Pokazywanie postów oznaczonych etykietą euromity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą euromity. Pokaż wszystkie posty

2014-05-22

Euromity: UE zakaże używania cynamonu

To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Onecie, sensacja doczekała się publikacji też w innych miejscach (TVN24 BiŚ). Autor powołuje się na jakiś raport jakichś naukowców wskazujący na szkodliwy wpływ na ludzki organizm kumaryny zawartej w cynamonie. Nic w tym dziwnego, wszak codziennie ukazują się raporty wskazujące na szkodliwy lub, przeciwnie, zbawienny wpływ różnych substancji na ludzkie zdrowie. Jaki to ma związek z UE?

Zdaniem autora tekstu do Komisji rolnictwa Parlamentu Europejskiego trafił projekt rozporządzenia ograniczający używanie cynamonu. Wedle innych doniesień sprawą zajmuje się parlamentarna komisja zdrowia. Po pierwsze, żeby projekt mógł trafić do komisji parlamentarnej, musiałby istnieć. A nie istnieje. Po drugie, Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej, projekt musiałby przyjść z Komisji Europejskiej, w której jednak nigdy, ani przez chwilę, nie rozważano możliwości zakazu używania cynamonu. Po trzecie, komisje parlamentarne nie pracują obecnie, bo trwa kampania wyborcza. Po czwarte, ani w Komisji ani w Parlamencie nie ma żadnych nowych badań dotyczących cynamonowych zagrożeń dla zdrowia. Unia Europejska nie zakazuje spożywania cynamonu.

Fabrykowanie euromitu

Skąd więc wzięła się ta historia? Jak zwykle: zerżnięta z brytyjskiej prasy (The Telegraph, The Mirror). I jak zwykle, z wielomiesięcznym opóźnieniem (zob. punkt 1 Poradnika dla dziennikarzy piszących o UE). Jednak to, że ktoś gdzieś o tym napisał po angielsku nie dodaje tezom artykułu prawdziwości. Czy istnieją badania naukowe wskazujące na szkodliwy wpływ kumaryny na wątrobę? Owszem, istnieją od bardzo dawna. W listopadzie 2013 roku do sprawy powrócono w Journal of Agriculture and Food Chemistry. Nie oznacza to jednak, że - jak piszą na Onecie –"specjaliści" z Parlamentu Europejskiego chcą ograniczyć używanie cynamonu by uchronić ludzi przed rakiem wątroby. To bzdura.

Dlaczego więc dietetyczka, Barbara Krysiak, cytowana w artykule zajmuje stanowisko w sprawie planowanego przez UE zakazu spożywania cynamonu oznajmiając, że "to kolejny przykład na głupotę i ignorancję urzędników"? Bo dziennikarz jej powiedział, że będzie zakaz, więc uwierzyła. Eksperci zawsze wierzą dziennikarzom, są zachwyceni, że ktoś ich o coś pyta i ochoczo komentują każdą sprawę, nawet taką, o której dowiedzieli się przed sekundą z ust dziennikarza. Są bezcenni, bo swym "eksperckim" komentarzem są gotowi uwiarygodnić każdą bez wyjątku bzdurę. Na co to przykład? Pozostawmy odpowiedź na to pytanie ekspertce-dietetyczce.

Czy w unijnych przepisach kumaryna w ogóle gdzieś się pojawia? Jasne, że tak. Podobnie jak w przepisach krajowych i międzynarodowych (ONZ, WHO/MOZ). Przepisy odzwierciedlają bowiem stan wiedzy naukowej. Nigdzie nie chodzi jednak o zakaz spożywania cynamonu, ale o ustalenie maksymalnej zawartości kumaryny w produktach spożywczych. Unijne przepisy nie są więc przyczyną rewolucji, harmonizują jedynie przepisy krajowe, bo dla konsumentów i przedsiębiorców jest łatwiej mieć jedną regułę we wszystkich państwach członkowskich niż 28 różnych przepisów. Unijne rozporządzenie, zawierająca długą listę substancji i związków, pochodzi jednak z 2008 roku. Wtedy też Parlament nad sprawą debatował (tutaj jest jego stanowisko).

Sprawa jest więc, delikatnie mówiąc, lekko nieświeża. Dlaczego wypłynęła teraz? Pewnie za sprawą Duńczyków (swoją drogą, gdyby dziennikarze znali duński, mogliby nie ograniczać się do prasy brytyjskiej w poszukiwaniu antyunijnych tekstów, w Dani też ich nie brakuje - zob. punkt 5 Poradnika). Otóż w listopadzie 2013, gdy do sprawy powrócili naukowcy, duńska administracja przedstawiła swoją interpretację dopuszczalnego poziomu kumaryny w tradycyjnych ciasteczkach cynamonowych (kanelsnegl i kanelstænger). Duńscy piekarze się oburzyli, bo uznali, że to atak na tradycyjny duński smakołyk. Duńska administracja, w obliczu krytyki, powołała się oczywiście na przepisy unijne. To norma: każda krajowa administracja tak robi, żeby się wytłumaczyć ze swoich decyzji. Wszak UE można oskarżyć o wszystko. Tyle tylko, że w sąsiedniej Szwecji piekarze wypiekają identyczne ciasteczka. I też są święcie przekonani, że to szwedzka specjalność. Ale szwedzka interpretacja unijnych przepisów nie stanowi dla nich przeszkody. Bo unijne zasady dają państwom członkowskim możliwość dostosowania limitów do lokalnych wymogów i tradycji. I w żadnym wypadku nie zakazują spożywania cynamonu.

