Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euroland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Euroland. Pokaż wszystkie posty

2015-06-29

Mitologia Grecji nowożytnej

W referendum 5 lipca Grecy mają zdecydować czy chcąc reform. Od 1974 roku we wszystkich wyborach głosują przeciw reformom gospodarki. Trzeba wielkiej naiwności, by wierzyć, że teraz będzie inaczej. Albo silnego przekonania, że w greckich umysłach odrodzi się, choćby na chwilę, intelektualna potęga Antyku, który na wyrost nauczyliśmy się nazywać Grecją. Nic takiego się nie stanie, bo wyczerpani kryzysem Grecy marzą tylko o tym, by ci, którzy znowu ich okłamią, z Janisem Varoufakisem na czele, dokonali cudu przeniesienia ich na powrót do miejsca i epoki, w których wszystko było łatwiejsze. Tak wygląda mitologia nowożytnej Grecji.


Demokratyczne prawo wyboru tej czy innej większości parlamentarnej nie oznacza, że społeczeństwo ma prawo wybrać epokę, w której żyje. Aby przetrwać, zapewniając jednocześnie obywatelom bezpieczeństwo i akceptowalny poziom życia, państwo musi albo nadążać za ewolucją rzeczywistości albo ją wyprzedzać. Warto o tym pamiętać również w Polsce, zwłaszcza przed jesiennymi wyborami. Za głosowaniem na PiS i innych populistów kryje się pragnienie przeniesienia Polski do innej geopolitycznej lokalizacji, której nie ma, do innej epoki, której już nie będzie. Poza współczesną europejską, społeczno-rynkową demokrację. W tył. Pisałem o tym w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy". W tym sensie PiS rzeczywiście szykuje nam drugą Grecję. I wszystko jedno jak bardzo uzasadniona jest krytyka obecnych rządów, którym zarzucamy, że jedynie "nadążają" zamiast "wyprzedzać".

Łatwo powiedzieć, że problem demokracji zaczyna się wtedy, gdy ludzie dają się zwieść kłamstwu. Lepiej, żeby się dali zwieść prawdzie? Pewnie lepiej, tylko co z tym zwodzeniem? Pewnie lepiej, ale granicy między prawdą i fałszem nie wyznaczają fakty. Wszak populistyczna demagogia może opierać się na faktach. Granicę między prawdą i fałszem w demokracji zasnuwa mgła skomplikowanego kontekstu. Kłamią ci, co wmawiają ludziom, że kontekstu nie ma, że wszystko jest proste. Wyabstrahowanie problemów ze skomplikowanej rzeczywistości, przekonanie ludzi, że właśnie rozwiązanie tych, a nie innych problemów jest dla nich fundamentalne, i podanie ludziom na tacy szkieletowych, ale dobitnych w swej hasłowości rozwiązań jest najlepszym sposobem by w demokracji ludzie pożądali tego, co jest jej zaprzeczeniem: nawet nie kłamstwa jako takiego, ale frajdy z bycia oszukiwanym. Frajdy, która jest jak uzależnienie od wyniszczającego organizm narkotyku.

To przydarzyło się Grekom po 1974 roku, bo krótki okres demokracji w latach 1950-1967 nie ukształtował w nich demokratycznych instynktów na tyle solidnie, by przetrwały dyktaturę pułkowników. Ta upadła w 1974. W pierwszym, powojennym okresie, akceptowali reformy niezbędne do podźwignięcia kraju tak jak Polacy akceptowali reformy rządu Mazowieckiego, w uniesieniu odrodzenia. Potem, w czasie dyktatury nie pytano ich już, jak ma wyglądać polityczny i demokratyczny ustrój, ale reformy gospodarcze zapewniające wzrost były kontynuowane. Gwarancją stabilizacji był silny gospodarczy protekcjonizm. Upadek systemu walutowego z Bretton Woods i kryzys energetyczny lat siedemdziesiątych położyły kres władzy junty. Teraz, żeby przetrwać, trzeba było wreszcie wyrzeczeń. Żeby wyjść na prostą z walutowego i gospodarczego kryzysu, trzeba było reform. Ale zamiast tego, od przejęcia władzy przez PASOK (socjaliści), postanowiono żyć na kredyt. Przystąpienie do UE odebrało możliwość obrony gospodarki przed konkurencją za pomocą protekcjonizmu. Do euro Grecy przystąpili z przyczyn politycznych, posługując się sfałszowanymi statystykami, w rzeczywistości nie spełniali bowiem warunków członkostwa w Eurolandzie. Wraz z rezygnacją z drachmy skończyło się również majstrowanie kursem walutowym. W zamian, zwiększyła się wiarygodność gospodarcza Grecji, staniały kredyty. Ale zamiast je zainwestować w rozwój, Grecy je przejedli. Skonsumawała je masowa korupcja. I znowu przyszedł kryzys, i znowu nie ma z czego spłacać, tylko sytuacja gospodarki jest jeszcze gorsza niż w 1974. Aż przyszła Syriza.

W lipcu Grecy powiedzą "nie" reformom ze świadomością, że doprowadzi to do wyjścia z unii walutowej. Niby nie chcą, jeśli wierzyć sondażom. Ale też mają nadzieję, że w ostateczności z drachmą zamiast euro będzie im łatwiej, bo sobie drachm wydrukują tyle, ile będzie potrzeba, żeby spłacić długi i żeby jeszcze na wakacje starczyło i na emerytury. Mają nadzieję, że jak będzie trzeba, protekcjonizmem obronią się przed wykupem i zdominowaniem kraju ze śmieciową walutą przez "wielki kapitał". I że mimo to inwestorzy powrócą do pięknej, wiecznej Grecji. Nic z tego. Tak nie będzie. Grecja nie zmieni ani swego geopolitycznego położenia ani epoki. I Polska też nie zmieni.

 

2015-06-25

Grecy idą w zaparte

Szczyt ostatniej szansy, który właśnie trwa, nie miał przynieść ostatecznego rozwiązania greckiego kryzysu zadłużenia, bo na takie nie ma w tej chwili szans. Miał zapewnić Grecji kolejną kroplówkę, do czasu, aż wydarzy się coś, co pozwoli stwierdzić, że pacjent przeszedł ze stanu krytycznego w stan stabilny.

W chwili, kiedy o tym piszę, nic jednak nie zapowiada nawet tak mało ambitnego finału rozmów między unijnymi ministrami finansów, przedstawicielami Grecji i wierzycielami.

Wczoraj rozmowy skończyły się niczym i to w rekordowo krótkim czasie (mówiono o najkrótszym w historii szczycie strefy euro). Noc i pół dnia nie przyniosły jednak rozwiązania i dziś o 13.00 Eurogrupa miała znów na stole dwa rozbieżne stanowiska: Greków i ich wierzycieli.


Sytuacja jest patowa, bo Grecy oczekują prezentu i nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że będzie to ostatnie kieszonkowe. Nie będzie. Unia ma odłożone pieniądze dla Greków, ale ministrowie finansów potrzebują pretekstu, by politycznie uzasadnić utopienie w Grecji kolejnych miliardów euro, a Grecy im tego pretekstu dać nie chcą. Niektórzy, jak Francuzi, są bardziej szczodrzy (rozrzutni?). Inni, jak Hiszpanie czy Portugalczycy, którzy na warunki kredytowe się zgodzili i dziś wychodzą z kryzysu, są bardziej nieustępliwi, bo trudniej im przyjdzie uzasadnienie po powrocie do kraju spolegliwości wobec Greków, skoro sami zaakceptowali trudniejsze warunki. Wierzyciele (banki, MFW, ale i ministrowie) chcą gwarancji, że Grecja będzie w stanie spłacać pożyczki, i to nie tylko nowymi pożyczkami.

