Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolności obywatelskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolności obywatelskie. Pokaż wszystkie posty

2016-02-23

Kto opowie Radzie Europy o polskich mediach publicznych

Celem niedawnej wizyty przedstawicieli Komisji Weneckiej Rady Europy w Warszawie było zbadanie sytuacji Trybunału Konstytucyjnego, ale nie oznacza to, że jest to jedyna polska kwestia, którą szacowna instytucja się zajmuje. Zmiany w mediach publicznych w Polsce będą tematem wysłuchania zaplanowanego przez komisję ds. polityki i demokracji Rady Europy na 8 marca w Paryżu. Wysłuchania takie mają to do siebie, że występują na nich przedstawiciele zaintersowanych stron. Od tego kto będzie reprezentował polskie środowisko dziennikarskie zależeć będzie w dużej mierze jaką opinię w przedmiotowej sprawie wyrobi sobie Rada Europy.

Nie ma się co dziwić, że Radzie Europy trudno zrozumieć, kto powinien reprezentować polskich dziennikarzy na posiedzeniu w Paryżu. Stopień skłócenia i politycznego uwikłania dziennikarzy w Polsce doprowadził do atomizacji środowiska. W ogóle o środowisku dziennikarskim trudno mówić. Większość nie przejawia potrzeby środowiskowej aktywności. Owszem, jest parę dziennikarskich stowarzyszeń. Ale najbardziej znane i historycznie zasłużone SDP stało się już dawno pisowską przybudówką. Nie bardzo rozumiem, dlaczego Stefan Bratkowski, współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia w czasie, gdy zostało zdelegalizowane przez komunistyczną włądzę, do dziś wierny dawnym ideałom wolności i niezależności i redaktor naczelny Studia Opinii, pozostaje prezesem honorowym tego zgrupowania gadzinowców. Postpezetpeerowskie Stowarzyszenie Dziennikarzy RP, które zostało stworzone za czasów Jerzego Urbana jako legalna, posłuszna władzy przeciwwaga dla nielegalnego i opozycyjnego ś.p. SDP, nie jest warte zapraszania gdziekolwiek. A na pewno nie na międzynarodowe wysłuchania w sprawie wolności prasy.

Jest też Towarzystwo Dziennikarskie. Ideowo najbliższe dawnemu SDP. Ale powstałe bardziej z przekonania, że coś poza pisowskim SDP musi istnieć, niż z woli działania. Na ich stronie internetowej, w rubryce Aktualności, dominują wpisy z... 2012 i 2013 roku. Najnowsze stanowisko Towarzystwa opublikowane 18 lutego 2016 dotyczy zmian w mediach publicznych. Ale tytuł jest mylący. Bo nie sposób doszukać się w tym stanowisku analizy sytuacji, propozycji działania, apelu do władz albo dziennikarzy. To tylko lista dziennikarzy z Warszawy (sic!), których Towarzystwo "uznało za ofiary politycznej czystki w mediach publicznych".

Wygląda więc na to, że 8 marca w Paryżu o wolności mediów w Polsce, w imieniu "środowiska", będą mówili przedstawiciele pisowskiego SDP. A, ma być też ktoś z Gazety Wyborczej. Dla przeciwwagi. To beznadziejny scenariusz i dowód gnuśności ludzi, od których moglibyśmy oczekiwać obrony praworządności i demokracji we wszystkich jej wymiarach. Okazuje się, że nawet swego zawodowego wymiaru bronić nie są w stanie.

Opinie Rady Europy, publiczne dyskusje komisji Zgromadzenia Parlamentarnego RE i oceny przeprowadzone przez Komisję Wenecką będą brane pod uwagę przez Komisję Europejską i Parlament Europejski, gdy przedmiotem ich działań (Komisja Europejska) i obrad lub rezolucji (Parlament Europejski) będzie sytuacja mediów w Polsce. A stanie się tak już niedługo. Po małej ustawie medialnej, przyjdzie w kwietniu właściwa ustawa o mediach narodowych. Co ona oznacza? Tylko jeden przykład, o którym już się tu i ówdzie mówi: na jej mocy zwolnieni zostaną wszyscy pracownicy Polskiej Agencji Prasowej. Po lustracji większość (podobno) zostanie zatrudniona ponownie. Ale "narodowa" PAP stanie się agencją rządową. Dziś finansowana w ponad 90% z działalności rynkowej, stanie się całkowicie sterowaną przez PiS instytucją propagandową. Międzynarodowa opinia publiczna, Komisja Europejska, Kongres USA, Reporterzy bez granic, Amnesty International to zauważą. Ale czy znajdą się polscy przedstawiciele mediów, którzy będą w stanie zabrać głos w tej sprawie na forum europejskim i międzynarodowym? Mam wrażenie, że na razie zadawala ich udział w radiowych porankach, do których nawzajem się zapraszają i gdzie dyskutują sami ze sobą.