Z zakazem cynamonu sprawa jest podobna jak z zakazem wędlin. I jak z czarną wołgą. Pamiętacie?



NB. Tutaj przeczytasz o innych euromitach: krzywiźnie bananów  marchewce, która jest owocem i ślimaku, który jest rybą

2013-09-16

Unia chciała źle, wyszło jak zwykle

Obyczaje łagodnieją. Sportowe zmagania zastępują wojownikom i ich kibicom wojny; boiska - pola bitew. W polityce natomiast Unia Europejska zastąpiła nielubianego sąsiada i obce mocarstwo. Zawsze można przypisać jej złe intencje. Jest w tej roli niezawodna, o wiele lepsza niż ten czy inny kraj, bo nie dość, że można ją oskarżyć o wszystko, to krytyka nie będzie uznana za szowinizm czy rasizm (UE to nie naród), nie wywoła dyplomatycznego konfliktu (UE to nie państwo i, bądźmy szczerzy, dyplomacji z prawdziwego zdarzenia nie posiada), nie sprowokuje gniewu opinii publicznej (nie ma europejskiej opinii publicznej) i - choćby nie wiem jak informacja o UE była kłamliwa - nie wywoła sprostowania, bo liczne służby prasowe instytucji unijnych nie chcą, nie potrafią lub nie są w stanie przekłamań skutecznie prostować.

Dlaczego UE jest niezbędna i pozostaje popularna

Wbrew temu co się słyszy i jest w dobrym tonie powtarzać, UE pozostaje niezmiernie popularna i bliska ludziom. Ze wszystkim im się kojarzy. Nie to co jakiś ONZ czy NATO, że o OBWE nie wspomnę. Czy ktoś słyszał, że NATO nas za drogo kosztuje? Że urzędnicy OBWE za dużo zarabiają? Że ONZ narzuca Polsce jakieś przepisy? UE jest ulubionym tematem mediów uznawanych niesłusznie za eurosceptyczne. Niesłusznie, bo sceptycyzm to niechętny brak pewności, nieufne niezdecydowanie. Tymczasem krytyka UE w eurosceptycznych mediach naznaczona jest bezgraniczną pewnością, stała się pasją, uzależnieniem. Nie tylko w mediach: takie partyjki jak brytyjski UKIP na przykład w ogóle nie miałyby racji bytu, gdyby nie było UE. Czy nie należałoby uznać, że UE przyczynia się do pluralizmu? UE jest naturalnym terenem zalewowym dla oceanu jadu i nienawiści niektórych polityków, przyjmuje na siebie uderzenie fali nieczystości. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby choć część niszczycielskiej energii posłanki Pawłowicz czy innej Sobeckiej nie została pochłonięta przez, za przeproszeniem, "Brukselę". Na pewno komuś by się oberwało. Byłyby ofiary, jak nic.

Konkuzja: Unia Europejska jest i będzie potrzebna dopóty, dopóki nie wygaśnie w mediach i w polityce potrzeba szukania winnego (nawet, gdy nie ma winy), ferowania oskarżeń (nawet, gdy nie ma o co oskarżać), demaskowania wroga i spisku (nawet, gdy spisku nie ma a wróg nie wie, że spiskuje). Inaczej mówiąc: UE będzie potrzebna zawsze. By jednak UE mogła pełnić tę potrzebną społecznie funkcję, należy przyjąć dwa założenia. Po pierwsze: Bruksela zawsze chce źle; po drugie: fakty nie są ważne. Potem wystarczy wybrać temat. Każdy okaże się samograjem. Tak jak historia o legalizacji prostytucji przez UE, którą niedawno tu opisałem.

Z unijną flagą od kołyski po grobową deskę

A teraz praktyka. Obywatel UE ma prawo swobodnie przemieszczać się po unijnym terytorium, podejmować tam pracę, zapisać się na studia, odbywać praktyki zawodowe. Tak do końca jednak swobodnie nie jest. Potrzebnych jest zwykle kilka banalnych papierków wydanych przez administrację krajową. Pewnie niejeden, tak jak ja, zastanawiał się dlaczego ma wykładać kilkadziesiąt euro (waluta dowolna, w zależności od kraju) na podstemplowanie i przetłumaczenie w swoim konsulacie typowych zaświadczeń (odpisy aktów narodzin, zgonu, zawarcia małżeństwa) celem przedłożenia ich administracji kraju UE, w którym akurat się znalazł. I dlaczego nie może załatwić tego od ręki. Komisja Europejska znalazła bardzo proste rozwiązanie: wystarczy z 28 formularzy, dajmy na to aktów urodzenia, zrobić jeden. Bez żadnego tłumaczenia na wszystkie języki i bez dodatkowych pieczątek, z samej konstrukcji dokumentu, z obowiązkowego zestawu standardowych danych umieszczonych w standardowej kolejności, portugalski urzędnik będzie mógł się dowiedzieć z polskiego dokumentu tego samego, co z dokumentu portugalskiego i na tej podstawie załatwić sprawę. Przypominam: chodzi o dokumenty absolutnie podstawowe, takie jak odpis aktu ślubu czy urodzenia. Jeżeli władze Polski będą chciały podkreślić unijną kompatybilność wydanego przez siebie dokumentu, będą mogły dodatkowo umieścić na nim flagę UE.

