Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

2013-03-17

Rosyjskie pieniądze cypryjskich banków

W 2011 roku Rosjanie wpłacili na konta cypryjskich banków prawie 120 miliardów euro. W przeciwną stronę, z Cypru do Rosji, popłynęło blisko 130 miliardów euro. W 2012 roku przepływy w obie strony bynajmniej nie ustały, chodzi o trwałą tendencję. Kiedy pieniądze płyną tak szerokim strumieniem w tę i z powrotem, "wiedz, że coś się dzieje", jak by powiedziała gwiazda YouTube'a, ksiądz Natanek.

"Że coś się dzieje" szybko zauważyli Niemcy, a przede wszystkim niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Trudno być zaskoczonym jego czujnością skoro za każdym razem, gdy trzeba unijnym groszem wspomóc tego czy innego potencjalnego bankruta, to właśnie Niemcy muszą wyłożyć największą kwotę. Nie ma dnia, żeby niemiecka prasa nie pisała o wątpliwościach co do legalności rosyjsko-cypryjskch transakcji, a Schaeuble otwarcie mówi o praniu brudnych pieniędzy na wielką skalę. Jean-Claude Juncker i jego następca na stanowisku szefa Eurogrupy, Jeroen Dijsselbloem też nie szczędzili krytyk.

Uroczystości z okazji przyjęcia Cypru i Malty do strefy Euro, 2007 ©CE
Od kiedy Cypr przystąpił do strefy euro w 2008 roku Rosjanie masowo zaczęli rejestrować tam firmy. Firmy zwykle zupełnie nieznane, będące własnością ludzi, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z biznesem, a przynajmniej z legalnym biznesem. W prasie od czasu do czasu ukazywały się budzące konsternację wywiady z rosyjskimi "inwestorami", którzy nawet nie bardzo starali się udawać, że mają jakiekolwiek biznesowe kwalifikacje. Skąd brali pieniądze - nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że jest ich dużo: ich napływ od 2008 roku sprawił, że wartość depozytów w cypryjskich bankach wzrosła o 100%, osiągając poziom 40%  cypryjskiego PKB. Jedna trzecia depozytów należy do Rosjan. Stanowi to ponad 25 miliardów euro (w kraju, którego gospodarka warta jest 17 miliardów euro!).

Nic dziwnego w tej sytuacji, że rozwój wypadków z uwagą śledzi też Moskwa. Były cypryjski prezydent, Dimitris Christofias, jedyny komunistyczny przywódca państwa w UE, starał się jeszcze parę miesięcy temu wywrzeć presje na partnerów ze strefy euro prowadząc z Rosją intensywne negocjacje w sprawie pożyczki. Oświadczył, że Cypr jest w niezłym stanie i dzięki rosyjskiej pomocy pewnie poradzi sobie bez unijnych pieniędzy, skoro warunkiem ich otrzymania miałyby być warunki uderzające w poziom życia Cypryjczyków. Nowy prezydent, Nicos Anastasiades, uważany za proeuropejskiego, od pierwszego dnia urzędowania zintensyfikował negocjacje z Eurogrupą i doprowadził wczoraj do porozumienia. Opiera się ono na jednorazowym opodatkowaniu depozytów bankowych (tutaj więcej na ten temat). Jako kompensatę właściciele kont dostaną akcje rekapitalizowanych banków. Marna pociecha. Jako dobrzy klienci cypryjskich banków również Rosjanie dołożą się do pakietu ratunkowego. Raczej nie powinni protestować: lepiej stracić 10% niż wszystko, co niechybnie by nastąpiło, gdyby doszło do zapowiadanego na maj bankructwa cypryjskiego systemu finansowego. Ale nie oznacza to, że Rosja wycofuje się z gry: zapowiada korzystniejsze warunki spłaty 2,5 miliarda euro, które Christofias pożyczył w Moskwie dwa lata temu.