PS. Wczoraj w Parlamencie Europejskim w Brukseli odbyło się wysłuchanie publiczne na temat roli sądownictwa w obronie zasad praworządności, demokracji i praw podstawowych. Węgierski Fidesz, korzystając z niedoinformowania i naiwności organizatorów, doprowadził do zaproszenia jako eksperta przedstawiciela stowarzyszenia Alapjogokért Központ (Centrum Praw Podstawowych) - proorbanowskiego ośrodka, stworzonego przez zwoleników Fideszu by reagować na międzynarodową krytykę wobec rządu łąmiącego zasady demokracji i praworządności. Taką samą rolę odegra w Paryżu pisowskie SDP przedstawiając opinię "środowiska dziennikarskiego" w Polsce.

2014-02-05

Państwo PiS jest nie z tej Europy (6) W Polsce tylko polskie prawo

Że cały świat, od zawsze, czyha na Polska suwerenność, to wiadomo. Ale pod pomnikiem Piłsudskiego, w Dniu Niepodległości 11 listopada 2013, Kaczyński wyjawił narodowi jeszcze okrutniejszą prawdę: istnieją w Polsce wewnętrzne siły, które chcą pozbawić Polskę suwerenności. "To są dążenia o charakterze skonkretyzowanym, politycznym, odnoszącym się do takiej wersji sytuacji w Europie, takiego rozwiązania problemów europejskich, które w gruncie rzeczy uczynią nas zależnym członem europejskiej federacji, krajem, w którym nie będą zapadały podstawowe decyzje, który będzie wykorzystywanymi peryferiami". "Podstawowe decyzje" mają zapadać w Polsce. Nie z udziałem Polski, i nawet nie we współpracy z innymi, których dotyczą, ale w Polsce całkowicie i wyłącznie. Niestety, zdaniem lidera PiS tak nie jest, bo obcym zakusom na polską suwerenność sprzyja dodatkowo wewnętrzny wróg. 

Kaczyński nie lubi  gdy nazywać go nacjonalistą, ale to nacjonalizm całkowicie zdominował jego patrzenie na świat i na Polskę. To już nie jest tylko (euro)sceptyk, co na zimne dmucha i krytycznie odnosi się do tego czy owego. Prezes PiS podważa nie tylko jeden z fundamentów integracji europejskiej jakim jest współdecydowanie o wspólnych sprawach. Inaczej mówiąc: wspólne stanowienie prawa obowiązującego wszystkich partnerów, zgodnie z zasadą dzielonej suwerenności.  Podważając zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego (w dziedzinach, w których wspólnota ma kompetencje oczywiście) nad prawem krajowym, Kaczyński sprzeciwia się jednej z podstaw prawa międzynarodowego, bez której żaden międzynarodowy traktat nie miałby sensu. 

Gospodarzami w Polsce są (prawdziwi) Polacy

Głównym argumentem i podstawą retoryki Kaczyńskiego jest przestroga przed obcym: wróg nie śpi, bądźmy czujni i nieprzejednani. Kaczyński nie potrafi przeżywać swego patriotyzmu i pobudzać patriotyzmu u innych inaczej, niż wskazując wroga. A ponieważ walka o władzę dla tego lokalnego polityka rozgrywa się na scenie lokalnej najważniejsze jest skonstruowanie lokalnego, wewnętrznego wroga. Wróg jest zdrajcą, bo służy obcym interesom. Obcy, jak wiadomo, mają interes w tym, by pozbawić Polskę suwerenności. Gdyby ten sposób myślenia dominował wśród klasy politycznej po drugiej wojnie światowej, integracja Europy nigdy by się nie zaczęła, a zimna wojna trwałaby na przemian z wojną prawdziwą, jak to już nie raz w europejskiej historii bywało. Antyeuropejskość Kaczyńskiego nie objawia się wyłącznie sprzeciwem wobec takich czy innych konkretnych rozwiązań z dziedziny funkcjonowania demokracji, gospodarki czy handlu. Jej źródłem jest też system wartości, których sens zawsze wyraża się poprzez nienawiść, nieufność, nietolerancję. Patriotyzm Kaczyńskiego jest podobny do patriotyzmu Gomułki.

