Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty

2017-02-03

Państwo dobrej zmiany walczy z antyrasistami

Na wezwanie księdza-neofaszysty pisowska władza zleciła śledztwo w sprawie Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych prokuraturze okręgowej w Białymstoku, tej samej, która z zasady uważa rasizm i ksenofobię za nieszkodliwe społecznie. Bez względu na rozwój wypadków, to zdarzenie ma rangę symbolu. PiS przeszedł do nowego etapu działań, nowego etapu swej narodowej rewolucji, i z ostentacją ogłasza: nie cofniemy się przed niczym.

Niedawno neofaszysta w sutannie, tzw. kapelan nacjonalistów, ks. Jacek Międlar wezwał do delegalizacji Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Następnie chwalił się na Twitterze pozytywną reakcją władz: odzew prokuratury był natychmiastowy. 

Ośrodek jest solą w oku pisowskiej władzy, bo nieustannie udowadnia, że w Polsce jest rasizm. Tymczasem władza twierdzi co innego. Monitorowanie rasizmu i ksenofobii nie podoba się naturalnie samym rasistom i ksenofobom (którzy w Polsce dysponują silnymi strukturami, to nie tylko ONR i Falanga) ponieważ wielokrotnie skutkiem monitorowania przez Ośrodek było zablokowanie tworzonych przez nich stron i portali w mediach społecznościowych. A media społecznościowe, zwłaszcza Twitter i Facebook to główne platformy służące popularyzacji nienawiści rasowej i poglądów skrajnych, nie tylko w Polsce. Zachowania rasistowskie i ksenofobiczne pozostają zwykle bezkarne: stwierdza się brak szkodliwości społecznej czynu. Prym wiedzie tu prokuratura okręgowa w Białymstoku, która swastykę uznaje za nieszkodliwy azjatycki symbol szczęścia, a nie nazistowski emblemat.

Polską rządzą ludzie, którzy, jak Macierewicz, skłonni są ksenofobów i religijno-nacjonalistycznych integrystów uznać za „patriotyczną młodzież” i zaprosić do udziału w bojówkach zwanych „obroną terytorialną”; którzy, jak Jaroslaw Kaczyński, uciekających przed wojną ludzi uważa za roznosicieli chorób i zarazków, jeśli mają inny niż biały kolor skóry i wyznają inna niż katolicka religię; jak Mariusz Błaszczak, któremu rasizm wydaje się oczywistą reakcją na „multi-kulti” w Niemczech lub we Francji, natomiast nie ma nic wspólnego z aktami przemocy wobec obcokrajowców w Polsce, gdzie przecież nie ma „multi-kulti” (a tym samym nie może być rasizmu).  Politycy PiS wskazywanie palcem coraz częstszych rasistowskich incydentów uważają za „lewacką” propagandę skierowana przeciw Polsce. Ta władza nie tylko przymyka oczy na rasizm i ksenofobię, ona tym tendencjom wyraźnie sprzyja.


Określenie ideologii i działań PiS-u mianem neofaszystowskich wywołuje w Polsce niejednokrotnie żachnięcie: łatwo usłyszeć słowo „przesadzasz”. A przecież w dziedzinie ustroju, praworządności czy konstytucyjności wpływ idei Carla Schmitta jest bezsprzeczny. Teraz władza, którą firmują Kaczyński, Duda, Szydło, Kuchciński, Macierewicz, zrobiła krok dalej. W państwie „dobrej zmiany” coraz wyraźniej dochodzi do głosu, jako element systemowy, ksenofobia. I rasizm: pobrzmiewający w wypowiedziach publicznych, nie jest jeszcze ideologią oficjalnie głoszoną przez PiS. Ale należy już do nowego kanonu polskiego pluralizmu, tego samego, z którego wykluczone zostały: praworządność, tolerancja, w tym wobec mniejszości, liberalna demokracja, poszanowania praw człowieka, równość kobiet i mężczyzn. Artykuł 2. unijnego traktatu, który definiuje europejskie wartości będące podstawa wspólnoty, przestał w Polsce obowiązywać. Wrogowie społeczeństwa otwartego zakorzeenili się u władzy na dobre.

2016-10-16

Może to wszystko przez pomyłkę?

Przy okazji ostatnich deklaracji Jarosława Kaczyńskiego na temat aborcji, nie po raz pierwszy okazało się, że  prezes PiS wcale nie mówi tego co mówi. Zamiast naśmiewać się z niezręcznej egzegezy prezesowych słów dokonywanej przez jego podwładnych w rządzie, spojrzmy na tę retoryczna ekwilibrystykę z optymizmem: jest szansa, że wszystko wróci do normy. 

Być może okaże się, że cała polityka pisowskiego układu władzy: sejmowej większości,  rządu i prezydenta bierze się z błędnego zrozumienia słów i intencji prezesa. Może wyjdzie na jaw, że również w kwestii demokracji, praworządności wolności mediów, polityki zagranicznej, polityki obronnej i społecznej oraz finansów państwa prezes miał na myśli coś całkowicie odmiennego niż partyjni wykonawcy jego poleceń zrozumieli i zrealizowali. I że stąd problemy we wszystkich tych dziedzinach. 

Wystarczyłoby zinterpretować słowa prezesa właściwie, aby Polska wróciła do europejskiej rodziny narodów demokratycznych, jako prawowity i odpowiedzialny członek Unii Europejskiej. Ba, nawet KOD i Komisja Wenecka na pewno by przyklasnęli, gdyby pomyłkę wyeliminować.