Na początku marca szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi ostrzegał, że problemy gospodarki cypryjskiej, mimo jej mikroskali, mogą mieć dalekoidące skutki systemowe dla całej strefy euro. Obawy przed systemowymi zagrożeniami wypływającymi z niestabilnej sytuacji jednego kraju strefy euro stoją za wszystkimi decyzjami w sprawie pakietów pomocowych podjetymi dotychczas przez Eurogrupę. Cypr dołączy teraz do grupy krajów, które uzyskały poprzednio pieniądze na ratowanie systemu finansowego (Grecja, Portugala, Irlandia). Za każdym razem program pomocy nakłada na beneficjenta drakońskie warunki: cięcie wydatków i długofalowe reformy strukturalne. Ale każdy program jest inny, bo zależy od specyficznych uwarunkowań. Cypr jest jedynym państwem, w którym część pieniędzy na ratowanie banków ma pochodzić z prywatnych kont. Rosyjskie koneksje i zarzuty prania brudnych pieniędzy na masowa skalę wobec kraju, który oparł swoją gospodarkę na rozwoju usług finansowych to jeden z kluczowych elementów cypryjskiej specyfiki.

Nie zmienia to wszystko faktu, że nawet po zmianie prezydenta wyspa Afrodyty (jak miłośnicy mitologii mówią o Cyprze) z uporem zaprzecza jakoby jej system finansowy miał być gigantyczną pralnią pieniędzy. Czyżby więc nowy mit? Ministrowie finansów strefy euro i międzynarodowe organizacje finansowe jakoś nie chcą uwierzyć, że 10 tysięcy Rosjan mieszkających w Limassol dało się skusić wyłącznie pięknu śródziemnomorskich krajobrazów.

2012-12-14

Pełzająca europejska kontrrewolucja

Integracja europejska to jedyny w historii Europy projekt polityczny, który był w stanie przynieść ludziom w rożnych krajach jednocześnie i w sposób trwały to, czego potrzebują najbardziej: bezpieczeństwo, wolność, dobrobyt. Oczywiście, eurosceptycy powiedzą, że nie jest bezpiecznie, a jeśli jest, to UE nie ma nic do tego (co tam pokój, zdobycz historyczna, czyli muzealna, poza tym są Amerykanie i NATO), że nie ma wolności, bo Bruksela nam nakazuje i zakazuje (a tak zwane cztery swobody i tak by były, dzięki wolnemu rynkowi), że nia ma dobrobytu, bo jest kryzys (a to, że mimo kryzysu gospodarka unijna jest największa na świecie, że euro pozostaje stabilną walutą, a mieszkańcy UE należą do najbogatszych na Ziemi, to tylko unijna propaganda). Ale eurosceptycy się mylą.

Ta wyjątkowość integracji europejskiej - w świetle historii i z powodu zastosowanej metody - czyni z niej projekt rewolucyjny. I nawet, gdyby z jakiegoś powodu, Unia przestała istnieć, albo  - co gorsza - stała się pustą, międzyrządową wydmuszką, pozbawioną integracyjnej substancji - to mechanizmy integracji państw zwanych narodowymi (wielce to umowny termin, silnie zalatujący naftaliną) wymyślone  przed kilkudziesięciu laty, pozostaną trwałym elementem myśli i praktyki politycznej i geopolitycznej. Już dziś są zresztą oczywistym odwołaniem wszędzie tam, gdzie pojawiają się integracyjne aspiracje: w Afryce, w Ameryce Południowej. Integracja jest tam postrzegana jako sposób na rozruszanie gospodarki i na zażegnanie konfliktów na poziomie regionalnym, ponadpaństwowym.