"Musi być jasne, że gospodarzami w Polsce są Polacy", mówił Kaczyński w wywiadzie dla Rzeczpospolitej we wrześniu 2013. Musi być jasne, ale dzisiaj nie jest. Jasne i jednoznaczne.
Po "niepodległościowych" manifestacjach PiS i innych ugrupowań nacjonalistycznych wiadomo, że chodzi o "prawdziwych" Polaków, o Polaków jednoznacznych. W Święto Niepodległości jeden z transparentów NOP na rondzie de Gaulle'a promował "Polskę dla Polaków". Zbieżność nie jest przypadkowa. Jednoznaczne muszą też być przepisy prawa polskiego, zgodne z systemem aksjologicznym. Kaczyński proponuje (w tym samym wywiadzie dla Rzeczpospolitej), by w konstytucji zapisać kwestię suwerenności Polski i wyższość krajowych przepisów nad prawem europejskim. Musi być jasno rozstrzygnięte, że gospodarzami w Polsce są Polacy i nie można nam narzucać niczego, co jest sprzeczne z polskim porządkiem prawnym i systemem aksjologicznym". 

Z realizacją tego postulatu mam pewien kłopot, bo ja i Kaczyński obaj jesteśmy Polakami, ale nasz system aksjologiczny jest inny. Cała zaś logika tego wywodu opiera się na założeniu, że wszyscy Polacy maja ten sam system aksjologiczny, a porządek prawny jest odzwierciedleniem obowiązującej aksjologii. Kierując się swoją aksjologią nacjonalistyczni bojówkarze spalili budkę strażnika przed rosyjską ambasadą narażając Polskę na oskarżenia o złamanie konwencji wiedeńskiej. Wiadomo: konwencja, obce prawo.

Prymat prawa polskiego nad każdym innym

Pomysł, by zapisać w konstytucji, że UE szanuje polską suwerenność i tożsamość narodową pojawiał się już w przeszłości. W sejmie powołano nawet specjalną komisję nadzwyczajną (pod przewodnictwem posła Jarosława Gowina, dziś lidera "Polski Razem"), która uznała w 2011 roku, że taki zapis niczego nie wnosi. Potwierdził wówczas tę opinię, też na łamach Rzeczpospolitej, prof. Piotr Winczorek przypominając artykuł 90. polskiej konstytucji, który reguluje kwestię stosunków Rzeczypospolitej Polskiej do organizacji międzynarodowej. Jest na napisane, że Polska na mocy umowy międzynarodowej może przekazać organizacji międzynarodowej wykonywanie kompetencji swoich organów władzy publicznej.

Umowa międzynarodowa ma prymat nad prawem krajowym, bo jaki byłby sens umów międzynarodowych i traktatów, gdyby te umowy nie były dla wszystkich wiążące w jednakowy sposób? Gdyby mimo zawarcia umowy, każdy kraj mógł powiedzieć: podpisałem, ale się nie zastosuję, bo z moim prawem się to nie zgadza albo z moją aksjologią. Nie byłoby możliwości umówienia się w żadnej sprawie, nie byłoby dyplomacji, handlu międzynarodowego, współpracy obronnej. Zamiast zapisać w konstytucji, że międzynarodowe traktaty nie mają znaczenia, można ich po prostu nie podpisywać. Z organizacji międzynarodowych można wystąpić. Również z UE, na mocy prawa międzynarodowego i traktatu lizbońskiego.  A kiedy się już gdzieś wstępuje i coś podpisuje, można i należy czynić to w zgodzie ze swoją konstytucją. Tak jak zrobiła to Polska podpisując w 2003 roku traktat o przystąpieniu do UE.