Sprawa mogłaby się wydawać dziecinnie prosta, gdyby nie jeden szczegół: co zrobić, żeby właściwa interpretacja słów prezesa dotarła do umysłów pisowskich aparatczyków, ale żeby jednocześnie elektorat, który na PiS głosował wiedziony słowami prezesa nie zorientował się, że tępy jest, bo nic z przekazu nie skapował. Gdyby się to wydało, chryja by była nie z tej ziemi.



Przypomnienie: "Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię" - powiedział prezes PiS. Przedstawiciele rządu i partii twierdzili, że mial na myśli zupełnie co innego, niż nieuczeni w interpretacji słów Kaczyńskiego i źle nastawieni ludzie zrozumieli. 

2016-08-23

Soros i Sobieski, dwa bratanki

Kiedy opowiadam węgierskim przyjaciołom, że Sorosem w Polsce dzieci straszą (przynajmniej w mediach narodowych), otwierają szeroko oczy ze zdumienia, że u nas też. Bo u nich owszem, Soros juz dawno przez władzę narodową został ogłoszony zdrajcą, ale to Węgier. No właśnie, tlumaczę: dlatego, że zdrajca na Węgrzech to w Polsce można na nim psy wieszać. Na innych Węgrach nie można, bo wszyscy inni popierają Orbàna i kibicują polskiej dobrej zmianie (przynajmniej w mediach narodowych).  


George Soros ©Niccolò Caranti
Wypromowanie Sorosa na wroga Narodu Polskiego nie jest rozwiązaniem idealnym, bo zdrajca nie zdrajca, żyd nie żyd, ale jednak Węgier i dlatego jego wrogie działania tłumaczyć można w mediach narodowych  jedynie poprzez interes finansowy, z natury rzeczy sprzeczny z interesem polskim, a to trochę za mało. Żydostwa wyciągnąć mu wprost nie można, bo wróg nie śpi i zaraz bezpodstawnie oskarży Polski Naród o antysemityzm (a, niestety, z powodu "Sąsiadów" Grossa, "Idy" Pawlikowskiego i "pedagogiki wstydu" Zachodowi się wydaje, że Polacy to antysemici). 

Byłoby lepiej, gdybyśmy mieli własnego zdrajcę-kapitalistę, bo wtedy można by zastosować targowicką ornamentację, a na tym bardzo zyskałby styl przekazu. W końcu rytuał narodowej ewangelizacji też się liczy. Przypadek Sorosa pokazuje jak bardzo potrzebna jest polonizacja polskiej gospodarki. Gdybyśmy mieli własnego milionera promującego społeczeństwo otwarte (wedle terminologii mediów narodowych chodzi o wpuszczanie terrorystów, nic wspólnego z Karlem Popperem), żyda na dodatek (nic nie trzeba mówić, mrugnięcie okiem wystarczy), to też moglibyśmy go ogłosić zdrajcą, a tak, niestety, musimy sobie sobie zdrajcę pożyczyć od bratanków Madziarów i przystosować do naszych potrzeb. 

Na szczęścicie przystosowanie nie jest takie trudne, bo rząd PiS i rząd Fideszu mają podobne, by nie powiedzieć bliźniacze potrzeby i metody działania. Weźmy na przykład taką politykę historyczną. W Polsce Kaczyńskiego, tak jak na Węgrzech Orbàna  polityka historyczna to rodzaj pojęciowej plasteliny, z której lepi się przeszłość wedle najmodniejszych wzorów odpowiadających potrzebom teraźniejszości. I tu i tam rządzący są przekonani, że to fundament każdego działania, niezbędne uprawomocnieni każdej polityki. 

Oczywiście ta bliskość, choć piękna, nie jest wolna od zagrożeń. Z niepokojem czekam na dzień, w którym Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz odkryją, co Węgrzy wypisują w szkolnych podręcznikach historii. Otóż wbrew oczywistej oczywistości piszą tam, że to oni byli przedmurzem chrześcijaństwa: walcząc w XIII wieku z Mongołami, w XVI i XVII z Turkami, a w czasie drugiej wojny światowej z bolszewikami. Dziś, wobec zlaicyzowanego i liberalnego Zachodu, znów stanowią awangardę odbudowy narodowo-chrzescijańskiej Europy.  To samo mniej więcej mówi PiS, tylko że wedle polskiej polityki historycznej to Polska jest przedmurzem chrześcijaństwa. Jest jednak wyjście: możemy się z Węgrami podzielić Janem Sobieskim, jak oni podzielili się Georgem Sorosem. 

NB. Tekst powstał pod wpływem porażającego arogancją infantylnej propagandy materiału na temat nieistniejacej listy Sorosa wyemitowanego kilka dni temu w Wiadomościach. 

Na podobny temat:

Alternatywna Europa byłych demoludów (6.03.2013)


2016-07-10

Buntu nie będzie

Zablokowanie Trybunału Konstytucyjnego, likwidacja służby cywilnej i zastąpienie jej partyjnym aktywem, zrujnowanie relacji z Unią Europejską i z USA, inwigilacja i prawo do blokowania internetu, upaństwowienie mediów publicznych i wreszcie manipulacja i cenzura w TV. Za każdym razem słyszę: teraz przegięli, ludzie się zbuntują. 