W prasie brytyjskiej podniósł się raban: Bruksela pozbawi nas naszych krajowych dokumentów! Każe zastąpić królewskie emblematy znienawidzoną flagą okupanta. Złote gwiazdki, błękitne tło od narodzin aż po śmierć? Nigdy! Tłumaczenie, że królewskie emblematy mogą zostać, a unijna flaga jest opcjonalna na nic się nie zdają. Zapewnienia Komisji Europejskiej, że takie dokumenty będą mogły (jeżeli propozycja zostanie przyjęta) a nie musiały być wydawane przez krajowe administracje nie przekonują. Że nie zastąpią dokumentów krajowych, też nie. Bo Bruksela chce zawłaszczyć wyspiarzy stopniowo i potajemnie: nawet jeśli dzisiaj to jest opcja, to jasne, że kiedyś stanie się obowiązkiem. No way!

"Made in", niemiecka chluba i polski wstyd

Niemiecką opinię publiczną zaalarmowały prasowe doniesienia o zbilżającym się końcu oznaczenia Made in Germany. Bruksela chce je ponoć zastąpić Made in EU. Made in EU miałoby też wyrugować oznaczenia jakości produktów. Jest się o co martwić, bo dla wielu konsumentów, nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce na przykład, Made in Germany to znak jakości sam w sobie. Kiedyś, w PRL, nawet Made in GDR, jako ersatz prawdziwej niemieckości, gwarantował w oczach Polaka wyższą niż przeciętna w RWPG jakość towaru. Było to jednak w czasach, gdy chińskie piórniki z ceraty, zapachowe gumki i zabawki były oznaką luksusu, którego warte były kochane polskie dzieci. Dziś Made in China oznaką luksusu nie jest, NRD nie istnieje, ale oznaczenie kraju pochodzenia na towarze nie straciło na znaczeniu.

Jak jednak oznaczyć kraj pochodzenia na produkcie wymyślonym w Wielkiej Brytanii, wykonanym w Chinach z wykorzystaniem holenderskiego patentu i komponentów pochodzących z trzech różnych krajów, do którego tuż przed włożeniem do pudełka dodano dwie części pochodzące w Niemczech? Jak nabywca ma się dowiedzieć, gdzie wyprodukowano kupiony przez niego przedmiot, zwłaszcza, jeśli okaże się wadliwy lub niedopowiadający opisowi? Artykuły niebezpieczne dla życia lub zdrowia konsumenta są zgłaszane do unnijnego systemu Rapex, dzięki któremu takie przedmioty są z rynku eliminowane. Ale aż w przypadku 10% takich produktów nie da się ustalić skąd pochodzą.

Owszem, w UE są przepisy w tej dziedzinie. Ale te unijne, rozsiane w różnych miejscach, każdy kraj stosuje jak chce a do tego ma jeszcze multum własnych przepisów. Komisja zaproponowała, żeby przepisy zebrać w jednym rozporządzeniu. Miałoby ono między innymi sprawić, by na towarach, również tych importowanych, obowiązkowo umieszczana była nazwa i adres producenta. Bez zmiany pozostały znajdujące się w innym akcie prawnym przepisy dotyczące oznaczenia Made in, a również zasada, że można opcjonalnie stosować Made in EU lub Made in z nazwą kraju.

Natychmiast podniósł się raban w Niemczech, że ponoć UE ma zakazać znaku Made in Germany, Germany zastępując UE. Tymczasem Made in Germany to gwarancja jakości, najlepszy sposób promocji. W Polsce protesty zaczęły się z miesięcznym opóźnieniem, bo do Polski daleko i wszystko później dociera zapewne. O dziwo, opisany w prasie sprzeciw konfederacji pracodawców Lewiatan skierowany jest w stronę przeciwną: ponoć UE ma zakazać znaku Made in EU, EU zastępując nazwą kraju pochodzenia. Tymczasem, jak należy domniemywać, oznaczenie Made in Poland to wstyd. Kto kupi polskie produkty, gdy nie da się ich wstydliwegompochodzenia ukryć za Made in EU? Kiedy się okazało, że wielka afera jest wynikiem czytania rozporządzeń bez zrozumienia albo nieczytania, protesty ucichły. Ale ślad w prasie, bez sprostowania, pozostał. A mity mają długie życie. Ostatnio znowu pisał o tym Wprost, ubolewając nad losem polskich producentów kosmetyków. Tymczasem kosmetyki w ogóle nie są objęte nowelizacją, bo są dla nich odrębne, branżowe przepisy. Poza tym nie zauważyłem, żeby polskim kosmetykom ich polskość specjalnie przeszkadzała. Inglot ma więcej sklepów w Hiszpanii, Rosji i USA niż w Polsce (sam byłem w tym nowojorskim na Broadwayu).