Jest jednak z ta rewolucyjnością europejskiego integrowania pewien problem.  Bo owszem, o rewolucji można mówić, ale raczej w znaczeniu (toute proportion gardée) rewolucji kopernikańskiej. A więc takiej, która dotyczy myśli, opisu świata, techniki, metody, systemu. Trudniej byłoby odwołać się do przykładu rewolucji francuskiej czy innych podobnych, bo brakuje tu dwóch zasadniczych elementów: gwałtownej przemiany, wiążącej się z jak najbardziej dosłownie rozumianą przemocą, i rewolucyjnego ludu. Ludu zbuntowanego, ludu podburzonego przez prowodyrów i wodzów, których zwykle ten sam lud potem przegoni. Albert Camus dokonał mądrego rozróżnienia między buntem (rewoltą) a rewolucją. Bunt to etymologicznie zwrot, to powiedzenie "nie" i odwrócenie się plecami. Rewolucja, to pełny obrót, to powiedzenie "nie" żeby powiedzieć "tak". Ci, którzy wymyślili integrację europejską i nadali jej bieg, powiedzieli swoje rewolucyjne "tak", zbudowali system, który działa do dziś, i działa sprawnie, mimo zmieniającego się świata. Ale lud, ani zbuntowany ani rewolucyjny tylko bierny, poznaje znaczenie tej przemiany bardzo powoli i w sposób mało systematyczny: o integracji europejskiej w szkołach raczej nie uczą. Nie jest żadnym pocieszeniem, że w szkołach nie uczą, albo uczą źle, o wielu innych mechanizmach koniecznych pracownikom i przedsiębiorcom, obywatelom i konsumentom do funkcjonowania we współczesnym świecie.

Nieobecność "rewolucyjnego ludu" w "rewolucji europejskiej" tłumaczy zjawisko zwane demokratycznym deficytem UE,  ale również niektóre formy eurosceptycyzmu. Bo jest przecież eurosceptycyzm, który bierze się z wyłączenia i z niewiedzy; zła wola, polityczna kalkulacja, albo nacjonalistyczna ideologia nie tłumaczą wszystkiego. A integrację europejską rzeczywiście zrozumieć trudno. Nie dlatego, że brukselska biurokracja jest skomplikowana, że instytucje to niepojęty galimatias. System, ograniczony do instytucjonalnego i kompetencyjnego wymiaru, jest stosunkowo prosty. Czy ludzie lepiej rozumieją ustrój swojego własnego państwa? Oczywiście, że nie.

Trudniejsza do zrozumienia jest sama koncepcja integracji. Nie da się jej wtłoczyć w znane, przynajmniej pobieżnie, koncepcje współpracy międzynarodowej. Integracja to nie jest współpraca, to coś więcej, bo oznacza inne podejście do suwerenności i do wspólnego interesu oraz zakłada poziom ponadnarodowy a nie tylko międzynarodowy. Zakończenie drugiej wojny światowej to nie jest Pokój Westfalski, Unia Europejska nie jest dzieckiem Kongresu Wiedeńskiego.

Trudno też ludziom pojąć zasadę europejskiej solidarności. Jej podstawą jest również swoista definicja wspólnego interesu. Solidarność europejska nie akcją charytatywną. Tymczasem zanim jeszcze Polska przystąpiła do Unii, panowało dość powszechne przekonanie, że skoro nam dają pieniądze, to pewnie żeby coś od nas dostać. Przeciwnicy integracji do dzisiaj zresztą uważają, że za tą unijną szczodrością kryje się cyniczny podstęp: chcą (oni, ci obcy) nas pozbawić suwerenności, kopalni, banków, prawa do decydowania o czymkolwiek. Lista podstępów i przykładów spoljacji jest długa. Zwolennicy przystąpienia do UE pocieszali się, że tamci sypią groszem ze wstydu, bo kiedyś na zostawili, albo dlatego, że chcą od nas lekcji ducha i poszanowania wartości. Do dziś takie rozumienie europejskiej solidarności jest obecne, bo przecież jak to inaczej wytlumaczyc: że tak sami z siebie dają? Tymczasem składka na wyrównanie poziomów życia, na zniwelowanie różnic regionalnych to po prostu genialny pomysł na rozwój wspólnego rynku i wspólnego bezpieczenstwa. Tak, opłaca sie, opłaca się wszystkim. Trudno w to jednak tak po prostu uwierzyć, bo przykładów w historii raczej brakuje.