Unia trybunalska

Słynny niemiecki Trybunał Konstytucyjny w siedzibą w Karlsruhe orzekł w 2009 r, że ma prawo do kontroli aktów prawnych UE pod kątem zgodności z istotą niemieckiej ustawy zasadniczej. Podobnie jest w polskim prawie: nadrzędna jest rola polskiej konstytucji. Polski Trybunał Konstytucyjny jest "sądem ostatniego słowa": to on stoi na straży konstytucji. W jednym z orzeczeń uznał, że akty prawne stanowione przez instytucje Unii Europejskiej mogą podlegać jego kontroli, jeśli obywatel złoży na nie skargę konstytucyjną. Rozporządzenia unijne wchodzą bowiem bezpośrednio do systemu polskiego prawa (inaczej niż dyrektywy) i mogą teoretycznie zawierać postanowienia dotyczące praw i wolności obywatelskich. Nie oznacza to jednak, że Trybunał Konstytucyjny ma kompetencję, by stwierdzać nieważność unijnego prawa. Prawo UE, dyrektywy, rozporządzenia i decyzje, musi być zgodne z unijnymi traktatami, nad czym pieczę sprawuje Trybunał Sprawiedliwości UE. Ani polska ani niemiecka procedura kontroli unijnych rozporządzeń pod kątem zgodności z krajową konstytucją nie stoi w sprzeczności z zasadą prymatu prawa wspólnotowego nad prawem krajowym. Prymatu potwierdzonego po wielokroć, również w orzeczeniu dotyczącego kontroli aktów prawnych UE, przez unijny Trybunał.

Z punktu widzenia polskiego (podobnie jak niemieckiego) prawa sprawa jest jasna. Poza profesorem Winczorkiem wypowiadał się z tej kwestii wielokrotnie między innymi sędzia Stanisław Biernat. Ale dla Kaczyńskiego, który uprawia politykę opartą na pustej, nacjonalistycznej retoryce, nie ma to znaczenia. Chciałby konstytucji, która jest spisem jego wiecowych maksym, a nie prawem. Byłby ich jedynym egzegetą. I zawsze, gdy tylko przyjdzie mu taka ochota, mógłby powiedzieć unijnym partnerom: moja miedza, moje gospodarstwo, nic wam do tego. Nie sposób odmówić Kaczyńskiemu spójności poglądów. W końcu Polakom mówi to samo: to ja jestem tu jedynym gospodarzem. A kto myśli inaczej, ten zdrajca.


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014


Napisane w BlogsyNapisane w Blogsy

2013-12-02

Jak wpuścić Ukrainę na arkę Noego

"Ukraina dla ludzi" - hasło zwycieskie Partii
Regionów  i jej 
błęitne flagi, wybory 2010. 
Kiedy przy okazji wydarzeń w Kijowie słucham opinii niektórych polskich polityków, mam wrażenie, że Unia Europejska to dla nich taka arka Noego. Nie nasza co prawda, ale skoro już nas wpuścili, to teraz my wybijemy dziurę w burcie i powpuszczamy nasze ulubione zwierzątka kierowani złudną nadzieją, że wtedy wzrośnie nasze miejsce w unijnej taksonomii.

Nie tylko w Kijowie zwolennicy zbliżenia z Zachodem patrzą na nas jak na tych, którym się to już udało, z nadzieją, że podzielimy się cennym doświadczeniem. Może to doświadczenie jest za małe, może po prostu nieprzemyślane, nie wiem, ale okazuje się, że nie aż tak cenne. Ten czy ów, z prawa czy z lewa, oświadcza, że teraz wszystko zależy od Brukseli. I że jedyny problem to Janukowycz, który już za chwilę straci grunt pod nogami. Ukraińcy tego słuchają. Bardzo uważnie śledzę od lat co się dzieje na Ukrainie i nie mam wrażenia, żeby wszystko zależało od Brukseli.

Polscy politycy, jeżeli chcą Ukrainie pomóc, powinni wytłumaczyć na czym polega przystępowanie do UE. Na czym w ogóle UE polega. Zakładając, że sami to rozumieją. To proste: trzeba mieć funkcjonującą demokrację i funkcjonującą gospodarkę rynkową. Jak się ma, to można zgłosić kandydaturę do unii skupiającej inne państwa, które też mają. Kandydat przystosowuje wówczas, z pomocą UE, swoje prawo tak, by współgrało z pisanymi zasadami, na których wspólne działania opierają państwa członkowskie. Są też zasady niepisane, domniemane, oczywiste: na przykład takie, że demokracja to nie tylko instytucje, ale też pewne wartości. Że wolnorynkowa gospodarka to nie tylko kasa, ale też na przykład wyplenienie korupcji.

