzką głupotę i zakłamanie, polskie recenzje zwykle chwalą autora za jego odważny atak na polityczną poprawność ("gorzka komedia o politycznej poprawności", czytamy w Rzeczpospolitej). Głupota ma tu więc bardzo konkretną nazwę, ma też bardzo konkretne korzenie, bo niemal wszędzie (Nasz Dziennik, Rzeczpospolita, Przegląd Powszechny) bohaterowie sztuki, wyznawcy poprawności politycznej i drobnomieszczańskiej zasady "do cudzych spraw się nie mieszam" to "Europejczycy". Europejczycy, czyli oni, czyli obcy.

To zabawne jak często polscy recenzenci odnoszą się do europejskości poprawności politycznej, bo w sztuce nic na ten temat nie ma. We Francji polityczna poprawność przez lata była wyśmiewania jako amerykański wymysł, objaw tamtejszego zakłamania (historycznie rzecz biorąc to uzasadnione). "Teraz, kiedy mamy Europę" jest w sztuce jednym z licznych komunałów. Ale w polskich recenzjach Europa, Europejczycy, wspólna Europa to nie jedna z wielu ideii skorumpowanych bezmyślnych nadużywaniem. To nie osierocone słowo, pozbawione myśli. To kontekst. To naturalna pożywka znienawidzonej politycznej poprawności.

W Polsce najgorętszymi przeciwnikami politycznej poprawności są krzewiciele i obrońcy innych rodzajów poprawności: narodowej, historycznej, obyczajowej. Wszystkie one, jak im sie przyjrzeć, też są polityczne, ale polityczne inaczej. Naszość jest kryterium odróżniającym. Bo tamta poprawność jest cudza, a te są nasze. W Naszym Dzienniku używają nawet anglojęzycznego terminu political correct, żeby było jasne, że chodzi o obcą modę. Sibleyras wyśmiewa ludzką głupotę, u nas jednak jego sztuka odbierana jest jak satyra na obcych i na tych wśród nas, co jak modne papugi po nich powtarzają. Tam naturalnym odwołaniem jest Gustave Flaubert, w naszych głowach niezmiennie brzmi jak ostrzeżenie fraza z "Grobu Agamemnona" Słowackiego: "pawiem narodów byłaś i papugą, a teraz jesteś służebnicą cudzą".

Poprawność polityczna, zdemaskowana w polskich recenzjach jako obiekt szyderstwa Sibleyrasa jest też jasno usytuowana w czasie: jest elementem naszej współczesności, jest opakowaniem narzuconej nam nowoczesności, "nowinkarstwa", poddaniem się "prądowi czasu" jak napisano w Naszym Dzienniku. Bohaterowie sztuki (z jednym chlubnym wyjątkiem) to "nowocześni w poglądach" (Nasz Dziennik) "zwolennicy postępu" (Rzeczpospolita), "spora część Europejczyków z dumą mówiących o sobie my jesteśmy nowocześni i pozbawieni uprzedzeń" (Polskie Radio). Sibleyras tymczasem nie gloryfikuje z zasady lepszej zaszłości od naturalnie gorszej nowości. Nie cierpi na fobię polskich niepokornych. Może też dlatego, że dla niego odrzucenie faszyzmu, rasizmu, homofobii nie jest żadną nowinką. Nie jest "lewicową demagogią" (Przegląd Powszechny). U nas - ciągle jest. Pewne zasady poprawności (nie koniecznie politycznej w utartym znaczeniu tego terminu, poprawności ludzkiej, po prostu, zakorzenione od kilkudziesięciu lat (tak, nie od wieków przecież) jako normy współżycia i elementy debaty publicznej u nas są wciąż budzącymi nieufność obcymi nowinkami. Tak się złożyło, że ich objawienie zbiegło się w czasie z przystąpieniem do Unii Europejskiej.

Ma rację recenzent Polskiego Radia, który zauważa, że "to są współcześni "straszni mieszczanie" po mistrzowsku sportretowani niegdyś przez Tuwima. Sibleyras pokazuje jednak, że znak tego drobnomieszczaństwa odwrócił się. O ile dawny kołtun z furią niszczył wszystko, co nowoczesne i wnoszące trochę świeżego powietrza w bogoojczyźniany światek, dziś kołtun ponowoczesny z równą nienawiścią niszczy wszystko i wszystkich, którym nie odpowiada zredukowana do banału nowoczesność i otwartość." Ma rację, gdy mówi o francuskim kołtunie. Polski kołtun ma ten etap jeszcze przed sobą i bliżej mu do kołtuństwa opisywanego przez Dulską i Tuwima, niż przez Sibleyrasa.

Sibleyras wyśmiewa bezmyślność, bezrozumne posługiwanie się ideami-gotowcami, ideowym prêt à porter, ale nie same idee. To nie tolerancja, nie odrzucenie rasizmu są żałosne, ale to, że między słowem a ideą, między hasłem a wartością nie ma już związku. Tak rodzi się hipokryzja: poprawne komunały maskującą zakorzenione, stare nienawiści, na przykład antysemityzm. W dialogach jest klepanie frazesów. Nie ma myśli. Są konwenanse. Nie ma przekonań. Problem to stary, znany i opisywany we Francji przynajmniej od 18 wieku. Sibleyras w sposób oczywisty nawiązuje do słownika komunałów Flauberta i do postaci panów Bouvard i Pécuchet.

Krytycy polskiej sztuki (literatury, malarstwa, filmu) często zarzucają jej niezdolność do przekazywania treści uniwersalnych, do wyjścia poza polską lokalność. To nic nowego. Ciekawe jednak, że to uwięzienie w lokalności dotyczy nie tylko twórców, ale też odbiorców sztuki, którzy automatycznie odczytują treści uniwersalne jak lokalne, ponadczasowe - jak dziejące się teraz. Tłumaczy to zapewne sukces "Napisu" w Polsce, sztuki sympatycznej, ale jednak bulwarówki (skeczowa interpretacja tekstu przez aktorów Macieja Englerta jeszcze ten charakter podkreśla). Lubimy Sibleyrasa, bo to swój chłop: stamtąd, ale świetnie rozumie nasze spojrzenie, przyznaje nam rację. Możliwe, że by się Sibleyras zdziwił, gdyby wiedział.

Streszczenie sztuki i wybór recenzji z polskich mediów są dostępne na stronie internetowej Teratru Współczesnego.

 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...