Rozszerzenie Unii również stanowi intelektualne wyzwanie. O ile przystąpienie do Wspólnot Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Danii nie wydawało się czymś niepojętym, o tyle już nad przyjęciem do UE państw biednych, w 2004 roku, trudniej po prostu przejść do porządku dziennego. Owszem, Portugalia też była biedna. Ale tym razem rozszerzenie było masowe: nigdy nie przyjęto na raz aż tylu krajów. Wątpliwości związane z rozszerzeniem są naturalnie podobne do tych, które wywołuje przywołana wyżej koncepcja europejskiej solidarności. Odpowiedzieć na nie można podobnie. Ale tym razem problem jest bardziej skomplikowany, bo chodzi już nie tylko o wyrównywanie poziomów między państwami członkowskimi, ale o zaprogramowaną ekspansję modelu społeczeństwa, w którym funkcjonuje społeczna gospodarka rynkowa, demokratyczne instytucje i porządek prawny gwarantujący poszanowanie praw człowieka. Jeszcze silniej niż w przypadku wewnątrzunijnej solidarności, w związku z rozszerzaniem Unii postawione zostaje pytanie: jak długo można, jak daleko trzeba?

Wszystkie te elementy stanowią o wyjątkowym i rewolucyjnym charakterze integracji europejskiej. Ale fakt, że czołowi politycy, główni aktorzy na unijnej scenie politycznej, nie tylko nie potrafią ludziom tych zawiłości wytłumaczyć, ale też często sami ich nie rozumieją, jest źródłem "pełzającej kontrrewolucji" europejskiej. Ludzie tej wiedzy zresztą nie poszukują. Nie ma na nią zapotrzebowania. Stereotypowe odniesienia do pobieżnie poznanej historii wydają się wystarczające. Nie wiedzą, że  nie wiedzą. Dla mediów to powód, by informować o UE tak jak informują bo dziennikarstwo jest dziś oparte na prawie inżyniera Mamonia: śpiewamy odbiorcom-klientom tylko te piosenki, które juz znają.  Punktem wyjściowym w postrzeganiu Unii jest założenie, że się nie da jej zrozumieć; jej niezrozumiałość jest elementem składowym jej tożsamości. Eurosceptykom i eurofobom łatwo więc opisywać integrację europejską (zredukowaną do "Brukseli eurokratów") odwołując się do jej nieracjonalności: jest nieracjonalna, bo nie mieści się w uwalonym schemacie archaicznego i ograniczonego do stereotypów obrazu rezczywistości.

2012-09-19

A gdyby się okazało, że polska proeuropejskość na łupkach stoi?


Poszukiwania gazu łupkowego w Krynicy Credit: Wikimedia commons
W kolejnych badaniach opinii publicznej Polacy okazują się najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Był czas, że podobnie wypadali Hiszpanie i Irlandczycy. Będąc Polakiem przekonanym, że integracja europejska to najmądrzejszy, najodważniejszy i najbardziej dalekowzroczny projekt polityczny historii współczesnej nie będę się na te statystyki obrażał. Miło mi, gdy je widzę. A jednocześnie wiem, że nie są wieczne. I że nie są bynajmniej miernikiem "europejskości" społeczeństwa.

Europa Europie nie równa

Po pierwsze, europejskości są różne. Trudno mi na podstawie tych statystyk ocenić, jak bardzo Polacy odnajdują się w europejskim systemie wartości uznawanym za dominujący w UE. Systemie, który roboczo nazwę "zachodnim". Czytając statystyki, sondaże i opinie niezwiązane na pozór z Europa, europejskością czy z UE, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polska europejskość jest europejskością pogranicza, europejskością w dużej mierze bardziej "wschodnią" niż "zachodnią". Relacja między jednostką a wspólnotą oraz etniczne a społeczne poczucie wspólnoty, nowoczesność jako wartość i w ogóle przyszłość i przeszłość jako wektor stosunku do teraźniejszości, stosunek obywatela/Polaka do państwa/Polski, prawa człowieka, koncepcja wolności, w tym podejście do heglowskiej wolności od i do, poczucie własnej wartości i codzienne warto-nie warto – przykłady utwierdzające mnie w przekonaniu o "wschodniości" polskiej europejskości można by mnożyć. Barbarzyńska Europa, Europa łacińska, grecka, żydowska, chrześcijańska, wpływ prawosławia lub protestantyzmu na kształt współczesnego katolicyzmu – w zależności od proporcji, sposobu wymieszania, dodatkowych składników dadzą rożne odmiany europejskości. Masowe poparcie Polaków "dla Europy" nie koniecznie oznacza poparcie dla Europy takiej, jak czują ja Francuzi czy Niemcy, takiej, jak skodyfikowana w traktatach. Poparcie dla UE jako takiej nie jest też jednoznaczne z poparciem polskiej opinii publicznej dla konkretnych, zasadniczych dla przyszłości europejskiego projektu rozwiązań, takich jak przystąpienie do strefy euro i unia bankowa (Zob. sierpniowy eurobarometr).