Jednocześnie, nawet jeśli dojdzie dziś do jakiegoś porozumienia, to grecki parlament będzie je jeszcze musiał ratyfikować. Tam zaś większość stanowi koalicja, która wygrała wybory obiecując ludziom koniec wyrzeczeń i nieustępliwość wobec "Brukseli". Na nowe wyrzeczenia, zwłaszcza w dziedzinie rent i emerytur, się nie zgodzi, a wtedy wynik wielodniowych negocjacji okaże się nic nie wart.





2013-03-18

Na Cyprze (nie) okradają biedaków

Żeby wszystko było jasne od pierwszego zdania: nie, nie uważam, żeby zabieranie ludziom pieniędzy z kont było w porządku; tak, myślę, że przynajmniej tych drobnych ciułaczy lepiej byłoby oszczędzić. A jednak nie oznacza to, że mi po drodze z tabunem konserwatystów-patriotów, oburzonych i  niepokornych, którzy łzami współczucia wyrażają swoją solidarność z biednymi Cypryjczykami a pomrukiwaniem oburzenia - potępienie wobec podłej, okradającej ludzi Brukseli. Śledząc wymianę tweetów między patriotami-eurofobami, mam zresztą wrażenie, że wszystko im się miesza, a najbardziej łzy z uśmieszkiem. Uśmieszkiem satysfakcji, że można sobie na Unii poużywać i "lemingi" nastraszyć, że też im kiedyś władza (w ich przypadku: Tusk), konta okradnie. Tusk i Eurogrupa, Bruksela i MFW,  Dijssebloem i EBC, cypryjski rząd, prezydent i wszyscy komisarze (tak, nawet ten od administracji i ten od rybołówstwa, poczytajcie Warzechę, naprawdę) - wszyscy są winni. Winny, jak zwykle w populiźmie, jest "establishment". Czyli Bruksela. Ufff… Bruksela się rozleci.

Otóż nie, nic się nie rozleci. Okazuje się, że "Bruksela" jest zdolna do innowacji. Brawo. Okaże się już niedługo, że błędem byłoby powtórzenie na Cyprze scenariusza greckiego, bo Cypr nigdy nie byłby w stanie spłacić zadłużenia, gdyby UE udzieliła mu większej pożyczki, a jego gospodarka nie podniosłaby się w dającej się przewidzieć przyszłości. Krytycy przyjętego w sobotę rozwiązania z równym zapałem rzuciliby się do krytyki każdego innego rozwiązania, z greckim na czele, nie bez cienia racji krzycząc wtedy, że Cypr został pozbawiony suwerenności. Tymczasem w sobotę decyzję o obłożeniu kont obywateli jednorazowym podatkiem podjął suwerenny rząd cypryjski. Być może we wtorek parlament suwerennego Cypru tej decyzji nie poprze. Może uzna, że mniej zasobne konta, na przykład te poniżej 25 tysięcy euro trzeba wyłączyć z tego nadzwyczajnego obowiązku podatkowego. Tak czy owak, gdzieś brakujące pieniądze trzeba będzie znaleźć.

A. Merkel i N. Anastasiades, Szczyt EPL, styczeń 2013      ©CE2013
I tu jest pies pogrzebany. Cypryjski rząd dlatego chciał - wbrew opinii przedstawicieli Komisji Europejskiej i niektórych członków Eurogrupy - obciążyć posiadaczy drobnych oszczędności, żeby nie obciążać za bardzo posiadaczy większych fortun. Pewnie niektórzy odkryli temat dopiero w ten weekend, ale opcja sięgnięcia po depozyty bankowe była dyskutowana od wielu tygodni. Cypryjskie władze ostrzegały, że to zahamuje napływ inwestycji, bo zmniejszy wiarygodność banków cypryjskich. W sobotę, z tego samego powodu, rząd Cypru stawał na głowie żeby nie przekroczyć liczby dwucyfrowej. Psychologiczna granica ponoć. Dlatego największe depozyty obciążone są podatkiem 9,9%. 12 czy 13% - co pozwoliłoby ulgowo potraktować mniej zasobnych posiadaczy kont - nie wchodziło w rachubę. Rosjanom te 9,9% też się nie podoba. Rosjanom - bo to oni, za przyzwoleniem władz Cypru, zamienili tamtejsze banki w pralnię brudnych pieniędzy. Aż dziw, że patriotyczno-konserwatywni oburzeni, zwykle antyrosyjscy, nie chcą tego dostrzec. Pewnie dlatego, że fobie antyeuropejskie i antyniemiecki przedkładają ponad fobie antyrosyjskie.

Co do najbiedniejszych Cypryjczyków, to powiedzmy sobie szczerze: dawno już przejedli swoje oszczędności, bo wymógł to na nich kryzys. W nich podatek nie uderzy. To tyle na pocieszenie naszych patriotycznych janosików i innych wielbicieli Jakuba Szeli. Czy należy podzielać obawy cypryjskiego rządu, że system bankowy straci zaufanie zagranicznych inwestorów? Po części na pewno tak. Włosi do dziś pamiętają, jak socjalistyczny premier Amato obłożył podatkiem depozyty w 1992. A było to tylko 0,6%. Nic w porównaniu do podatku cypryjskiego. Wtedy wystarczyło, bo chodziło o zupełnie inną sytuację. A przede wszystkim Włochy to wielki kraj. No właśnie, parę słów o wielkości kraju.

Wielkość kraju, wielkość i struktura systemu finansowego mają znaczenie. Przykład Islandii, która chciała być małą Szwajcarią, bankowym rajem, tak jak Cypr: w wyniku kryzysu sektora finansowego pół miliona depozytów na kontach zagranicznych filii islandzkich banków zostało zablokowanych (inaczej niż na Cyprze, gdzie tyko krajowe depozyty i tylko do środy są zablokowane). Pół miliona depozytów w państewku liczącym 320 tysięcy mieszkańców! Islandia to nie Cypr, ale warto o niej wspomnieć, bo to przypadek, którego eurofoby nie lubią: Islandia nie ma euro, nie jest nawet członkiem UE. To nie "Bruksela" blokowała tam depozyty. Ale tak jak na Cyprze, mikrogospodarka oparta na usługach finansowych nie była w stanie poradzić sobie, gdy system finansowy stał się niewypłacalny. Na Cyprze tej sytuacji uniknięto. Dzięki specjalnemu podatkowi od depozytów, ale przede wszystkim dzięki 10 miliardom euro pożyczki od innych państw Eurolandu. Tak, to jest wyraz europejskiej solidarności.

Eurogrupa zrzuci się na 10 miliardów wsparcia dla cypryjskiej gospodarki, której wartość to 0,2% unijnego PKB. Której PKB jest pięć razy mniejsze niż mające zostać opodatkowane depozyty bankowe. Depozyty w bardzo dużym stopniu dość niejasnego pochodzenia. Ale przyciągające inwestorów rajskim oprocentowaniem, do 7%! Oprocentowaniem wynikającym z ryzykowanych inwestycji w greckie produkty finansowe. Bardzo ryzykowne, jak się potem okazało, skoro stały się przyczyną 50% strat poniesionych przez cypryjskie banki. Strat wartych 10 miliardów euro, w państwie liczącym ponad połowę mniej mieszkańców niż Warszawa. Rosjanie Rosjanami, ale Cypryjczycy sami uwierzyli, że mogą sporo zarobić w sposób, którego wysoki stopień ryzyka został już przeanalizowany i opisany tysiące razy odkąd zaczął się globalny kryzys finansowy. Naiwność? Jeśli tak, to po części nagrodzona: rzeczywiście sporo zarobili. Dziś oddadzą niewielką stosunkowo część zysku, by dołożyć się do ratowania swojego państwa. Trudno to nazwać grabieżą biedaków i rozbojem w biały dzień.

