Pokazywanie postów oznaczonych etykietą państwo prawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą państwo prawa. Pokaż wszystkie posty

2014-12-11

Rzeczpospolita kiejkucka

Raport Senatu USA na temat tajnych więzień CIA stawia kropkę nad i - jak słusznie zauważa Józef Pinior. Polski senator nie ma jednak racji, gdy wzywa, abyśmy wzorowali się na Stanach Zjednoczonych by pokazać, że Polska jest państwem prawa. Bo w państwie prawa winni podlegają prawu bez względu na to dla jakiej instytucji pracują. A ta zasada nie obowiązuje w amerykańskiej demokracji.

© Parlament Europejski 2014
To prawda, że mechanizm demokracji zadziałał w tej sprawie, bo senacka komisja wykonała kawał solidnej roboty i nie zawahała się upublicznić swoich ustaleń. Ustalenia są dramatyczne: stopień wymyślności tortur, osobiste zaangażowanie i sadyzm katów są miarą barbażyństwa niewyobrażalnego w nowoczesnym państwie zachodniej cywilizacji; wykorzystanie poddaństwa i naiwności państw satelickich, biednych i dopiero co wyzwolonych z totalitaryzmu, pokazuje jak Stany Zjednoczone rozumieją politykę międzynarodową i co oznacza dla nich "kraj sojuszniczy"; wypchnięcie poza terytorium USA zinstytucjonalizowanej działalności przestępczej, niezgodnej z amerykąńską konstytucją, uzmysławia, jak mało uniwersalna, a jak bardzo lokalna jest amerykańska koncepcja demokracji: poza granicami państwa może nie obowiązywać, bo poza USA to znaczy nigdzie.

Polska, kraj który nie tylko zgodził się użyczyć swego terytorium, ale który za użyczenie infrastruktury i za milczenie kazał sobie zapłacić słusznie jest w raporcie nazywany "Krajem": terytorium bez właściwości i bez wartości, państwem króla Ubu. Odpowiedzialni za to powinni odpowiedzieć przed sądem i oczywiście Józef Pinior, który jak nikt inny w Polsce przyczynił się do ujawnienia i wydania moralnej oceny tym działaniom, ma rację ponownie się tego domagając. Polska prokuratura, która ociąga się ze śledztwem od 2008 roku, czekała ponoć na wyniki śledztwa Sentau USA. Teraz już czekać nie musi.

"Kraj", czyli nigdzie

Ale jeśli - jak apeluje Pinior - mielibyśmy się kierować  amerykańskim wzorcem państwa prawa, to sprawiedliwości nie stanie się zadość. Owszem, amerykański model objawia się w tym przypadku tak, że na ołtarzu demokracji Senat przedstawia uczciwe, niezależne sprawozdanie sporządzone przez swoją komisję śledczą. Bez względu na kontekst międzynarodowy (mało sprzyjający takim wynurzeniom), bez względu na naciski odpowiedzialnych za przestępstwa polityków. Mniejsza o to, że wszystko po to, i dlatego teraz, żeby zdążyć przed nieuchronnym, jak się wydaje, zwycięstwem Republikanów w następnych wyborach. Jest jasne, że pod ich rządami Ameryka, nasz ukochany kraj, okazałaby się mniej demokratyczna, mnie otwarta, mniej transparentna, bo raport pewnie zostałby jeszcze bardziej ocenzurowany lub w ogóle by się nie ukazał. Ale, rzecz najważniejsza: ani teraz ani później, bez względu kto wygra wybory, odpowiedzialni nie zostaną  postawieni w USA przed sądem.

Demokracja a państwo prawa

USA zbierają punkty za demokratyczny charakter swoich instytucji przedstawicielskich, za transparencję władzy ustawodawczej. Ale nie za państwo prawa! To, co instytucje tego państwa robiły pod pretekstem walki z terroryzmem, jest nie do pogodzenia z państwem prawa. Jeśli ktoś chce, może to usprawiedliwiać racją stanu, wyższą koniecznością, dlaczego nie. Nie może jednak namawiać pryncypialnych zwolenników państwa prawa do naśladowania Stanów Zjednoczonych. Tam nie będzie procesu karnego. Co najwyżej wewnętrzne postępowanie administracyjne. Rozumiem, że Pinior domaga się aktywności polskiego prokuratora wobec polskich winnych, ale dlaczego powołuje się przy tym na przykład amerykański - nie rozumiem.

Standardy kiejkuckie

Zastosowanie amerykańskiego wzorca oznacza powołanie komisji śledczej w sejmie lub senacie, która przygotuje sprawozdanie. Z tym radzimy sobie świetnie. Ale amerykańskiego rozmachu zabraknie: 50 milionów dolarów na śledztwo raczej nie wydamy. Następnym etapem będzie ogłoszenie raportu i... bezkarność winnych, tak jak w USA. Czy o to chodzi Piniorowi? Demokracja oparta na tym modelu, transparentna, ale na bakier z zasadą państwa prawa, dysponująca o niebo mniejszymi środkami finansowymi niż USA, byłaby ubogą kopią tamtego systemu, taką kiejkucką demokracją.

Jak już kiedyś pisałem, Polskę skazano w Strasburgu za sprzeniewierzenie się europejskim standardom. Nie amerykańskim. Nie skazano jej za to, jak poradziła sobie ze swoją demokracją, bo tego sądu Polacy muszą dokonać nad sobą sami. I - wbrew temu co słyszę - nie powinni tym razem brać przykładu ze Stanów Zjednoczonych.



2014-03-11

UE nie chce liczyć na Radę Europy w obronie demokracji

Komisja Europejska zaproponowała dziś rozszerzenie swoich uprawnień w zakresie kontroli przestrzegania zasady państwa prawa przez kraje członkowskie UE. Ta propozycja nie jest zaskoczeniem: kłopoty z demokracją przede wszystkim na Węgrzech unaoczniły faktyczną bezradność UE jako całości i Komisji Europejskiej jako "strażnika traktatów" wobec przypadków naruszania przez państwa członkowskie artykułu 2. Traktatu. To artykuł, w którym zapisane są fundamentalne dla integracji europejskiej zasady i wartości.

Teraz Komisja Europejska, by wymóc na państwach członkowskich przestrzeganie unijnego prawa, ma do dyspozycji polityczne naciski (raz działają raz nie) i prawny instrument w postaci stwierdzenia naruszenia prawa. Jeżeli państwo jest oporne i zbytnio zwleka z dostosowaniem ustawodastwa krajowego do dyrektyw UE albo ze stosowaniem unijnych rozporządzeń, Komisja Europejska może pozwać je do Trybunału w Luksemburgu i doprowadzić do dotkliwych sankcji finansowych.

Procedura ta znajduje jednak zastosowanie tylko w przypadkach prawnie jednoznacznych. Nie nadaje się natomiast do obrony europejskich wartości, państwa prawa, demokracji, praw człowieka, wolności obywatelskich. Naruszenie tych fundamentalnych dla UE zasad zapisanych w artykule 2. traktatu może skutkować uruchomieniem procedury artykułu 7. Na mocy tej procedury państwo członkowskie mogłoby zostać obłożone sankcjami, na przykład czasowym pozbawieniem prawa głosu w Radzie. Sankcja politycznie bardzo silna. Tyle, że w praktyce niemożliwa do zastosowania: uzyskanie zgody państw i konsensusu wśród instytucji graniczyłoby z cudem i wyobrażalne by było tylko w wyjątkowej sytuacji. Kiedyś zastosowanie podobnej procedury (jeszcze ze starego traktatu) wobec Austrii okazało się całkowitym niewypałem.