Ukraina jest jeszcze o lata świetlne od sytuacji, w której można będzie powiedzieć, że jest państwem europejskim, gotowym by przystąpić do UE. Z podziwem patrzę na ludzi, którzy manifestują w Kijowie. To dowód na to, że ich dążenia i emocje są proeuropejskie, że Ukraina to nie tylko Janukowycz, że jest w Ukrainie Europa. To także wspaniałe świadectwo dla broniących stanu posiadania i wygody obywateli UE, którzy usta pełne mają sloganów o solidarności i sprawiedliwości, a tak naprawdę nie czują już co to jest, bo ktoś to dla nich wywalczył dawno, bardzo dawno temu. Nie przywołują już nawet wolności, bo wydaje im się podejrzana. Głos Europejczyków z Kijowa może uświadomi im, że dobrobyt, wolność, demokracja, prawa człowieka, bezpieczeństwo, to wszystko co mają jako obywatele UE to nie są rzeczy banalne i dane raz na zawsze.

Ale wydarzenia w Kijowie są wyjątkiem. A Charków? A Donieck? Tam ludzie znacznie słabiej rozumieją, o co chodzi kijowianom niż my to rozumiemy w Warszawie. A Łuck, który nadał Stepanowi Banderze honorowe obywatelstwo? Nie kiedyś tam, tylko w 2010, dopiero co. A nacjonalistyczna partia Swoboda, aktywna też w obecnych protestach? Też mamy ONR, ale on nie bierze udziału w wyborach, to margines. Poziom korupcji, która jest głównym mechanizmem napędowym państwa i jego gospodarki, na długo przekreśla europejskie aspiracje tej części Ukraińców, którzy je mają. A Janukowycz jest wyrazicielem olbrzymiej części ukraińskiego społeczeństwa, które nadal postrzega NATO jak wroga, i któremu mentalnie i poltycznie bliżej do Rosji niż do Europy.

Polscy politycy, by zbliżyć Ukrainę do UE, powinni mówić jak naprawdę rzeczy się mają. Ale często inaczej postrzegają swoją rolę. Gdy tylko staną na czele takiej czy innej unijnej delegacji na głowie stają, żeby przed "zachodnimi" ukryć stan rzeczy: "wybory na Ukrainie przebiegają wzorowo. Walka z korupcją jest skuteczna. Prasa jest wolna". Bzdury. Tak nie jest. Na wątpliwości odpowiadają zawsze podobnie: "to taka wschodnia, słowiańska specyfika. Tylko my Polacy to rozumiemy. Dlatego jesteśmy nieodzownym łącznikiem między wschodnią Europą a UE". Oszukując polską i unijną opinię publiczną nie przybliżają Ukrainy do Europy. Zbyt często odnoszę wrażenie, że wielu polskich polityków, mediując w sprawie Ukrainy, zachowuje się jak kiepski, skorumpowany adwokat, który chce wielką, poważną firmę skusić do zrobienia interesu z półlegalnym warsztatem, bo liczy, że sam na tym skorzysta.

A przedstawianie układu stowarzyszeniowego jako furtki do członkostwa to skrajna nieodpowiedzialność. Bywa, że również hipokryzja, gdy hasło "Razem w UE" rzuca eurosceptyczny polityk. Wszyscy ci, którzy dają Ukraińcom nadzieję, że przystąpienie do UE, przez osmozę chyba, zapewni Ukrainie demokrację, sprawne państwo i wolną od korupcji i sprawną gospodarkę, po prostu ich oszukują. Nie tak to działa. Najpierw trzeba spełnić warunki, potem przystępować do UE. Ich spełnieniu może i powinno służyć stowarzyszenie. Ale nie wolno go forsować wedle zasady: byle podpisać, byle skłonić Brukselę do wystawiena czeków (zasadne było pytanie Sikorskiego o "polskie miliony", które Kaczyński chce wpompować za pośrednictwem Janukowycza w skorumpowaną Ukrainę), a potem jakoś to będzie. To złe dla Ukrainy. Złe oczywiście dla UE i idei integracji, partnerstwa, stowarzyszenia, rozszerzenia. To również złe dla Polski. Reformy i modernizacja Ukrainy: to jest cel, w realizacji którego powinniśmy pomagać Ukraińcom zamiast mamić ich niejasnym dla wielu pojęciem "członkostwa", jak hohsztapler mamiący jarmarczną publiczność zaklęciem abrakadabra.