2013-03-17

Rosyjskie pieniądze cypryjskich banków

W 2011 roku Rosjanie wpłacili na konta cypryjskich banków prawie 120 miliardów euro. W przeciwną stronę, z Cypru do Rosji, popłynęło blisko 130 miliardów euro. W 2012 roku przepływy w obie strony bynajmniej nie ustały, chodzi o trwałą tendencję. Kiedy pieniądze płyną tak szerokim strumieniem w tę i z powrotem, "wiedz, że coś się dzieje", jak by powiedziała gwiazda YouTube'a, ksiądz Natanek.

"Że coś się dzieje" szybko zauważyli Niemcy, a przede wszystkim niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Trudno być zaskoczonym jego czujnością skoro za każdym razem, gdy trzeba unijnym groszem wspomóc tego czy innego potencjalnego bankruta, to właśnie Niemcy muszą wyłożyć największą kwotę. Nie ma dnia, żeby niemiecka prasa nie pisała o wątpliwościach co do legalności rosyjsko-cypryjskch transakcji, a Schaeuble otwarcie mówi o praniu brudnych pieniędzy na wielką skalę. Jean-Claude Juncker i jego następca na stanowisku szefa Eurogrupy, Jeroen Dijsselbloem też nie szczędzili krytyk.

Uroczystości z okazji przyjęcia Cypru i Malty do strefy Euro, 2007 ©CE
Od kiedy Cypr przystąpił do strefy euro w 2008 roku Rosjanie masowo zaczęli rejestrować tam firmy. Firmy zwykle zupełnie nieznane, będące własnością ludzi, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z biznesem, a przynajmniej z legalnym biznesem. W prasie od czasu do czasu ukazywały się budzące konsternację wywiady z rosyjskimi "inwestorami", którzy nawet nie bardzo starali się udawać, że mają jakiekolwiek biznesowe kwalifikacje. Skąd brali pieniądze - nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że jest ich dużo: ich napływ od 2008 roku sprawił, że wartość depozytów w cypryjskich bankach wzrosła o 100%, osiągając poziom 40%  cypryjskiego PKB. Jedna trzecia depozytów należy do Rosjan. Stanowi to ponad 25 miliardów euro (w kraju, którego gospodarka warta jest 17 miliardów euro!).

Nic dziwnego w tej sytuacji, że rozwój wypadków z uwagą śledzi też Moskwa. Były cypryjski prezydent, Dimitris Christofias, jedyny komunistyczny przywódca państwa w UE, starał się jeszcze parę miesięcy temu wywrzeć presje na partnerów ze strefy euro prowadząc z Rosją intensywne negocjacje w sprawie pożyczki. Oświadczył, że Cypr jest w niezłym stanie i dzięki rosyjskiej pomocy pewnie poradzi sobie bez unijnych pieniędzy, skoro warunkiem ich otrzymania miałyby być warunki uderzające w poziom życia Cypryjczyków. Nowy prezydent, Nicos Anastasiades, uważany za proeuropejskiego, od pierwszego dnia urzędowania zintensyfikował negocjacje z Eurogrupą i doprowadził wczoraj do porozumienia. Opiera się ono na jednorazowym opodatkowaniu depozytów bankowych (tutaj więcej na ten temat). Jako kompensatę właściciele kont dostaną akcje rekapitalizowanych banków. Marna pociecha. Jako dobrzy klienci cypryjskich banków również Rosjanie dołożą się do pakietu ratunkowego. Raczej nie powinni protestować: lepiej stracić 10% niż wszystko, co niechybnie by nastąpiło, gdyby doszło do zapowiadanego na maj bankructwa cypryjskiego systemu finansowego. Ale nie oznacza to, że Rosja wycofuje się z gry: zapowiada korzystniejsze warunki spłaty 2,5 miliarda euro, które Christofias pożyczył w Moskwie dwa lata temu.

Na początku marca szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi ostrzegał, że problemy gospodarki cypryjskiej, mimo jej mikroskali, mogą mieć dalekoidące skutki systemowe dla całej strefy euro. Obawy przed systemowymi zagrożeniami wypływającymi z niestabilnej sytuacji jednego kraju strefy euro stoją za wszystkimi decyzjami w sprawie pakietów pomocowych podjetymi dotychczas przez Eurogrupę. Cypr dołączy teraz do grupy krajów, które uzyskały poprzednio pieniądze na ratowanie systemu finansowego (Grecja, Portugala, Irlandia). Za każdym razem program pomocy nakłada na beneficjenta drakońskie warunki: cięcie wydatków i długofalowe reformy strukturalne. Ale każdy program jest inny, bo zależy od specyficznych uwarunkowań. Cypr jest jedynym państwem, w którym część pieniędzy na ratowanie banków ma pochodzić z prywatnych kont. Rosyjskie koneksje i zarzuty prania brudnych pieniędzy na masowa skalę wobec kraju, który oparł swoją gospodarkę na rozwoju usług finansowych to jeden z kluczowych elementów cypryjskiej specyfiki.

Nie zmienia to wszystko faktu, że nawet po zmianie prezydenta wyspa Afrodyty (jak miłośnicy mitologii mówią o Cyprze) z uporem zaprzecza jakoby jej system finansowy miał być gigantyczną pralnią pieniędzy. Czyżby więc nowy mit? Ministrowie finansów strefy euro i międzynarodowe organizacje finansowe jakoś nie chcą uwierzyć, że 10 tysięcy Rosjan mieszkających w Limassol dało się skusić wyłącznie pięknu śródziemnomorskich krajobrazów.

2012-09-23

Unia jak rtęć


Logika integracji w strefie euro niczym nie różni się od tej, która od samego początku jest silą napędową całej Unii: każdy krok do przodu pociąga za sobą kolejne kroki, a gdy postęp jest na tyle duży, by stanowił istotną dla całego projektu zmianę jakościową, sankcjonuje się go poprzez reformę instytucji. Powstaje przyczółek do następnego etapu. Propozycje, które przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy przedstawił 12 września nie są jednak zgodne z tą logika.

Strefa euro idzie w bok

Kryzys wymógł na członkach strefy euro przyspieszenie sprzeczne z zasadą postępujemy wolniutko, ale pewnie. Sprawił, że niezbędna integracja eurolandu jest – z perspektywy ewolucji UE jako całości – krokiem nie tylko w przód, ale przede wszystkim w bok.  Dotychczas konsolidacja grupy państw wokół jakiegoś projektu miała charakter testu, służyła budowaniu przyczółku i pomostu, który wcześniej czy później pozwalał innym krajom do projektu dołączyć. Wolniej, ale tą samą drogą.

Propozycje, które na wniosek państw strefy euro przedstawił Herman Van Rompuy, gdyby miały zostać zrealizowane, stanowiłyby zbyt duży przeskok, by państwa spoza eurolandu mogły do czoła peletonu dołączyć jak zwykle. Jeżeli rytm i sposób integracji w ramach strefy euro są inne niż kiedykolwiek w unijnej historii, to sposób na pozostanie w grze, którego użyją państwa spoza euro, też musi być nowy. Niestety brak na razie pomysłu, jak temu wyzwaniu stawić czoła. Również w Polsce, największym, poza Wielką Brytanią, państwie spoza strefy euro, odgrywającym na dodatek szczególną rolę w regionie.

