Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSL. Pokaż wszystkie posty

2015-03-24

Radykalna przaśność racjonalnej ignorancji

Opublikowany w Gazecie Wyborczej artykuł Romana Imielskiego pod barokowym tytułem "Andrzej Duda w sprawie wejścia Polski do euro, czyli co "ciemny lud" ma kupić od kandydata na prezydenta" wyczerpująco i przystępnie tłumaczy dlaczego pisowski kandydat kłamie demaskując plan przyjęcia wspólnej waluty w 2016 rzekomo realizowany przez Komorowskiego. Dlatego nie ma sensu tej argumentacji tutaj powtarzać. Ale warto wyrazić Andrzejowi Dudzie wdzięczność, że sięgnął po ważny temat, bo takich w tej kampanii brakuje. Niestety, trzeba go też zganić za to, że ledwie po niego sięgnął, natychmiast go spalił.

Żenujący poziom polityczny i intelektualny kampanii prezydenckiej sprawia, że śledzenie jej przebiegu jest prawdziwą męczarnią. Nie ulega wąpliwości, że przesądzony wynik wyborów pozbawia jej atrakcyjności: to, czy Komorowski wygra w pierwszej czy w drugiej turze nie wygląda na istotny politycznie challange. Ale przez chwilę łudziłem się, że w tej sytuacji partie polityczne, z których wywodzą się kontrkandydaci obecnego prezydenta, zdyskontują nieuchronną porażkę zyskiem w postaci wypromowania swoich programów i nowych twarzy. Jak znalazł przed wyborami do sejmu. I jakże przydatne przed zdeterminowaną biologicznie zmianą pokoleniową w partyjnym kierownictwie PiS, PSL i SLD.

Nowe twarze się pojawiły, ale już po paru zdaniach wypowiedzianych przez Dudę i Jarubasa, i nie wypowiedzianych przez Ogórek (bo milczenie może mieć intelektualną głębię, ale nie musi) okazało się, że nic takiego się nie stanie. Zamiast politycznych programów - pyskówki i podkładanie sobie nogi. Zamiast politycznych idei - przaśność, pieniactwo, infantylizm, ignorancja.

Odnośnie Ukrainy poważnie, z racji pełnionego obecnie urzędu i wynikającej stąd odpowiedzialności, wypowiada się chyba tylko Komorowski. W debacie, w której nawet przy istnieniu różnych punktów widzenia należałoby wymagać od kandydatów na najwyższy w państwie urząd konsensusu w sprawie imponderabiliów i poczucia racji stanu obserwuję kopanie po kostkach i dogryzanie. Leszek Miller, spiritus movens eseldowskiej kandydatki, wygłasza, co gorsza, deklaracje przywodzące na myśl nie tylko moskiewską pożyczkę ale i dwukolorowy krawat Samoobrony, który dziadek polskiej postkomuny nosił przez jakiś czas na grdyce.

Europa jest w tej debacie nieobecna. Bywa przywoływana w kontekście ukraińskim, owszem. Ale w sposób całkowicie instrumentalny. Antyeuropejska retoryka też powraca, zwłaszcza u kandydatów prawicowych. Ale wedle scenariusza opisanego już na tym blogu w cyklu Państwo PiS jest nie z tej Europy. Sama w sobie Europa, integracja europejska nie jest tematem.

A przecież warto byłoby podyskutować o tym, jak kandydaci widzą udział Polski w UE, gdy przestaniemy dostawać unijne fundusze. Jak nasze członkostwo będzie wyglądało po 2020. Jednym z tematów, które zasługują na debatę jest naturalnie przystąpienie Polski do strefy euro. Decyzji w tej sprawie należy spodziewać się za kadencji przyszłego prezydenta. Dlatego to dobrze, że Andrzej Duda temat przypomniał. Nie podzielam poglądów PiS w sprawie euro, ale dyskutować trzeba. Bronisław Komorowski obiecywał wielką narodową debatę na ten temat. I cisza.

Dziś kandydat PiS wymachuje euro tak jak wczoraj wymachiwał zdjęciem Komorowskiego. Kolejny kampanijny gadżet, nie temat. Sposób, w jaki Duda wypowiadał się o euro ukazuje jego skłonność do kłamstwa, albo całkowitą ignorację. Jedno i drugie dyskwalifikuje go jako polityka w ogóle i jako posła do Parlamentu Europejskiego. Cytowany w nagłówku artykuł wyjaśnia dlaczego. Więcej nie trzeba. Replika Komorowskiego, że Duda przyjmuje euro bez problemu, ale przyjęcia euro przez Polskę nie chce to retoryczne hocki-klocki. Nawet zabawne. I co z tego?


Komorowski podzielił kandydatów na tych racjonalnych, jak on, i na radykalnych, jak Duda. Wiele o prezydencie można powiedzieć, ale z finezyjnego stosunku do języka, ani z poprawności językowej, znany nie jest. Wszak wiadomo, że można być racjonalnym radykałem. I radykalnie racjonalnym. Racjonalizm i radykalizm to nie są postawy przeciwstawne. Może chciał powiedzieć, że jest rozsądny a ten drugi radykalny? To już brzmi lepiej. Niestety, rozsądek w polskiej polityce często polega na tym, że drażliwych kwestii się nie porusza. Radykalizm zaś na tym, że porusza się tylko te, i tylko w taki sposób, żeby udała się hucpa. Jednym i drugim brakuje natomiast racji. Racji nie w znaczeniu słuszności, bo to rzecz względna, ale racji w sensie idei. Zamiast nich mamy radykalnie przaśną ignorancję i racjonalizm zagrodowy. Słowa Dudy o przyjmowaniu przez Polskę wspólnej waluty ilustrują obie te postawy.