1989
Słyszę to od tych, co jeszcze rok, parę miesięcy temu mówili mi: przesadzasz, popadasz w antyspisowską obsesję. Ale ci, co się mieli zbuntować, już się zbuntowali. Popatrzcie dobrze: oni nie są większością! Większość doprowadziła Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa wyborach i dzisiaj zagłosowałaby tak samo. PiS nie szczędzi starań, by determinacja kontestujących nowy porządek nie opadła, by zbuntowani się nie znudzili. Ale tej determinacji nie wystarczy, by przekonać tę drugą część Polski: tych, którzy mają w nosie i tych, którym naprawdę się "dobra zmiana" podoba. Naprawdę.

Nie dołączą do buntu i żadne policyjne represje tego nie zmienią. Będzie jak zwykle, jak zawsze i wszędzie bywało: bunt zacznie się wtedy, gdy w portfelu zacznie ubywać, a nie przybywać, gdy przyjdą podwyżki cen i nie pozostanie już nic do rozdania. Ponieważ jednak w ciagu ostatnich dwudziestu sześciu lat sporo udało się wypracować (tak, pamiętam, że alokacja szwankowała), to na dość długo może wystarczyć. Może na przykład PiS wystarczyć do wygrania kolejnych wyborów.

Jeśli wagę poszczególnych praw podstawowych w społecznym odczuciu mierzyć potencjałem buntu, jaki wywoła ich ograniczenie, to okaże się, że najważniejszym prawem i najcenniejszą wartością współczesnej demokracji jest święte prawo obywatela do konsumpcji. Niech władza popełni ten jeden, jedyny niewybaczalny błąd, a wywoła gniew. Nie wcześniej.

***

NB. Kilka słów o kontekście tego wpisu. Przebywający w Warszawie z okazji szczytu NATO Barack Obama  8 lipca 2016 w jednoznaczny sposób przypomniał polskim władzom o koniecznosci przestrzegania praworządności. Andrzeja Dudę upomniał w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. A na konferencji prasowej powiedział "Zaapelowaliśmy do wszystkich stron o wspólne działania dla dobra polskich instytucji demokratycznych. To właśnie bowiem czyni z nas demokracje – nie słowa zapisane w konstytucji czy fakt udziału w wyborach, ale instytucje, na których na co dzień polegamy, takie jak rządy prawa, niezależne sądownictwo i wolne media. Wiem, że są to wartości, na których zależy prezydentowi. Te właśnie wartości leżą u podstaw naszego Sojuszu, który został zbudowany, jak to zapisano w Traktacie Północnoatlantyckim, „na zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa”Telewizyjne Wiadomości, tuba propagandowa rządu, ocenzurowały  wypowiedź Obamy, a w redakcyjnym komentarzu sugerowaly, że amerykański prezydent wyraźnie zadeklarował,  że polska demokracja nie jest zagrożona. Ta seria klamstw i manipulacji (dostrzeżona przez międzynarodowe media) została uzupełniona podczas oficjalnej wystawy poświeconej  przystapieniu Polski do NATO. Pominięto na niej wszystkie kluczowe dla tego procesu postaci , lacznie z Bronislawem Geremkiem, który układ negocjował i podpisał zastępując je osobami o żadnym lub trzeciorzędnym znaczeniu, ale za to związanymi z PiS.

2016-02-23

Kto opowie Radzie Europy o polskich mediach publicznych

Celem niedawnej wizyty przedstawicieli Komisji Weneckiej Rady Europy w Warszawie było zbadanie sytuacji Trybunału Konstytucyjnego, ale nie oznacza to, że jest to jedyna polska kwestia, którą szacowna instytucja się zajmuje. Zmiany w mediach publicznych w Polsce będą tematem wysłuchania zaplanowanego przez komisję ds. polityki i demokracji Rady Europy na 8 marca w Paryżu. Wysłuchania takie mają to do siebie, że występują na nich przedstawiciele zaintersowanych stron. Od tego kto będzie reprezentował polskie środowisko dziennikarskie zależeć będzie w dużej mierze jaką opinię w przedmiotowej sprawie wyrobi sobie Rada Europy.

Nie ma się co dziwić, że Radzie Europy trudno zrozumieć, kto powinien reprezentować polskich dziennikarzy na posiedzeniu w Paryżu. Stopień skłócenia i politycznego uwikłania dziennikarzy w Polsce doprowadził do atomizacji środowiska. W ogóle o środowisku dziennikarskim trudno mówić. Większość nie przejawia potrzeby środowiskowej aktywności. Owszem, jest parę dziennikarskich stowarzyszeń. Ale najbardziej znane i historycznie zasłużone SDP stało się już dawno pisowską przybudówką. Nie bardzo rozumiem, dlaczego Stefan Bratkowski, współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia w czasie, gdy zostało zdelegalizowane przez komunistyczną włądzę, do dziś wierny dawnym ideałom wolności i niezależności i redaktor naczelny Studia Opinii, pozostaje prezesem honorowym tego zgrupowania gadzinowców. Postpezetpeerowskie Stowarzyszenie Dziennikarzy RP, które zostało stworzone za czasów Jerzego Urbana jako legalna, posłuszna władzy przeciwwaga dla nielegalnego i opozycyjnego ś.p. SDP, nie jest warte zapraszania gdziekolwiek. A na pewno nie na międzynarodowe wysłuchania w sprawie wolności prasy.