2013-07-15

Polska, wyspa elektronicznej wolności

Michał Boni, jeden z najmądrzejszych ludzi w ekipie rządzącej, jest, niestety kolejnym przykładem tego jak internet alienuje ludzi. Zakładam bowiem, że megalomania narodowa jakiej dał dziś wyraz w Gazecie Wyborczej jest wynikiem bezustannego gapienia się ministra cyfryzacji w ekran komputera i braku kontaktu z "realem".

Twierdzenie, że "jesteśmy jedynym krajem w Unii Europejskiej, który prowadzi otwartą debatę na temat ochrony danych osobowych" brzmi śmiesznie. W Niemczech, we Francji, w Wielkiej Brytanii i w krajach skandynawskich ta debata jest znacznie bardziej ożywiona i łatwiej znaleźć jej ślady w prasie. Minister pewnie ma rację krytykując polskie media, że polskiej debacie nie poświęcają uwagi. Czy nie jest jednak tak, że media tej debaty nie dostrzegły nie z wrodzonej tendencji do mówienia o bzdurach zamiast o rzeczach ważnych, tylko dlatego, że dostrzec ją trudno?

Megalomańskie oświadczenie brzmi dziwnie zwłaszcza w kontekście ważnej deklaracji Angeli Merkel domagającej się przyspieszenia prac nad reformą unijnych, archaicznych przepisów dotyczących ochrony prywatności i przepływu danych. Ich projekty, przygotowane przez Komisję Europejską, leżą w Radzie UE od roku. Być może zdecydowane poparcie Niemiec pozwoli przyspieszyć prace. Z wywiadu z Bonim dowiaduję się jednak, że Polska jest jedynym krajem zaangażowanych w sprawę, inne opowiadają się przeciw wspólnym unijnym przepisom. Tak było jeszcze kilka tygodni temu. Dziś sytuacja się zmieniła pod naciskiem opinii publicznej przebudzonej skandalem amerykańskiego "big brothera" PRISM i odkryciem, przy okazji, jego młodszego europejskiego rodzeństwa: brytyjskiej Tempory, francuskiego bezimiennego i "alegalnego" systemu szpiegowania obywateli, podobnego systemu przygotowywanego w Niemczech, szwedzkiej praktyki udostępniania danych swoich obywateli służbom specjalnym innych krajów, wzmacniania systemu podglądactwa ludzi w Holandii. 

Niedawna rezolucja Parlamentu Europejskiego  wymienia ciurkiem te budzące kontrowersje metody coraz szerszej i głębszej ingerencji państwa w prywatność obywateli. Na liście nie zabrakło też Polski, jako przykładu nadmiernych uprawnień tajnych służb w zakresie przechwytywania informacji. Czy polska publiczna debata, o której mówi minister Boni, dotyczy również tej kwestii? Obawiam się, że nie. Temat pojawia się, ale tak jak wszystkie inne, jako pożywka politykierskich przepychanek, bez prawdziwej troski o prawa indywidualne, o ludzkie prawo do prywatności, jako takie. Przyznajmy: pisowska opozycja krytykująca rząd za brak poszanowania wolności osobistych i rozpasanie tajniactwa nie może brzmieć wiarygodnie. Ale przecież na PiS opozycja się nie kończy.

W wywiadzie dla ARD Merkel sporo miejsca poświeciła konieczności sprecyzowania i kontroli przestrzegania zasad, na których prywatne firmy przekazują dane obywateli swoim partnerom handlowym i politycznym mocodawcom, jakie z tego procederu czerpią zyski i jaki użytek chcą z tych danych robić służby specjalne. Wywiad szeroko jest dziś komentowany w prasie brytyjskiej i irlandzkiej, a wiec w krajach, które dla Google'a i Facebooka są rajami podatkowymi. Martwi mnie, że zarówno w kwestii ochrony prywatności jak i podatkowej dezercji minister Boni wykazuje się tak dalece idącym zrozumieniem dla gigantów informatycznych zawłaszczających nasze dane. 