Nowa procedura proponowana przez Komisję ma być czymś pośrednim, a jednocześnie konkretnym i możliwym do zastosowania na przykład w takich sytuacjach, jak kolejne naruszenia unijnych zasad przez rząd Viktora Orbána na Węgrzech. Ale chodzi nie tylko Węgry: wydarzenia w Rumuni i Bułgarii, kwestia romska we Francji, stygmatyzacja pracowników z UE w Holandii to inne przykłady potencjalnego zastosowania takiej procedury.


Komisarz Viviane Reding i Thorbjørn Jagland, Sekretarz Generalny Rady
Europy                                                                                        ©CoE2010   
Dotychczas Komisja starała się zastąpić lukę prawną poprzez współpracę z Radą Europy. Ta, jak wiadomo, nie jest instytucją UE, ale wszystkie państwa UE do niej należą i zobowiązane są do przestrzegania europejskiej konwencji praw człowieka. W przypadku oczywistych naruszeń zasad demokratycznego państwa prawa Rada Europy wszczyna procedurę monitoringu, uciążliwą i wstydliwą dla państwa, przeciw któremu jest skierowana. Nigdy jednak nie została ona zastosowana wobec żadnego państwa UE. Na podstawie konwencji Rady Europy działa też Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Ale nigdy nie pozwano przed ten Trybunał państwa należącego do UE za łamanie unijnych traktatów. To powinna zrobić sama UE w oparciu o swoje przepisy, gdyby tylko dysponowała odpowiednimi narzędziami prawnymi. 

Dla Komisji Europejskiej współpraca z Radą Europy w celu wywierania politycznych nacisków na państwo członkowskie UE, które łamie unijne zasady, jest niewygodna i mało skuteczna. Podstawa prawna takiej współpracy jest dość niejasna.  Żadnych skutecznych sankcji nie zapewnia, bo zalecenia Rady Europy są tylko zaleceniami, nie są wiążące. Dziś wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Viviane Reding, jasno dała do zrozumienia, że Rada Europa jako zmienne koło dojazdowe unijnego systemu sprawiedliwości to kiepskie rozwiązanie. Poza wymienionymi wyżej powodami podała jeszcze jeden, znany wszystkim, ale nigdy dotąd tak wprost i otwarcie niewyartykułowany.

Rada Europy skupia czterdzieści siedem państw. Wśród nich i takie, którym bardzo daleko do unijnej koncepcji państwa prawa, demokracji, pluralizmu, wolności obywatelskich. Na przykład Rosja. Nie możemy się dłużej godzić na sytuację, w której prezydent Putin, w ramach Rady Europy, będzie się wypowiadał na temat przestrzegania tych zasad w jakimkolwiek państwie UE, bo akurat on najsłabiej jest do tego predestynowany, powiedziała Reding.

To mocne słowa. W kontekście coraz poważniejszego konfliktu między Rosją a Unią zabrzmiały bardzo antyputinowsko, antyrosyjsko. Ale choć może umknęło to niektórym obserwatorom, dezawuują one również Radę Europy: organizacja międzynarodowa, w której prawo głosu i decyzji mają państwa niedemokratyczne, którym obce są wartości europejskie, nie może skutecznie bronić tych wartości ani reprezentować państw, które w oparciu o te wartości funkcjonują.

O genezie inicjatywy przedstawionej dziś przez Komisję Europejską i problemach z demokracją m.in. na Wegrzech, w Rumuni, Finlandii, Danii i Holandii pisałem wcześniej rok temu: Zróbmy porządek z demokracją.

2013-06-26

Dyplomatyczny sukces Orbána

Orbán ma dobrą passę. Przynajmniej na niwie dyplomacji, bo w ciągu dwóch dni odnotował dwa znaczące sukcesy. Zgromadzenie Parlamenarne Rady Europy postanowiło nie wszczynać procedury ścisłego monitoringu poszanowania zasad demokracji i państwa prawa na Węgrzech. A Komisja Europejska, na prośbę Budapesztu, zgodziła się usunąć z zaleceń adresowanych do węgierskiego rządu fragment poświęcony niezależności organów sprawiedliwości w tym kraju.

Kerstin Lundgren                                            © Rada Europy
Czy oznacza to, że sytuacja się poprawiła? Oczywiście nie. Komisja Wenecka Rady Europy przyjęła bardzo krytyczne sprawozdanie na temat stanu demokracji na Węgrzech. Zaleciła Zgromadzeniu Parlamentarnemu objęcie Węgier procedurą nadzoru. Sprawozdawca parlamentarny ze Szwecji, pani  Kerstin Lundgren (na zdjęciu w czasie obrad Zgromadzenia), poparła ten wniosek. Dotychczas procedura monitoringu stosowana była raczej rzadko. Na liście objętych nią krajów znajdują się regularnie Serbia, Ukraina, ale też Rosja. Węgry, gdyby zastosowano w ich przypadku tę procedurę, byłyby pierwszym członkiem UE, który znalazłby się na tej niechlubnej liście. Ale wielu parlamentarzystów z Rady Europy nie ukrywało wczoraj, że zastosowanie procedury wobec Węgier ośmieszyłoby tę organizację międzynarodową ukazując jej praktyczną niezdolność do monitorowania czegokolwiek na Węgrzech. Procedury więc nie wszczęto, ograniczono się do pustego sformułowania, że Rada Europy będzie uważnie przyglądać się sytuacji na Węgrzech. Paradoksalnie, Węgry uniknęły despektu ponieważ są członkiem UE, z definicji więc należą do klubu przestrzegającego zasad, za nieprzestrzeganie których Budapeszt jest krytykowany.

Komisja Europejska poszła Orbánowi na rękę z podobnego powodu: brak jej właściwie kompetencji, by - przy zastosowaniu istniejących procedur - ścigać Orbána za próby politycznego podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości. Od niedawna, co roku, Komisja Europejska przedstawia państwom członkowskim swoje zalecenia. To ważna zmiana w funkcjonowaniu UE, choć niedoceniania w mediach, stanowiąca nowy instrument ścisłej koordynacji na poziomie unijnym polityki gospodarczej i budżetowej państw członkowskich. Próba upolitycznienia zalecenia skierowanego do Węgier była właściwie z góry skazana na porażkę: cóż niby negatywna ocena niezależności węgierskiego sądownictwa i ataków na Trybunał Konstytucyjny miałaby robić wśród zalecenień gospodarczych? Mimo, że ocena ta jest prawdziwa, Komisja zgodziła się ograniczyć zapisy w tej sprawie do lakonicznego sformułowania zastosowanego również wobec dziesięciu innych krajów. 

Wygląda na to, że na Orbána nie ma kija. Węgierscy wyborcy, bardziej podatni na populizm Wiktatora niż na płynące z zewnątrz apele o poszanowanie demokracji, praw człowieka i państwa prawa, gotowi są poprzeć go w następnych wyborach. Dla UE, budowanej przez pół wieku przy milczącym założeniu, że istnieje nienaruszalny konsensus w sprawie zasad podstawowych, oznacza to poważny dylemat: jak długo można tolerować w swoim gronie państwo, które tych zasad przestrzegać nie chce.  