 

 

2014-02-11

Proste europejskie wybory


Zmniejszyć Unię, zwiększyć Polskę


W Polsce słychać przede wszystkim zwolenników tej pierwszej teorii, zgrabnie wyrażonej wyborczym hasłem partii Jarosława Gowina „Polska Razem”: „Wielka Polska w małej Unii”. Powinno być chyba „słaba” Unia, „albo płytka” bo w swoim programie gowinowcy domagają się, wbrew tytułowi, powiększenia UE, ale to szczegół. Jeśli ktoś chce powiedzieć „Wszechpolska” zamiast „Wielka Polska”, to też proszę się nie krępować: różnica jest jedynie retoryczna. Bo poza retoryką i polityczną gestykulacją, wzmocnioną na czas kampanii wyborczej (nie ma się co dziwić, bo dla niektórych partyjek miejsca w Europarlamencie to szansa na przetrwanie) poglądy w sprawie UE takich partii jak PiS, SP, PR JG i RN są praktycznie identyczne. Dosyć dobrze scharakteryzował je Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego, kandydat na europosła (poważnie!): Europa ojczyzn, związek suwerennych państw, precz z traktatem lizbońskim, skończyć z polityką klimatyczną i bronić palenia węglem, nigdy nie przyjmować euro (w rozmowie z francuskim Nouvel Observateur).

Ten program można wzbogacić innymi punktami z programu PR Gowina, na przykład postulatem by organizować referendum narodowe za każdym razem, gdy Unia miałaby uzyskać nowe kompetencje, albo oskarżeniem UE o wszystko, jak leci, na przykład o to, że za dużo Polaków wyjeżdża do pracy w Norwegii i Islandii. Albo opiniami Solidarnej Polski Ziobry, który lubi na przykład powoływać się na „wybitnych ekonomistów” przewidujących „upadek i katastrofę” strefy euro. Jego poglądy idealnie pokrywają się w tej sprawie z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, co zresztą otwarcie podkreśla, mimo, że PiS jest partią konkurencyjną w wyborach do PE, obie partie zabiegają przecież o ten sam elektorat. Ale jeśli chodzi o Unię Europejską, to różnic programowych i ideologicznych nie ma, konsensus jest całkowity, i niemal wszystko co na temat programu europejskiego PiS piszę od paru tygodni na tym blogu (Państwo PiS jest nie z tej Europy), można by też powiedzieć o SP, PR i, w dużej mierze, o RN.


Dalsza integracja czy status quo


Zwolenników dalszej integracji politycznej Europy wyraźnie widać właściwie tylko w Twoim Ruchu Palikota. To ugrupowanie, w przeciwieństwie PR Gowina, widzi wielką Polskę w wielkiej UE. Czym silniejsza Unia, a przede wszystkim jej wspólnotowy wymiar, tym lepiej dla Polski. Ale nawet w deklaracjach polityków tego ugrupowania nie dostrzegam głębokiej wiary w sens integracji europejskiej i zrozumienia tego procesu. To bardziej kwestia usytuowania na politycznym rynku, odróżnienia od innych, zbudowania tożsamości. Więcej w tym PR, polityki wizerunkowej, pragmatyzmu, niż idei. U polskich zwolenników integracji europejskiej zaobserwować można syndrom sierocy, zagubienie adoptowanego dziecka, bolesną nieświadomość korzeni. To wynik nieuczestniczenia Polski i Polaków w procesie integracji europejskiej od samego początku. Chcemy, jesteśmy za, ale nie czujemy do końca tego procesu.

W koalicji rządowej dominuje postawa utrzymania status quo. PO jest oczywiście bardziej proeuropejska niż jej koalicyjny partner, integracja europejska to dla Tuska najlepszy, i jedyny, sposób na budowę zasobnej Polski (zasobnej, bo zasoby są jednak na pierwszym miejscu). Proeuropejskość PSL jest, po pierwsze, objawem politycznego mimetyzmu, w końcu są w rządzie; a po drugie wynikiem pewnej ewolucji, której motorem - jak zawsze w przypadku tej partii – jest korporacyjny pragmatyzm: dzięki unijnym funduszom możemy zaproponować więcej naszym wyborcom niż bez nich. Utrzymanie status quo i program minimum: to uznawana za typową postawa PO i PSL wobec rzeczywistości, ironicznie nazywana polityką ciepłej wody w kranie, która ma zastosowanie również wobec UE. Trzeba przyznać, że nie różni się zasadniczo od polityki innych większości parlamentarnych obecnie u władzy w państwach europejskich. Rządzeni przez socjalistów Francuzi i Niemcy z chadekami u władzy też chcą status quo w UE. O dalszej integracji mówią coraz wyraźniej, ale jedynie w strefie euro. A to oznacza tylko tyle, że dziś już bez owijania w bawełnę politycznej poprawności wzywają do powrotu do małej Unii, tej sprzed wielkiego rozszerzenia, bo dzisiejsza wydaje im się zbyt kosztowna i niespójna (gospodarczo, społecznie, kulturowo i politycznie).