Będą nam zabierać pieniądze

Na krótko, ale za to żywym płomieniem zapłonęło medialne ostrzeżenie nowego szefa NIK, Krzysztofa Kwiatkowskiego, przed zamachem Unii na fundusze strukturalne przeznaczone dla Polski. Informowały o tym w sierpniu Polsat, Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza. Kwiatkowski odkrył, że Europejski Trybunał Obrachunkowy, dotąd "fasadowe" ciało doradcze (tak napisali w DGP), uzyskał nowe uprawnienia. Na ich mocy unijni nikowcy będą teraz ponoć mogli nakazać Komisji Europejskiej zabranie Polsce funduszy spożytkowanych niezgodnie z unijnymi regułami. Komisja zaś obowiązkowo i ochoczo z tego skorzysta, żeby zabrać Polakom i dać innym na realizowanie priorytetów ważniejszych dla Brukseli niż polskie potrzeby. Komisja będzie tak ponoć mogła zrobić dzięki nowemu mechanizmowi elastyczności wprowadzonemu do przepisów dotycząch unijnego budżetu. Kwiatkowski zna sposób, jak storpedować te niecne zamiary: NIK z większą niż dotąd uwagą sam musi kontrolować wydatkowanie unijnych funduszy, żeby nie dać Brukseli pretekstu.

Konkluzja słuszna: NIK powinien pilnować, czy publiczne pieniądze są w Polsce wydawane zgodnie z prawem. Dla tych, którzy wątpili w zasadność nominacji Kwiatkowskiego, sprawa powinna być wreszcie jasna: chłop bezbłędnie opanował cele działania NIK, więc się na Prezesa nadaje. Ale analfabetyzm Kwiatkowskiego w kwestiach unijnych jest porażający. Dyskryminujący jest brak wiedzy na temat ETO, unijnego NIK. W praktyce, Komisja Europejska zawsze uwzględniała w swoich raportach i decyzjach wyniki audytu ETO, nie ma więc żadnej zmiany. I nie ma nowych przepisów. Żeby zmieniły się kompetencje ETO, trzeba by zmienić traktat o funkcjonowaniu UE. Nikt go w tym zakresie nie zmieniał i nie ma takich planów. Wszystko to nie ma absolutnie nic wspólnego z wieloletnimi ramami budżetowymi UE, a mechanizm elastyczności nie tym polega. Tyle w sprawie faktów. Złe, antypolskie intencje Komisji Europejskiej, która chce Polsce zabrać, żeby dać innym, to już kwestia osobistych przekonań prezesa NIK. Przekonań dość pisowskich zresztą, opartych na aksjomacie, wedle którego Polska otoczona jest wrogami. Nie wiem, czy przekonania przeszkodzą Kwiatkowskiemu w pracy, ale wiedza szefa NIK i jego szacunek dla faktów budzą moje obawy.

 

2013-08-07

Prostytucja, narkotyki, kreatywna księgowość: narodziny euromitu

©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa
Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipcu, przez kilka dni, dla części polskich mediów unijnym tematem numer jeden był plan ratowania podupadłych finansów UE dochodami z prostytucji, przemytu i handlu narkotykami. Brudna kasa szarej strefy miałaby być uwzględniana w wysokości PKB już od przyszłego roku, mocą nowych unijnych przepisów. Kreatywna księgowość eurokratów spotkała się ze słuszną krytyką kolektywu redaktorów z Dziennika Gazety Prawnej, a następnie z Super Expressu, innego organu zaangażowanego w krzewienie nagiej prawdy i bezlitosne obnażanie absurdów życia publicznego. Czujności redaktorów nie uszedł też wymiar moralny unijnych zamiarów: wykryli pełzającą groźbę legalizacji prostytucji i narkobiznesu, a kto wie, może również dziecięcej pornografii i handlu żywym towarem. Radio i telewizja szybko podchwyciły temat. Wiadomość, że mowa o propozycji, której nie ma, zatrzymała co prawda narastającą dyskusję, ale mit się narodził i żyje własnym życiem. Jestem pewien, że jeszcze po kliku latach nieraz na niego natrafimy w politycznej argumentacji i dziennikarskich dywagacjach.

Dziennikarstwo bez progów ostrożnościowych

Kiedyś uczono, że przed podaniem publicznie informacji dziennikarz powinien sprawdzić ją w przynajmniej dwóch źródłach. Większość dziennikarzy uważała tę zasadę za świętą. Był to miernik profesjonalizmu i gwarancja wiarygodności. Dziś ten "próg ostrożnościowy", jeśli odwołać się do modnego ostatnio terminu, jest coraz częściej uznawany w dziennikarstwie za zbędny. Można, jak się okazuje, spekulować na temat propozycji, której nie ma, zapowiadać głosem odkrywcy nowość, która zdążyła się zestarzeć, pisać o skutkach przepisów, których się nie widziało na oczy. Zwłaszcza, jeżeli pisze się o Unii Europejskiej, bo w tej dziedzinie można strzelić najgorszą bzdurę zupełnie bezkarnie. Temat niby techniczny, specjalistyczny, a jednak wywoła zainteresowanie, jeśli tylko nudne fakty ukryje się w miazmatach sensacji, słusznie licząc na ludzką naiwność i ignorancję. Unijne instytucje zwykle nie reagują, bo pewnie nie są nawet w stanie wyłapać wszystkiego, co w 28 krajach się wypisuje. O dziwo, tym razem Komisja Europejska nawet zareagowała i opublikowała sprostowanie.