2013-03-06

Orbán szykuje rewanż

Za tydzień, 11 marca, węgierski parlament wprowadzi ponownie do konstytucji to wszystko, co trzeba z niej było usunąć by udowodnić europejskiej i amerykańskiej opinii publicznej, że na Węgrzech jest demokracja. No dobrze, może nie wszystko. Ale wystarczająco dużo, by znowu wywołać krytykę w UE i w USA. Oraz aby dodać wigoru przysypiającym wielbicielom Viktora Orbána w Polsce, tym, którzy chcą Budapesztu w Warszawie.

Demokratura

Jeszcze zanim w styczniu 2012 roku weszła w życie nowa Konstytucja, posypały się na Orbána oskarżenia, że buduje państwo autorytarne, oparte na rządach jednej partii. Otwarcie sytuację w Budapeszcie krytykowali przywódcy Francji i Niemiec. Hilary Clinton wysłała do węgierskiego premiera list, pisma słali Barroso i jego komisarze. 17 stycznia Komisja Europejska wszczęła serię procedur w sprawie naruszenie prawa unijnego. Zablokowane zostały rozmowy Komisji i Międzynarodowego Funduszu Walutowego z Budapesztem w sprawie pożyczki mającej podratować lecącą na łeb na szyję wiarygodność węgierskiej gospodarki, bo nowe prawo naruszało niezależność banku centralnego.

Obrońcy praw człowieka i wolności słowa (między innymi "Reporterzy bez granic") protestowali przeciw tłamszeniu przez Orbána wolności mediów (poszło o opanowanie przez ludzi Fideszu publicznego radia i telewizji, kontroli publikacji wedle kryteriów "równowagi" i "obiektywizmu" oraz pozbawienia częstotliwości stacji Klubrádió nastawionej krytycznie do rządu). Naruszona została niezależność urzędu do spraw ochrony danych osobowych (odpowiednika polskiego GIODO, sprawa wciąż przed Trybunałem) i organów sprawiedliwości. Na mocy nowego prawa odesłano na wcześniejszą emeryturę 300 sędziów, a na ich miejsce powołano nowych. Rekrutacją zajmował się zreformowany organ, na czele którego stanęła żona lidera Fideszu w Parlamencie Europejskim. Krytycy "demokratury" wprowadzanej przez Orbána domagali się zastosowania wobec Węgier przepisu traktatowego, który pozwala na zawieszenie niektórych praw członkowskich państwa naruszającego w drastyczny sposób zasady demokracji i państwa prawa.

Za wolność naszą i waszą

Wszystkie te sankcje wydawały się być obojętne Orbánowi, który nie tylko kontynuował urządzanie państwa po swojemu, ale nawet przeszedł do kontrataku. Rozpoczęła się rządowa akcja propagandowa: nacjonalistyczna, antyunijna i antyzachodnia. Tubą Orbána były wierne rządowi media, na czele z jednym z dwóch głównych dzienników Magyar Nemzet i publiczna (czy raczej państwowa) telewizja. (Mówię "media wierne rządowi", bo - wbrew temu co mówiono w Londynie, Paryżu czy Brukseli - media opozycyjne wciąż jeszcze na Węgrzech nie zamilkły.)

Manifestacja poparcia dla rządu, Budapeszt, styczeń 2012
Fidesz zaczął też skutecznie  mobilizować zwolenników rządu organizując marsze i wiece poparcia: najlepszy sposób by pokazać światu, że o gwałceniu demokracji  nie może być mowy, skoro wszystko odbywa się za przyzwoleniem obywateli. I faktycznie: Orbán nie tylko wygrał w cuglach wybory, ale przez cały czas utrzymywał poparcie większości Węgrów. Udało się też znaleźć zwolenników za granicą, przede wszystkim w Polsce. To stąd przybywały transporty klubowiczów Gazety Polskiej, by w imię walki "za wolność waszą i naszą" oddać hołd polityce szowinizmu i autokracji; to stąd wywodzi się oficjalny kronikarz Wielkiego Viktora, Igor Janke; to tamtejsza główna partia opozycyjna, PiS, chciała zaprowadzić w swoim kraju system prawa i wartości promowany przez Fidesz.

Podwójne standardy 

Wszczęte przez Komisję Europejską procedury w sprawie naruszenia unijnego prawa, zmasowana krytyka międzynarodowa, wreszcie zamrożenie funduszy strukturalnych jako sankcja za nieprzestrzegania procedury nadmiernego deficytu finansów publicznych (Węgry były pierwszym i jedynym jak na razie państwem, wobec którego zastosowano ten nowy mechanizm) sprawiły, że Orbánowi łatwo przyszło przekonać Węgrów, że Zachód i Unia uwzięły się na Węgry. Węgry zostały ukarane za niezależność i  nieugiętość. Stały się ofiarą zasady podwójnych standardów: Bruksela nie potraktowałaby tak dużego kraju. Ta interpretacja łatwo znalazła posłuch poza granicami. Że w Polsce, w PiS i w Gazecie Polskiej, to oczywiste. Ale nie tylko. Radek Sikorski przyznał w rozmowie z Igorem Janke,  że "po części na pewno jest to podszyte podwójnymi standardami wobec naszego regionu" (Rzeczpospolita, 2 lipca 2012). Jego zdaniem wynika to z zachodnich programów nauczania traktujących nasz region po macoszemu. Nieuki i tyle . Kiepska edukacja nie przeszkodziła jednak również austriackiej minister finansów upomnieć się o  Budapeszt, tym razem w imię solidarności małych krajów.

Prawda jest jednak taka, że nigdy żaden inny kraj UE nie zmienił jednocześnie konstytucji i nie wprowadził w ciągu półtora roku 400 nowych ustaw, z których wiele dotyczyło funkcjonowania instytucji i mechanizmów zasadniczych dla demokratycznego państwa i to w ogóle nie licząc się z unijnymi traktami. Zważywszy na zakres, tempo i charakter zmian prawnych, można by się raczej zastanawiać, dlaczego Komisja nie wszczęła większej liczby procedur (Węgrom postawiono w tym samym czasie mniej formalnych zarzutów niż na przykład Wielkiej Brytanii, Włochom czy Portugalii). Nie wszczęła, bo nie starczyło jej kompetencji. Jeśli chodzi o polityczną reakcję Komisji i Parlamentu, to w tym samym czasie, gdy krytykowano Węgry, dostało się też Francji, za politykę wobec Romów. Francja to raczej duży kraj.

Nawrócony

Poparcie własnego elektoratu oraz garstki zagranicznych sympatyków z kręgów nacjonalistycznych  i eurofobicznych okazało się jednak niewystarczające, by uratować wiarygodność gospodarki. Podatki wymierzone w zagranicznych inwestorów (banki, usługi zbiorowego żywienia, supermarkety) miały na celu zmniejszenie deficytu publicznego. Na krótką metę mogły przynieść taki efekt, ale kraj potrzebuje reform, a nie łatania dziur. Mogły się też spodobać podatnej na populizm lokalnej publicznosci, ale kapitału nie przyciągnęły. Żeby poprawić wizerunek, Orbán zaproponował Mercedesowi warunki nie do przebicia i faktycznie udało  mu się na Węgry ściągnąć fabrykę mercedesów. Ale na tym koniec. Zrozumiał, że nie może prowadzić wojny ze wszystkimi. W 2014 roku, na wiosnę, będą wybory, a samym patriotyzmem Węgrów się nie nakarmi.