Polska jak we mgle: ani razem ani osobno

Polska zamierza  przystąpić do paktu budżetowego (zwanego z angielska fiskalnym choć z podatkami nie ma nic wspólnego) tylko po to, by siedzieć przy stole i nie wypaść z gry.  Mimo tego, że będąc poza strefą euro nie będzie miała ani tych samych obowiązków ani, tym bardziej, tego samego wpływu na podejmowane przy stole decyzje co państwa eurolandu. Jest za tym logika. Problem w tym, że projekty, w których Polska mogłaby na takich zasadach uczestniczyć są coraz liczniejsze.  Ilość przechodzi w jakość, wyjątek staje się regułą i będzie tak długo dopóty dopóki nie wejdziemy do strefy euro.  Ponieważ nie nastąpi to z dnia na dzień, dystans dzielący nas od integrujących się coraz silniej członków eurolandu będzie się powiększał. Istnieje ryzyko, że zostaniemy nie tylko w tyle, ale w innym wymiarze integracji.  Oświadczenie Rostowskiego, że Polska nie przystąpi do unii bankowej, ze wspólnym nadzorem finansowym sprawowanym przez Europejski Bank Centralny to nie tyle brak konsekwencji w działaniu, ile dowód, że Polska co prawda widzi niebezpieczeństwo, ale zupełnie nie wie jak mu zaradzić. Nikt zresztą nie wie.

Stefa euro jest skazana na dalszą integrację

Obrażanie się na strefę euro i brukselskie propozycje (będą dyskutowane na październikowym szczycie UE) nie ma sensu. Nikt nikomu nie robi na złość. Strefa euro rzeczywiście musi się za siebie wziąć, silniej zintegrować. Propozycje wzmocnienia unii gospodarczo-walutowej, nad którymi mają debatować państwa członkowskie, dotyczyć będą czterech obszarów: finanse publiczne, budżet, polityka gospodarcza, kontrola demokratyczna.

Stworzenie specjalnego parlamentu dla państw strefy euro to propozycja dotycząca tego ostatniego obszaru. Wątpliwa, bo od dawna wiadomo, że  nie chodzi o instytucje, mechanizmy, procedury. Że nie tu należy szukać odpowiedzi na problem tak zwanego deficytu demokratycznego. Na dzień przed ogłoszeniem propozycji Van Rompuya, Barroso wprost powiedział w Parlamencie Europejskim: Unia ma jedną i Komisję i jeden Parlament i więcej nie potrzebuje. Mnożenie bytów nie rozwiąże żadnego problemu. W sferze finansów, Van Rompuy skupił się na znanym już pomyśle uwspólnotowienia długu publicznego strefy euro. Wspólne obligacje nie podobają się Niemcom, ale pomysł wydaje się mieć sens. Niewątpliwie jednak zwiększa dystans między państwami ze strefy euro i spoza niej. System ten miałby tez iść w parze ze ściślejszą  koordynacją budżetów państw strefy euro. Krok dalej to wspólny urząd skarbowy, a przede wszystkim budżet centralny dla strefy euro. W kuluarach dyplomaci spoza strefy euro, w tym z Polski, krytykują ten pomysł nazywając ten budżet „socjalnym”. Poniekąd słusznie, miałby on między innymi stanowić zabezpieczenie dla takich krajów, które – ze względu na ich obecna sytuacje – stanowiłyby spore zagrożenie dla uwspólnotowienie długu publicznego, jak na przykład Włochy. Zabezpieczenie również socjalne.

Są Włoszech strefy biedy, które nie załapują się na istniejące w UE mechanizmy wyrównywania szans: fundusze strukturalne, spójności, dostosowania do globalizacji globalizacyjne, bo nie spełniają kryteriów strukturalnych lub poziomu życia.
Co z nimi zrobić?  To nie tylko kwestia socjalna, ale i polityczna. Potrzeba gestu, który pozwoliłby ludziom przełknąć niezbędne, ale drastyczne cięcia budżetowe, które najboleśniej odczuwają najbiedniejsi: ci bez rezerw finansowych, zgromadzonego bogactwa, żyjący z dnia na dzień, wydający większa część swego dochodu na codzienne potrzeby: jedzenie, dojazd do pracy, wizytę u lekarza, szkołę dla dzieci.

Unijna spójność rzeczywiście zagrożona

Jednocześnie prawdą jest też, że regiony biedne objęte polityka spójności, głównie w nowych państwach członkowskich, takich jak Polska,  mogą ucierpieć, gdy powstanie budżet strefy euro. Tu też chodzi nie tylko o wymiar socjalny. To wymiar rozwojowy jest najważniejszy, i to w odniesieniu do całej UE a nie jedynie do najbardziej zapóźnionych regionów:  dążenie do spójności UE poprzez wyrównywanie poziomów życia i stopnia rozwoju to fundamentalna zasada działania UE, element jej racji bytu i tajemnica jej sukcesu . Jest tez wymiar polityczny:  poparcie dla integracji w dużej mierze zależy od zasobności portfela. Argument, że bez UE byłoby gorzej nie przekonuje. Co by było, a nie jest nie pisze się w wyborczy rejestr.

Tylko większy budżet ogólny UE może zapobiec fragmentacji

Unia Europejska, największy rynek świata i jeden z najbogatszych regionów na świecie boryka się dziś z dylematami budżetowymi znanymi głównie wielodzietnym rodzinom cierpiących biedę: kupić dziecku na zimę buty czy kurtkę.

Jedyne wyjście to zwiększyć budżet ogólny UE i stworzyć w jego ramach instrumenty finansowe pomyślane tak, by  centralny budżet strefy euro, wyłączony z budżetu ogólnego, nie był potrzebny.  Do tego powinna dążyć Polska i inne państwa, którym zależy na utrzymaniu dynamiki integracji w UE i zapobiegnięciu jej fragmentacji: znaleźć sposoby na zaspokojenie specyficznych potrzeb w ramach wspólnych i niepodzielnych mechanizmów, instytucji i polityk.  Tak powstały przecież fundusze strukturalne, tak finansowana jest WPR i polityka rybacka, zgodnie z ta logika utworzono fundusz dostosowania do globalizacji. Skoro metoda jest znana, to gdzie jest problem? Główna bariera jest natury psychologicznej, nie finansowej: zastosowanie tego rozwiązania wymaga zwiększenia poziomu zobowiązań finansowych zapisanych we wspólnym wieloletnim planie wydatków UE na lata 2014-2020. To zły moment, by tego punktu widzenia bronić. Ale też moment może ostatni zanim UE rozpryśnie się jak kropelki rtęci z rozbitego termometru. Jak to wszystko potem pozbierać, nie wiadomo. 

2012-08-24

Samaras: Grecja potrzebuje trochę powietrza

Barroso i Samaras w Atenach 26/7/12 ©UE2012
Wczoraj premier Grecji Antonis Samaras spotkał się w Berlinie z niemiecką kanclerz Angelą Merkel i prezydentem Francji François Hollandem. Grecja chce więcej czasu od europejskich partnerów na wykonanie pracy domowej (głównie zduszenie deficytu budżetowego), która warunkuje dalszą pomoc. Samaras nie zgadza się z opinią (głoszoną m. in. przez niemieckiego ministra finansów Wolfganga Schäuble), że dodatkowe dwa lata na przeprowadzenie reform i zrealizowanie oszczędności, oznaczać będę dla państw UE składających się na pomoc dla Grecji dodatkowe koszty. "Nie chcemy więcej pieniędzy – mówi Samaras. Szybkie przebudzenie gospodarki może nawet sprawić, że będziemy ich potrzebować mniej. Szybki powrót do wzrostu gospodarczego oznacza więcej dochodów z podatków i mniej deficytu w nadchodzących latach."