Poparcie dla UE zależy od portfela

Po drugie, poparcie wyrażane w sondażach nie musi być tendencją trwałą. Dziś jest ono wyrazem rozsądku Polaków i ich umiejętności oceny sytuacji. Nie są specjalnie podatni na zalew jadowitej, acz tabloidowo-powierzchownej, patriotycznej lub populistycznej eurofobii wyrażanej przez sporą grupę dziennikarzy w większości polskich mediów. Widzą gołym okiem korzyści, które przyniosło Polsce członkostwo. Korzyści nie tylko materialne, choć te dostrzec najłatwiej, ale tez wizerunkowe: Unia okazała się zasadniczym składnikiem antidotum na polskie zakompleksienie, Polak czuje się dziś lepiej w polskiej skórze niż parę lat temu. Łatwiej też widzieć pozytywne strony unijnego kontekstu, gdy w Polsce dzieje się nieźle. Zwłaszcza na tle innych państw. Oczywiście, nie posądzam Polaków o to, że poziom zadowolenia z własnej pracy, płacy, siły nabywczej, dostępności usług edukacyjnych i zdrowotnych oceniają przez porównanie z danymi z innych krajów. Każdy to robi zaglądając do własnego portfela. A mimo to, ogólna ocena nie jest zła. Ale masowe poparcie Polaków dla UE może zacząć topnieć, gdyby zmieniła się sytuacja. Tak jak stopniało w Irlandii i w Hiszpanii. W obu przypadkach trudna sytuacja ekonomiczna obudziła te elementy lokalnego poczucia europejskości, które każą patrzeć na unijny kontekst, na innych, na zagranicę a nawet na siebie samych z niechęcią, z poczuciem krzywdy i z obawą.

Symbole silniejsze niż poparcie

Ale jest trzeci czynnik, który może sprawić, że poparcie dla UE spadnie w Polsce lawinowo. Czynnik trudny do zdefiniowania, bo natury symbolicznej. Gdyby Polska znalazła się w gospodarczej sytuacji Grecji albo Irlandii (co nie nastąpi, bo nie ma ku temu – na szczęście – ekonomicznych przesłanek), gdyby musiała poddać się reformom i cieciom budżetowym w zamian za finansową kroplówkę z MFW i z UE, to pewnie zamknięcie się w sobie i niechęć do UE przybrałaby kształt obaw o narodową suwerenność. To scenariusz najprostszy do wyobrażenia, wręcz banalny.
Ale czynników symbolicznych, które mogłyby w Polsce odwrócić sondażowe tendencje jest więcej. Pierwszym, który widzę na horyzoncie, jest gaz łupkowy. Zagorzałych zwolenników i przeciwników eksploatacji gazu łupkowego w Polsce łączy jedno: ograniczona wiedza na temat jej zalet, opłacalności i wpływu na środowisko. I pewnie żadne badania nie dadzą stuprocentowej pewności. Jednak najważniejsze znaczenie ma, co innego: zwolennicy są głównie w Polsce, przeciwnicy -poza Polską. Nadzieje rozbudzone w Polakach w związku z gazem łupkowym przypominają mi mityczne złoża ropy naftowej w Karlinie, w latach osiemdziesiątych.