Doniesienia polskiej prasy, które zaczęły się od publikacji w Dzienniku Gazecie Prawnej, jakoby przygnieciona kryzysem UE chciała sztucznie napompować PKB stosując kreatywną księgowość są idiotyczne. Ponoć od 2014 państwa UE będą musiały w swych statystykach ujmować szarą strefę obliczając PKB. Tymczasem chodzi o nowelizację starego rozporządzenia, obowiązującego od lat dziewięćdziesiątych, a nie o nowe przepisy. Funkcjonującego rozporządzenia, a nie dopiero budzącej zaskoczenie i kontrowersje propozycji. Szara strefa, w tym prostytucja, wliczana jest w UE do PKB od dwudziestu lat. A nowelizacja ogranicza się do techniki zbierania danych i metod statystycznych, nie wprowadza nowych przepisów dotyczących szarej (ani jakiejkolwiek innej) strefy. Nie ma służyć zawyżaniu PKB państw członkowskich, dotyczy statystki i "rachunków narodowych i krajowych", odnoszących się do PKB, ale znacznie bardziej szacunkowych niż wyliczony co do złotówki PKB.

Znowelizowane metody statystyczne nie zostały wymyślone przez "brukselskich biurokratów" tylko przez ONZ, a UE jedynie dostosowała do stosowanych na świecie oenzetowskich standardów swoje przepisy. To techniczne dostosowanie nie napompuje więc PKB państwa członkowskich, nie wpłynie na stosunek długu publicznego do PKB ani na wysokość skaładki wpłacanej przez państwa członkowskie UE do unijnego budżetu. Polski GUS być może zmieni swój sposób kalkulacji PKB wliczając do niego dziedziny szarej lub czarnej strefy, których wcześniej nie wliczał, ale nie wynika to z nowych obowiązków narzuconych przez Brukselę.


Jak zrobić news

Recepta na news jest prosta. Po pierwsze, news musi być interesujący, przyciągać uwagę. Co przyciąga uwagę, wiedzą tabloidy: obyczajowość (na przykład prostytucja, seks), sprawy kryminalne i przestępczość (na przykład narkotyki, przemyt), oszustwa (na przykład kreatywna księgowość, fałszowanie danych), ujawnienie tajemnicy (nowe przepisy miały wejść w życie niepostrzeżenie, ale bystry dziennikarz to wykrył), polityczna manipulacja (Rostowski znowu kręci). Nieważne o co rzeczywiście chodzi, ważne, żeby "chodziło" w mediach. Metodyka, statystyka, wskaźniki oceny, standardy księgowe, "porównywalność rachunków", "nowelizacja zintegrowanego systemu" to nie są rzeczy, które kogokolwiek zaintereusją. Ale legalizacja prostytucji - tak! To jest news. I myli się, kto myśli, że ten przepis na produkcję newsa jest zarezerwowany dla tabloidów. Tak było przed tabloidyzacją. Po drugie, choć informacja nie musi być prawdziwa, to musi zawierać ziarno prawdy. To jeden z dwóch sposobów na wiarygodność. Słowa (prostytucja, narkotyki) może wyrwane z kontekstu, ale są. Mniejsza o kontekst. Przepisy może nie nowe, może nie z tej dziedziny, ale istnieją. Mniejsza o szczegóły. GUS coś wprowadza, prostytucję chce liczyć, przemyt szacować, zawsze można powiedzieć, że na prikaz Brukseli. Bruksela istnieje, GUS istnieje, mniejsza o związki przyczynowo-skutkowe. Ziarno prawdy to również szczepionka, która uchroni przed wirusem sprostowań.

Po trzecie, news, jak sama nazwa wskazuje, musi być nowy. Wystarczy więc przemilczeć, że sprawa jest znana od dwudziestu lat. Jeżeli ktoś o sprawie już wspominał, nie trzeba się tym przejmować. Na ponad dwa lata przed GDP, tamat poruszył Puls Biznesu. Ale to było dawno, poza tym liczy się siła przebicia, czyli nakład: GDP to jednak waga średnia, PB to waga kogucia. Po czwarte, to oczywiste, sprawa jest może i znana, ale tylko tym, którzy się na tym znają. A oni mogliby wszystko popsuć. Lepiej więc ich pominąć. Nie znalazłem ani jednego artykułu mówiącego o nowej propozycji Komisji Europejskiej, który cytowałby przedstawicieli Komisji Europejskiej. I ani jednego, który przywołując nowe przepisy Rady i Parlamentu, przedstawiałby stanowisko tych instytucji. Sprostowanie Komisja zamieściła po polsku na swojej stronie internetowej, ale wśród mediów zajmujących się tematem nie znalazłem takich, które by się do niego odniosły. Pewnie z obawy, że powstałby niepotrzebny szum w krystalicznie czystym przekazie. I z szacunku dla zasady, że ignorancja odbiorców jest punktem wyjścia w procesie fabrykacji newsa i gwarancją powodzenia przedsięwzięcia.