Polecam wywiad z Samarasem w dzisiejszym Le Monde (z którego pochodzi powyższy cytat), przeprowadzonym przeddzień jego spotkania z Hollandem i z Merkel. Samaras ostrzega w nim między innym, że postawienie Grecji pod murem, a tym samym zmuszenie jej do wyjścia ze strefy euro, zakończyłoby się dla UE „geopolitycznym koszmarem”, zwłaszcza w kontekście obecnego światowego kryzysu gospodarczej i sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Ostatnie deklaracje Samarasa na temat przeprowadzanych reform i czynionych postępów zostały dobrze przyjęte przez światowe giełdy i przyczyniłysię do umocnienia (w środę) euro w stosunku do dolara. Teraz zarówno rynki jak i Samaras potrzebują szybkiej decyzji. Nikt nie spodziewał się, że jego wczorajsza rozmowa z Hollandem i Merkel przyniesie natychmiastowy przełom, bo – pomijając już wymogi procesu decyzyjnego w Eurogrupie – propozycje Samarasa są trudne do przyjęcia nie tylko z powodów finansowych, ale też politycznych. Nie tylko we Francji i w Niemczech, dwóch państwach w największym stopniu zaangażowanych finansowo w pomoc dla Grecji. W Holandii 12 września odbędą wybory parlamentarne i jest raczej mało prawdopodobne, żeby jakieś ważne decyzje zapadły przed tą datą. Zwłaszcza, gdyby miały oznaczać jakiekolwiek ustępstwa wobec Grecji.  Wyborcy dobrze by ich nie przyjęli.

Oto kilka liczb:
  • Od maja 2010 do końca czerwca 2012 Grecja otrzymała od państw strefy  euro pomoc w wysokości 127 miliardów euro. Wraz z pomocą z MFW – 149 miliardow euro.
  • W ciągu dwóch lat cięcia budżetowe w Grecji wyniosły 25% PKB.
  • Koalicja rządowa poszukuje sposobu na kolejne 11,7 miliardów euro oszczędności – to dalsze 5,5% PKB.
  • Od początku reform poziom życia w Grecji obniżył się o 35%.
  • Wyjście Grecji eurolandu oznaczałoby dodatkowy spadek poziomu życia o 70%.
  • Grecja odnotowuje recesję od 5 lat.
  • W 2012, po raz drugi z rzędu, grecka gospodarka skurczy się o 7%.
  • Średni poziom bezrobocia wynosi 23% (50% wśród młodych ludzi).
  • Grecja ma pierwszy wielopartyjny rząd od 60 lat.

2012-08-21

Łatwiej uwierzyć w smoka wawelskiego niż w ocieplenie klimatyczne

Todd Akin, republikański kongresmen i kandydat do Senatu, wywołał burzę wyrażając pogląd, że organizm kobiety sam może zablokować ciążę, jeśli padła ona ofiarą "gwałtu we właściwym znaczeniu tego słowa". Nie dość, że kobiecy organizm sam sobie poradzi z niechcianą ciążą, to jeszcze dostarczy dowodu na zasadność oskarżenia o gwałt: organizm obroni się tylko przed prawdziwym gwałtem. Nie trzeba chyba nadmieniać, że Akin jest zaangażowanym przeciwnikiem aborcji. Każdej aborcji, nawet wtedy, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu albo kazirodztwa. Nie wiadomo, co bardziej powinno dziwić: głęboka ignorancja osoby publicznej czy fakt, że znajduje ona wyborców skłonnych w absurdy uwierzyć. Zwykle przy takich okazjach pastwimy się nad biednymi Amerykanami posądzając ich o skąpą wiedzę o świecie. Fakt, że aż 40 proc. Amerykanów wierzy, że człowiek wygląda tak jak Bóg go stworzył. To w USA (ale też w Korei Południowej) kreacjonizm jest najbardziej popularny.


Nessy z Loch Ness (makieta, prawdziwy "dinozaur" chyba nie żyje)
Ale i w Polsce ma on wielu zwolenników. W 2006 roku Profesor Maciej Giertych, wówczas europoseł, zwołał konferencję prasową w Parlamencie Europejskim by oznajmić, że teoria ewolucji nie powinna być wykładana w szkołach. Dowodząc słuszności wyznawanej przez siebie teorii kreacjonistycznej postawił tezę, że ludzie żyli w tych samych czasach co dinozaury.  By nie zostać gołosłownym przywołał przykład… smoka wawelskiego. Potwór zapisał się w ludzkiej pamięci jako smok, ale zdaniem profesora-kreacjonisty był po prostu dinozaurem. Podobnie jak szkocki potwór Nessy, ten z Loch Ness. Ale Profesor nie jest przypadkiem odosobnionym.

Jak donosi Gazeta Wyborcza (21/08/2012), powołując się na badania hiszpańskiej Fundacji BBVA, tylko co drugi Polak wie, że ludzie nie żyli w epoce dinozaurów. Hiszpańskie badanie ukazuje zatrważającą ignorancję Polaków jeśli chodzi o wiedzę naukową. Tak, Amerykanie wypadają znacznie lepiej, jeśli za wskaźnik przyjąć średnią obiektywną wiedzę naukową (bo już w kreacjonizmie są nie do pobicia). Wyniki badań pozwalają lepiej zrozumieć dlaczego tak trudno Polakom uwierzyć w zmiany klimatyczne i dlaczego ochronę środowiska, wydatki na badania i na naukę tak wielu uważa za trwonienie pieniędzy. Eurosceptycy oskarżają naturalnie UE o wymuszanie na uległych polskich władzach tego „marnotrawstwa”, które pożytek, naszym kosztem, przynosi innym. Twitter i internetowe czaty roją się o tego rodzaju opinii głoszonych zarówno przez anonimowych autorów i  jak i przez znanych, zwykle narodowo-konserwatywnych, publicystów. 

Płaska Ziemia, bez zmian klimatycznych (kredyt:Wikimedia commons)
To niepojęte jak duża jest liczba osób, które reagują na doniesienia o zmianie klimatu tak, jak pierwsi oponenci Karola Darwina reagowali na tezę, że człowiek mógłby pochodzić od małpy. Wiele trzeba było lat, by ludzie uwierzyli, że Ziemia nie jest płaska. Trochę szybciej poszło z przekonaniem ludzi, że kolej żelazna nie jest wymysłem diabla. To jednak było w czasach, gdy nie było powszechnego szkolnictwa, absolwenci nie tylko wyższych uczelni, ale nawet liceów byli rzadkością, nie było internetu ani telewizji. Dziś to wszystko jest.  Ile lat będzie potrzeba, by Polacy uwierzyli, że klimat się zmienia? Jakaś przaśna zawziętość, buta ignorancji nie pozwala przyjąć do wiadomości tego, co do czego zgodziły się najpotężniejsze umysły planety, opierając swą wiedzę na wieloletnich badaniach.

Za teorią promowaną przez obcych kryje się oczywiście zło wymierzone w nas. Każda wzmianka o promowaniu przez UE inwestycji w naukę i w badania jest postrzegana jak zamach na "polskie" pieniądze, konieczne do realizacji prawdziwych priorytetów: budowy dróg i autostrad. Każda inicjatywa UE w dziedzinie polityki klimatycznej, ograniczenia emisji CO2, jest postrzega jako dowód zmowy obcych, tak przerażonych konkurencją polskiej lokomotywy gospodarczej, lokomotywy węglowej rzecz jasna, że posunęli się do wymyślenia bzdur o zmianie klimatu! A przecież można bronić swoich interesów – bo to oczywiste, że takie partykularne interesy istnieją - nie przecząc faktom i nie blokując tych inicjatyw, które są zgodne z interesem ogólnym. 