Tyle, że wiara w rzeczywiście pozytywny wpływ łupków na polską gospodarkę oparta jest na zdecydowanie solidniejszych argumentach. Wiara jednak bez argumentów się obejdzie. Łupki stają się w Polsce symbolem. Bitwa o nie może mieć znaczenie przełomowe. Bitwa z UE. Eurosceptycy już dziś starają się tak tę kwestię przedstawiać. Wbrew faktom. Bo przecież Francja czy Czechy (które też wprowadziły moratorium na wydobywanie łupków u siebie) to nie cała UE. Jeśli za UE uznać unijne instytucje, to przecież Parlament Europejski właśnie przyjął sprawozdanie pozytywne dla łupków. Komisarz do spraw energii Oettinger jest pozytywnie nastawiony do polskiego stanowiska, Potočnik, komisarz od środowiska, ma pewnie więcej zastrzeżeń. Jakie będzie zdanie całej Komisji – nie wiadomo. Komisja Europejska powtarza, że skład "miksu energetycznego" to kompetencja państw członkowskich. Zamawia raporty u zewnętrznych wykonawców, ale nie twierdzi, że utożsamia się z ich konkluzjami, raz negatywnymi, raz pozytywnymi.

Czy Komisja rozumie symboliczny wymiar łupków?

Gdyby jednak, jak sugerują niektórzy, Komisja Europejska rzeczywiście miała przyjąć w przyszłym roku propozycję dyrektywy, która uczyniłaby wydobycia gazu łupkowego nieopłacalnym, a Rada i Parlament by ja zaakceptowały, gdyby rzeczywiście położyło to kres polskim nadziejom, to poparcie dla UE w ciągu paru dni mogłoby spaść do irlandzkiego poziomu. Bez względu na uzasadnienia towarzyszące decyzji. Polacy mogą popierać UE i być przeciw wprowadzeniu euro, ale ich poparcie dla UE będzie bardziej bezpośrednio związane z poparciem UE dla gazu łupkowego. Czy Komisja Europejska jest świadoma symbolicznego wymiaru łupków? Obawiam się, że nie. Więc jeśli Donald Tusk jeszcze tego nie zrobił, to pewnie powinien złapać za telefon i zadzwonić do Barroso. To nie jest techniczne zagadnienie na ministerialnym poziomie.

2012-02-29

Irlandzkie referendum: stracili dobrą okazję by powiedzieć "nie"


Irlandczycy znowu będą mieli europejskie referendum, tym razem w sprawie przystąpienia do "paktu fiskalnego", czyli międzyrządowego traktatu ustanawiającego wzmocnioną dyscypliną finansów publicznych państw sygnatariuszy. Podpisało go 25 krajów UE, ale dotyczy głównie członków Eurolandu. 

Polska prasa tematem się na razie nie fascynuje, choć wiemy z przeszłości, że irlandzkie referenda potrafią wywołać w UE poważne wstrząsy. Jest natomiast oczywiste, że sprawą żyje prasa irlandzka. Ale - co ciekawe - również prasa brytyjska i czeska. Pierwszą reakcją na irlandzkie referendum było w paru tamtejszych gazetach pytanie: a czemu nie u nas? 

© Komisja Europejska
Nie byłoby w tym nic dziwnego, przynajmniej u Brytyjczyków, którzy skwapliwie korzystają z każdej okazji, by powiedzieć Europie "nie". Tylko, że w tym przypadku to zabawne, bo rządy brytyjski i czeski traktatu nie podpisały (dlatego nie mógł to być traktat unijny, a jedynie międzyrządowy). Nie maja więc czego ratyfikować. Stracili tym samym możliwość zorganizowania politycznej hecy, która mogłaby pozwolić niejednemu politykowi zabłysnąć na scenie politycznej odważną i bezkompromisową postawą. 

Parafrazując pamiętne wystąpienie prezydenta Francji, Jacquesa Chiraca, Brytyjczycy i Czesi skorzystali z okazji, by siedzieć cicho i nie brać udziału. Ich prawo. Tym samym jednak stracili okazje, by powiedzieć "nie". Jaka szkoda… Mądry Czech i mądry Anglik po szkodzie.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...