Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RWPG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RWPG. Pokaż wszystkie posty

2013-03-06

Alternatywna Europa byłych demoludów

Znaczek NRD z 1989 roku: "40 Lat RWPG"              WikiCommons
Dzisiaj w Warszawie, na spotkaniu zorganizowanym przez Instytut Wolności, Viktor Orbán zachęcał do odbudowy czegoś, co nigdy nie istniało: wspólnoty wartości byłej RWPG. Termin nie został użyty, to prawda. Ale do idei promowanej przez lidera Fideszu pasuje jak ulał.

Na dzisiejsze spotkanie zorganizowane przez Salon24 i Instytut Wolności przyszli wyłącznie wyznawcy Orbána: dewoci (nie zabrakło zaproszenia do wspólnej modlitwy), PiS i pisobodobni oraz ci na prawo od PiS. Jeżeli był ktoś spoza tego ideologicznego konglomeratu, to się nie ujawnił. Porozumienie między Przywódcą a publiką wydawało się całkowite. Jeśli ktoś spodziewał się zobaczyć i usłyszeć wiecowego trybuna z Budapesztu, który wspomni zdradę z Trianon, Wielkie Węgry, zaatakuje UE porównaniem do ZSRR, to się zawiódł. Orbán w Warszawie był podobny do Orbána z Berlina i Brukseli: odpowiedzialnego, zadowolonego w siebie, wyrozumiałego dla innych przywódcę małego, sympatycznego kraju. Jego wystąpienie ograniczyło się do dwóch elementów. Po pierwsze, Węgry odniosły wielki sukces gospodarczy. Po drugie, Unia Europejska, to znaczy kraje zachodnie, są inne  niż Węgry: różni je system wartości, mają zupełnie inne interesy. Odmienność wartości sprawia, że nie rozumieją wielkiego dzieła odnowy i przebudowy państwa, którego dokonał. Konflikt interesów tłumaczy agresywny atak Zachodu przeciw reformom, które mają na celu zaprowadzenie sprawiedliwszego, opartego na odpowiedzialności, systemu. Systemu podatkowego przede wszystkim, który więcej zabiera zagranicznym firmom by więcej dać Węgrom. 

Ten zwięzły opis sytuacji nie obejmuje takich kwestii jak wolność mediów, wolność słowa, niezależność sądownictwa. Słusznie: wszystkie te zagadnienia ilustrują jedynie poziom niezrozumienia zachodnich polityków i opinii publicznej dla węgierskich dokonań. Wszystko, co Budapeszt chce zrobić po swojemu, zostaje okrzyknięte antyeuropejskim. A przecież tak nie jest: Orbán też buduje Europę, tylko inną. Na razie w Budapeszcie. Ale już do tej alternatywnej Europy zaprasza Polaków i Czechów. Słowaków nie wymienił, ale i oni, jako część Wielkich Węgier, zwana przed traktatem z Trianon Górnymi Węgrami, mogliby się w tej nowej wspólnocie odnaleźć. Podobnie jak inne państwa postkomunistyczne.  Nie lubię terminu "państwa postkomunistyczne", ale tutaj pasuje równie dobrze jak "wspólnota wartości byłej RWPG".

Na czym ma polegać ta wspólnota alternatywnych Europejczyków? Na historii: wszyscy uwolniliśmy się od komunizmu. Wspólnota postkomunizmu? Najwyraźniej. Wspólnota bolesnego doświadczenia przeszłości: my wiemy co to znaczy znaleźć się między Rosją a Niemcami, mówi Orbán. Wygląda na to, że to kolejna różnica między nami: my, byłe demoludy, mamy wspólnotę przeszłości i pamięci. Oni, Zachód, wspólnotę przyszłości i postępu (rozumianego jako odrzucenie bliskich nam wartości). Orbán wymienił też kilka spośród wartości łączących tradycyjnie, jego zdaniem, Polaków, Węgrów, Czechów : naród, religia, Kościół, rodzina, małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzy. Sam jednak przyznał, że nawet u niego, na Węgrzech, trudno mówić o wspólnocie scementowanej tymi wartościami, bo - w odróżnieniu od Polaków (i jego samego) tylko 14% Węgrów chodzi do kościoła. Gdybym był na sali, starałbym się go pocieszyć: to i tak lepszy wynik niż w ateistycznych Czechach. Słuchając Orbána można odnieść wrażenie, że lata komunistycznej opresji pozwoliły byłym demoludom zachować tradycyjną wizję świata i że teraz trzeba ją tylko przebudzić. Po to Orbán przyjechał do Warszawy. W tych samych latach Zachód od tradycyjnych wartości odchodził. 