Żeby poprawić klimat polityczny wokół Węgier i wznowić rozmowy na temat pożyczki z Komisją Europejską i Międzynarodowym Funduszem Walutowym postanowił zmienić taktykę. Choć dopiero co na nacjonalistycznym wiecu porównywał UE do ZSRR, przyjechał do Brukseli i obiecał poprawę. Błyskawicznie przeprowadzona zmiana prawa (a cóż to dla Orbána i jego Fideszu) skłoniła Komisję Europejską do zakończenia procedury dotyczącej naruszenia niezależności Banku Centralnego. Wyroki Trybunału Konstytucyjnego (tak, mimo wszystko instytucja ta zachowała jak dotąd niezależność) potwierdzały zarzuty Komisji w kolejnych sprawach, ale Orbán od razu przedstawiał w Brukseli projekty nowelizacji, które miały uzdrowić sytuację. W sprawie wcześniejszej emerytury sędziów i notariuszy to unijny Trybunał Sprawiedliwości  wydał wyrok, do którego władze węgierskie zobowiązały się jak najszybciej dostosować. Zaledwie kilka dni temu węgierski sąd potwierdził, że odebranie częstotliwości stacji Klubrádió było bezprawne. Również ta sytuacja ma być naprawiona. Wszystko - lub prawie - wskazywało, że Orbán się nawrócił.

Wielki powrót 

Tymczasem 8 lutego jeden z posłów Fideszu przedłożył w węgierskim parlamencie projekt nowelizacji konstytucji. Dotyczy on przede wszystkim uprawnień Trybunału Konstytucyjnego. W rzeczywistości idzie znacznie dalej, bo obejmuje szereg kwestii, które już raz okazały się problematyczne. Niektórymi zajęła się Komisja Europejska, innymi Rada Europy (te ostatnie dotyczą zagadnień z zakresu państwa prawa, demokracji i praw obywatelskich, które nie są objęte kompetencjami UE).  Chodzi na przykład o restrykcje w prowadzeniu kampanii wyborczych oraz o możliwość ograniczenia swobody wypowiedzi, jeśli narusza ona godność narodu węgierskiego.  W poprawce jest zapis na temat obowiązku pozostania na Węgrzech i podjęcia tam pracy dla studentów otrzymujących stypendia oraz  mechanizmu przekazywania spraw sądowych z jednego sądu do drugiego. Znalazł się tam również artykuł dotyczący ścigania zbrodni komunistycznych, którego charakter może budzić wątpliwości. Poprawka do konstytucji zawiera też zapisy dotyczące ochrony danych osobowych, które pogarszają zamiast poprawiać sytuację prawną zaskarżoną przez Komisję do Trybunału Sprawiedliwości. Jeden z niemieckich ministrów juz podniósł alarm w sprawie węgierskiej poprawki konstytucyjnej. O sprawie napisała AFP, a za nią Financial Times.

W środę Orbán będzie w Warszawie. Spotka się tu między innymi z przywódcami Niemiec i Francji. Na zaproszenie swego polskiego kronikarza, Igora Janke, wygłosi też odczyt na temat przyszłości UE. Które swoje oblicze pokaże tym razem: reformatora Europy szanującego unijne traktaty czy też nacjonalistycznego rewolucjonisty, "narodnika", który znowu zagra "zapadnikom" na nosie? Bez względu na rolę, jaką odegra, jedno jest pewne: szykuje rewanż. Już za tydzień.

2013-01-15

Eurosceptyk prawdziwy i jego karykatura

Znacie powieść markiza de Sade "Niedole cnoty"? Cnotliwa Justyna zostaje za swą cnotliwość ukarana, bo cnota, niestety, nie popłaca. Markiz de Sade, znany ze swego wysokiego morale, napisał tę książkę ku naszej przestrodze i nauce. Sade opisuje pozbawianie nieszczęsnej Justyny cnoty i dziewictwa byśmy wiedzieli jakie niebezpieczeństwa zagrażają prawdziwej cnocie, a nie dlatego, że  jest tym zafascynowany. Tak przynajmniej twierdzi. Podobnie o Unii Europejskiej pisze Igor Janke w Rzeczpospolitej ("Ratujmy Unię, a nie jej karykatury", 14/01/2013) i wzywa na jej ratunek. Ale de Sade, to cynik. Janke - to człowiek zagubiony.

Unia prawdziwa i jej karykatura

Zagrożeniem dla Unii ("która zrobiła dużo dobrego i jeszcze więcej dobrego zrobić może") są: elity europejskie, politycy i ich brukselskie gabinety, oraz dziennikarze, którzy "siedzą" w Brukseli i towarzyszą politykom. Nie licząc się z "obywatelami państw członkowskich" zmieniają cnotliwą niegdyś Unię w jej własną karykaturę, wpędzając ją w łapy "prawdziwych eurosceptyków".  Autor, mimo, że to i owo krytykuje by nas przestrzec, nie jest "prawdziwym eurosceptykiem" (bo nie porównuje Brukseli do Moskwy). Chce pomóc i wie jak. 

Janke broni prawdziwej Unii i sprzeciwia się jej karykaturze. Z tekstu jasno wynika, na czym polega przekształcanie Unii w karykaturę, trudniej natomiast  z niego wywnioskować jak wyglądał oryginał, który autor chce ratować.  Projekt europejskiej jedności się nie powiódł, jedność się chwieje. Elity zaś wzywają do zacieśniania politycznej jedności. Niedobrze. Egoizm poszczególnych rządów  - pisze Janke - sięga szczytów niespotykanych dotąd w historii UE. Nie sposób się z nim nie zgodzić, tak faktycznie jest. Tymczasem elity bałamucą ludzi bajkami o powszechnej solidarności. Dlaczego? Bo, tak jak komisarz z Luksemburga, Viviane Reding, nie próbują dostrzec rosnącej sprzeczności interesów poszczególnych państw. Przyznaję, że już na tym etapie zaczynam się gubić. Skoro wzywają do jedności, to chyba widzą jej brak. Skoro deficyt jedności i solidarności jest niedobry, to chyba dobrze, że wzywają. Jak bowiem wyobrazić sobie Unię (unia, czyli jedność) bez jedności i solidarności, napędzaną jedynie narodowymi egoizmami? 

Obywatele-patrioci przeciw elitom i federacji

Te wezwania to jednak "luksemburskie złudzenia". Unia prawdziwa, ta, której broni Janke, to Unia bez złudzeń, świadoma swojej niemożności.  Elity chcą zacieśnienia politycznej jedności wbrew obywatelom państw członkowskich. Chcą federalnej Europy, ale czy ktoś zapytał jak zrealizować ten cel bez bez mieszkańców Europy? - pyta retorycznie Janke. Nie. On jest pierwszy, nikt wcześniej na ten pomysł jakoś nie wpadł. Ale obywatele państw członkowskich głośno protestują przeciw federalnej Europie i przeciw artykułowi Viviane Reding zatytułowanemu "Stany Zjednoczone Europy". Taka jest diagnoza Igora Janke. Daje przykłady: Polacy nie chcą euro. No niby tak. Teraz nie chcą, bo w mediach ogłoszono kryzys euro (choć euro było i pozostaje jedną z trzech najważniejszych i najstabilniejszych walut na świecie), ale jeszcze niedawno nie byli tacy przeciwni, a co będzie za trzy-cztery lata, gdy kryzysu już nie będzie, nie wiadomo. Tak czy siak, Polacy pozostają najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Na temat federalizmu się nie wypowiadali. Ale ci, którzy wiedzą, co to jest federalizm, pewnie zauważyli, że sporo jego elementów już w UE jest. 

