Pokazywanie postów oznaczonych etykietą populizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą populizm. Pokaż wszystkie posty

2015-06-29

Mitologia Grecji nowożytnej

W referendum 5 lipca Grecy mają zdecydować czy chcąc reform. Od 1974 roku we wszystkich wyborach głosują przeciw reformom gospodarki. Trzeba wielkiej naiwności, by wierzyć, że teraz będzie inaczej. Albo silnego przekonania, że w greckich umysłach odrodzi się, choćby na chwilę, intelektualna potęga Antyku, który na wyrost nauczyliśmy się nazywać Grecją. Nic takiego się nie stanie, bo wyczerpani kryzysem Grecy marzą tylko o tym, by ci, którzy znowu ich okłamią, z Janisem Varoufakisem na czele, dokonali cudu przeniesienia ich na powrót do miejsca i epoki, w których wszystko było łatwiejsze. Tak wygląda mitologia nowożytnej Grecji.


Demokratyczne prawo wyboru tej czy innej większości parlamentarnej nie oznacza, że społeczeństwo ma prawo wybrać epokę, w której żyje. Aby przetrwać, zapewniając jednocześnie obywatelom bezpieczeństwo i akceptowalny poziom życia, państwo musi albo nadążać za ewolucją rzeczywistości albo ją wyprzedzać. Warto o tym pamiętać również w Polsce, zwłaszcza przed jesiennymi wyborami. Za głosowaniem na PiS i innych populistów kryje się pragnienie przeniesienia Polski do innej geopolitycznej lokalizacji, której nie ma, do innej epoki, której już nie będzie. Poza współczesną europejską, społeczno-rynkową demokrację. W tył. Pisałem o tym w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy". W tym sensie PiS rzeczywiście szykuje nam drugą Grecję. I wszystko jedno jak bardzo uzasadniona jest krytyka obecnych rządów, którym zarzucamy, że jedynie "nadążają" zamiast "wyprzedzać".

Łatwo powiedzieć, że problem demokracji zaczyna się wtedy, gdy ludzie dają się zwieść kłamstwu. Lepiej, żeby się dali zwieść prawdzie? Pewnie lepiej, tylko co z tym zwodzeniem? Pewnie lepiej, ale granicy między prawdą i fałszem nie wyznaczają fakty. Wszak populistyczna demagogia może opierać się na faktach. Granicę między prawdą i fałszem w demokracji zasnuwa mgła skomplikowanego kontekstu. Kłamią ci, co wmawiają ludziom, że kontekstu nie ma, że wszystko jest proste. Wyabstrahowanie problemów ze skomplikowanej rzeczywistości, przekonanie ludzi, że właśnie rozwiązanie tych, a nie innych problemów jest dla nich fundamentalne, i podanie ludziom na tacy szkieletowych, ale dobitnych w swej hasłowości rozwiązań jest najlepszym sposobem by w demokracji ludzie pożądali tego, co jest jej zaprzeczeniem: nawet nie kłamstwa jako takiego, ale frajdy z bycia oszukiwanym. Frajdy, która jest jak uzależnienie od wyniszczającego organizm narkotyku.

To przydarzyło się Grekom po 1974 roku, bo krótki okres demokracji w latach 1950-1967 nie ukształtował w nich demokratycznych instynktów na tyle solidnie, by przetrwały dyktaturę pułkowników. Ta upadła w 1974. W pierwszym, powojennym okresie, akceptowali reformy niezbędne do podźwignięcia kraju tak jak Polacy akceptowali reformy rządu Mazowieckiego, w uniesieniu odrodzenia. Potem, w czasie dyktatury nie pytano ich już, jak ma wyglądać polityczny i demokratyczny ustrój, ale reformy gospodarcze zapewniające wzrost były kontynuowane. Gwarancją stabilizacji był silny gospodarczy protekcjonizm. Upadek systemu walutowego z Bretton Woods i kryzys energetyczny lat siedemdziesiątych położyły kres władzy junty. Teraz, żeby przetrwać, trzeba było wreszcie wyrzeczeń. Żeby wyjść na prostą z walutowego i gospodarczego kryzysu, trzeba było reform. Ale zamiast tego, od przejęcia władzy przez PASOK (socjaliści), postanowiono żyć na kredyt. Przystąpienie do UE odebrało możliwość obrony gospodarki przed konkurencją za pomocą protekcjonizmu. Do euro Grecy przystąpili z przyczyn politycznych, posługując się sfałszowanymi statystykami, w rzeczywistości nie spełniali bowiem warunków członkostwa w Eurolandzie. Wraz z rezygnacją z drachmy skończyło się również majstrowanie kursem walutowym. W zamian, zwiększyła się wiarygodność gospodarcza Grecji, staniały kredyty. Ale zamiast je zainwestować w rozwój, Grecy je przejedli. Skonsumawała je masowa korupcja. I znowu przyszedł kryzys, i znowu nie ma z czego spłacać, tylko sytuacja gospodarki jest jeszcze gorsza niż w 1974. Aż przyszła Syriza.