Wymarzone miejsce w przeszłości


Wyjątkowość Wielkiej Brytanii,,rządzonej przez torysów, w tym kontekście jest banalna. Nie jestem nawet pewien, czy wyjątkowość do dobre słowo, bo ma ono sens tylko, gdy możliwe jest porównanie bytów porównywalnych. A stosunek wyspiarskiego Zjednoczonego Królestwa do kontynentu zawsze charakteryzował się izolacjonizmem i silnym poczuciem odrębności celów i interesów. Ich relacja wobec UE nie odbiega od tej zasady. Oni też zresztą chcą powrotu, tyle, że jeszcze bardziej w przeszłość niż Francuzi i Niemcy: do czasu, gdy jednocząca się Europa nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście chce być czymś więcej niż ograniczoną do rynku i unii celnej EFTA. O ile można zrozumieć zbieżność programów polskiej opcji narodowo-eurosceptycznej (PiS, PRJG, SP, RN) z brytyjską wizją (nacjonalistów z UKIP i większości torysów) co do postulatu ograniczenia Unii do minimum, o tyle ich uwikłanie w sojusz z Brytyjczykami w innych sprawach jest wbrew naturze. Brytyjski egoizm i izolacjonizm wyklucza przecież bezinteresowną szczodrość, której od tak zwanego Zachodu oczekują polscy eurosceptycy z tytułu zadośćuczynienia za historyczną krzywdę Polski.


Chęć powrotu do przeszłości i izolacjonizm to cechy charakteryzujące postawę wobec integracji europejskiej w większości państw UE. Niepewność jutra w czasach kryzysu gospodarczego rozbraja polityczną odwagę i dalekowzroczność. Idea postępu (jakbyśmy tego terminu nie definiowali) trafiła do muzeum, którego kustoszami są zatwardziali konserwatyści. Ich konserwatyzm należy rozumieć dosłownie: jako determinację w zakonserwowaniu swoich własnych (swojego kraju, społeczeństwa) zdobyczy. Zdobyczy (na przykład socjalnych, na przykład poziomu życia), które kiedyś w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Francja uważano za objaw postępu. Które z kolei w takich krajach jak Polska czy Czechy też definiować trzeba dosłownie: nie damy sobie odebrać tego co zdobyliśmy, a więc i prawa do dalszych zdobyczy (z unijnego budżetu), bo jako biedniejsi i – jak lubi powtarzać prezes Kaczyński – „na dorobku”, potrzebujemy ich do życia. Ponieważ potrzebujemy, to nie chcemy wracać do czasu sprzed rozszerzenia. Wygląda na to, że w przypadku krajów korzystających z funduszy spójności koncepcja powrotu, kroku wstecz w integracji europejskiej, nie ma zastosowania.

Czy rzeczywiście? Polskie partie narodowo—eurosceptyczne domagają się Unii bez tych zasad, które - wedle chociażby definicji  Joschki Fischera - są siłą napędową integracji europejskiej: zaufania, solidarności i kompromisu. Bo zaufanie miedzy państwami i narodami jest wbrew naturze, bo solidarność polega na tym, że oni dają nam pieniądze a my im logo „Solidarności”, bo kompromis to zdrada, która dowodzi, że skoro interesy każdy ma inne, zaufania być nie może. Można się jedynie spierać, czy rozumujący w ten sposób politycy i wyborcy chcą powrotu do sytuacji, gdy te integracyjne mechanizmy i pryncypia nie działały, czy też po prostu nie przyjmują ich do wiadomości, bo w głowie się im nie mieszczą. Jeśli ta druga interpretacja jest prawdziwa, to na ich usprawiedliwienie można jedynie powiedzieć, że w głowie im się zasady europejskiej integracji nie mieszczą dlatego, że byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny, gdy się one krystalizowały. I chyba spoza tej kurtyny nie wyszli do dziś. To specyficzna odmiana ukąszenia heglowskiego. Niestety, jego ofiarami padli nie tylko narodowcy-eurosceptycy, ale i spora cześć zwolenników integracji europejskiej, tak otumanionych historycyzmem, że utracili zdolność zrozumienia na czym integrowanie Europy polega, choć bronią tego projektu, bo wiedzą, że do czegoś się może przydać, że się opłaca. Czysty pragmatyzm.

Rower z napędem na ciepłą wodę

Podejście do historycznych zdobyczy i długość doświadczenia w integrowaniu Europy to różnice decydujące o stosunku do UE państw bogatych, które wymyśliły i nadały bieg integracji europejskiej, i tych „na dorobku”, które jako ostatnie przystąpiły do UE. W roku dziesiątej rocznicy polskiego członkostwa warto sobie te różnice uświadomić. To, co praktycznie wszystkie państwa UE dziś łączy, to pokusa powrotu (do lepszych czasów albo do bardziej zrozumiałej rzeczywistości) i izolacjonizm. Na tym właśnie polega kryzys integracji europejskiej, poważniejszy niż wszystkie pozostałe. Do tej pory przekonanie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni świetnie sprawdzało się w odniesieniu do integracji europejskiej: każdy kryzys stawał się bodźcem do pogłębienia i przyspieszenia procesu, bo siła powiązań między państwami zmuszała do poszukiwania wspólnych rozwiązań.
Dziś prawdziwość tej reguły potwierdza się przede wszystkim w odniesieniu do strefy euro, czy jednak rzeczywiście gwarantuje to trwałą konsolidację należących do niej państw? A jeśli tak, to co z tymi, którzy znajdą się poza tym obszarem? Trudno przewidzieć. Ale jeżeli dzisiejsze tendencje zmierzające do sformalizowania „zmiennej geometrii” Europy się umocnią, spór o Europę jeszcze wyraźniej niż dziś stanie się sporem fundamentalnym w polskiej polityce.