Inny przykład: Grecy protestują przeciw narzucaniu im "przez Brukselę i Berlin" kolejnych ograniczeń finansowych. Zapomniany tutaj MFW,  też ciemiężący Greków, akurat nie ma siedziby w Brukseli ani w Berlinie. Mniejsza o to. Grecy nie protestują przecież przeciw planom federacji, co zdaje się sugerować autor. O wyjściu z UE i ze strefy euro Grecy też słyszeć nie chcieli. Dopominali się pieniędzy na spłatę przejedzonych pożyczek i je od Unii dostali. Ten przykład niespotykanej w historii unijnej solidarności też jakoś autorowi umknął. Owszem, warunki, które Grecy muszą spełnić, są drakońskie. Wielu uważa, że za bardzo, bo wpędziły grecką gospodarkę w przerażająco głęboką recesję. Ale przecież Janke sam zauważa - i słusznie! - że  w sytuacji kryzysu "uzdrowienie radykalnymi środkami finansów publicznych" jest podstawowym wyzwaniem polityków. Grecy protestują, bo te środki są zbyt radykalne. Wolfgang Schäuble, niemeicki minister finansów, po raz kolejny wczoraj powtórzył w wywiadzie dla FAZ, że nie ma dla Grecji ratunku bez cięć i wyrzeczeń. Berlin i Igor Janke mówią jednym głosem.

Węgry oddalają się mentalnie od Unii wskutek nieustannych ataków płynących z Brukseli i Strasburga na ich rząd - pisze Janke. Tu przynajmniej sytuacja jest jasna: całkowite zawłaszczenie państwa, w tym jego konstytucyjnych instytucji, przez aparat partyjny Fideszu pod niepodzielną władzą Jedynego Przywódcy jest tą formą demokracji, która autorowi artykułu bardzo odpowiada, dał temu wyraz wielokrotnie. Tylko, że Węgry z taką demokracją nie zostałyby do UE przyjęte. Skoro już do niej wstąpiły, muszą przestrzegać wspólnych zasad. To prawda, że za rządów Orbána Węgry bardzo się od idei integracji europejskiej oddaliły. Ale mimo zatwardziałego nacjonalizmu Węgrów, żywiącego się obsesją układu z Trianon, wierzę, że jest to tymczasowa tendencja i że w kolejnych wyborach pogonią Orbána. Czesi tkwią  w swoim eurosceptycyzmie - mówi Janke. Tkwią trochę mniej, bo w niedzielnych wyborach zagłosowali na Zemana, który chce szybkiego wejścia Czech do strefy euro (której Janke nie lubi), i na euroentuzjastę Schwarzenberga. O cytowanych tu również Brytyjczykach nie wspomnę, myślą o wyjściu z UE odkąd do niej wstąpili. Ale jakoś nigdy nie wystąpili. 

Integracja europejska mogła pozostać niespełnioną utopią 

Oczywiście Janke ma rację twierdząc, że ludzie nie są gotowi na federalne państwo europejskie, jeśli założyć - maksymalistycznie - że takie jest znaczenie federalistycznych wezwań pani Reding. Zapomina jednak, że w czasach, gdy powstawały pierwsze zręby Wspólnot, ludzie też nie byli gotowi. I gdyby decydujący głos, na kolejnych etapach integrowania Europy, należał do ludzi głoszących jego poglądy, to Unia nigdy by nie powstała. Nie byłaby karykaturą, byłaby niespełnioną utopią. Janke z uporem maniaka przywołuje "obywateli państw członkowskich", żeby broń Boże nie użyć terminu "obywatele UE". Mówi o "mieszkańcach Europy" bo przecież  nie wolno mu powiedzieć "Europejczycy. Jedno i drugie mogłoby sugerować, że już istnieją jakieś ponadnarodowe i ponadpaństwowe wspólnoty, że europejski federalizm nie zacznie się od jakiegoś federalistycznego zaklęcia wyobcowanych elit, bo już istnieje. Otóż ci mieszkańcy i obywatele głosują na polityków, którzy - z mniejszym lub większym przekonaniem, wiarą, zaangażowaniem - trwają w przekonaniu, że UE jest najlepszym rozwiązaniem dla ich kraju. Mogliby przecież zagłosować na zwolenników wystąpienia z UE. Albo przynajmniej na orędowników wycofania się z ponadnarodowej i ponadpaństwowej integracji do etapu gospodarczej współpracy międzynarodowej, co de facto proponuje dziś Cameron. Mit, wedle którego "europejskie elity"tworzą jacyś inni politycy, niż ci, na których głosują "obywatele państw członkowskich", jest jedną z podstaw eurofobicznej teorii spiskowej. Ten właśnie mit propaguje regularnie Igor Janke zarzekając się, że broni w ten sposób europejskiej cnoty przed złymi elitami i "prawdziwymi" eurosceptykami.

Polski hydraulik i papierosy mentolowe

Przywołani przez publicystę Rzeczpospolitej Grecy, Polacy, Brytyjczycy, Węgrzy i Czesi w sprawie federalizmu się nie wypowiadali. Ale obywatele czterech państw członkowskich mieli taką okazję w 2005 roku. We  Francji, Holandii, Hiszpanii i Luksemburgu odbyły się referenda dotyczące Konstytucji dla Europy. Ta Konstytucja miała dać Europejczykom to, co mają Amerykanie: symboliczny wyraz politycznej jedności będącej fundamentem federacji stanów (czy państw). Mimo medialnej aktywności Viviane Reding, to wtedy, a nie dzisiaj, Stany Zjednoczone Europy były najbliższe realizacji. Inicjatywa była przedwczesna i źle przygotowana. Mimo to, we wszystkich czterech krajach na początku przeważali zwolennicy silniejszej politycznej integracji. Dzisiaj powiedzielibyśmy: zwolennicy federacji. Ta tendencja utrzymała się do końca w Hiszpanii i Luksemburgu. Odwróciła się we Francji i Holandii w wyniku zmasowanej i kosztownej kampanii przeciwników Konstytucji. W obu krajach trzon antyfederalistycznej koalicji tworzyły partie skrajnej prawicy i skrajnej lewicy. W Holandii ludzie głosowali przeciw narkotykom, eutanazji, małżeństwom homoseksualnym, imigracji i nadmiernym kosztom członkostwa w UE, przede wszystkim zaś przeciw podwyżkom cen w chwili wprowadzenia euro (wynikającym z poważnego niedoszacowania florena) i przeciw nielubianemu rządowi. We Francji glosowano głównie przeciw liberalnej Europie i "dumpingowi socjalnemu", których wyrazem stała się dyrektywa usługowa a symbolem - "polski hydraulik". W obu krajach ludzie postanowili też zaprotestować przeciw członkostwu Turcji w UE.