W lipcu Grecy powiedzą "nie" reformom ze świadomością, że doprowadzi to do wyjścia z unii walutowej. Niby nie chcą, jeśli wierzyć sondażom. Ale też mają nadzieję, że w ostateczności z drachmą zamiast euro będzie im łatwiej, bo sobie drachm wydrukują tyle, ile będzie potrzeba, żeby spłacić długi i żeby jeszcze na wakacje starczyło i na emerytury. Mają nadzieję, że jak będzie trzeba, protekcjonizmem obronią się przed wykupem i zdominowaniem kraju ze śmieciową walutą przez "wielki kapitał". I że mimo to inwestorzy powrócą do pięknej, wiecznej Grecji. Nic z tego. Tak nie będzie. Grecja nie zmieni ani swego geopolitycznego położenia ani epoki. I Polska też nie zmieni.

 

2014-04-07

Propaganda sukcesu Viktora Orbàna

W wyborach parlamentarnych 6 kwietnia Węgrzy ponownie poparli Fidesz, partię rządzącą w Budapeszcie od 2010 roku. Polscy kibice Viktora Orbána zacierają ręce: ani antyunijna retoryka ani reforma konstytucji skrytykowana w Europie i w USA za swój antydemokratyczy charakter nie zmniejszyły zaufania Węgrów wobec premiera.

Orbán bardzo skutecznie przekonał swoich zwolenników w kraju i za granicą, że jego polityka jest dobra dla Węgier. Właściwie, przekonywać ich nie musiał, raczej dostarczył im argumentacji, którą z ulgą przyjęli. Jeśli chodzi o demokrację, państwo prawa i tego rodzaju drobiazgi, to nie ma sobie czym zaprzaatać głowy, bo admiratorzy węgierskiego premiera albo jego działania popierają, albo przynajmniej nie widzą w nich nic złego. Dlatego głównym elementem argumentacji jest oczywisty sukces gospodarczy odniesiony dzięki odważnej, nieortodoksyjnej, niezależnej polityce. Orbán, ojciec narodu, strażnik jego wyjątkowości, nie bacząc na sprzeciw obcych, potrafił poprowadzić Węgry własną drogą. Obcy, jak wiadomo przynajmniej od Traktatu z Trianon, są dla Węgrów zagrożeniem. Kiedyś Wiedeń, potem Moskwa, dziś Bruksela i Waszyngton: wszyscy oni realizują własne interesy polityczne i gospodarcze, z natury sprzeczne z interesami węgierskimi, grabiąc i niewoląc dzielnych Madziarów. Orbàn potrafił temu położyć kres.

Rząd węgierski nie jest gołosłowny, daje przykłady. Węgierska gospodarka przyspiesza: w 2012 roku była w recesji, w 2013 odnotowała wzrost 1,1% PKB, w 2014 i 2015 Komisja Europejska przewiduje na Węgrzech wzrost 2%. Bezrobocie było dwucyfrowe w latach 2010-2013, według unijnych prognoz spadnie do 9,5% w dwóch kolejnych latach. Zagraniczne zadłużenie netto spadło (z 55% PKB w 2010 do 40% w drugim kwartale 2013). Od chwili przystąpienia do UE Węgry były objęte unijną procedurą nadmiernego deficytu, a w 2013 udało się wreszcie od niej uwolnić. Inflacja osiągnęła historyczny poziom bliski 0%.

A jak wygląda to naprawdę?

Faktycznie, tak dobrane dane wyglądają zupełnie dobrze. Orbán chwali się sukcesem odniesionym wbrew zaleceniom Brukseli, co dowodzi, jego zdaniem, skuteczności węgierskiej drogi. Tyle, że niezupełnie jest to prawda. Deficyt został na przykład zduszony nie mimo, ale pod naciskiem Brukseli. Poprawa dyscypliny finansów publicznych jest realizacją zaleceń Komisji Europejskiej (zawartych w tzw. Country Specific Recommendations w ramach "semestru europejskiego"). Niby żaden wstyd, ale przyznanie się do tego osłabiłoby spójność przekazu. Oficjalna teza węgierskiego rządu jest bowiem taka, że wszystko co przychodzi z Brukseli to pomyłka, że obcy nie będą nam niczego dyktować ("ani Moskwa ani Bruksela"). Przy czym odniesienie do Moskwy ma znaczenie historyczne. Moskwa Putina jest w porządku, a rosyjskie kredyty na budowę elektrowni jądrowych nie stanowią zagrożenia dla węgierskiej niezależności. To tyko biznes, mówi Orbán. 