W wywiadzie nie zabrakło oczywiście odwołania do ACTA. Krótkiego, ale jak zwykle okraszonego hodowanym przez ministra stereotypem, wedle którego Polska dała Komisji Europejskiej nauczkę w dziedzinie transparencji. Bo ponoć Komisja (a czasem słyszę, że "UE") ukrywała przed ludźmi umowę, którą Polska odważnie ujawniła. Prawda jest taka, że projekt ACTA był dostępny na stronie Komisji od lat. A Polska, jako kraj członkowski UE, nie tylko umowę miała, ale nawet współdecydowała w sprawie określenia mandatu negocjacyjnego Komisji. Dokładnie tak, jak ostatnio w sprawie mandatu na negocjacje handlowe z USA. Kto zabronił polskiemu rządowi wywieszenia projektu umowy ACTA na wszystkich płotach? Nikt i nic, poza odwieczną praktyką międzynarodowych negocjacji: ich przebieg nie jest sprawa publiczną. Jeżeli ktoś się w wyniku afery z ACTA czegoś nauczył, to na pewno polski rząd. Mówię to bez ironii i z błyskiem pochwały w oku. Nauczył się, że debata się przydaje. Nie wystarczy jednak ogłosić, że debata jest, żeby była. To po pierwsze. Po drugie, niestety tak jak w przypadku ACTA, w Polsce ochrona wolności w intrenecie najczęściej oznacza wolność niepłacenia za muzykę, filmy i książki. Rzadko dotyczy wolności obywatelskich, prawa jednostki do prywatności. Indywidualny użytkownik Facebooka, który co pięć minut aktualizuje swój liczący tysiące wpisów życiorys, dokonuje pewnego wyboru. Ale również on powinien mieć pewność, że informacje na jego temat trafiają do tych odbiorców, których sobie sam wybrał. Państwo, na mocy przepisów krajowych i unijnych, powinno mu to zagwarantować, bo chodzi przecież o prawo fundamentalne. Społeczność Facebooka, użytkownicy Google'a, podskakując przeciw ACTA, powinni pewnie wykazać się większą troską również o tak pojęte prawa indywidualne. Nie sądzę, żeby ucierpiał na tym rynek, generujący miejsca pracy i obroty firm, o co martwi się Boni. Na pewno zyskałaby na tym demokracja. A ministrowi Boniemu życzę nieugiętej postawy w obronie tych wartości na forum Rady.

2012-08-17

Orientalna wspólnota Kościoła i Cerkwi


Wzajemne przebaczenie i wezwanie do pojednania, które znalazły się we wspólnym przesłaniu Kościoła katolickiego w Polsce i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej giną w medialnych dywagacjach na temat historycznego spotkania i pojednania narodów. Wizyta Cyryla I ma oprawę państwową a jej narodowy charakter jest przez większość komentatorów uważany za oczywistość, choć abp. Michalik i Cyryl I pozostają bardziej wstrzemięźliwi, jeśli chodzi o państwowo-narodowy charakter wizyty, podkreślając jej wymiar duchowy.

To bardzo dobrze, że katolicy chcą się godzić z prawosławnymi. Jeżeli przy tym chcą to czynić, jako Polacy i jako Rosjanie, ich sprawa. Nic też zdrożnego w tym, że w ich imieniu robią to ich instytucje. Natomiast przestrzegałbym polityków i komentatorów przed propagowaniem poglądu, że chodzi o ważne wydarzenie między dwoma narodami. Nie życzyłbym sobie, żeby te religijne instytucje, w narodowej lub państwowej oprawie, robiły cokolwiek w moim imieniu.  Po pierwsze, tak samo jak Kościół nie może się w moim imieniu z nikim różnić, tak samo nie może się z nikim godzić. Nie utożsamiam się z autorami przesłania, a jako jego mimowolny odbiorca, po prostu go nie przyjmuję. Po drugie, zgoda między wspólnotami religijnymi budowana przez hierarchów na tym, co dla nich wspólne budzi mój niepokój, bo wiele z tych wspólnych zasad i poglądów jest w politycznych realiach nie do pogodzenia z nowoczesnym, demokratycznym państwem.