Jest też Towarzystwo Dziennikarskie. Ideowo najbliższe dawnemu SDP. Ale powstałe bardziej z przekonania, że coś poza pisowskim SDP musi istnieć, niż z woli działania. Na ich stronie internetowej, w rubryce Aktualności, dominują wpisy z... 2012 i 2013 roku. Najnowsze stanowisko Towarzystwa opublikowane 18 lutego 2016 dotyczy zmian w mediach publicznych. Ale tytuł jest mylący. Bo nie sposób doszukać się w tym stanowisku analizy sytuacji, propozycji działania, apelu do władz albo dziennikarzy. To tylko lista dziennikarzy z Warszawy (sic!), których Towarzystwo "uznało za ofiary politycznej czystki w mediach publicznych".

Wygląda więc na to, że 8 marca w Paryżu o wolności mediów w Polsce, w imieniu "środowiska", będą mówili przedstawiciele pisowskiego SDP. A, ma być też ktoś z Gazety Wyborczej. Dla przeciwwagi. To beznadziejny scenariusz i dowód gnuśności ludzi, od których moglibyśmy oczekiwać obrony praworządności i demokracji we wszystkich jej wymiarach. Okazuje się, że nawet swego zawodowego wymiaru bronić nie są w stanie.

Opinie Rady Europy, publiczne dyskusje komisji Zgromadzenia Parlamentarnego RE i oceny przeprowadzone przez Komisję Wenecką będą brane pod uwagę przez Komisję Europejską i Parlament Europejski, gdy przedmiotem ich działań (Komisja Europejska) i obrad lub rezolucji (Parlament Europejski) będzie sytuacja mediów w Polsce. A stanie się tak już niedługo. Po małej ustawie medialnej, przyjdzie w kwietniu właściwa ustawa o mediach narodowych. Co ona oznacza? Tylko jeden przykład, o którym już się tu i ówdzie mówi: na jej mocy zwolnieni zostaną wszyscy pracownicy Polskiej Agencji Prasowej. Po lustracji większość (podobno) zostanie zatrudniona ponownie. Ale "narodowa" PAP stanie się agencją rządową. Dziś finansowana w ponad 90% z działalności rynkowej, stanie się całkowicie sterowaną przez PiS instytucją propagandową. Międzynarodowa opinia publiczna, Komisja Europejska, Kongres USA, Reporterzy bez granic, Amnesty International to zauważą. Ale czy znajdą się polscy przedstawiciele mediów, którzy będą w stanie zabrać głos w tej sprawie na forum europejskim i międzynarodowym? Mam wrażenie, że na razie zadawala ich udział w radiowych porankach, do których nawzajem się zapraszają i gdzie dyskutują sami ze sobą.



PS. Wczoraj w Parlamencie Europejskim w Brukseli odbyło się wysłuchanie publiczne na temat roli sądownictwa w obronie zasad praworządności, demokracji i praw podstawowych. Węgierski Fidesz, korzystając z niedoinformowania i naiwności organizatorów, doprowadził do zaproszenia jako eksperta przedstawiciela stowarzyszenia Alapjogokért Központ (Centrum Praw Podstawowych) - proorbanowskiego ośrodka, stworzonego przez zwoleników Fideszu by reagować na międzynarodową krytykę wobec rządu łąmiącego zasady demokracji i praworządności. Taką samą rolę odegra w Paryżu pisowskie SDP przedstawiając opinię "środowiska dziennikarskiego" w Polsce.

2016-01-18

Co powie w Strasburgu Beata Szydło i po co

Polska premier jedzie do Strasburga, bo Orban jeździł. Tak jak wcześniej miała nie jechać, bo Orbàn jeździł nie zawsze. Podjęta w ostatniej chwili decyzja, prezentowana teraz jako realizacja oczywistego i znanego od dawna zamierzenia, to objaw nagłego przypływu świadomości w dyrektoriacie Partii, że jednak ktoś zauważył, co się w Polsce dzieje, że jednak się to komuś nie podoba, i że jednak ma to jakieś społeczne, polityczne i gospodarcze skutki. Zdziwienie, z jakim Partia reaguje na tę nową dla siebie sytuację może obniżyć skuteczność i wiarygodność retoryki, którą pani premier chce zastosować w Strasburgu, aby przekonać posłów, że w Polsce nic złego się nie stało.

Poziom zaskoczenia PiS międzynarodową reakcją, jaką wywołuje prowadzona w Polsce polityka jest miarą mentalnego i cywilizacyjnego dystansu, jaki dzieli tę partię od funkcjonujących w Unii Europejskiej współczesnych formacji politycznych, które mają inne wartości, inne idee, inny język opisu rzeczywistości i politycznego komunikowania. Władza PiS jest z innej czasoprzestrzeni (przeczytaj więcej). To niezbędna informacja, by zrozumieć dlaczego, gdy politycy PiS używają terminów demokracja, Europa, wolność, władza lub prawo, to terminy te mają inne znaczenie, niż gdy wypowiadają je politycy unijni. Przy czym przymiotnik "unijni" niekoniecznie oznacza ludzi z innych krajów, może dotyczyć również Polaków, ale mówiących językiem współczesności.