Przyjrzyjmy się teraz danym ilustrującym sukces węgierskiej gospodarki. W kampanii wyborczej Fidesz chwalił się wzrostem 2,7% PKB. Liczba jest prawdziwa, ale dotyczy tylko 4 kwartału 2013 w odniesieniu do analogicznego momentu w wyjątkowo kiepskim 2012. Wynik ten w dużej mierze odzwierciedla znaczny skok produkcji rolnej w 4 kwartale 2013 w porównaniu do złych wyników z 2012. De facto, Węgry powróciły do poziomu z ... 4 kwartału 2011. Ktoś powie: żaden dramat. Fakt. Ale też żaden sukces dowodzący spektakularnych osiągnięć.

Wbrew pozorom, na rynku pracy nie nastąpiła żadna strukturalna zmiana, pozwalająca wierzyć, że sytuacja w dłuższym okresie może się poprawić. Jak to więc możliwe, że poprawiły się liczby? Orbán w roku poprzedzającym wybory postanowił skorzystać z rad dobrego, starego Keynesa: państwo dwukrotnie zwiększyło zatrudnienie przy robotach publicznych. Ale bezrobocie w sektorze prywatnym nie spadło. Gdyby nie działania ad hoc, bezrobocie wynosiłoby dziś 11%. Znowu: co w tym złego? Przecież to dobrze, że ludzie znaleźli pracę, bo problemem, poza poziomem bezrobocia, jest też zbyt długi czas pozostawania bez pracy. Jasne. Tylko, że trudno w związku z tym uważać liczby cytowane przez Fidesz za dowód na to, że dzięki polityce Orbána sytuacja się poprawia. Nie poprawia się, niezbędnych reform jak nie było, tak nie ma.

Zerowa inflacja, na tle deflacji w wielu państwach UE, uważanej za problem raczej niż za pozytywny trend, też nie jest niczym niezwykłym. Na Węgrzech jest wynikiem cięć cen regulowanych przez rząd. Dlatego, choć "zerowa inflacja" fajnie brzmi w okresie wyborów, lepiej podać prawdziwe liczby. Wedle Komisji Europejskiej inflacja wyniesie 1,4 % w 2014, powinna osiągnąć cel 3% zakładany przez bank centralny w 2015. Dług publiczny rzeczywiście udało się Orbánowi obniżyć aż o 7% PKB. Był to jednak efekt jednorazowego manewru podobnego do tego, który w Polsce zastosował Rostowski: zniesiono obowiązkowe składki do prywatnych funduszy emerytalnych. W rzeczywistości, zadłużenie rządowe pozostaje na niezmienionym od 2009 roku poziomie 80%. Sporo. Zadłużenie przedsiębiorstw, i gospodarstw domowych też jest bardzo niepokojące.

Ten stan rzeczy ilustruje bardzo kiepskie perspektywy wzrostu węgierskiej gospodarki. Obraz pogarsza dodatkowo nieprzychylna firmom polityka rządu. Podobnie jak w Polsce, konkurencyjność i innowacyjność gospodarki jest uzależniona od inwestycji sektora prywatnego w gospodarkę. Chwilowa poprawa poziomu inwestycji (5,9% w 2013 po czterech latach spadku o - w sumie - 26%) jest wynikiem przyśpieszonej absorpcji funduszy unijnych i wsparciem kredytowania firm przez banki sfinansowanym z państwowego budżetu. Samo w sobie nie jest to złe. Po raz kolejny jednak ilustruje tymczasową, można powiedzieć "przedwyborczą" poprawę statystyk przy jednoczesnym braku reform strukturalnych zapowiadających stały wzrost i poprawę konkurencyjności.

Poziom inwestycji zagranicznych i konkurencyjność gospodarki wciąż spadają. Jest to wynik obiciążeń podatkowych nałożonych na zagraniczne firmy oskarżane o to, że wyworzą zysk za granicę. Ile wywiozą, to wywiozą, ale spora część zysku wytworzonego na Węgrzech na Węgrzech zostaje, wbrew populistycznej retoryce Fideszu sugerującej, że odbywa się grabież Węgrów przez obcych. Obránowi udało się jedno: nie ma już czego "grabić". Inwestycje niemieckich film samochodowych ( Audi, Mercedes) nie wystarczą, to kwiatek do kożucha. Utrzymane dzięki ulgom służą głównie podparciu retoryki: patrzcie, to nieprawda, że wszyscy wyjechali. Rafał Hirsh cytował niedawno na swoim blogu indeks MSCI. Podczas, gdy indeks dla Europy wzrósł o 0,9%, powyżej średniej światowej (0,7), giełda w Budapeszcie odnotowała od początku roku spadek o 18,1%. Gorsza (najgorsza na świecie) była tylko giełda rosyjska (-23,6%).