2012-08-20

Polityka na ratunek gospodarce


Euro trzyma się mocno, jest stabilną walutą, a państwa strefy euro są znacznie mniej zadłużone niż Stany Zjednoczone lub Japonia. Nie ma wiec kryzysu euro, jest kryzys instytucji Eurolandu – uważają Jürgen Habermas, Peter Bofinger i Julian Nida-Rümelin. We  wspólnym tekście, opublikowanym na początku sierpnia w Frakfurter Allgemeine Zeitung i przedrukowanym w ostatni weekend przez Gazetę Wyborcza, stawiają tezę, że ratunkiem dla strefy euro, a tym samym sposobem na wyjście z kryzysu, jest głębsza integracja polityczna UE. Koncentrują swą krytykę na politykach, którzy nie są w stanie dostrzec tej oczywistości, bo nie potrafią i nie mają odwagi patrzeć w przyszłość. Pokładają natomiast nadzieję w obywatelach, którzy udzielą demokratycznego poparcia głębszej integracji politycznej. 

Unia monetarna, ale bardziej polityczna
To teza znana z innych publikacji, również samego Habermasa. Mimo albo raczej z powodu sympatii, jaką czuję do tego punktu widzenia, martwi mnie proponowany pomysł na zmianę tego stanu rzeczy. Nie, że zły. Tylko niestety niewykonalny. Bo zadanie, jakie chce krótkowzrocznym politykom powierzyć Habearmas, przez tych polityków wykonane być nie może. Autorzy mają oczywiście rację wzywając do silniejszej integracji politycznej. Jej brak i wynikająca z niej gospodarcza i polityczna konkurencja między państwami, to jeden z głównych powodów, które doprowadziły do rozwiązania w 1927 roku, po 62 latach funkcjonowania, Łacińskiej Unii Monetarnej. Co ciekawe, również wtedy najsłabszym ogniwem unii okazała się Grecja, której gospodarka w 1892 roku została objęta daleko posuniętym nadzorem partnerów. Również dolar, który od 1792 roku stal się "dewizą federalną" USA, nie przetrwałby bez politycznej integracji stanów. Od samego początku uwspólniono dług publiczny, do czego nawołuje dziś Komisja Europejska, a o czym nie chce słyszeć Angela Merkel (krytykowana za to przez Habermasa).  Autorzy tekstu wzywają do wprowadzenia euro-obligacji, zaproponowanych już dwa lata temu przez José Manuela Barroso.

Euroland jako podstawa unii politycznej – raczej nie wypali
Zdaniem autorów tekstu, pogłębienie politycznej  integracji miedzy państwami UE jest niezbędne dla utrzymania euro. Po pierwsze, proponują unię polityczną najpierw wśród 17 członków Eurolandu. Ten pozornie logiczny postulat (bo unia polityczna ma uratować unię walutową) rozbija się jednak o ważną polityczną barierę: może tak powinno być, skąd jednak przekonanie, że to akurat wśród tej siedemnastki znajdą się państwa skłonne silniej się zintegrować? Skłonny byłby na pewno Luksemburg, pewnie dołączyłaby Belgia, ale Holandia? Ale Finlandia? Przetrwanie strefy euro jest fundamentalne nie tylko dla gospodarki UE, ale dla idei europejskiej jedności. Ma rację Habermas mówiąc, że "rezygnacja z idei europejskiej jedności oznaczałaby wypisanie się ze światowej historii". Ale skoro tak, to sojuszników do unii politycznej może należałoby poszukać też poza Eurolandem.

Zły moment na integrację polityczną - niestety
Po drugie, trudno się nie zgodzić, że głęboka reforma instytucji Eurolandu i w ogóle gospodarczego ustroju UE najbardziej przydałaby się teraz. Jednak właśnie teraz najtrudniej ją przeprowadzić. Habermas chce nowego konwentu i nowej debaty o europejskiej konstytucji. Można żałować, że nie dało się wszystkiego zrobić za Delorsa, trudno. Później, gdy konwent pod przewodnictwem nazbyt ambitnego Valérego Giscrada d'Estaing miał obdarzyć UE konstytucją, renacjonalizacja umysłów zbiegła się w czasie ze spadkiem jakości klasy politycznej. Już wtedy było za późno. Albo za wcześnie. Ideowe przedwiośnie, pora niczyja, trwa do dzisiaj. Na pewno czas kryzysu – gospodarczego i ideowego – nie jest najlepszym momentem, by udało się to, co nie powiodło się wtedy. Przekonanie, że teraz projekt poprą obywatele (skoro na polityków nie ma co liczyć) jest tak piękne, jak wiele przekonań Habermasa, ale niestety oderwane od rzeczywistości. Obywatele nie popierają reform. Zwłaszcza w czasie kryzysu. Słabowitość demokracji państw członkowskich sumuje się w tak zwany deficyt demokratyczny UE i nie jest prawdą, że sami obywatele nie ponoszą za to odpowiedzialności. Tak samo jak trudno uwolnić greckich obywateli od wszelkiej odpowiedzialności za gospodarczą zapaść ich państwa.

Reforma jest przecież w toku - bez fajerwerków
Autorzy artykułu nawołują do reformy instytucji Eurolandu. Mają rację. Proponują rozwiązania, ale przecież wiele z tych rozwiązań jest wprowadzanych a reforma jest w toku. Silniejszy i bardziej skuteczny nadzór nad instytucjami finansowymi i nowe zasady działania sektora bankowego, z bezpieczniejszym systemem gwarancji dla obywateli trzymających w bankach pieniądze, wspólny mechanizm ratunkowy na wypadek kolejnych zapaści, ściślejsza koordynacja polityki gospodarczej państw członkowskich, koordynacja i kontrola narodowych budżetów – to wszystko się dzieje. Powstają nowe fundamenty ustroju gospodarczego i funkcjonowania systemu finansów publicznych. To prawda, że pozytywne skutki tych działań będzie widać nieco później. Nigdzie na świecie nie dokonuje się jednak tak głęboka reforma stabilizująca i uwiarygodniająca cały system jak w Eurolandzie. Polska ma oczywiście rację uczestnicząc w tym procesie na ile się da. Natomiast brak polskiej strategii, ba: zwyklej opinii rządu na temat powstającej unii bankowej jest dowodem politycznej krótkowzroczności, o której mówi Habermas.

Natomiast pomysł, by tę reformę instytucji przywdziać w polityczną nadbudowę, choć kuszący, nie brzmi w obecnej sytuacji przekonująco. Ale bardzo bym chciał, żeby Habermas skuteczniej przekonywał do swoich przekonań, by zyskiwał zwolenników. To oni, w ustabilizowanej gospodarczo UE, zrobią następny krok, w stronę ukonstytuowania "wspólnej, ponadnarodowej struktury demokratycznej, która nie byłaby państwem federalnym" – jak mówi Habermas.  Krok rzeczywiscie niezbędny. W przyszłości. 

2012-07-08

Zrozumieć kryzys euro - w dziewięciu punktach

Na blogu Wonkblog, który na stronach Washington Post prowadzi Ezra Klein, znaleźć można najprostszy przewodnik po kryzysie strefy euro. Poradnik w jednym obrazku - zachęca autor. Idea jest na tyle pociągająca, że można mu wybaczyć pominięcie kilku cytatów, nie mniej pomocnych dla zrozumienia kryzysu niż te uwzględnione, bo przypominających gdzie kryzys się zaczął, zanim dotarł do Eurolandu. Oto kryzys euro w dziewięciu punktach: 


Hiszpania to nie Grecja - Elena Salgado, hiszpańska minister finansów, luty 2010.
Portugalia to nie Grecja - The Economist, kwiecień 2010.
Grecja to nie Irlandia  - George Papaconstantinou, grecki minister finansów, listopad 2010.
Hiszpania nie jest ani Irlandią ani Portugalią - Elena Salgado, hiszpańska minister finansów, listopad 2010.
Hiszpania nie znajduje się na "terytorium Grecji  - Brian Lenihan, irlandzki minister finansów, listopad 2010.
Ani Hiszpania ani Portugalia nie jest Irlandią - Angel Guerria, sekretarz generalny OECD, listopad 2010.
Włochy to nie Hiszpania - Ed Parker, dyrektor naczelny Fitch'a, czerwiec 2012.
Hiszpania to nie Uganda - Mariano Rajoy, hiszpański premier, czerwiec 2012.
Uganda nie chce być Hiszpanią - Sam Kutesa, ugandyjski minister spraw zagranicznych, czerwiec 2012.