Po piąte, poważna gazeta musi przedstawiać poważne argumenty. Dlatego zawsze warto zaprosić ekspertów. Rzucić im temat. Zapytać o zdanie. Ekspert, który powie: "nie znam przepisów, o których mowa więc nie będę się wypowiadał", to nie tylko biały kruk, to przede wszystkim ekspert zbędny. Ekspert użyteczny to taki, który temat podłapie w locie i się wypowie. Na każdy temat. Unia legalizuje prostytucję? Następnym krokiem może być legalizacja pedofilii i handlu żywym towarem? Bruksela każe nadmuchać PKB wliczając do niego handel narkotykami? Rostowski szczęśliwy, że eurokraci pozwolą mu ubarwić dochodami z przemytu wyniki gospodarcze? Jest Pan/ Pani za czy przeciw? Czy to dobra droga? Zaproszeni eksperci mają opinie w każdej z tych spraw. A ponieważ pan redaktor zadaje mu pytanie na temat "sprawy", to nie wypada przypuszczać, że sprawa nie istnieje. Tym bardziej, że inni eksperci też się wypowiadają. A skoro jest dyskusja, jest sprawa. "Grono ekspertów" to drugi, obok "ziarna prawdy", kluczowy sposób na uwiarygodnienia newsa. W artykułach, które czytałem, tylko jeden ekspert, bodajże przedstawiciel GUS, uznał za absurdalne twierdzenie, że uwzględniane prostytucji w statystykach prowadzi do legalizacji prostytucji.

Jak wyhodować mit

W dzisiejszej Rzeczpospolitej Hubert Janiszewski powraca do sprawy (dzięki niemu sam się nią zainteresowałem) chyba niepomny, że dyskusja wybuchła parę tygodni temu, i że wszystko co pisze, już napisano. To dowodzi, że sprawa żyje już własnym życiem i że nowy euromit właśnie się narodził. Janiszewski nie bez dumy wspomina, że sam kiedyś proponował legalizację prostytucji. Czyli prekursor. Śmiało dopatruje się w propozycji Komisji Europejskiej opóźnionej reakcji na swoją inicjatywę. Czyli mentor. Euromentor. Janiszewski jest ekonomistą, a nie statystykiem. Zgodnie ze swoim emploi, pisze o "kolejnych sztuczkach księgowych" i bezlitośnie demaskuje "nader wyraźny cel" tej "propozycji Komisji": podnieść PKB, zmniejszyć stosunek długu do PKB. Czyli ekspert. Gdyby był muzykologiem, biologiem albo fizykiem jądrowym też by się pewnie podjął zadania. I pewnie trudniej byłoby o ekspertyzę. Ale ekonomista potrafi wszystko, bo ekonomia to wszystko. Szacuje nawet, ile legalizacja prostytucji przez Ministerstwo Finansów (sic!) może dać przychodu. Poważnie.

Niedawno Ryszard Czarnecki, poseł do Parlamentu Europejskiego, zorganizował w Warszawie, w polskim sejmie, konferencję prasową na temat "kontrowersyjnej propozycji UE legalizacji dochodów z prostytucji i narkomanii". Pochwalił się tym przedsięwzięciem na Twitterze. Nadal można tę krotochwilę obejrzeć sobie na stronie sejmu. Dziennikarze mogli nie doczytać, ulec pokusie łatwego newsa. Ktoś mógł ich też podpuścić. Felietonistę Rzeczpospolitej poniosło. Dumny status eksperta od wszystkiego uderzył do głowy. No i te upały: człowiek się nie kontroluje, każą pisać to pisze.

Z europosłem Czarneckim sprawa ma się inaczej. Bo tajemnicza propozycja Komisji Europejskiej nie jest żadną propozycją, tylko obowiązującym prawem. Chodzi o rozporządzenie Rady i Parlamentu Europejskiego. Europoseł nie musiał czerpać swej wiedzy z prasy. Powinien ją czerpać z dokumentów, w końcu prace trwały wiele miesięcy. Nie zauważył? Powinien dokumenty czytać ze zrozumieniem. Nie zrozumiał? A potem ze zrozumieniem głosować. I głosował, ale pewnie bez zrozumienia, skoro parę miesięcy później, najwyraźniej pod wpływem doniesień prasowych, wygaduje takie monumentalne brednie. Głosowanie, w którym europoseł Czarnecki wziął udział, odbyło się w marcu. Na stronie internetowej jasno widać kto podpisał listę obecności w czasie głosowania (Czarnecki podpisał) i jaki tekst przyjęto. Można sobie nawet przeczytać pochlebne opinie na temat rozporządzenia wygłoszone przez przedstawicielkę klubu parlamentarnego, do którego należy poseł Czarnecki. Nie można natomiast znaleźć negatywnych opinii Czarneckiego, bo nie brał udziału w dyskusji. W jednym ma Czarnecki rację: to sprawa moralności. Moralności i etyki.

PS. W zakładce Euromity jest już nowy euromit: o legalizowaniu przez UE prostytucji, narkotyków i o kreatywnej księgowości.
Napisane w BlogsyNapisane w Blogsy

2012-07-04

Nie znaleziono dowodów na istnienie syren

Kadr z filmu Animal Planet
Istnienie syren nie zostało naukowo udowodnione - taką informację można znaleźć na stronie internetowej rządowej placówki podlegającej amerykańskiemu ministerstwu handlu. National Ocean Service, bo tak się ten departament nazywa, wydał niedawno komunikat zaprzeczający finansowaniu jakichkolwiek badań dotyczących syren. Oświadczenie uznano za niezbędne po tym, jak telewizja Animal Planet wyemitowała paradokumentalny film po tytułem "Mermaids: The Body Found". Amerykańskich widzów trzeba było uspokoić, że obraz poświęcony "wodnym humanoidom" był fikcją a nie filmem dokumentalnym. 