Dlaczego Węgrzy dają się nabijać w butelkę

Międzynarodowi obserwatorzy, którzy w ramach misji OBWE analizowali przebieg wyborów, sformułowali dość krytyczne konkluzje. Zauważyli między innymi, że dostęp opozycji do mediów był ograniczony. Można więc uznać, że Węgrzy zagłosowali tak, jak zagłosowali, bo dali się zwieść propagandzie Orbána, a wolna prasa nie mogła dostarczyć im innych informacji, bo wcale nie jest taka wolna. Być może.

Jest jednak i inna przyczyna. Jest nią nostalgia za gulaszową demokracją, którą mieli za Kádára, w czasach socjalistycznej republiki. Orbàn już dawno pożegnał się z mitem zachodniej demokracji i wolności, który był motorem jego działania na samym początku, jeszcze za poprzedniego ustroju. W pewnym momencie zrozumiał, że to, co naprawdę jest jego celem to zdobycie władzy. A potem jej utrzymanie. Żeby tak się stało, trzeba było dać Węgrom to, czego oczekują: zaspokoić ich potrzebę poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji, którą cieszyli się za Kádára.

Do podobnego wniosku doszli socjaliści, którym raz udało się Orbàna od władzy odsunać. Podobnie jak on, nie uniknęli populizmu. Tyle, że nie mieli w swych szeregach przywódcy z finezją, determinacją, charyzmą i inteligencją Orbána. Nie wpadli też na to, że można wyborców przyciągnąć gadką o Wielkich Węgrach i o narodowej tragedii jaką  był traktat z Trianon. Żeby utrzymać władzę, "kłamali rano, kłamali wieczorem" jak powiedział premier Ferenc Gyurcsány. Się nagrało. Puścili w radio. To był koniec socjalistów i triumfalny powrót Orbána do władzy. To pamiętne wyznanie padło jednak w specyficznym momencie: kiedy dalej kłamać już nie było można, kiedy trzeba było zacząć bolesne reformy. Orbán jest dziś na podobnym etapie: trzeba by przestać kłamać i zacząć naprawdę reformować gospodarkę, zwiększyć jej konkurencyjność, odzyskać zaufanie inwestorów. Ale nic takiego się nie zapowiada. Kolejne wyborcze zwycięstwo, choć mniejsze niż poprzednim razem, gwarantuje konstytucyjną więlszość ⅔ głosów w Parlamencie. Orbán wygrał w cuglach, bez zaskoczenia. Czemu miałby zmieniać politykę, skoro ta, najwyraźniej, się Węgrom podoba?

Opozycja bez szans

Sytuacja oponentów Viktora Orbána jest trudna. Ci, którzy - wbrew sondażom i głosowi ulicy - łudzili się, że Węgrzy nie mogą przecież akceptować bez końca kadaryzacji węgierskiej demokracji realizowanej przez Orbána, znowu wyszli na naiwniaków. Węgrzy akceptują. Ci, którzy liczyli, że Węgrzy dostrzegą zagrożenie jakie polityka Fideszu niesie dla gospodarki, przeliczyli się. Jeszcze nie teraz. Co najważniejsze, wszyscy oni mają ten sam problem: nie są jednolitą, zorganizowaną siłą która mogłaby dla Orbàna stanowić równowagę; nie mają charyzmatycznego lidera, który przekonałby Węgrów, że są wiarygodną alternatywą dla Fideszu.

Mam jednak dla nich dobrą wiadomość: za następne cztery lata ludzie poczują już skutki gospodarczych eksperymentów Orbána na tyle wyraźnie, że odsuną go od władzy. Wtedy opozycja wygra wybory, a Węgrzy znowu będą oczekiwać od nowego rządu, że przywróci małą, kadarowską stabilizację. Niestety, mam też i złą wiadomość: odzyskanie zaufania inwestorów zagranicznych będzie wymagało czasu, wzmocnienie fundamentów gospodarczych nie obędzie się bez bolesnych reform. Na węgierskiej scenie politycznej musiałby się pojawić ktoś, kto by Węgrów przekonał do jednego i drugiego: wymógłby cierpliwość, skłonił do wyrzeczeń. Na razie nikogo takiego nie ma. Poza Orbánem. Dlatego, nawet jeżeli w kolejnych wyborach będzie musiał oddać władzę, to w następnych znowu powróci jako zwycięzca.