Bo na coś trzeba się będzie zdecydować: albo zrobić krok do przodu z tymi, którzy wzmocnią UE ograniczoną do strefy euro, albo krok wstecz z tymi, którzy chcą Unii bez kompetencji, powrotu do idei EFTA. To raczej zła wiadomość dla uprawiających politykę ciepłej wody w kranie: czas status quo właśnie się kończy. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że integracja europejska jest jak rower: w którąś stronę trzeba pedałować, żeby się nie wywrócić. Napęd na ciepłą wodę nie zadziała. Na węgiel też zresztą nie.

2014-01-22

Państwo PiS jest nie z tej Europy (3) Rolnictwo: polska wieś dla polskich rolników (unijne dopłaty też)

Wieś nigdy nie była głównym zapleczem wyborczym małomiasteczkowego PiS. Ale to się zmienia, poparcie dla PiS rośnie na wsi, maleje w miastach. Starając się zdobyć elektorat pozostający wierny PSL, PiS musi przelicytować miękką retorykę ludowców. Dlatego mówiąc o rolnictwie sięga do języka swych byłych koalicjantów: LPR i Samoobrony. 

Głównym argumentem jest straszenie obcymi, bo to przecież niezawodny sposób budowania kapitału politycznego przez populistów. Masowy wykup gruntów przez cudzoziemców, głównie przez Niemców, okradanie rolników i hodowców przez wielkie, zachodnie koncerny, nieuczciwe dopłaty unijne, polityka rolna definiowana poza Polską i, to oczywiste, wbrew Polsce: przed tym wszystkim chce nas uchronić premier Kaczyński, który "całkowicie odrzuca politykę lekceważenia wsi" (w odróżnieniu od "obecnego premiera" dającego wyraz swemu lekceważeniu poprzez " praktyczny brak wypowiedzi w tej sprawie").  "Dziś znów jest partia, która broni interesów polskiej wsi i polskiego narodu. Tą partią jest PiS" - głosił Jarosław Kaczyński w ostatnią niedzielę (19 stycznia 2014) w Wierzchosławicach na wiecu z okazji 140. urodzin Wincentego Witosa, oponenta Piłsudskiego, trzykrotnego premiera RP i twórcy polskiego ruchu ludowego, na którego dziedzictwo powołuje się PSL.


Nie oddamy polskiej ziemi

Kaczyński regularnie powtarza obietnicę "zabezpieczenia własności polskiej ziemi" (w czerwcu 2013 w Sosnowcu, w styczniu 2014 w Wierzchosławicach). Albo nie wie, albo zapomina, że w Unii Europejskiej obowiązuje swoboda przepływu kapitałów. To jedna z podstaw rynku wewnętrznego. Brytyjczycy mogą kupować ziemię we Francji, Francuzi w Niemczech, Niemcy we Włoszech, i gdzie tylko chcą, bo jest wolność obrotu ziemią. Polacy też mogą. Jednak kupowanie ziemi w Polsce jest na razie dla cudzoziemców utrudnione. W czasie negocjacji o przystąpieniu do UE Polska, jako jedyna spośród państw kandydujących, uzyskała najdłuższy w unijnej historii dwunastoletni okres przejściowy na zakup przez cudzoziemców gruntów rolnych i leśnych. Memorandum wygasa w 2016 roku. Wtedy będą obowiązywać w Polsce takie same reguły jak w całej UE. Trudno powiedzieć, czy tak długi okres przejściowy był potrzebny z ekonomicznego punktu widzenia. Nieugięte stanowisko polskich negocjatorów podyktowane było względami politycznymi. Obawiali się, że nacjonaliści skutecznie posłużą się argumentem "IV rozbioru Polski" by skłonić rolników do głosowania w referendum przeciw przystąpieniu Polski do UE. Rolnicy zagłosowali na "tak" i są dziś z tego zadowoleni. Ale po tamte argumenty sięga dziś Kaczyński. "Precz ze zdrajcami! Precz z Unią!" - takie okrzyki wznosili działacze rolniczej Solidarności na wiecu ku czci Witosa (wg. Polska the Times). Być może następnym razem usłyszymy go na wiecu w Miasteczku Krajeńskim, gdzie nad grobem Michała Drzymały będzie apelować o zachowanie polskości ziemi.