Nie wiecie i nie rozumiecie

Tych terminów użyje też Beata Szydło, gdy w Strasburgu będzie przekonywać posłów, jak bardzo się mylą oceniając negatywnie sytuację w Polsce. Powie im, że nie zrozumieli i że nie wiedzą. To zawsze ryzykowny przekaz, gdy chce się kogoś udobruchać. Dlaczego niby mieliby nie wiedzieć? Skąd ten argument? Z dwóch powodów, a każdy z nich unaocznia potęgę wpływu Prezesa Kaczyńskiego na wszelkie działania, na myślenie i artykułowanie myśli przez jego wyznawców. Po pierwsze, Prezes nie do końca jest świadom tempa, z jaką rozchodzi się dziś informacja, zakresu jej dostępności i skutków technologicznej zmiany, która zaszła w ciagu ostatnich 30 lat. Po drugie, wyznawcy Prezesa przesiąknięci są jego wiarą w Wielką Manipulację. A ta z kolei jest wynikiem Wielkiego Spisku uknutego przez "różne grupy".

Prawda, fakty, które ją budują, nie mają wymiaru epistemologicznego. Są jedynie zawartoscią manipulacji. Dlatego w Polsce trzeba media opanować, żeby zmienić zawartość, zamienić manipulację wroga na swoją własną manipulację. A poza Polską wytłumaczyć tym zachodnim naiwniakom, że zostali zmanipulowani i dostarczyć im właściwych informacji. Takie jest zadanie Beaty Szydło. Taki był cel wizyty w PE ministra spraw zagranicznych Konrada Szymańskiego. Taki jest cel artykułu opublikowanego przed prezydenta Dudę w Financial Times. Po to, za pieniądze rządu i grupy EKR w Parlamencie Europejskim, ukazują się artykuły sponsorowane w zagranicznej prasie. Wszystkie tłumaczą, że nic się złego w Polsce nie stało. Że wręcz przeciwnie: wszystko się ma ku lepszemu, bo to poprzedni rząd był zły. A ci, którzy twierdzą inaczej, są albo sprawcami antypolskiej manipulacji, albo jej ofiarami. Beata Szydło zwróci się w Strasburgu do nieświadomych ofiar Wielkiej Manipulacji, ponieważ Prezes myśli, że "różne grupy" przekazały unijnym politykom i instytucjom, odciętym przecież od informacji z dalekiej Polski, fałszywy obraz działań polskich władz.

To nie wasza sprawa, to wam się nie opłaca

A co, jeśli ktoś mimo wszystko nie uwierzy w dobrą nowinę pisowskich apostołów? A co, jeśli ktoś krytykuje PiS, bo ma w tym interes? Dla tej części publiki też jest przekaz. Po pierwsze, co wam do tego? - powie im Beata Szydło. Polacy nas wybrali, bo chcieli zmiany, a my te zmiany wprowadzamy, na tym przecież polega demokracja. To, że wielu wyborców głosowało na lewicowy program PiS (sedno ich kampanii wyborczej), a nie za nacjonalistycznym, wyznaniowym autorytaryzmem (który podczas kampanii wyborczej ukazywał się na stronie internetowej PiS w postaci zwięłej formuły "Error 404"), to szczegół (przeczytaj więcej), o którym Pani premier nie wspomni, bo to bez znaczenia: demokracja dla PiS to jeden z mechanizmów (są inne, z których mogliśmy skorzystać, ale nie było potrzeby) służących przejęciu władzy; władza, to realizowanie przez zwycięzcę swoich zamysłów. To, że w obronie zagrożonej demokracji manifestują w Polsce ludzie, to nie jest problem, tylko kolejny dowód, że jest w Polsce demokracja (moglibyśmy ich spałować, ale tego nie robimy - jeszcze).

Jeżeli i ten argument nie trafi do manipulatorów i zmanipulowanych, to Beata Szydło odwoła się do bilansu zysków i strat. Po co wam to? - zapyta. Jest tyle ważnych spraw, z którymi Unia musi sobie poradzić, bo jak nie to się rozleci, a wy się zajmujecie jakimiś drobiazgami w naszym kraju? Na który i tak nie macie wpływu, bo demokratycznie wybrana władza nie ugnie się przed wichrzycielami i zewnętrzną ingerencją w wewnętrzne sprawy Polski (jak echo historii słychać w tej argumentacji wystąpienia Gomułki, Moczara, Cioska z 1968 roku, ale kto na tym obcym, nieświadomym niczego Zachodzie może to zauważyć?). Tymczasem Komisja Europejska wszczynając swoją procedurę miesza się w nie swoje sprawy (przeczytaj więcej). Ustawia się po jednej stronie politycznego sporu, zamiast zachować neutalność. Tak jak ci politycy, niemieckie wilki w unijnej skórze, jak Schulz czy inne Junckery, Verhofstadty i Timmermansy (Luksemburczyk, Belg i Holender, ale co tam). Żadnego zysku z tego mieć nie będziecie, wiem to, bo Orbàn Prezesowi powiedział, że "możecie poszczekać, ale nie ugryziecie".