Żaden z głównych powodów holenderskiego i francuskiego "nie" nie wynikał z tekstu Konstytucji.  Wszystkie te argumenty w cyniczny sposób zostały sfabrykowane i wykorzystane w kampaniach przeciwników integracji europejskiej (jak się później okazało sfinansowanych w znaczącej mierze przez brytyjskich eurofobów).  Polityka klimatyczna, gaz łupkowy, parytet kobiet w zarządach spółek, zakaz produkcji papierosów mentolowych - gdyby referendum w sprawie jakiejś nowej federalnej Konstytucji dla Europy miało się dziś odbyć w Polsce, lista tematów do użycia w kampanii eurosceptyków byłaby gotowa. Ja jej nie wymyśliłem, pochodzi w tekstu Igora Janke.

Eurosceptycyzm nieuświadomiony

Teza artykułu jest dość prosta: antydemokratyczne i oderwane od rzeczywistości elity, wbrew ludziom, zajmują się głupotami, takimi jak papierosy slim i pustymi hasłami, takimi jak federalizm, zamiast zająć się tym co istotne, czyli reformami, deregulacją i swobodą działalności biznesowej. Otóż reformami akurat UE się zajmuje: system gospodarczy UE został całkowicie przebudowany. Pakt fiskalny, któremu Janke zarzuca dogmatyzm, jest właśnie radykalnym środkiem uzdrowienia finansów publicznych, do czego Janke wzywa. Zgodnie z jego wezwaniem przekonuje się obywateli, również w Grecji, o potrzebie cięć wydatków. Tych samych cięć, które w innym fragmencie nazywa "narzucanymi przez Berlin i Brukselę ograniczeniami finansowymi". Swoboda działalności biznesowej jest jednym z kluczowych elementów reformy rynku wewnętrznego i jednym z głównych zaleceń, które Komisja Europejska wydała państwom członkowskim (tzw. CSR). Janke tego jednak postanowił nie zauważać. Unię walutową nazywa nasz publicysta "nierozważną integracją",  ale na jej reformę i wprowadzenie mechanizmów antykryzysowych (EFSF), ktorych na początku kryzysu zabrakło, patrzy nieprzychylnie. Protestuje przeciw pominięciu mieszkańców Europy w debacie, ale opublikowany w prasie (a więc adresowany do szerokiej publiczności) artykuł komisarz Reding jest dla niego dowodem "oderwania elit od rzeczywistości".

Sprzeczności, którymi usiany jest jego tekst, właściwie  nie dziwią: on nie wie, że jest prawdziwym eurosceptykiem. Wszystkie zalecane przez niego reformy (wdrażane od dawna, czego nie zauważył) poza wymiarem praktycznym, który pochwala, mają też przecież wymiar polityczny i wszystkie oznaczają silniejszą i głębszą integrację, co odrzuca. To, do czego skłania się rozum publicysty, odrzuca jego eurosceptyczne serce. Dotyczy to nie tylko poszczególnych reform, ale całej integracji europejskiej: rozum każe mu Unię ratować, ale serce nie pozwala jej zrozumieć. Chce bronić Unii przed nią samą, ale Unii, której śpieszy na ratunek, nie było, nie ma i nie będzie, bo nie byłaby Unią. Jedną z karykatur, przeciw którym protestuje i których ratować nie chce, tworzy sam, tak jak holenderscy i francuscy przeciwnicy Konstytucji w 2005.  Ale za karykaturę uważa też Unię opartą na jedności i solidarności (bo to mrzonka), w której dyskutuje się o federalizmie (bo temat jest komiczny i nie nadaje się do dyskusji), w której jest wspólna waluta (bo to nierozważne), w której są Europejczycy i obywatele UE (bo ich nie ma), w której partnerzy chcą podejmować wspólne decyzje (bo narodowy egoizm jest normą) i dlatego chcą usiąść przy wspólnym stole (bo to nie jest kluczowe, każdy powinien mieć swój stół).

Igor Janke nie wie, że jest eurosceptycznym wielbicielem Europy. Jest jak mieszczanin w sztuce Moliera, który nie wiedział, że pisze prozą. W gruncie rzeczy, jego pomysł na integrację europejską najbliższy jest poglądom Camerona; jego pomysł na państwo wyraża się w polityce Viktora Orbána; jego wizja demokracji natomiast zakłada, że Grecy sami narzucą na siebie drakońskie ograniczenia i sami będą przeciwko nim protestować, a elity razem z nimi (choć lepiej byłoby bez elit). Aż się chce ponownie go zacytować: "kręci się wokół własnego ogona. Coraz bardziej przypomina to chocholi taniec".

2012-09-20

Jak zakazać psucia demokracji w demokratycznych państwach


Eurodeputowani domagają się sankcji wobec Węgier, styczeń 2012
Stan demokracji na Węgrzech i w Rumunii budził i budzi sporo obaw wśród polityków, mediów i opinii publicznej w UE a poza Unią. Wypowiadały się w tej sprawie unijne instytucje, Parlament i Komisja Europejska. W ogniu krytyki znalazła się przez jakiś czas Francja. Bułgaria też bywa wytykana palcami. Wszystko wygląda na to, że po raz drugi w dziejach UE na listę demokracji problematycznych dopisana zostanie Austria.

Jak popsuć demokrację

Na Węgrzech chodzi o zagrożenia wywołane lub usankcjonowane zmianą Konstytucji i powodzią nowych ustaw i rozporządzeń przewracających do góry nogami porządek prawny tego państwa oraz o rolę premiera Orbána. Francja, za czasów Sarkozy'ego, miała problem ze swym stosunkiem wobec Romów z Rumunii i Bułgarii i wcale nie jest pewne, czy został on rozwiązany. Włochy, za rządów Berlusconiego, regularnie oskarżane były o nieprzestrzeganie zasad demokratycznego państwa prawa w wielu dziedzinach, miedzy innymi sądownictwa i wolności mediów, jak obecnie Węgry. Rumunia została ostatnio przywołana do porządku z powodu konfliktu u szczytów władzy, między premierem Pontą a prezydentem Basescu. Wszystko w atmosferze trudnej do wykorzenienia korupcji. Powszechna korupcja, zarówno w sferze gospodarki jak i życia politycznego, jest też problemem Bułgarii. We wszystkich tych krajach sytuacja jest odmienna, a czynniki postrzegane jako zagrożenie demokracji  bardzo zróżnicowane. Ale to właśnie obawy o stan demokracji stanowią wspólny mianownik wszystkich tych przypadków.

Jak napisać instrukcję ratowania demokracji

Dotyczy to również Austrii. I to nie po raz pierwszy. Poprzednio chodziło jednak o coś innego. Do koalicyjnego rządu weszła w 2000 roku skrajnie prawicowa ÖVP-FPÖ łamiąc niepisaną zasadę obowiązującą w Unii (wcześniej EWG), że skrajnej prawicy do rządu się nie zaprasza (zasada ta, co ciekawe, nie obejmowała skrajnej lewicy – to wynik hierarchii zagrożeń przyjętej po II wojnie światowej). Gdy wcześniej, w 1984 roku, Silvio Berlusconi wpuścił do rządu Alleanza Nazionale Europa zamarła. Ale w przypadku Austrii nie było już efektu zaskoczenia i Europa postanowiła się postawić. Brak jednak było traktatowych kompetencji, które pozwoliłyby podjąć skuteczne działania podważające, było nie było, demokratyczne decyzje podejmowane w suwerennym państwie. Skończyło się na chwilowym ostracyzmie, pustych gestach, zostało poczucie bezsilności. 