Wydawało się, że przed szczytem wyszechradzkim, spotkaniem z Merkel i Hollandem, Orbán nabierze wody w usta, nie będzie się wychylać. Tymczasem, być może mimowolnie, poszedł dalej niż w swych populistycznych tyradach przeciw UE. Przedstawił swoją wykładnię innej Europy. Poskomunistycznej. Postkadarowskich Węgier. Pogomułgowskiej Polski. Posthusakowych Czech. Przedziwnej wspólnoty opartej nie na tym, co potencjalnych uczestników rzeczywiście między sobą łączy, ale co wszystkich ich rzekomo dzieli od Zachodu. Orbán zdaje się wierzyć, że pół wieku RWPG i Układu Warszawskiego powiązało wszystkie te kraje silniej niż ich wielowiekowa przynależność do obszaru cywilizacji europejskiej. Bo to do tej tradycji odwołuje się Orbán a nie, na przykład, do jakiejś Mitteleuropy, co byłoby oczywiście bez sensu. Zamiast się zaperzać, przyznajmy, że Orbán nie do końca się myli w swojej diagnozie. Czy nie jest tak, że ludzie w tych krajach, naszych krajach, inaczej rozumieją wolność, postęp, odpowiedzialność, relację między obywatelami a państwem czy demokrację przedstawicielską niż ci, którzy żyli po drugiej stronie żelaznej kurtyny?  Że idea przywództwa jest dla nich ważniejsza niż idea demokracji?  Że przyszłość jest jedynie funkcją przeszłości, a postęp pułapką zastawioną przez tych, którzy lepiej sobie radzą w teraźniejszości? Że te pięćdziesiąt lat sprawiły, że ta część Europy pozostała nie tylko z tyłu, ale z boku tej drugiej Europy, wolnorynkowej i demokratycznej? Ale poza analizą sytuacji, która może być poprawna, pozostaje jednak jeszcze kwestia wyboru, czego chcemy. Jaką Europę wybieramy dla siebie, jako Europejczycy.

Można nie czuć do Orbána sympatii i ganić jego politykę, ale słuchać go warto, bo pomaga to w zrozumieniu naszych krajowych orbanków z PiSu i tym podobnych; z Gazety Polskiej i z różnych  "Uważam Rze" czy "W sieci"; Lisickich, Warzechów, Ziemkiewiczów. Orbán uświadamia nam, że rzeczywiście trzeba dokonać wyboru. I że jest to wybór cywilizacyjny. Na tytułowe pytanie tego bloga "to gdzie ta Europa?" odpowiadać można różnie. Dobrze jest te odpowiedzi analizować i temu ten blog służy. Ale moja Europa na pewno nie jest tam, gdzie postkomunistyczna Europa Orbána. Nic dziwnego, że jego wyznawcy i promotorzy z taką niechęcią, a często wrogością, patrzą na Unię Europejską. Orbán ma rację: ona rzeczywiście opiera się na innym systemie wartości. 

2013-01-24

Europejczycy wszystkich narodów: zdezintegrujcie się!

Zamiast wysłuchać przemówienia Camerona z marszu i na żywca postanowiłem się przygotować i to był błąd. Przeczytałem najważniejsze w powojennej historii wystąpienia brytyjskich premierów poświęcone Europie. Najważniejsze, pracy nie było więc wiele. Nie liczyłem na to, że usłyszę coś całkiem nowego, bo ciągłość w brytyjskim spojrzeniu na integrację europejską (i na każdą inną formę wspólnoty, której Wielka Brytania sama nie kontroluje) jest bezsporna. Nie spodziewałem się też, że Cameron pójdzie w ślady Blaira i poprze ideę europejską. Myślałem jednak, że inspiracją dla niego będzie wyrazisty, imperialny eurosceptycyzm Margaret Thatcher. Jego wystąpienie, sprawnie napisane i powiedziane, okazało się jednak pozbawioną wszelkiej oryginalności powtórką z Johna Majora; wypowiedzianym z emfazą cytatem, bez jednej choćby nowej idei; odzwierciedleniem wahań i braku wizji polityka, który sam zapędził się w ślepy zaułek eurofobii i nie wie teraz jak z niego wyjść. Gdybym wystąpień jego poprzedników nie czytał, pewnie byłbym mniej rozczarowany.