Jesteśmy proeuropejscy

W FT prezydent Duda napisał, że Polska była i pozostanie proeuropejska. Beata Szydło powtórzy tę deklarację w Strasburgu. Przed gmachem Parlamentu proeuropejskie hasła mają skandować zwolennicy Radia Maryja i aktyw Klubów Gazety Polskiej (dostali zgodę na protest uliczny mimo stanu wyjątkowego we Francji? Hmm). Tak, ci sami, którzy organizowali autokarowe pielgrzymki do Budapesztu by wesprzeć Viktora Orbàna. Na czym polega "proeuropejskość" PiS, bardzo dobrze widać na okładce tygodnika W Sieci, tej z Orbànem i Kaczyńskim i podpisem: "Oni bronią Europy". Duda czy Szydło naprawdę się łudzą, że nikt zapyta, dlaczego KOD manifestuje w Polsce pod unijnymi flagami? Że nikt nie dostrzeże hipokryzji w jej retoryce? Tych usuniętych przez Szydło flag UE; likwidacji stanowiska pełnomocnika do spraw przygotowania przyjęcia euro (bo przecież PiS zamierza niczego przyjmować - tu więcej); tego podważania podstaw prawnych decyzji Komisji Europejskiej, "strażnika traktatów, zgodnie z zasadą, że w Polsce tylko polskie prawo się liczy (przeczytaj więcej). A przede wszystkim całkowicie innego od dominującego w UE rozumienia, czym jest integracja europejska (przeczytaj więcej).

W Strasburgu premier Szydło uraduje się, że może wystąpić w Parlamencie Europejskim, by przedstawić jak rzeczy się mają naprawdę. Zapewni, że cieszy się z woli dialogu ze strony Komisji i zadeklaruje, że oczywiście jej rząd odpowie na wszystkie pytania, żeby sprawę wyjaśnić, tym bardziej, że faktycznie Komisja niewiele wie. Zaapeluje, jak Duda, o "uczciwą i rzetelną" analizę sytuacji. Ale ani urzędowy optymizm, ani zapewnienia o woli współpracy nie wystarczą by, udobruchać posłów. Beata Szydło jeszcze nigdy w takiej debacie nie uczestniczyła. Nie ma ani doświadczenia ani determinacji ani łatwości wypowiedzi swego bohatera, Viktora Orbàna.

Ponoć posłowie PiS zabiegali, by ich premier mogła podczas debaty zabrać głos trzy, a nie dwa razy. Może i zabiegali, ale wcale to Beacie Szydło nie musi pomóc. Częstsze wystąpienia wymagają bardziej rzeczowej i szczegółowej reakcji na uwagi posłów. Czy Szydło sobie z tym poradzi? Owszem, taki scenariusz pozwala zwielokrotnić cięte riposty. Ale czy bedzie miała co zwielokrotniać? Czy odpowie na nie po angielsku, po francusku, czy też trzeba będzie tłumacza? To, jak sobie na tej debacie poradzi, będzie miało niewątpliwy wpływ na jej wizerunek w kraju i na pozycję we własnej partii. Warto tej debaty wysłuchać i zobaczyć, czy stawiając w końcu czoła wyzwaniu Beata Szydło zrealizuje swoje cele: przekonać opinię publiczną w Polsce, że jest twardym, skutecznym politykiem na arenie europejskiej i nakłonić europosłów do rezygnacji z lutowej rezolucji na temat sytuacji w Polsce lub przynajmniej do maksymalnego złagodzenia języka, w jakim zostanie napisana. Trudne zadanie.


Na podobny temat:
Przyjdzie Unia i wyrówna (6/01/2016) 
Komisja Europejska wszczyna procedurę (13/01/2016)
Po co Waszczykowskiemu opinia Rady Europy (28/12/2015)

2015-12-28

Po co Waszczykowskiemu opinia Rady Europy

Po ogłoszeniu przez MSZ informacji, że minister Witold Waszczykowski zwrócił się do komisji weneckiej Rady Europy o pinię na temat przeprowadzanych przez PiS "reform" konstytucyjnych zapanowała konsternacja: po co mu to? Odpowiedż jest prosta: chodzi o grę pozorów i działanie na zwłokę. Wszystko wedle taktyki manipulacji opracowanej i przećwiczonej przez Viktora Orbána.

Pytanie o zasadność działań MSZ jest zrozumiałe, bo nikt nie spodziewa się, by stojąca na straży praworządności komisja wenecka oceniła pozytywnie projekty zmian w Trybunale Konstytucyjnym przedstawione jej przez rząd PiS. Skoro więc opinia może być jedynie negatywna, to - rzeczywiście - po kie licho Waszczykowski nadstawia policzek?

Co więcej, z portalu Studio opinii dowiadujemy się, że Waszczykowski przedstawił komisji weneckiej projekty nieaktualne, a nie ten, o który faktycznie toczy się spór i który czeka na podpis prezydenta. Autor artykułu, Piotr Rachtan, wczytał się dokładnie w dokumentację i wykrył, że do zaopiniowania zostały przekazane druki sejmowe: nr 129 – projekt grupy Kukiz 15 i nr 122 – projekt poselski skierowany do pierwszego czytania. Natomiast nic nie wskazuje na to, by do zaopiniowania przekazano projekt poselski z poprawkami, przyjęty w drugim czytaniu, oraz ostateczną wersję tekstu przyjętą przez sejm i senat i przekazaną do podpisania prezydentowi. I znów pytanie wydaje się zasadne: po co? Czyżby PiS liczył, że organ konsultacyjny Rady Europy się na szwindlu nie pozna?