Nie jest to przypadek odosobniony. Według Long Island News, w maju amerykańskie Federalne Centrum kontroli i prewencji chorób (CDC) publicznie i zupełnie poważnie zdementowało pogłoski, że istnieje realne zagrożenie epidemią... zombi. Można oczywiście naśmiewać się z naiwności i poziomu edukacji najzamożniejszego, wydającego najwięcej na naukę i szkolnictwo, najnowocześniejszego i najbardziej demokratycznego narodu świata, za jaki uważa się większość obywateli USA. Mnie jednak jeszcze bardzie zastanawiają oficjalne komunikaty publicznych lub rządowych instytucji, takie jak cytowane powyżej. Eurosceptycy, którzy często swą awersję do UE kompensują uwielbieniem USA, właśnie po drugiej stronie oceanu powinni poszukiwać śmiesznych historii dezawuujących głupotę biurokracji. Bo te europejskie zaczynają już nudzić.


2012-06-13

Euromitologia dominujących i dominowanych



Euromitologia to tylko jeden z objawów odrzucenia idei integracji europejskiej. U jej podstaw leży odrzucenie tego wszystkiego, co nie wydaje się swojskie i nasze, tego co jest postrzegane jako obce i jako inne. Metoda budowania tożsamości w opozycji do innych jest stara jak świat. Zresztą nawet wśród zagorzałych zwolenników integracji europejskiej spotkać można ludzi, którzy nie potrafią swej europejskości opisać i zachwalić inaczej, niż poprzez opozycję na przykład wobec USA, Rosji, Chin.

Przeciwnicy integracji europejskiej budują swą eurosceptyczną tożsamość przeciw UE, ale nie przeciw Europie. Przeciwnie, nieustannie podkreślają, że są przeciwni nazywaniu UE Europą, bo to zawłaszczenie, choć z drugiej strony sami używają pokrewnej formy retorycznej mówiąc o UE "Bruksela". Przyznają się do Europy, ale odnajdują się tak naprawdę tylko w państwach narodowych. Ich eurosceptycyzm jest niejednorodny, bo naznaczony narodową historią.

Glasgow, Fontanna na cześć brytyjskiego kolonializmu
Dla krajów niegdyś imperialnych, które utraciły swoje kolonie, takich jak Francja i brytyjskie Zjednoczone Królestwo, odniesienie do metropolii pozostało aktualne. Wszystko, co poza metropolią, jest gorsze. W najlepszym razie – konkurencyjne. Z punktu widzenia Paryża czy Londynu Bruksela jest pozą metropolią, ma więc ograniczoną legitymację do decydowania o czymkolwiek. Brytyjska insularność, od wieków w prześmiewczej opozycji do Kontynentu, dodatkowo wzmacnia ten postkolonialny instynkt. Ale również we Francji, i to nawet wśród zadeklarowanych zwolenników integracji europejskiej, instynkt ten regularnie daje o sobie znać.

Dla eurosceptyków z krajów, które nie tylko nie miały swoich kolonii, ale – przeciwnie - cierpiały cudzą okupację lub dominację – UE to właśnie budząca niechęć obca potęga. To dominująca metropolia. Dlatego na przykład porównanie UE do ZSRR, Brukseli do Moskwy tak dobrze wpisuje się w zespól polskich wyobrażeń zbiorowych i historycznych odniesień. Skojarzenie całkowicie pozbawione sensu, to prawda, ale nie o racjonalnym tylko podświadomym i instynktownym odczytywaniu rzeczywistości mówimy. Co ciekawe, polscy eurosceptycy są przeciwnikami unijnej "dominacji", ale przynajmniej niektórzy z nich chcą odgrywać wobec Ukrainy czy Białorusi rolę odźwiernego brukselskich wrót, ambasadora Zachodu i jednocześnie rzecznika interesów swych byłych kolonii w Brukseli czy Strasburgu.

Oczywiście ta analiza eurosceptycyzmu oparta jest na pewnym uproszczeniu. Kolonialna przeszłość nie tłumaczy wszystkiego. Za brytyjskim eurosceptycyzmem mogą stać interesy londyńskiego City albo populistyczna analiza wyborcza, jak w przypadku Camerona i torysów. W Polsce poza historycznymi zmorami z czasów zaborów i okresu pojałtańskiego dużą rolę odgrywają też czynniki kulturowe, światopoglądowe.  Ale kolonialne dziedzictwo pozostaje interesującym elementem analizy euromitologii, której na tym blogu poświeciłem specjalna zakładkę.

Euro-mity i euro-opinie

© Kadmos-Europa
Kto nie słyszał o unijnym zakazie sprzedaży krzywych ogórków? Albo krzywych bananów? Każdy słyszał, każdy zna i pewnie nie raz powtarzał, nawet, jeżeli bez problemu kupuje w sklepie "krzywe" ogórki i "krzywe" banany. To jeden najbardziej rozpowszechnionych euromitów – historyjek, mających ośmieszyć integrację europejską, UE i jej instytucje.
Euromity to specyficzna kategoria stereotypów – nie tworzą się same, tworzą je i rozpowszechniają przeciwnicy idei integracji europejskiej.
W euromitach zwykle odnaleźć można ziarno prawdy. Na przykład prawdą jest, że z pieniędzy unijnych są częściowo sfinansowane badania mające ustalić wartości odżywcze białek zawartych w owadach. Nie jest natomiast prawdą, że UE zamierza narzucić ludziom jedzenie "robaków" zamiast schabowego z kapustą.