Michał Drzymała i jego nowy wóz w Grodzisku Mazowieckim, 1908.
Tymczasem od początku swej działalności Agencja Nieruchomości Rolnych sprzedała cudzoziemcom 2,2 tys. ha, czyli zaledwie 0,1 proc. wszystkich sprzedanych gruntów (2,2 mln ha). W 2010 roku Niemcy kupili w Polsce 150 ha ziemi. Cudzoziemcy ogółem (poza Niemcami to głównie Brytyjczycy, Holendrzy i Duńczycy) – 800 ha. To wielkości znikome. Prawda, że zdarzają się przypadki, gdy ziemię kupują podstawione osoby. Za małorolnym "słupem", którego nie stać by było na zakup kilkudziesięciu hektarów popegierowskiej ziemi, może stać zagraniczny koncern, niejednokrotnie podbijający cenę by uniemożliwić zakup lokalnym nabywcom. To spekulacja. Przeciw działaniom bezprawnym broni prawo. Rozwiązaniem są też przetargi zamknięte, tylko dla rolników z danej gminy, organizowane coraz częściej zwłaszcza na tych obszarach, gdzie ziemi brakuje. Ale tak czy owak chodzi o zjawisko marginalne.

O dziwo, to raczej Polacy wykazują się większą chęcią do inwestycji zagranicznych, licznie kupując domy i mieszkania w Niemczech. W byłej NRD przybywa przygranicznych wsi i miasteczek, gdzie słychać głownie język polski. Wśród głośnych ostatnio transakcji można wymienić zakup nieruchomości o powierzchni 4,5 ha przez firmę Amazon.com w podwrocławskich Bielanach. Amerykanie budują tam centrum logistyczne koncernu. Zastanawiam się jak Kaczyński zamierza "zabezpieczać" polską własność ziemi. Przez wynegocjowanie stałego odstępstwa od unijnych norm? To wykluczone. Przez wyjście z UE? Tego nie mówi. Kaczyński nie musi natomiast tłumaczyć, dlaczego składa taką obietnicę, bo to "oczywista oczywistość": polska ziemia dla polskich chłopów, Polska dla Polaków. To jest ton kampanii PiS: nacjonalizm.

Należy nam się więcej!

Dostajemy mniej niż powinniśmy, twierdzi Kaczyński i jego wyznawcy. Zasługujemy na więcej. Więcej, czyli przynajmniej tyle samo, co inni, dlatego PiS będzie walczył o "wyrównanie dopłat" rolnych. Dopłaty rzeczywiście nie są równe, jednak wbrew temu, co sugeruje Kaczyński, nie ma wysokiej dopłaty unijnej dla wszystkich i odpowiednio niższej dopłaty dla polskich rolników. W różnych krajach dopłaty są różne, i niekoniecznie w tak zwanych "nowych krajach" automatycznie niższe niż w "starych".

Trudno oczywiście zaprzeczyć, że system dopłat rolnych w UE jest oparty na anachronicznych zasadach. Płatności przyznane "starym" państwom członkowskim (UE 15) zależą od wielkości produkcji, okres referencyjny to lata 2001-2002. Historycznie rzecz ujmując, dopłaty miały rekompensować spadek dochodów (również w porównaniu do dochodów w innych dziedzinach gospodarki) idący w parze ze zwiększającą się produkcją. W krajach kandydujących, wychodzących z kolektywizmu, sytuacja była inna. Stąd różnice w traktowaniu nowych i starych. Dysproporcja jest więc uwarunkowana historycznie, dziś nie ma już uzasadnienia. Jest też oczywiste, że siła negocjacyjna przyjmujących była znacznie większa niż siła przystępujących do UE, a dopłaty rolne stanowiły największy sektorowy koszt rozszerzenia. Wprowadzony system stopniowego dochodzenia do równowagi nigdy do równowagi nie doprowadził. Wszyscy w UE są tego świadomi. Nowy system, wciąż negocjowany, ma poprawić sytuację, choć do całkowitego wyrównania dopłat nie dojdzie. Dotychczasowy system dopłaty do hektara upraw faworyzuje uprawy zbóż, hodowcy zwierząt są w gorszej sytuacji. Tak zwana "konwergencja" doprowadzi do poprawy sytuacji hodowców kosztem rolników, dotychczasowych beneficjentów. To też rodzaj odzyskiwania równowagi. I jak zwykle ktoś straci, ktoś zyska. Protesty przeciw zmianom będą usprawiedliwiane obroną korzyści nabytych. Tak było, gdy z powodu rozszerzenia UE rolnicy ze "starych państw" bali się, że będą musieli dzielić z "nowymi". Tak jest dziś, gdy reforma WPR (oczekiwana od dawna na przykład przez Wielką Brytanię) zakładająca stopniową liberalizację i redukowanie subwencji spotyka się ze sprzeciwem między innymi PiS. 

To wszystko jest zbyt skomplikowane, jak się okazuje, dla Jarosława Kaczyńskiego. "Należy nam się więcej" – zawsze: to hasło może przysporzyć wyborców i na tym polityczny zamysł PiS się kończy. Co z tego, że to stanowisko nie jest wynikiem analizy gospodarczej, strategii negocjacyjnej, znajomości sytuacji na rynku rolnym; że nie ma szans na dotrzymanie tej obietnicy. Co z tego, że w latach 2004-2013 Polska z UE otrzymała 138 mld 661 mln zł na realizację Wspólnej Polityki Rolnej i że żadna inna branża nie otrzymuje takiego wsparcia; że poza dopłatami do hektara polska wieś przeobraża się dzięki unijnym funduszom na rozwój obszarów wiejskich? Tak, to też są pieniądze dla polskiej wsi. Kaczyński zupełnie pomija te fundusze. Twierdzi, że "tylko ok. 10% środków spójnościowych trafia na wieś, choć mieszka tam ok. 40% mieszkańców naszego kraju." Gdyby być złośliwym, można by Prezesa odpytać ze znaczenia dla wsi funduszy przeznaczanych na infrastrukturę i ochronę środowiska. Tylko po co: każdą swoją deklaracją daje dowód całkowitej ignorancji w tej dziedzinie. Albo populistycznego cynizmu, gdyby się okazało, że wiedzę skrzętnie ukrywa, by zwerbować elektorat banialukami. 