2014-04-04

Solidarnie przeciw migracjom polskiego hydraulika

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że odkąd Jarosław Gowin dołączył do PJN, partyjka Pawła Kowala całkowicie już stoczyła się w otchłań populizmu. 

Parę dni temu usłyszeliśmy od lidera tego wyborczego sojuszu, że jako Polacy kupować powinniśmy tylko polskie towary. Jeśli w innych krajach przyjmą podobną logikę, to nawet nie będzie alternatywy, bo skoro nikt naszych towarów nie kupi, będziemy to musieli zrobić sami. Taka wizja handlu i rynku. Dziś bojownicy z PRJG jeżdżą po Warszawie londyńskim autobusem z demobilu, by zaprotestować przeciw wyjazdom Polaków na saksy. Z rozbawieniem obserwuję jak dołączyli do przeciwników tak zwanego "socjalnego dumpingu". Do tych co, jak Francuzi w 2005, namawiają "polskiego hydraulika", żeby pozostał u siebie i nigdzie nie jeździł.

Przypomnijmy, że sprzeciw wobec "socjalnego dumpingu" jednoczy lewicowych i prawicowych przeciwników wolnego rynku (a nawet rynku w ogóle) i zwolenników "patriotyzmu gospodarczego" w najbobogatszych krajach UE: Francuzów, Holendrów, Belgów, Duńczyków. Ostatnio też Brytyjczyków, którzy protestują przeciw obecności u siebie pacowników ze "wschodu". Symbol czerwonego, londyńskiego piętrusa, którym Paweł Kowal jeździ po Warszawie, staje się w tym kontekście bardzo czytelny.

Oczywiście, znam retorykę PRJG: chodzi o to, żeby Polacy nie byli "zmuszeni" do pracy za granicą, żeby mogli pracować w kraju. A nie mogą! Przez kogo? No przez PO przecież, to jasne, bo wcześniej mogli i poźniej też będą mogli. Co tak naprawdę "zmusza" Polaków do wyjazdu na saksy? Albo do opuszczenia kraju na stałe? Pewnie to samo, co wszystkich obywateli krajów biedniejszych, którzy szukają wyższej płacy i lepszego życia w krajach bogatszych. A z unijnym paszportem w kieszeni przychodzi im to łatwiej niż tym, którzy go nie posiadają. Unijne obywatelstwo gwarantuje bowiem swobodę przemieszczania wewnątrz Unii: studentom, pracownikom, turystom. To jedna z czterech, konstytucyjnych wolności obywatela UE. To również jedno z narzędzi wyrównywania poziomów życia w państwach członkowskich i zarządzania rynkiem pracy, przeciwdziałania bezrobociu. Populistyczna krytyka tego stanu rzeczy jest paliwem wyborczym Nigela Farage'a w Wielkiej Brytanii czy Marine Le Pen z Frontu Narodowego albo Jean-Luca Mélanchon z Partii Lewicy we Francji. Wszyscy oni są przeciwni obecności wschodnich biedaków na swoim rynku pracy, nawet na podstawie unijnych przepisów o delegowaniu pracowników. Więc owszem, retoryka jest inna we wszystkich tych przypadkach, włączając wyborczą gadkę gowinowo-kowalową, ale wspólny mianownik ten sam: sprzeciw wobec socjalnego "dumpingu", gospodarczy "patriotyzm", antyunijny suwerenizm.

Zgodnie z wyznawanym przez siebie poglądem na mobilność siły roboczej Paweł Kowal powinien pozostać w rodzinnym Rzeszowie i tam walczyć z niesprawiedliwością, która "zmusza" Rzeszowian do stołecznej emigracji. A populistycznych przyjaciół z Londynu powinien przekonać do przejażdżki po mieście hiszpańskim autobusem, bo ponad 390 tysięcy Brytyjczyków mieszka w Hiszpanii. Kto ich zmusił? Pewnie, że nie wszyscy wyjechali za chlebem, ale wielu pracuje w innych krajach UE. Niemało też, bo 46 tysięcy, poszukuje pracy poza krajem i tam pobiera zasiłek dla bezrobotnych. I nie ma w tym nic złego: wspólny unijny rynek towarów, usług i kapitału jest też rynkiem pracy. Wciąż za mało a nie za bardzo wspólnym. Jego rozwojowi służy zwiększenie wymiany i przepływu, a nie tworzenie protekcjonistycznych barier prawnych lub ideologicznych. Takich jak nawoływanie do "gospodarczego" patriotyzmu, do unarodowienia rynku. To niebezpieczny anachronizm. Testowany przez lata w Albanii. Bez powodzenia. Ale w jednym z Pawłem Kowalem trzeba się zgodzić: ludzie w Polsce powinni być bogatsi, powinni żyć lepiej, Polska powinna być dostatniejsza. Który z wyborców się z tym nie zgodzi?