Metoda Orbana

Odpowiedzi na te pytania nie są skomplikowane, jeśli ktoś uważnie prześledzi zabawę w kotka i myszkę, jaką przez lata prowadzi z Radą Europy i z Komisją Europejską Viktor Orbán. Kilkanaście zmian konstytucji, kolejne ustawy "kardynalne" i inne akty prawne lub decyzje dotyczące mediów, sądów, mniejszości, sklepów wielkopowierzchniowych to prawdziwa lawina przepisów, którą Viktor Orbán zasypał Węgry. Za każdym razem, gdy któryś z nich był krytykowany przez opinię międzynarodową, Radę Europy lub instytucje unijne: Komisję Europejską i Parlament Europejski, węgierski premier zaczynał konsultacje.

Ruszała wymiana listów. W międzyczasie wstępny projekt będący przedmiotem korespondencji i "spotkań technicznych", zanim jeszcze konsultacje się zakończyły, był zastępowany kolejnym. Rozpoczynała się dyskusja o aktualizacji projektów. Gdy komisja wenecka lub Komisja Europejska wydawały opinię, Orbán za każdym razem za nią dziękował, ale jednocześnie informował, że dotyczyła ona starego projektu. Bo nowy, rzecz jasna, był już zupełnie, ale to zupełnie inny. Międzynarodowe i unijne gremia zaczynały więc od nowa trwającą tygodniami analizę napisanych po węgiersku projektów. I gdy ponownie udawało się opinię wydać, znów okazywało się, że dotyczy nieaktualnego tekstu. Od czasu do czasu Orbán wpada też do Strasburga, by wytłumaczyć w Parlamencie Europejskim zaistniałe "nieporozumienia" i "prawdziwy" sens swojej polityki. Czasem gra w kotka i myszkę się zatrzymuje, sprawa jest kierowana przez Komisję Europejską do Trybunału UE, co znów zabiera wiele czasu, a przede wszystkim, że względu na ograniczone kompetencje Komisji, dotyczy kwestii raczej technicznych niż fundamentalnych.

Wykorzystać "słabości" demokracji

Taką samą taktykę chce najwyraźniej prowadzić pisowski rząd. Tyle, że tempo jest w Polsce wyższe niż na Węgrzech. Waszczykowski postanowił ubiec komisję wenecką Rady Europy i czymś ją zająć. Nie tym, o co się toczy gra? Tym lepiej: zawsze będzie można powiedzieć, że sprawa jest po prostu bardzo skomplikowana, ale polski rząd wykazuje dobrą wolę i chęć współpracy. Waszczykowski wie, że zgodnie z procedurą przyjętą w 2014, Komisja Europejska zasięga opinii komisji wenckiej Rady Europy i z nią współpracuje. W ten sposób w grę włączone są też organy unijne.

Przyjęty przez sejm i senat projekt pewnie za pare dni zostanie podpisany. Ale nie byłbym też specjalnie zdziwiony, gdyby prezydent Duda, dla zachowania pozorów, odesłał oczekujący na jego podpis tekst do poprawki i gdyby wrócił on po kosmetycznych zmianach już jako "poprawiony" i niby uwzględniający uwagi komisji weneckiej.


Czym więcej zamieszania, czym więcej czasu upłynie, tym lepiej dla rządu, który przerabia ustrój Polski na swoje kopyto. Bez większości konstytucyjnej, z naruszeniem prawa, procedur i dobrych obyczajów. Dobre obyczaje nie mają znaczenia, gdy cel uświęca środki. Są traktowane jako element gry pozorów. Procedury, konsultacje - to kolejny słaby punkt demokracji, który zwolennicy demokratury starają się wykorzystać. Antydemokratyczne, antyliberalne i antyeuropejskie rządy PiS są rządami kłamstwa. A właśnie z kłamstwem demokracja liberalna i europejski parlamentaryzm radzą sobie kiepsko, bo zakładają, że gra musi toczyć się zgodnie z zasadami. PiS takie założenia odbiera jako naiwność i słabość, bo jest to partia, w której wyznaje się inny system wartości.

Makiawelizm pisowskich graczy jest łatwy do zdemaskowania, ale trudno na niego skutecznie zareagować. Być może Waszczykowski myśli, że w jego wykonaniu makiawelizm jest elementem dyplomacji. Ale pamiętajmy, kto pociąga za sznurki. W odniesieniu do Kaczyńskiego, definicji makiawelizmu szukać trzeba nie w rozdziale "doktryny polityczne" ale w rozdziale "psychopatia". Makiawelizm to również cecha chorej osobowości.

 

Aktualizacja: Prezydent Duda jednak podpisał dzisiaj znowelizowaną ustawę o Trybunale Konstytucyjnym. Grę pozorów zostawił Waszczykowskiemu, sam złożył noworoczny hołd swemu mocodawcy.




 

2015-12-10

Przychodzi Cameron do Szydło, a Szydło też...

Cameron, premier kraju spoza kontynentalnej Europy, przyjechał do Szydło, premier kraju spoza demokratycznej Europy, w nadziei, że znajdzie tu poparcie w demontowaniu Unii i wygaszaniu integracji europejskiej. Polska premier bardzo by chciała, ale nie bardzo sobie może na to pozwolić. To przekleństwo pochodzić z kraju zbyt biednego, by realizować swe pragnienia i idee.