Gdyby populizmem odpowiedzieć na populizm, należałoby go zapytać, czemu chce odebrać środki mieszkańcom miast i miasteczek (którzy nie dostają dopłat bezpośrednich do comiesięcznych dochodów) i dać je mieszkańcom wsi. Bo komuś odebrać by trzeba. W jaki sposób? Tego Kaczyński nie mówi. A szkoda, bo warto, ale językiem konkretów, a nie populizmu. W czasie negocjacji na temat unijnych ram budżetowych na lata 2014-2020 Polska, największy beneficjent unijnych dopłat, zdecydowała się silniej bronić funduszu spójności niż dopłat rolnych. Coś za coś, bo wbrew temu, czego domaga się Kaczyński, nie można dostać zawsze więcej, we wszystkich dziedzinach. Polska dokonała mądrego wyboru, bardziej opłacalnego dla gospodarki. Ale decydując się na takie rozwiązanie Tusk obiecał ministrowi rolnictwa rekompensatę ze środków spójności na rzecz rozwoju obszarów wiejskich (nie na dopłaty bezpośrednie). Dziś minister Kalemba domaga się dotrzymania obietnicy.

Polska bez GMO

To kolejne hasło Kaczyńskiego. Nie wiem, czy przemyślane, czy spodoba się wszystkim rolnikom. Ale mechanizm doboru haseł jest wciąż ten sam: niech się boją, tylko wtedy uwierzą, że ich uratujemy. Jako zażarty przeciwnik GMO i obrońca "produkcji naturalnej" Kaczyński staje w jednym szeregu z partiami Zielonych i z takimi ich aktywistami jak na przykład francuski europoseł José Bové. Jeszcze jedno ich upodabnia: antyamerykańska fobia Bové jest na miarę antyniemieckiej fobii Kaczyńskiego. Ale trudno mu będzie w tym towarzystwie wytrwać, jeżeli nie zmieni poglądów na politykę energetyczną, klimatyczną i środowiskową. Kaczyński – ekolog to złudzenie.  Nigdy nie słyszałem polityka PiS wychwalającego ideę "zazielenienia rolnictwa" (to znaczy poddania go w większym stopniu wymogom ochrony środowiska, nie tylko w zakresie rodzaju upraw, ale też zużycia energii). Polska wolna od GMO to Polska wolna od międzynarodowych koncernów (czyli od "obcych"), które "feudalizują polską wieś" – mówi nam Kaczyński. I na tym jego "ekologiczna" refleksja się kończy.

Polska jest jednym z ośmiu krajów UE (inne to Austria, Bułgaria, Grecja, Niemcy, Węgry, Włochy i Luksemburg), w których uprawa GMO jest zakazana. Konkretnie, zakazana jest uprawa genetycznie modyfikowanej kukurydzy MON810, jedynej, którą w niektórych krajach UE się widuje się na polach. Poglądy Kaczyńskiego w sprawie GMO nie są wiec odosobnione ani w Polsce ani w UE. Czym bardziej na lewo, tym silniejsze są tego rodzaju obawy. Nie uważam, żeby tych obaw nie należało brać na serio. Debata na temat modelu europejskiego rolnictwa, innego niż ten narzucony przez globalizację, toczy się we Francji, w Hiszpanii, w Niemczech i jest to potrzebna debata.


Uprawy na duńskiej wyspie Samsø, całkowicie samowystarczalnej 

energetycznie dzięki  energii odnawialnej.
Chodzi jednak o to, że na scenie europejskiej nawet w tych dziedzinach, gdzie można dostrzec punktowe zbieżności programu PiS z istniejącymi tendencjami politycznymi, Kaczyński pozostanie sam. Jego sojusz z politykami takimi jak José Bové czy Daniel Cohn-Bendit jest po prostu niewyobrażalny. Nawet jeśli ktoś kibicuje Kaczyńskiemu w sprawie OGM, zagranicznych koncernów czy "naturalnego rolnictwa", powinien wiedzieć, że jako polityk niezdolny do kompromisu, pozbawiony wiedzy (i ekspertów) w dziedzinie UE Kaczyński niczego w UE nie ugra. Nie chodzi o to, by wszystkie jego idee potępić w czambuł. Rzecz w tym, że dojście PiS i Kaczyńskiego do władzy oznacza całkowite osamotnienie Polski na scenie europejskiej. To nie jest dobry scenariusz dla naszego kraju. A czym większa polityczna i budżetowa stawka negocjacji, tak jak w rolnictwie, tym mniejsze szanse Kaczyńskiego na wynegocjowanie dobrego dla Polski kompromisu.