Z Zurychu do Londynu

Winston Churchill w 1946 roku mówił na uniwersytecie w Zurychu o idei Stanów Zjednoczonych Europy. Wielkiej Brytanii w tej wspólnocie nie widział z bardzo prostego powodu: była już członkiem brytyjskiego Commonwealthu. Niech się jednoczą ci, którzy jeszcze nie mają oparcia w żadnej unii. Później jednak idea jednoczenia Europy na wzór Commonwealthu sama z siebie wygasła. Kiedy w 1988 o relacjach swojego państwa z Europą mówiła Margaret Thatcher, Wielka Brytania była już członkiem EWG od 15 lat. W swym wystąpieniu skrytykowała ideę Stanów Zjednoczonych Europy, bo Europa to nie Ameryka. Proces integracji europejskiej porównała do sowieckiego centralizmu. Wspomniała o Europie Centralnej oddzielonej żelazną kurtyną niewątpliwie z kurtuazji: przemawiała w Kolegium Europejskim w Brugii, jego rektorem był wówczas Jerzy Łukaszewski, pierwszy ambasador wolnej już Polski w Paryżu, znawca, zwolennik i praktyk integracji europejskiej w czasach, gdy Polska była jeszcze członkiem RWPG. Wspomniała o Warszawie i Pradze również po to, by było jasne, że Wspólnoty Europejskie to nie Europa, a jedynie jedna z jej emanacji.

M. Thatcher przemawia w Kolegium Europejskim w Brugii, 20.09.88
W 1994 roku, na uniwersytecie w Leiden, w Holandii, John Major protestował przeciw podawaniu w wątpliwość europejskości Wielkiej Brytanii. Wolnorynkowa Europa narodów, w której każdy z członków może uczestniczyć na swój sposób, bo elastyczność jest główną zasadą współpracy, gwarancją konkurencyjności gospodarczej i zabezpieczeniem suwerenności państw narodowych. Róbmy tylko to co praktyczne i wykonalne.  Harmonizacja, jeśli rzeczywiście konieczna dla funkcjonowania jednolitego rynku (brytyjskiego wynalazku!) dopuszczalna jest tylko wtedy, kiedy nie będzie ludziom doskwierała.

Wyjątkowe było wystąpienie Blaira w Strasburgu, na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego inaugurującym brytyjską prezydencję w 2005. Bardzo, jak na Brytyjczyka, proeuropejskie. Po części może dlatego, że jego bezpośrednimi odbiorcami byli europosłowie, z których wielu zamierzało mu zgotować chłodne przyjęcie, widząc w brytyjskim przewodnictwie groźbę wyhamowania procesu integracji i sześciomiesięcznej marginalizacji Parlamentu. Ale bili brawo na stojąco. Blair przedstawił się jako "namiętny" pro-Europejczyk od zawsze i brzmiał w tym co mówił szczerze. Również on wzywał do debaty o przyszłości Unii, do jej modernizacji i do większego zaagażowania w ten proces obywateli, większego otwarcia na ich opinie. Blair był też jedynym premierem brytyjskim (nie liczę Churchilla), który publicznie wyraził pogląd, że wspólna Europa jest i powinna być projektem politycznym, a nie tylko wspólnym rynkiem. Spośród cytowanych tu premierów tylko Cameron wygłosił swe przemówienie w Londynie. Miało być w Holandii, ale nie wyszło. To nawet lepiej, bo - w odróżnieniu od poprzedników - Cameron to polityk lokalny, jego wystąpienie adresowane było głównie do eurosceptycznego elektoratu, który ma zapewnić torysom parlamentarną większość w najbliższych wyborach, i do członków swojej własnej partii.