2014-01-29

Państwo PiS jest nie z tej Europy (4) Złotówka: suwerenna tarcza antykryzysowa

Nie jest do końca jasne, co i jak Kaczyński chce zrobić w dziedzinie budżetu państwa i finansów publicznych (poza walką z szalejącą ponoć korupcją), ale już w czerwcu 2013 deklarował, że ma gotowe projekty ustaw. We wrześniu 2013 proponował "zaostrzenie" systemu podatkowego w drodze spec-ustawy kryzysowej (węgierska inspiracja) i wprowadzenie podatku od transakcji finansowych (Komisja Europejska też proponowała, Viktor Orbán, oczywiście na swych dość specjalnych zasadach, taki podatek wprowadził). Najprostszy punkt programu PiS, bo niewymagający ustawy, to polityka monetarna oparta na obronie złotego. Obronie przed euro. "Mówimy jasno – będziemy go bronić. Jest on dziś i będzie w przewidywalnej przyszłości naszym atutem, barierą chroniącą nas przed zmiennymi światowymi koniunkturami" – twierdzi Kaczyński.

Złotówka obroni Polskę przed kryzysem

Ciekawe, że posiadanie własnej waluty nie uchroniło przed zmianą światowej koniunktury Islandii, kraju – co najbardziej powinno podobać się Kaczyńskiemu – nie będącego nawet członkiem UE. Funt nie uratował też Wielkiej Brytanii. Uratowało ją nagromadzone przez wieki bogactwo. To dzięki niemu udało się brytyjskiemu rządowi wydać na ratowanie prywatnych banków z publicznej kasy więcej niż w jakimkolwiek innym państwie unijnym. Pełny skarbiec pomógł też Niemcom, które akurat mają euro: mimo kryzysu i olbrzymich wydatków na ratowanie banków Niemcy pozostali najpotężniejszą gospodarką UE, w dużej mierze finansującą słabe, źle zarządzane i żyjące ponad stan Grecję i Cypr. Mniej odporna na kryzys, ale nieźle zarządzana Irlandia, posługująca się euro, wychodzi z tarapatów w szybkim tempie dzięki oszczędnościom, unijnej pomocy i reformom. Estonia, która zamieniła koronę na euro w 2011 roku, poradziła sobie z kryzysem nadzwyczaj dobrze. To właśnie w 2011 roku agencja ratingowa Standard&Poor's podniosła notowania gospodarki estońskiej tego samego dnia, w którym obniżyła rating gospodarki amerykańskiej. Stalo się to 8 miesięcy po wprowadzeniu euro przez ten kraj. S&P's docenił perspektywy wzrostu (uzyskane dzięki reformom i dyscyplinie finansów publicznych) i stabilność walutową (gwarantowaną przez euro). Nie przebrzmiały jeszcze przepowiednie zapowiadające nieuchronny koniec strefy euro, gdy w 2013 akces do Eurolandu zgłosiła Łotwa (euro zastąpiło łata 1 stycznia 2014).

Konkluzje są dość oczywiste, bez względu na to czy państwo ma euro czy nie: dobrze zarządzana gospodarka i zdrowe finanse publiczne stanowią najlepsze zabezpieczenie przed kryzysem; zasobny skarbiec i nagromadzone bogactwo pozwala z kryzysem sobie poradzić samemu bez ubiegania się o pożyczki z zewnątrz. Przyśpiewka eurofobów o euro, które wywołało kryzys w Europie jest próbą zakorzenienia w ludzkiej świadomości kolejnego mitu, który ma się nijak do rzeczywistości: kryzys nie zaczął się w Europie, integracja europejska jest sposobem na wyjście z kryzysu a nie jego przyczyną, kryzys nie ominął państw, które nie mają wspólnej waluty. Wbrew temu, co mówi Kaczyński, waluta narodowa nie stanowi zabezpieczenia przed światowym kryzysem. A euro pozostaje stabilną, drugą po dolarze walutą rezerwową świata.

Euro szokuje Kaczyńskiego

To nieprawda, że "nie ma takiego modelu wprowadzenia w Polsce euro, który nie doprowadziłby do szoku: jeden mechanizm prowadzi do szoku w gospodarstwach domowych, poprzez popyt w całej gospodarce; inny prowadzi do szoku w eksporcie i dzięki temu także w całej gospodarce." Prawdą jest, że takiego modelu nie zna PiS. A to co innego.