Skoro już jednak o poglądach Kaczyńskiego na GMO mowa, to należałoby go zapytać, czy po dojściu do władzy pomoże w przyjęciu przez UE dyrektywy, która ma unormować zasady, na jakich dany kraj zakazuje upraw GMO. Dziś prawo jest w tej dziedzinie niejasne. Polska, której na zdrowy rozum powinno zależeć, by dyrektywa weszła w życie, blokuje jej przyjęcie w Radzie od 2010 roku. Co na to Kaczyński? Nic. Milczenie. Temat zbyt skomplikowany, by go wykorzystać na populistycznych wiecach. 


NB. Dla przypomnienia: w latach 2014–2020 Polska dostanie 32,1 mld euro z funduszu Wspólnej Polityki Rolnej (12% więcej niż w latach 2007- 2013, mimo, że unijny budżet WPR zmniejszył się o 44 mld euro). W sumie w latach 2014-2020 inwestycje w polską wieś wyniosą 42,4 mld euro (177 mld zł). Na tę kwotę złoża się pieniądze z WPR (dopłaty rolne i fundusze na rozwój obszarów wiejskich), fundusze spójności (5,2 mld euro) i dofinansowanie z polskiego budżetu. (Wg. danych podanych przez min. Kalembę cytowanych przez Rzeczpospolitą 14/01/2014)



Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014
 

2014-01-20

Kto bardziej kocha Wincentego Witosa

Wincenty Witos na obchodach 25 lecia swojej działalności politycznej, 
Wierzchosławice, 1933.
Wczoraj w Wierzchosławicach, miejscu urodzin Wincentego Witosa, Jarosław Kaczyński wystąpił na wiecu z okazji 140. urodzin twórcy polskiego ruchu ludowego. Zaprezentował się jako jedyny prawdziwy rzecznik interesów polskich rolników. Walka z PSL o elektorat wsi trwa.

Spór o prawo do dziedzictwa Wincentego Witosa jest zabawnym elementem kłótni między PiS a PSL o to, kto lepiej broni polskich rolników. Formalnie to PSL wydaje się oczywistym spadkobiercą. Członkowie PiS dotychczas powoływali się na Piłsudskiego. Znana jest też ich mitomańska skłonność do przedstawiania Lecha Kaczyńskiego jako Piłsudskiego naszych czasów.  Tymczasem Witos i Piłsudski byli zażartymi przeciwnikami. Upadek trzeciego rządu Witosa był spowodowany przejęciem władzy przez Marszałka  w wyniku przewrotu majowego. Witos nigdy nie pogodził się z puczem i na zawsze pozostał wrogiem sanacji. Jako jeden z przywódców opozycji trafił do twierdzy brzeskiej, potem w procesie brzeskim skazano go na wiezienie i utratę praw publicznych (odebrano mu też order Orła Białego,  który rodzinie Witosa zwrócił dopiero prezydent Bronisław Komorowski). Później Witos wyjechał do Czechosłowacji i z emigracji kierował strajkami na polskiej wsi pozostając liderem Stronnictwa ludowego.  

Można się naśmiewać, że 11 listopada na placu Piłsudskiego w Warszawie Jarosław Kaczyński jest piłsudczykiem, a 19 stycznia pod pomnikiem Witosa w Wierzchosławicach - ludowcem. Okazuje się, że jest w tym jednak pewna logika. Wiadomo, że ani Piłsudskim ani Witosem Kaczyński nigdy nie będzie, bo to postać po stokroć mniejszego formatu, ale też nikt nie zabroni mu czerpać z dziedzictwa obu polityków tego, co mu odpowiada. Poza retoryką niepodległościową, która łączy Piłsudskiego i Witosa, Kaczyński dość wyraźnie inspiruje się w myśleniu o państwie modelem dyktatury wprowadzonej przez Marszałka. Z kolei obsesyjny strach przed obcymi, skłonność do oskarżania ich o nieustanne i świadome szkodzenie Polsce, dopatrywania się w mniejszościach narodowych zagrożenia polskości i - bardziej konkretnie - zagrożenia własności polskiej ziemi i polskiego przemysłu, oskarżanie przeciwników politycznych, zwłaszcza tych u władzy, o konszachty z obcymi na szkodę polskich interesów i preferowania obcych ze szkodą dla rdzennych Polaków - to niewątpliwie wyznaczniki myśli politycznej, które zbliżają go do Witosa. 

Przy okazji warto też przypomnieć (również jego apologetom z PSL) antysemityzm przywódcy Stronnictwa Ludowego.  Wiele na temat można znaleźć w książce Sławomira Mańko „Polski ruch ludowy wobec Żydów (1895-1939)” wydanej w 2010 roku przez Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego i IPN. Kaczyński nie jest antysemitą, kiedyś nawet uznał, że degrengolada polskiego nacjonalizmu została spowodowana między innymi antysemityzmem. Niewykluczone, że kiedyś ktoś uzna obsesyjną nieufność Kaczyńskiego wobec obcych, obcych państwowo, etnicznie lub moralnie, za czynnik, który doprowadził do degrengolady PiS. Kto wie. Antysemityzm u innych Kaczyński jest w stanie tolerować: u Jana Kobylańskiego albo u o. Rydzyka. Dlaczego miałby mu on przeszkadzać u Witosa? Podobnie tolerancyjny jest wobec homofobii posłanki Pawłowicz i jej eurofobii. W Wierzchosławicach na wiecu nikt nie palił tęczowych flag, ale transparenty i hasła antyunijne stanowiły dominujący ton wiecowego kolorytu. W najbliższych wyborach ich autorzy oddadzą zapewne głos na partię Jarosława Kaczyńskiego. Trudno, żeby mu to przeszkadzało, w końcu po to do Wierzchosławic przyjechał. PSL, odpowiadając na zarzuty Prezesa wobec ludowców i obietnice pod adresem rolników przypomniał glosowanie PiS w sprawie uboju rytualnego: poparcie zakazu uboju oznacza zdaniem liderów PSL olbrzymie straty dla polskich hodowców.  Nie tak dawno Roman Giertych (który w odróżnieniu od swego ojca, też polityka, od antysemityzmu się odżegnuje), oznajmił (w wywiadzie dla TVN 24), że poparcie zakazu uboju rytualnego przez PiS jest oczywistym objawem antysemityzmu tej partii. Wpływ Witosa? 