Dlatego od czasu traktatu Nicejskiego (ulubionego traktatu PiS), Unia wyposażyła się w odpowiednie przepisy (artykuł 7. Traktatu o UE). Daje on państwom członkowskim możliwość nacisku na kraj, który dopuszcza się pogwałcenia zasad demokracji i europejskiego systemu wartości (opisanego w artykule 2. Traktatu o UE). Ale jego zastosowanie jest tak skomplikowane, że procedura przewidziana w traktacie nigdy nie została nawet rozpoczęta. Choć propozycje takie pojawiały się kilkakrotnie, na przykład wobec Polski, za czasów rządu koalicji PiS, LPR i Samoobrony a ostatnio wobec Węgier pod rządami Viktora Orbána i wobec Rumunii.

Jak naprawić demokrację w praktyce

Problem dostrzegł w swoim orędziu o staniu UE Barroso: "Potrzebujemy lepiej rozwiniętego wachlarza instrumentów – nie wystarczy już wybór między miękką władzą politycznej perswazji a radykalnym rozwiązaniem z art. 7 Traktatu." Pięknie. Od tego, czy potrzebie tej uda się sprostać przy pisaniu nowego traktatu, zależeć będzie poniekąd prawdziwość innego stwierdzenia tego samego autora: "W demokracji nie ma problemów politycznych, dla których nie dałoby się znaleźć politycznego rozwiązania." Na razie na tytułowe pytanie nie ma odpowiedzi.

2012-03-01

Podwójne standardy

Viktor Orbán                    ©Wikimedia commons 
Parę dni temu The Wall Street Journal zarzucił UE stosowanie podwójnych standardów, innych wobec państw małych, innych wobec państw dużych. Przyznaję, artykułu nie czytałem, znam tylko fragmenty z prasy czeskiej (od Klausa) i węgierskiej (od Orbana). W obu krajach artykuł wzbudził wielki entuzjazm i szeroko był cytowany, bo wreszcie ktoś z zewnątrz niesprawiedliwość zauważył. Teza jest taka, że gdyby Węgry były ważniejsze (tzn. bogatsze, większe, ze "starej Unii"), to by się Komisja na krytykę nie poważyła. Tymczasem prawda jest taka, że jeśli za ową niesprawiedliwość przyjąć wszczęte przez Komisję procedury naruszenia przez Budapeszt unijnego prawa, to Węgry wcale najgorzej nie wypadają w statystykach na tle innych państw, mniejszych i większych. Ciekawe też, że gdy Komisja ostro skrytykowała Francję za okólnik dotyczący Romów nikt (no, może poza Francuzami) nie krzyczał, że to podwójne standardy (mimo, że sytuacja Romów w niejednym europejskim kraju jest jednak gorsza niż we Francji, na przykład w Rumunii albo na Słowacji).

O stosowaniu podwójnych standardów czyta się regularnie i nie tylko w odniesieniu do UE. A czasem się nie czyta, choć nie wiadomo dlaczego. Gazety donoszą dziś o nowej polityce ochrony prywatności wprowadzonej przez Google'a. Google od chwili rozwinięcia skrzydeł i wprowadzenia szeregu usług, jak Gmail na przykład, nieustannie zwiększa ochronę prywatności swoich użytkowników i powoli dochodzi do tak ścisłej ochrony, że owej prywatności coraz trudniej się doszukać. Wszystko to oczywiście dla naszej wygody, bo po co mamy sami dokonywać wyborów i selekcji, po co mamy tracić czas na jakiekolwiek decyzje: Google zrobi to za nas. Wystarczy, że lepiej nas pozna. Pozna nas lepiej, niż my sami się znamy i spakuje w logarytm.

To niezwykłe, że działania Google'a nie budzą niepokoju internautów podskakujących tysiącami na ulicach i placach w obronie wolności i prywatności zagrożonej przez ACTA. Ktoś powie, że to kwestia zaufania. Rządy, instytucje, międzynarodowe organizacje go nie mają, roztrwoniły przez lata, obywatele przestali szanować oficjalne, reprezentujące ich struktury. Skąd jednak bierze się zaufanie do prywatnych firm, których liczona w bilionach wartość jest wartością naszych kliknięć, naszych spojrzeń na ekran, naszej zawłaszczonej prywatności? Nie wiadomo. Brak zaufania tłumaczy stosunek ludzi do rządów. Naiwność tłumaczy ich stosunek do Google'a i innych jemu podobnych.



2012-01-20

Tusk tyłem do Europy

W zdominowanej przez narodowe egoizmy Europie krótkowzrocznych polityków Donald Tusk błyszczał  do niedawna jak trzynasta gwiazdka na unijnej fladze.  Proeuropejski i nowoczesny premier państwa, które z miesiąca na miesiąc udowadniało  nieważność kolejnych przypisywanych mu stereotypów. Tych, które "stara Europa" przypisywała "nowej Europie" automatycznie, z rozdzielnika. Ale i tych, które przylgnęły do Polski za rządów Kaczyńskich i PiSu: państwa rządzonego przez autokratów rodem z międzywojnia, katolickich nacjonalistów, których anachroniczny patriotyzm objawiał się psychozą osaczenia, mesjanistycznym cierpiętnictwem i aroganckim religijnym moralizatorstwem; państwa, które stawało się powoli własnością jednej partii; którego rządzący niezależność demokratycznych instytucji (sądów, Trybunału Konstytucyjnego, banku centralnego) i mediów uważali za główną przeszkodę w budowie nowego, słusznego ustroju.


Ludzie zagłosowali na PO i Tuska, bo - co wielu pozytywnie zaskoczyło -  takiego modelu państwa nie chcieli. Dziś takie państwo (choć ze słabszym komponentem katolickości, bo to jednak nie Polska) buduje nad Dunajem Victor Orbán. Tylko szybciej i skuteczniej. Na silnych, konstytucyjnych podstawach, o których Kaczyńscy nie mogli w Polsce nawet marzyć. Populizm i autorytarne ciągoty pisowskich przywódców wyglądały łagodnie w porównaniu do tego, co nie tylko głosi, ale jest w stanie zrobić Orbán. I to ciesząc się wciąż dużym poparciem społecznym. Nic dziwnego, że Radio Maryja, PiS, Nasz Dziennik, Solidarna Polska, palacze świec z Krakowskiego Przedmieścia mają wrażenie, że w Budapeszcie realizuje się ich sen: suwerenne na dziewiętnastowieczną modłę państwo jednego narodu, scentralizowane i pod kontrolą jednej, konserwatywno-rewolucyjnej partii. Popierają więc i organizują pomoc dla Węgier Orbána, bo takie Węgry, w których demokracja i wartości europejskie są tylko akcesoriami, najbardziej odpowiadają modelowi państwa, które chcieliby zobaczyć w Polsce. 

V Forum Spójności w Brukseli, 31.01.2011 © European Union, 2012 
Dlaczego jednak, wraz z nimi, popiera je Donald Tusk? Dlaczego najbardziej europejski z europejskich polityków (jak wydawało się jeszcze parę tygodni temu, gdy Polska przewodniczyła Radzie UE) chce dziś bronić Orbána przed Brukselą? Dlaczego gotów jest zablokować procedury, które w Unii służą do ustalenia, czy jeden z jej członków nie narusza wspólnych zasad: demokracji, wolności obywatelskich, zasady państwa prawa? Gdzie jest Europa Tuska: w Budapeszcie? 