Te nieuniknione dla "całej gospodarki" konsekwencje wprowadzenia wspólnej waluty umknęły jakoś decydentom i analitykom w innych krajach. Wprowadzenie euro oczywiście oznacza pewne zagrożenia, ale nie są one nieuniknione, jeśli państwo członkowskie się do przyjęcia wspólnej waluty przygotuje. Przygotowania te są dziś łatwiejsze niż kiedyś, bo można się uczyć na cudzych błędach. Kraje, które jako pierwsze zrezygnowały z waluty krajowej na rzecz euro nie przewidziały na przykład, że pozostawienie handlowcom swobody w zaokrąglaniu cen po ich przeliczeniu na euro doprowadzi do podwyżek cen artykułów konsumpcyjnych. Słowaków, Estończycy i Łotysze już to wiedzieli i potrafili problemowi zaradzić. Negatywne konsekwencje rezygnacji ze złotówki mogą zostać z nawiązką zrekompensowane zaletami wprowadzenia euro. Ale Kaczyński zalet nawet nie rozważa. O przygotowaniach nie chce słyszeć. W zamian proponuje kasandryczny determinizm. Polityka obsesyjna, którą uprawia Kaczyński, nie może być skuteczna, bez względu na to czy się patrzy na euro przychylnie czy nieprzychylnie.

Euro pozbawi nas suwerenności gospodarczej

Obecny polski system, mówi Kaczyński, "jest fatalny, niesprawiedliwy, nieprzejrzysty i arbitralny. Jedni są niszczeni podatkami, a inni nie płacą ich wcale. Szaleje korupcja, system działa na zasadzie „nie ma reguł, kto silniejszy ten lepszy” (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Kaczyński, rzecz jasna bardzo chciałby dokonać sanacji tego fatalnego systemu i oczywiście wie jak to zrobić. Ale w Polsce będącej członkiem strefy euro nie da się, jego zdaniem, wprowadzić niezbędnych reform, bo utrata suwerenności walutowej uniemożliwi PiS zmianę systemu finansów publicznych i prowadzenie własnej polityki gospodarczej. Czy rzeczywiście?

Koordynacja gospodarcza i budżetowa już od dwóch lat jest stałym elementem zarzadzania gospodarką w UE. Okres koordynacji nazywa się "semestrem europejskim". To jedna z lekcji kryzysu: prowadzenie wspólnej polityki monetarnej bez koordynacji polityki gospodarczej było błędem koncepcyjnym unii walutowej, pozbawiło strefę euro zdolności do szybkiego działania w sytuacji kryzysu. Zalecenia Komisji europejskiej otrzymują jednak nie tylko państwa Eurolandu, ale i te, które jeszcze do niego nie przystąpiły (lub – tak jak Wielka Brytania czy Szwecja - nie przystąpią). To naturalna konsekwencja powiazań i współzależności istniejącej miedzy gospodarkami państw członkowskich UE. To prawda, że państwa, które poza udziałem we wspólnym rynku, w unijnym handlu zagranicznym, polityce przemysłowej, rolnej, rybackiej i innych, uczestniczą też w unii monetarnej osiągnęły wyższy stopień koordynacji niż te, które nie posługują się wspólną walutą. Ale ani jednym ani drugim Komisja Europejska ani Rada nie przeszkadzają w staraniach o bardziej przejrzysty system finansów publicznych ani w walce z korupcją. Przeciwnie: zalecenia podjęcia takich działań kierowane są do tych, którzy tego nie czynią. Z kolei systemu podatkowego, którego polską  odmianę Kaczyński też ocenia bardzo krytycznie, dotyczy to w niewielkim stopniu, bo podatki to kompetencja narodowa.

W Polsce (nie) obowiązują unijne traktaty

Kaczyński zapomina też o jednej ważnej sprawie. Otóż przystępując do UE, Polska przyjęła obowiązujące w UE traktaty. Tym samym zgłosiła swój akces do unii walutowej. Akces odsunięty w czasie, bo żeby przyjąć wspólną walutę, trzeba sprostać wyśrubowanym kryteriom w dziedzinie deficytu i długu publicznego. To kluczowe elementy zdrowego systemu finansów publicznych, na którym tak bardzo ponoć zależy Kaczyńskiemu. W 2003 roku proeuropejski rząd podjął spore ryzyko zorganizowania w Polsce referendum w sprawie przyjęcia warunków członkostwa w UE. Jednym z nich było przyjęcie euro. Polacy masowo poparli traktat akcesyjny.