NB. 22 stycznia zapraszam do lektury trzeciej części cyklu o programie europejskim Jarosława Kaczyńskiego "Państwo PiS jest nie z tej Europy". Będzie o rolnictwie. 

2013-07-16

Chadecy w PE bronią państwa prawa (ale tylko w Czechach)

Miloš Zeman, Praga, 3 marca 2013
Europejska Partia Ludowa w PE, skupiająca chadeków i konserwatystów, wezwała dziś Komisję Europejską do zbadania, czy sposób powołania nowego czeskiego rządu nie odbywa się z naruszeniem podstawowych wartości Unii. Faktycznie, poczynania prezydenta Zemana budzą sporo obaw. Z kolei obrona wartości przez EPL budzi podejrzenia o hipokryzję, bo w przypadku Węgier i premiera Orbána ta sama frakcja nie daje dowodów aż tak silnego przywiązania do zasad demokracji i do państwa prawa. Wytłumaczenie jest proste: FIDESZ należy do EPL, a sam Orbán jest jednym z jego wiceprzewodniczących. Miloš Zeman natomiast jest politykiem lewicowym, a jego działania są wymierzone w większościową koalicję parlamentarną prawicy.

Othmar Karas, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, oświadczył dziś, że "poszanowanie państwa prawa i podstawowych wartości europejskich musi być nadzorowane i egzekwowane niezależnie od tego, o który kraj lub którą partię polityczną chodzi". Należy takiej deklaracji przyklasnąć apelując jednocześnie do europejskich chadeków, by sami się tej zasady trzymali. Tymczasem to właśnie EPL (do której należy też PO i PSL) doprowadziła do rozmycia przyjętej niedawno przez PE rezolucji dotyczącej sytuacji na Węgrzech. Chadecy osłabili przede wszystkim zapisy dotyczące kontrolowania przez UE stanu demokracji i poszanowania zasad prawa. Doprowadzili też do usunięcia odwołania do ewentualnych sankcji, które traktat pozwala nałożyć na państwo naruszające w sposób "poważny i stały" europejskie wartości. Mimo tej kuracji odchudzającej rezolucja PE spotkała się z bardzo ostrą krytyką członków rządu Orbána, a węgierski Parlament przyjął nawet kontr-rezolucję protestując przeciw niedopuszczalnej ingerencji UE w wewnętrzne - i z zasady niepojęte dla reszty świata - sprawy Węgier.

Tymczasem w Pradze prezydent Zeman powołał dziwny gabinet premiera Jiřego Rusnoka, ekonomisty, byłego ministra finansów a ostatnio osobistego doradcy prezydenta. W skład rządu fachowców weszli ludzie, których fach - w przypadku wielu z nich przynajmniej - polega głównie na współpracy z Zemanem w ramach lewicowej partyjki, która odłączyła się od socjalistycznej ČSSD. Ta ostatnia, w nadziei na szybkie przejęcie władzy, wezwała do rozwiązania niższej izby parlamentu. Głosowanie odbędzie się jutro, ale szans na poparcie tego wniosku przez większość raczej nie ma. Większość stanowi bowiem nadal koalicja partii prawicowych, na czele z ODS (razem z PiS należą do eurosceptycznej i heteroklitycznej ECR w europarlamencie) byłego premiera Nečasa, zmuszonego do dymisji w wyniku skandalu korupcyjnego wykrytego wśród jego współpracowników przez służby specjalne. 

Prawdopodobnie 9 sierpnia Parlament wypowie się w sprawie wotum zaufania dla powołanego przez Zemana rządu Rusnoka. Ale Zeman zupełnie świadomie powołał ten rząd nie tylko bez poparcia, ale wbrew większości parlamentarnej. Wie, że bez poparcia parlamentu jego rząd (bo że to on ma nad nim absolutną władzę nie ma wątpliwości) też będzie mógł rządzić. A potem będą przedterminowe wybory, które też mu są na rękę. Nie jest to niezgodne z literą konstytucji. Odbywa się jednak na pograniczu prawa, z naruszeniem - jak twierdzą jego oponenci - ducha konstytucji i przyjętej praktyki. O tym jednak Zeman nie chce słyszeć: prawo to prawo, nie ma czegoś takiego jak konstytucyjne zwyczaje. 

Jeżeli Komisja Europejska, zmuszona przez EPL, będzie rzeczywiście musiała zająć się Czechami, będzie miała trudny orzech do zgryzienia.


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...