Cameron stawia ultimatum

Cameron powiedział wszystko to, co można już było znaleźć w przemówieniu Majora. Też zaklinał się, że nie jest izolacjonistą, mówił jako ktoś z zewnątrz ("optymistyczny przyjaciel" powiedział o sobie Major), nakłaniał do pragmatyzmu ("nie dajmy się zwieść utopijnym celom" - mówiła Thatcher), podkreślał olbrzymi wkład Wielkiej Brytanii i jej mocarstwową pozycję w świecie (Thatcher nie zawahała się nawet przywołać kolonializmu, który cywilizował świat). Domagał się Europy "elastycznej", à la carte, rynkowej, konkurencyjnej, więc nowoczesnej. Podobnie jak Major, Thatcher ale i Blair apelował o wzięcie pod uwagę głosu tych, którzy w projekt europejski nie wierzą, którzy nie widzą płynących z niego korzyści, ale widzą zagrożenia. I słusznie zauważył, tak jak jego poprzednicy, że ignorowanie rozczarowanych Unią, eurosceptycznie nastawionych obywateli jest pożywką euroceptycyzmu. Pominął jednak fakt, że eurosceptycyzm i pobudzanie antyunijnych fobii jest stosowane przez niego samego i jego partię jako populistyczna pożywka wyborczego sukcesu i oręż w walce o elektorat z rosnącym w siłę UKIP.

Co było nowe? Nowa była zapowiedź referendum. Nowe też było nieustanne używanie trybu warunkowego, typowe dla człowieka, który nie jest pewien gdzie jest ani dokąd zmierza. Nowością było też postawienie innym członkom UE bezsensownego ulitmatum: jeli zgodzicie się zrezygnować z budowanej od ponad pół wieku Unii na rzecz międzynarodowej współpracy ograniczonej do jednolitego rynku, możecie mieć nadzieję, że wtedy Brytyjczycy zagłosują w referendum za uczestnictwem w tak zdefiniowanym przedsięwzięciu; jeśli się nie zgodzicie, wychodzimy z tego interesu. Nowe było wyznaczenie daty wygaśnięcia ultimatum: 2015. Przyjęcie ultimatum ma się odbyć na drodze traktatowej. Nowy traktat ("new settlement") ma być zredagowany tak, by zabezpieczał brytyjskie interesy. Wielka Brytania ma być zwolniona z udziału we wszystkim, co jej nie odpowiada. Holenderska europosłanka Sophie in't Veld zastanawiała się jakie wyłączenia chce jeszcze negocjować Wielka Brytania, która regularnie wyłącza się ze wszystkiego jak leci: z euro, z Schengen, z polityki socjalnej, z obrony praw podstawowych, ze współpracy policji i wymiaru sprawiedliwości. W niektórych dziedzinach już dziś Szwajcaria czy Islandia, nie będące członkami UE, są bardziej zintegrowane z UE niż Wielka Brytania.

Ale Cameron w jednym ma rację: referendum w Wielkiej Brytanii jest potrzebne. Antyeuropejska fobia, między innymi za sprawą samego Camerona, tak bardzo opanowała umysły nad Tamizą, że Brytyjczycy nie mogą tkwić w UE przez niedopowiedzenie. Niech się jasno opowiedzą i przyjmą na siebie odpowiedzialność własnego wyboru. Dla UE też lepiej będzie ustalić zasady współpracy z brytyjskim partnerem na podstawie dwustronnych traktatów, niż mieć w swoim gronie niby-członka, który torpeduje jej rozwój. Owszem, Wielka Brytania, wniosła też do UE pozytywne elementy, bywała gwarantem zachowania pewnej równowagi w definiowaniu gospodarczego i politycznego ustroju. Ale rzeczywiście: jeżeli Wielka Brytania nie czuła się w UE dobrze przez 40 lat swojego członkostwa, to nie poczuje się już nigdy. Chyba, że świadomie podejmie taką decyzję.

Przemówienia Winstona Churchilla, Margaret Thatcher, Jona Majora, Tony'ego Blaira i Davida Camerona można przeczytać w całości (po angielsku) w zakładce Lektury.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...