Kilka odpowiedzi jest możliwych, właściwie nie wykluczają się one, mogą się uzupełniać. Po pierwsze, Tusk jest solidarny z politykiem z tej samej europejskiej partii. Obaj należą do chadeckiej Europejskiej Partii Ludowej. Tej samej, której frakcja w Parlamencie Europejskim broniła wbrew innym parlamentarnym klubom Berlusconiego, dziś broni Orbána i bronić będzie każdego, kto  wywodzi się z jej szeregów. W imię partyjnej solidarności, w imię solidarności władzy. Do  niedawna Donald Tusk bronił innej solidarności w Strasburgu i w Brukseli, opowiadał się przeciw partykularyzmom i za wspólnymi wartościami. 

Po drugie, Tusk broni Orbána w imię środkowo-europejskiej solidarności. Czyni to w poczuciu misji, bo Polska ma odgrywać rolę regionalnego lidera. Polska ma być też głównym graczem w grupie postkomunistycznych unijnych nowicjuszy. Niech więc Czesi i Słowacy, ale też Bułgarzy i Rumuni, a nawet Ukraina wiedzą, że Warszawa się o nich upomni. Tak jak się upominała o prawo Bułgarów i Rumunów do przystąpienia do Schengen. Jeśli jednak tak, to znaczy, że nie chodziło o europejskie wartości i przestrzeganie traktatów, tylko o regionalne interesy. Skoro zaś wartości nie są najważniejsze, to nic dziwnego, że Tusk się specjalnie nie upomina ani o demokrację na Ukrainie ani o Julię Tymoszenko. Upominał się natomiast o podpisanie układu stowarzyszeniowego i porozumienia o wolnym handlu bez specjalnego naciskania na spełnienie przez Ukrainę kryteriów demokracji. 

Po trzecie, znów jako regionalny lider, chce bronić Węgry przed atakami "starej Europy", bo obawia się, że zła nota wystawiona Węgrom obciąży bilans rozszerzenia UE w 2004 roku. A kiepska ocena tamtego rozszerzenia, zbyt kosztownego, to ponoć argument w ręku państw, które chcą dokonać oszczędności w unijnym budżecie pozbawiając nas dużej części "naszych" funduszy strukturalnych i spójności. Tylko, że to bardzo zła taktyka. Jedyny sposób, by uchronić za jednym zamachem Węgry i region to nacisk na Węgry. Tak, żeby Orbán zmienił swoją politykę. Jako regionalny lider i przyjaciel Orbána Tusk tu powinien dostrzec dla siebie rolę. Stając za nim murem i twierdząc, że nic takiego w Budapeszcie się nie dzieje wzmocni argumenty tych, którzy w możliwość zbudowania demokracji w byłych demoludach nigdy nie uwierzyli. Popierając Orbána Tusk zaczął właśnie roztrwaniać kapitał politycznej wiarygodności nie tylko Polski, ale i całego regionu.

Po czwarte wreszcie, może Tusk głosił przywiązanie do europejskich wartości na pokaz? Może jest im nie tyle przeciwny (tak jak Kaczyński albo Ziobro), ale po prostu nie wie, że rzeczywiście istnieją? Może bagatelizuje sytuację na Węgrzech, bo nie wie, co się tam dzieje? Może - nie rozumiejąc zasad demokracji, praw podstawowych i wartości europejskich - nie jest w stanie odczytać intencji Orbána i przewidzieć skutków jego działań?

Żadna z tych odpowiedzi nie może usprawiedliwić poparcia Tuska dla Orbána.  Ani taktycznie, ani strategicznie, ani moralnie.

2012-01-17

Orbán nie reformuje uniwersytetów

Wydawałoby się, że Victor Orbán, generalissimus Fideszu, niepodzielny władca Wielkich Węgier  (d. premier Republiki Węgierskiej), nie odpuści nikomu. Krytykom jego polityki wydaje się, że media (nie tylko publiczne, ale i prywatne), bank centralny, sędziowie, prokuratorzy i Krajowa Rada Sądownictwa, Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, Rzecznik praw obywatelskich i Główny Urząd Ochrony Danych Osobowych, związki wyznaniowe, notariusze, mniejszości narodowe (czyli "inne narodowości" żyjące w obrębie państwa będącego własnością Węgrów), że wszyscy bez wyjątku - jeśli tylko nie zostali zdelegalizowani, unieważnieni lub wysłani na emeryturę, dostali się pod kontrolę Orbána i jego partii.  


Zbuntowany Uniwersytet Warszawski, 1989                                    ©Kadmos-Europa
Tymczasem nie, jest wyjątek: uniwersytety, szkolnictwo wyższe. Żadnej konstytucyjnej rewolucji w tej dziedzinie. Wyjątek zaskakujący tym bardziej, że młodzież, studiująca lub wykształcona (to nie zawsze idzie w parze) jest zwykle awangardą postępu, obrońcą wolności i demokracji, czynnikiem sprawczym odnowy, symbolem otwartości na świat i przeciwnikiem tępego nacjonalizmu, źródłem fermentu.
Jeśli młodzi, jak powszechnie się uważa, rzeczywiście temu opisowi odpowiadają, to Orbán z jego konserwatywno-nacjonalistyczną polityką i autorytarnymi zapędami powinien być ich głównym wrogiem. I wzajemnie: Orbán powinien skorzystać ze zmiany konstytucji, by również szkolnictwo wyższe objąć partyjną i ideologiczną kuratelą. Nic takiego jednak się nie stało. Dlaczego?
     
Bo - jeśli wierzyć danym sondażowym - młodzi Węgrzy podzielają w znakomitej większości poglądy Orbána i są wyjątkowo podatni na jego urok.  Tygodnik Figyelő, poważne i wiarygodne czasopismo węgierskie, przeprowadził dwa lata temu pamiętny sondaż wśród osób między 18 i 30 rokiem życia. 82% uznało, że Węgry powinny iść własną drogą, że zachodnie rozwiązania nie dla nich. Oczekują, że tak się stanie, bo - jak twierdzi 65% - Węgry nie są w pełni niepodległe, skoro ich gospodarka pracuje na rzecz  zagranicznych interesów. Żeby tej sytuacji zaradzić, Węgry potrzebują głębokiej zmiany systemu rządzenia - tak uważa 73% ankietowanych. Jeśli chcą rewolucji, to jest to rewolucja konserwatywna. Ta, którą przeprowadza Orbán.

Jest mało prawdopodobne, by zagraniczne protesty, apele a może nawet sankcje Unii Europejskiej (uzasadnione i potrzebne, dodajmy), mogły ten stan rzeczy zmienić. Nie zmienią też faktu, że na Węgrzech brak partyjnej alternatywy dla Fideszu: socjaliści są całkowicie skompromitowani, a żadna inna siła zdolna sięgnąć po władzę i uzyskać społeczne poparcie jeszcze się tam nie pojawiła. Ponad połowa Węgrów oświadczyła, że zostałaby w domu, gdy doszło teraz do wyborów. Czekają na swój Ruch Palikota? Może nadejdzie. Na razie, również dzięki poparciu ludzi młodych, Orbán może wygrać kolejne wybory. Pytanie tylko, czy bez pomocy finansowej z zewnątrz kraj, doprowadzony na skraj bankructwa, wytrzyma. Ale to już inny temat.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...