2012-05-06

Wybory w Grecji i we Francji a kryzys strefy euro

Recepty socjalisty François Hollande'a na walkę z kryzysem są znane od dawna:  wzmocnienie Europejskiego Banku Inwestycyjnego, podatek od transakcji finansowych, euro-obligacje, reforma funduszy strukturalnych. Wszystkie te instrumenty i działania  mają przynieść unijnej gospodarce wzrost gospodarczy. Mają też nadać strategii antykryzysowej opartej na zaciskaniu pasa kierunek prowzrostowy.  Tylko, ze wszystkie te sposoby znamy już od dawna: zaproponowała je Komisja Europejska. Dobrze, że po zmianie prezydenta Francja będzie je wspierać. Mimo obaw, że zwycięstwo socjalisty zostanie źle odebrane przez rynki, wielkiego wstrząsu nie należy się spodziewać.  Hollande jest odpowiedzialnym politykiem i dobrym ekonomistą. W dzisiejszym wystąpieniu dwa z pierwszych wymienionych priorytetów to wzrost produkcji i walka z deficytem budżetowym.



Bardzo natomiast niepokoją wyniki (wciąż nieoficjalne) wyborów parlamentarnych w Grecji. Parę lat temu mało kto zwróciłby na nie uwagę. Ale dziś wszyscy patrzą na Grecję jak na sejsmograf strefy euro. Setki miliardów wydanych na ratowanie Grecji to inwestycja, której powodzenie uzależnione jest sytuacji politycznej. Tymczasem w dzisiejszych wyborach obie partie proreformatorskie i gwarantujące realizację programu gospodarczego: socjalistyczny PASOK i konserwatywna Nowa Demokracja poniosły porażkę. Ich koalicyjny rząd, i tak wbrew naturze, ale spojony odpowiedzialnością za przyszłość kraju, utracił zdolność samodzielnego rządzenia (uzyskał 33 i 37% głosów. Pozostałe partie weszły do parlamentu na fali sprzeciwu wobec polityce socjalistyczno-konserwatywnej koalicji, wobec UE i wobec MFW. Ich pozycje bardzo się zresztą zradykalizowały. Świetny wynik uzyskała głęboko lewacka koalicja Syriza, nieźle poradzili sobie komuniści z KKE i skrajna prawica LAOS. Do parlamentu po raz pierwszy weszło też ugrupowanie Złocisty Świt (Chryssi Avghi) - na prawo od skrajnej prawicy, otwarcie faszystowska, agresywna partyjka (6-8% głosów, żeby wejsc do parlamentu wystarczy przekroczyć 3% próg wyborczy).


Kto by się spodziewał, w epoce przedkryzysowej, że wybory w peryferyjnej Grecji mogą być dla rynków większym wstrząsem niż wybory we Francji?

2012-02-29

Irlandzkie referendum: stracili dobrą okazję by powiedzieć "nie"


Irlandczycy znowu będą mieli europejskie referendum, tym razem w sprawie przystąpienia do "paktu fiskalnego", czyli międzyrządowego traktatu ustanawiającego wzmocnioną dyscypliną finansów publicznych państw sygnatariuszy. Podpisało go 25 krajów UE, ale dotyczy głównie członków Eurolandu. 

Polska prasa tematem się na razie nie fascynuje, choć wiemy z przeszłości, że irlandzkie referenda potrafią wywołać w UE poważne wstrząsy. Jest natomiast oczywiste, że sprawą żyje prasa irlandzka. Ale - co ciekawe - również prasa brytyjska i czeska. Pierwszą reakcją na irlandzkie referendum było w paru tamtejszych gazetach pytanie: a czemu nie u nas? 

© Komisja Europejska
Nie byłoby w tym nic dziwnego, przynajmniej u Brytyjczyków, którzy skwapliwie korzystają z każdej okazji, by powiedzieć Europie "nie". Tylko, że w tym przypadku to zabawne, bo rządy brytyjski i czeski traktatu nie podpisały (dlatego nie mógł to być traktat unijny, a jedynie międzyrządowy). Nie maja więc czego ratyfikować. Stracili tym samym możliwość zorganizowania politycznej hecy, która mogłaby pozwolić niejednemu politykowi zabłysnąć na scenie politycznej odważną i bezkompromisową postawą. 

Parafrazując pamiętne wystąpienie prezydenta Francji, Jacquesa Chiraca, Brytyjczycy i Czesi skorzystali z okazji, by siedzieć cicho i nie brać udziału. Ich prawo. Tym samym jednak stracili okazje, by powiedzieć "nie". Jaka szkoda… Mądry Czech i mądry Anglik po szkodzie.

2012-02-13

Grecki plan oszczędnościowy: koniec udawania Greka?

Ulice Aten jasne jak w dzień, jeśli wierzyć temu co widać na ekranach telewizorów. Nie są to jednak fajerwerki. Na policję lecą koktajle Mołotowa, zapalone szmaty, kamienie. Tymczasem Parlament przyjął wreszcie plan oszczędnościowy, który ma przekonać UE i MFW, że kolejna transza pomocy (130 miliardów euro) to nie będą pieniądze wyrzucone w błoto.

Plan przewiduje między innymi, 22% spadek pensji, redukcję 15 tysięcy etatów w strefie publicznej, obniżkę emerytur urzędników.  Do końca tygodnia banki prywatne mają też poznać greckiego plan restrukturyzacji greckiego długu. Wciąż jednak nie wiadomo, czy Grecja 20 marca... nie zbankrutuje. Wszystko zależy od tego, czy wierzyciele, MFW i UE uwierzą, że Ateny przestały udawać Greka.

Aby plany cięć zgodne z zaleceniami UE i MFW mogły zostać przyjęte, 45 posłów, którzy chcieli glosować przeciw, zostało wyrzuconych ze swoich partii politycznych. "Nocna zmiana" objęła jakieś 15% greckich deputowanych. Znowu jutro usłyszymy, że to "Bruksela kazała".  Decyzja dowodzi na pewno wielkiej determinacji, czy jednak zwiększa zaufanie i napawa optymizmem, co do przyszłości tak przegłosowanych ciec, to wątpliwe.

2012-01-31

Dorna rozumienie Europy legło w gruzach

Jaka to szkoda, ze Donald Tusk wrócił z Brukseli, z unijnego szczytu, na którym zajmował się przyszłym traktatem międzyrządowym i tak zwanym "paktem fiskalnym".  Szkoda dla Ludwika Dorna. 

Mógł Tusk pojechać na kongres socjologiczny. Dorn dawno się już socjologią nie zajmuje, ale przynajmniej ma tytuł, żeby sie wypowiadać. Mógł przecież Tusk napisać bajkę i zgłosić ja do jakiegoś konkursu. Wiadomo, że w tej dziedzinie Dorn ma spore osiągnięcia i słusznie, niewątpliwie, cieszy się uznaniem. Mógł też Tusk pomalować sobie ciało: sam Dorn bodypaintingu co prawda nie uprawia (albo się z tym nie afiszuje), ale ma przynajmniej dostęp do eksperta (o czym na pewno pisały portale plotkarskie, a może nawet i te poświęcone sztuce ). 