My i oni
Schabowy z kapustą to dobry przykład zabiegu retorycznego opartego na kontraście między tym co bliskie i tym co obce. Wiadomo, Polakowi bliski schabowy: stereotyp narodowy zostaje użyty, by skonstruować stereotyp anty-unijny. To zresztą ciekawe zjawisko, bo takie narodowe odniesienie ogranicza terytorialnie działanie euromitu – w końcu nie wszyscy w Europie zajadają się schabowymi z kapustą. Przed przystąpieniem Polski do UE przeciwnicy integracji europejskiej posiłkowali się w swojej antyunijnej argumentacji informacjami zaczerpniętymi z eurosceptycznych portali brytyjskich. Są one niewyczerpanym źródłem euromitów, ale wiele z nich brzmi śmiesznie po przeniesieniu do Polski właśnie z powodu lokalnych uwarunkowań. Tak samo jak niezrozumiałe dla Brytyjczyka byłoby odniesienie do schabowego, tak w Polsce bezsensownie brzmią protesty przeciw rzekomemu unijnemu zamachowi na miary i jednostki (w końcu nie sprzedajemy mięsa na funty i nie mierzymy wysokości w stopach).
UE jest obca – jak jedzenie robaków. UE jest z innej planety – na tym zasadzają się wszystkie euromity. UE jest gdzieś poza nami. UE to oni – standardowy populistyczny zabieg polega na zarysowaniu i stałym pogłębianiu podziału między ludem (narodem, klasą społeczną) a tymi, którzy "trzymają władzę" (elitą, salonem, biurokracją).
Twórcy euromitów nie zawracają sobie głowy sposobem funkcjonowania UE. Stosują prosty podział: my i oni.

Narzucone decyzje
Dwubiegunowa, oparta na opozycji relacja "my-oni" pozwala autorom euromitów pominąć takie drobiazgi jak ten, że UE składa się z państw członkowskich. Wolą myśleć, że UE, ten obcy, zewnętrzny, autorytarny organ, coś państwom członkowskim narzuca. Prawdę mówiąc coś takiego jak państwa członkowskie też dla twórców euromitów zresztą nie istnieje. A skoro nie ma państw członkowskich, nie ma oczywiście w euro mitologii miejsca na powołane w drodze demokratycznych procesów rządy – ich premierów i ministrów, którzy faktycznie i w drodze konsensusu lub głosowania wspólnie podejmują decyzje, nie ma miejsca na parlament europejski – wybierany bezpośrednio przez obywateli UE, który wespół z Radą decyduje o większości prawodawstwa unijnego i o unijnym budżecie, nie ma Komisji Europejskiej, która przygotowuje projekty prawne. Gdyby przyjąć, że jest jak jest, euromity straciłyby większość swego blasku, bo okazałoby się ze głupie, niepotrzebne, absurdalne decyzje nie są narzucane przez enigmatyczną "Brukselę" tylko podejmowane przez polityków wybranych przez ludzi, przez ich rządy i przez wspólne organy tworzone przez te rządy.

Euro-absurdy
Obcość "Brukseli" to jednak tylko cześć retorycznej konstrukcji euromitów. Ta, która odnosi się do źródła "złych" decyzji. Są jeszcze same decyzje. Jak to już wyżej zostało napisane, muszą one być głupie, niepotrzebne, absurdalne. W euromitologii stosuje się głównie trzy proste metody ich ośmieszania i deprecjonowania:
1) Wybrać sprawę potencjalnie śmieszną i przypisać UE odpowiedzialność za jej zaistnienie. Tak jak w przypadku rzekomego unijnego przepisu zakazującego fryzjerkom noszenia butów na wysokim obcasie.
2) Wybrać bardzo specyficzne (często techniczne) kwestie będące rzeczywiście przedmiotem debaty lub decyzji w instytucjach UE i przedstawić je jako absurd – bazując na nieznajomości tematu przez odbiorców. Do tej kategorii można zaliczyć całą serię przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt, higieny, handlu, ochrony konsumenta, bezpieczeństwa żywności czy badań naukowych.
3) I wreszcie mechanizm przypominjący grę w pomidora, tyle, że słowem magicznym zamiast pomidora staje się UE (lub któryś z jej odpowiedników: Bruksela, eurokraci, itp.). Decyzja Brukseli, eurokraci postanowili, unijny nakaz – w wielu przypadkach decyzja, postanowienie lub nakaz mogłyby nie zwrócić niczyjej uwagi, dopiero ich euromitologizacja czyni je interesującymi.

Co by było gdyby to UE, a nie UEFA, zdefiniowała piłkę futbolową? Śmiechom nie byłoby końca. Kto wie, może już niedługo euromit dotyczący futbolu powstanie. Na razie zapraszam do zakładki „Euromity”, gdzie zamieściłem informacje na temat najbardziej rozpowszechnionych euromitów, takich jak krzywizna banana i dżem z marchewki i na temat kilku mniej znanych.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...