Wbrew temu, co mówi Kaczyński, w Polsce nie ma "forsowania decyzji przyjęcia euro" (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Ta decyzja została podjęta jedenaście lat temu i zaakceptowana w referendum. Obecny polski rząd raczej odsuwa niż forsuje realizację tej decyzji. Może faktycznie nie jest to najlepszy okres na przyjmowanie euro (choć akurat Łotysze uznali inaczej), ale nie zdejmuje to z nas obowiązku starannego przygotowania się do wspólnej waluty. Stanowisko Kaczyńskiego, który woli by tego nie czynić, jest delikatnie mówiąc nierozsądne. Jest przede wszystkim ideologiczne, bo Kaczyński jest suwerenistą, jest populistyczne, bo Kaczyński wpisał euro na listę narodowych strachów, którymi potrząsa, by skupić wyborców pod skrzydłami pisowskiej Opatrzności. Ale nie jest racjonalne.

Swoisty patriotyzm Kaczyńskiego polega na doprowadzaniu do sytuacji, w której spełnią się jego złowieszcze przepowiednie dla Polski, dając mu możliwość wystąpienia w roli męża opatrznościowego. Nie spocznie, jeśli do tego nie doprowadzi. Antypatriotami są ci, którzy chcą mu w tym przeszkodzić. Tymczasem bez względu na to, czy się euro popiera czy nie należy sobie uświadomić, że w interesie Polski leży dobre przygotowanie do jego przyjęcia. Programowanie porażki może pociągać jedynie tych, których jedynym celem jest powiedzieć: "Ostrzegaliśmy. A teraz musimy ukarać winnych."


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



2012-03-12

Lewica zgarnia wszystko

Na Słowacji w wyborach zwyciężył Robert Fico i jego lewicowo-populistyczna partia SMER-SD. To on utworzy nowy rząd. Z 44,4% głosów zdystansowali wszystkie partie prawicowe, żadna nie uzyskała dwucyfrowego wyniku. Chadecka SDKÚ-DS zdobyła zaledwie 6,1% i pożegna się z władzą. To z jej szeregów wywodzi się  Iveta Radičová, premier rządu koalicyjnego, który upadł, bo nie uzyskał wotum zaufania w październiku ubiegłego roku. Bezpośrednią przyczyną kryzys rządowego była kwestia udziału Słowacji, członka strefy euro, w finansowaniu pomocy dla Grecji. Fico wygrał również poprzednie wybory, ale nie uzyskał w parlamencie większości koniecznej do utworzenia rządu. Teraz się udało. 

Robert Fico i José Manuel Barroso, styczeń 2009 ©UE 2012
Fico, który nigdy w polityce wewnętrznej nie kryl się ze swoim populizmem, zapowiada proeuropejską linię. Jego partia była jedyną, która wymieniła w swoim programie wyborczym przygotowania do słowackiego przewodnictwa w Radzie UE. Przypadnie ono na drugą polowę kadencji, w 2016 roku. Do tego czasu Fico będzie miał wiele okazji, by pokazać na czym polega jego proeuropejskość. Zapowiedział, ze Słowacja ma być członkiem strefy euro szanującym swoje zobowiązania. Deficyt budżetowy chce dusić metodami, które nie powinny zagrozić bezpieczeństwu socjalnemu najuboższych. Pięknie. Niepokoi jednak populizm przyszłego premiera. W wielu sprawach jego poglądy nie różnią się zasadniczo od poglądów Viktora Orbana. Za jego poprzednich rządów Unia miała problem  ze słowackim prawem zagrażającym wolności mediów, jak teraz na Węgrzech. Do koalicji słowacko-węgierskiej raczej nie dojdzie tak długo, jak w Budapeszcie będzie niepodzielnie panował prawicowy populista Orban. Konflikt słowacko-węgierski, dotyczący węgierskiej ustawy nadającej etnicznym Węgrom mieszkającym na Słowacji węgierskie obywatelstwo naznaczył poprzednią kadencje Roberta Fico. Rzadko się zdarza, żeby dwa populizmy, dwa nacjonalizmy się dogadały. Nie ma na razie powodu, by przypisywać Fico złe intencje i na zapas obawiać się Budapesztu w Bratysławie. Ale „europejskość” to nie tylko i nie przede wszystkim trzymany w ryzach deficyt finansów publicznych.  To również, jeśli nie przede wszystkim, zrozumienie europejskich wartości, miedzy innymi tych, które Orbanowi są zupełnie obce. 

Deklarowana proeuropejskość przyszłego słowackiego premiera jest oczywiście dobrą wiadomością. Odsuwa jednak jeszcze bardziej możliwość włączenia Słowacji do hipotetycznej, środkowo-europejskiej koalicji antyklimatycznej Tuska. Wkrótce też zobaczymy, czy zwycięstwo lewicy na Słowacji było jaskółką zapowiadającą kolejny sukces lewicy, tym razem we Francji.


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...