Efekt każdego takiego działania podjętego (lub zaniechanego) przez Tuska Dornowi kojarzyłby się z gruzami. I z przesławnym laniem. Dorn nie ma innego wyjścia, bo mówiąc w imieniu Solidarnej Polski musi być przeciw. Bo Polska "solidarna" to Polska przeciw, zdaniem Dorna i jego ugrupowania. On w ogóle już tak ma, że musi "dezawuować kierownictwo partii i osobę samego prezesa". Raz swojej partii, innym razem cudzej partii. A wobec Dorna, bezbronnego wobec imperatywu sprzeciwu, Tusk zachował się podstępnie zadając mu europejski temat. Bo brak Dornowi tytułu i choćby nabytej wiedzy, żeby się do niego odnieść; i dokonań brak; i jak się okazuje - ekspertów.

Rada Europejska, 30.01.2012  © European Union, 2012
Na dzisiejszej konferencji Solidarnej Polski Dorn oświadczył ni z gruszki ni z pietruszki, że "cały plan polityki europejskiej duetu Donald Tusk - Radosław Sikorski właśnie się zawalił".  Gruzy. W Brukseli Tusk dostał wedle Dorna "przesławne lanie". Oczom i uszom nie wierzę, ale powinienem, bo tak donosi portal "W Polityce", który sam siebie skromnie określa "jako najsilniejszy portal po stronie prawdy". Jak więc nie wierzyć?


Jaki to plan polityki europejskiej Dorn co prawda nie mówi, ale można się domyślić. Tusk pojechał do Brukseli z jednym postulatem, który bynajmniej nie był najważniejszym dylematem tego szczytu, a mianowicie w jakich posiedzeniach Eurolandu, na jaki temat i jak często Polska będzie uczestniczyć. Nie bagatelizuję znaczenia tego zagadnienia, bo jeżeli Unia Europejska ma pozostać unią, to nie można pozwolić na tworzenie specyficznego mechanizmu (traktatowego, instytucjonalnego, decyzyjnego, gospodarczego i politycznego) służącego integracji europejskiej tylko państw należących do strefy euro, inne pozostawiając poza nawiasem. Polska ma więc rację, że się temu sprzeciwia, oraz że robi to z pozycji państwa proeuropejskiego, opowiadającego się za głębszą integracją Unii, zarówno polityczną jak i gospodarczą.  

Od kiedyż to jednak Ludwik Dorn i jego kolejne ugrupowania, kiedyś PiS, dziś SP, za takim modelem się opowiadali? Ich wzorem europejskiego polityka jest Vaclav Klaus, a ulubionym modelem europejskiej retoryki język brytyjskich, szowinistycznych tabloidów. Ludwik Dorn powinien jaśniej powiedzieć czy życzył europejskiemu planowi Tuska sukcesu czy porażki. Dziś ogłasza jego klęskę, wzywa Tuska do dymisji a Polskę do referendum. Ale jakiej Unii chce Dorn: Unii międzyrządowej, ze słabymi instytucjami wspólnotowymi? Takiego planu broni Sarkozy, ale i Klaus. Różnice między nimi są tylko dwie, ale zasadnicze: Sarkozy chce wspólnej Unii, w której Francja i największe (politycznie i gospodarczo) kraje wiodą prym, na chwałę swoich narodowych egoizmów. Klaus do wszystkiego co wspólne czuje niechęć i broni narodowego egoizmu sprzeciwiając się dominacji największych, bo sam jest mały. Jest też wizja Europy federalnej. Takiej - ku zaskoczeniu wielu obserwatorów - bronił w swym berlińskim wystąpieniu Sikorski. I jest też Unia taka jak jest: to znowu ona została utrwalona na brukselskim szczycie. Tym, którzy wierzą w integrację europejską, trudno ten wynik określać mianem sukcesu. Ale muszą przyznać, że mogłoby być gorzej, gdyby zwyciężyła wizja Sarkoziego.  Tak się nie stało. W dużej mierze dzięki Polsce.

Na zakończonym nad ranem szczycie Polska poradziła sobie lepiej, niż się tego ktokolwiek spodziewał. To prawda, że z poparciem szefa Komisji Europejskiej Barroso i przy życzliwym dopingu innych państw spoza Eurolandu (choć żadne z nich nie miało odwagi przyjąć na siebie roli lidera). Ale jednak dzięki twardej postawie Tuska i skuteczności jego negocjacji. Na jedno i drugie mógł sobie pozwolić, bo przez sześć miesięcy polskiej prezydencji udało mu się zbudować wizerunek godnego zaufania, proeuropejskiego polityka, którego kraj odnosi sukcesy gospodarcze.  To prawda, że Francja i Niemcy odgrywają kluczową rolę. A niby kto ma odgrywać w czasie gospodarczego kryzysu, jeśli nie dwie największe gospodarki? W czasie, gdy największym wyzwaniem na dziś jest wyłożenie raz, i jeszcze raz, dziesiątków miliardów euro na pomoc dla Grecji, Hiszpanii, Portugalii, Włoch, Irlandii? Dobrze że Polska przypomina skutecznie, że poza miliardami są jeszcze inne ważne sprawy, ważne również w przyszłości. Przypomina z większym samozaparciem, niż wynikałoby to z kontekstu: w końcu nie można zaprzeczyć, że Polska domaga się stolika w klubie, do którego nie należy. Fakt, że jest to jej reakcją na chęć euroklubowiczów decydowania również o jej sprawach. 

Dorn bez zająknięcia oświadcza, że "decyzja o podpisaniu paktu fiskalnego oznacza perspektywę realnych kar w wysokości 1/10 procenta PKB". I przelicza tę kwotę na złotówki ("parędziesiąt miliardów złotych") ani słowem nie wspominając (bo żaden ekspert nie podpowiedział?), że mechanizm ten obowiązuje tylko kraje strefy euro, bo dla tych, które euro nie mają, jest opcjonalny: mogą zastosować u siebie  mechanizm dyscypliny budżetowej (wraz z sankcjami za jego nieprzestrzeganie), ale nie muszą. Wielu to uczyni, dla uzdrowienia finansów publicznych, ale też dla podniesienia zaufania inwestorów, dla wzmocnienia rynkowej wiarygodności. 

Dorn ironizuje, że Tusk się godzi na "pakt fiskalnyw zamian za taka organizację szczytów euro, by kraje nie należące do strefy euro trudno było wypraszać." Coś w tym jest, jeśli chodzi o szczyty Eurolandu zajmujące się mechanizmem stabilizacji finansów, na który kraje spoza Eurolandu się przecież nie składają. To źle? Ważniejsze, że w innych szczytach, których zakres tematyczny wykracza poza tę kwestię, kraje spoza strefy będą brały udział już nie dlatego, że trudno je będzie oderwać od krzesła, tylko dlatego, ze tak uzgodniono. Poza tym pozostają szczyty całej UE, wkrótce 28 państw, dotyczące innych zagadnień, w pierwszym rzędzie jednolitego rynku.

Dorn martwi się, że Tusk lekceważy kraje naszego regionu. Ale te kraje, z wyjątkiem Czech, przystąpiły do porozumienia. Porozumienia lepszego, niż byłyby w stanie wywalczyć same, bez Polski.  Tusk "rozbija dziedzictwo budowy koalicji w Europie Środkowo-Wschodniej, odziedziczone po śp. prezydencie Lechu Kaczyńskim", mówi Dorn. Jakiej koalicji? Z Gruzją? Przez szacunek do zmarłych nie wspomnę o zdolności budowania przez Lecha Kaczyńskiego koalicji w ogóle, a koalicji europejskich w szczególności.

Dobrze natomiast, że Dorn i SP wzywają do debaty w Sejmie. Europejskie debaty będzie też organizował prezydent Komorowski. Debat nigdy za dużo. Byle z sensem. Byle z sensem.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...