PiS i brtyjscy torysi należą na szczeblu europejskim do tego samego, konserwatywnego i euroceptycznego ugrupowania politycznego: EKR. David Cameron wie, że eurosceptycyzm obecnych władz polskich jest silniejszy niż jego własny. PiS jest więcej niż "euroceptyczny", on jest antyeuropejski: cywilizacyjnie, kulturowo i światopoglądowo. Cameron miał więc prawo liczyć na większe zrozumienie w kwestii sabotażu integracji europejskiej, niż podczas swej poprzedniej wizyty w Warszawie, gdy rozmawiał z Ewą Kopacz.

PO należy na poziomie unijnym do konserwatywnego i proeuropejskiego ugrupowania EPL. Brytyjscy torysi też należeli kiedyś do EPL. Wystąpili z niego, gdy Cameron uznał, że aby utrzymać pozycję polityczną musi wygrać z eurofobicznym, nacjonalistycznym UKIP-em. A ponieważ UKIP to partia jednotematyczna, to jedynym polem walki o rząd brytyjskich dusz, na którym mógł stanąć do konkurencji z liderem eurofobów, kabaretowym Nigelem Faragem, była krytyka Unii Europejskiej. Cameron strasznie się na tej taktyce przejechał. UKIP okazał się znacznie słabszym zawodnikiem, niż się Cameronowi wydawało. Ale było już za późno: chcąc przebić eurofobów, obiecał eurosceptycznym rodakom referendum w sprawie wystąpienia z UE.

Dziś Camron jest zakładnikiem tej obietnicy i z trudem udaje mu się żeglować po falach rozpętanej przez siebie eurofobii. Nie panuje już nad opinią publiczną. W kraju, zamiast pogrążyć UKIP, utrzymał go przy życiu. Londyńskie City bardzo się obawia spadku znaczenia i zdystansowania przez Frankfurt, gdyby rzeczywiście Londyn wziął z Brukselą rozwód. Cameronowi z trudem też przychodzi wmawianie przedsiębiorcom, że można utrzmać wszystkie korzyści jednolitego rynku mimo wystąpienia z UE. Cameron doprowadził do politycznej marginalizacji Wielkiej Brytanii w Unii. Z zaskoczeniem zaczął dostrzegać, że jego światowa pozycja też się osłabiła, bo Wielka Brytania jest ważna dla USA, Chin czy Rosji jako członek UE, mniej jako wolny strzelec.

Beacie Szydło też pewnie rozum podpowiada, wbrew podszeptom serca, że przynależność do Unii dodaje znaczenia: na wizytę Camerona kazała wyciągnąć z szafy unijne flagi. Słusznie, bo w końcu gdyby Polska nie była w Unii nie byłaby dla Camerona żadnym partnerem. Liczy się tylko dlatego, że może negocjować i głosować w Radzie. Pod unijnym proporcem Szydło zapewniała Camerona o swym poparciu dla jego "reformowania" Unii, niewątpliwie szczerze i ze znajomością rzeczy. W końcu podobnie jak Cameron chce "zreformować" integrację europejską, PiS "reformuje" w Polsce demokrację: pozbawiając ją fundamentów i instrumentalizując dla swoich potrzeb.

Ale poza niechęcią rządzących do Unii Polskę i Wielką Brytanię wszystko dzieli. Brytyjczy do unijnego budżetu płacą, my z niego czerpiemy. My chcemy przedłużenia sankcji wobec Rosji, oni niekoniecznie. My oczekujemy od Unii, że politycznie zablokuje Nordstream, oni, że się nie będzie mieszała do czysto gospodarczych decyzji. Dla nas priorytetem pozostaje Ukraina i Wschód, dla nich ISIS, Syria, Irak i terroryzm. Eurosceptycyzm torysów, w odróżnieniu od eurosceptyzyzmu PiS, nie idzie w parze z pogardą dla demokracji, przeciwnie: antykonstytucyjne działania obecnej sejmowej większości nie znajdą w Londynie uznania, tak jak nie znalazły działania Orbana. Pole wspólnych interesów jest wąziutkie: pisowski rząd ma nadzieje, że Cameron poprze wzmocnienie wschodniej flanki NATO. I to Cameron obiecał, co go kosztuje poprzeć? To bez większego znaczenia. Nie obiecał natomiast, że spełni drugi postulat Warszawy: utrzymanie obecnych zasad wypłacania zasiłków na Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Bo to go kosztuje. Szydło, jeśli już podliczyła koszty budżetowe zrealizowania obietnicy "500 złotych na dziecko" i koszty polityczne jej niezrealizowania, powinna wiedzieć, że Cameron też umie liczyć.

Nawet gdyby Polska miała zasoby finansowe Wielkiej Brytanii to, podobnie jak Cameron, pisowski rząd musiałby się mocno zastanowić, czy go stać na wyjście z UE. Gdyby uznał, że tak, mógłby wspólnie z Orbànem budować swoją alternatywną Europę byłych demoludów. Można by ją nawet budować z Londynem, gdyby Wielka Brytania rzeczywiście wystapiła z UE. Ale za dużo tego gdyby. Za dużo niezniszczalnych nadziei, sprzecznych interesów i kosztownych do spełnienia postulatów. PiS może sobie pozwolić na Budapeszt w Warszawie. Ale Londynu z Budapesztem nawet w Warszawie pogodzić się nie da. Eurofobia łączy, ale nie wystarcza. Bo jest ta cholerna demokracja.

Na podobne tematy:



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...