Świeckość to ateizm, ateizm to grzech
Nie wiem dlaczego przygotowanie przesłania zabrało aż dwa lata, bo nie ma w nim nic zaskakującego ani nowego. Całe zło tego świata jest wynikiem grzechu. Wśród najcięższych grzechów, będących hańbą "współczesnej" cywilizacji, są terroryzm i konflikty zbrojne na równi z aborcją i eutanazją. Trzeba bronić rodziny jako związku między kobietą i mężczyzną. Na czele fundamentalnych swobód jest wolność religijna, ale nie obejmuje ona odrzucenia religii. Natomiast obrona praw związków osób tej samej płci odbywa się tylko pod pretekstem wolności, bo oczywiście z prawdziwą wolnością nie ma ona nic wspólnego. Swoboda religijna oznacza przede wszystkim obecność Kościoła w życiu publicznym i symboli religijnych w przestrzeni publicznej. Odmienna opinia w tej kwestii to fałszywie pojęta świeckość, fundamentalistyczna, będąca odmiana ateizmu (sic!). Jak powiedział abp Michalik "chrześcijanin nigdy nie może uważać, że wiara to fakt prywatny". Z przesłania wynika, że nikt nie może. Przedstawiciele obu wyznań uznają autonomię władzy świeckiej i władzy kościelnej. Ale nie jej rozdział. Opowiadają się za współpracą z władzą świecką. To konkordatowe ujęcie tematu nie dziwi, skoro jest konkordat. Ale nawet w państwie, które w XX wieku zagwarantowało konkordatową autonomię feudalnej instytucji religijnej, dziwi obecność członków rządu na tej uroczystości. Dziwi przez sekundę, bo w końcu jest to rząd, który nie przyjęła Karty praw podstawowych UE i odmówiła ratyfikacji konwencji Rady Europy ws. przemocy wobec kobiet. Polskiemu państwu bliżej do koncepcji świeckości i praw fundamentalnych wyrażonych w prawosławno-katolickim przesłaniu niż do zasady praktyki uważanych w UE za europejskie.

Orientalność polskiego katolicyzmu
Wizyta Cyryla I stała się okazją do większej niż zwykle obecności przedstawicieli Cerkwi w polskich mediach. To wyjątkowa sytuacja, bo wyznaniowa kwota jest przecież zwykle wypełniona w 99% przez katolików. Więcej też artykułów o prawosławiu. To dobrze, bo ta chwilowa tendencja pozwala dostrzec bliskie pokrewieństwo między polskim katolicyzmem a wschodnim chrześcijaństwem w wydaniu rosyjskim. W Przesłaniu obaj religijni liderzy wprost się zresztą odnoszą do wspólnego, wschodnio-zachodniego dziedzictwa. Sama treść dokumentu tę wspólnotę postrzegania współczesnego świata unaocznia: miejsce religii w przestrzeni publicznej, świeckość, stosunek do praw człowieka i podstawowych wolności, stosunek do rodziny, do kobiety, do homoseksualizmu. W Przesłaniu nie ma nawet próby nowego spojrzenia, ustosunkowania się do wyzwana współczesności. Dogmat, doktryna, grzech. I władza: świecka i religijna. Nie jeden ajatollah mógłby się pod tym podpisać. Orientalność polskiego katolicyzmu widać też w religijnej estetyce: to samo zamiłowanie do bizantyjskiego przepychu, do strojów, do sznytu z innej przestrzeni i z innego czasu. Z punktu widzenia mody, do polskich księży lepiej by pasowali reymontowscy chłopi i faceci w kontuszach niż ubrani po dzisiejszemu wierni. Nawet w pojmowaniu hierarchii, feudalnej jak to w feudalnej strukturze, widać orientalny wymiar. Ale to, co najlepiej ukazuje wschodniość polskiego katolicyzmu to relacja jednostka-wspólnota. Jednostka zawsze przegrywa ze wspólnotą, jest znaczenie jest niewielkie. To typowe dla struktur totalistycznych czy totalitarnych. Dotyczy to nie tylko Kościoła katolickiego, jako instytucji – tam też zdarzają się przecież duchowni myślący inaczej – ale polskiego katolicyzmu w ogóle. To dlatego kontestacja praw jednostki i sytuowanie na pierwszym miejscu wspólnoty (narodowej lub wyznaniowej) są tak silne w PiS lub innych partiach i organizacjach odwołujących się do "tradycyjnego" katolicyzmu. 

Tradycyjność tego katolicyzmu oznacza zwykle jego orientalność, bliskość z rosyjskim, państwowym prawosławiem. To dlatego też tak silny jest w polskim "tradycyjnym" katolicyzmie ostracyzm wobec "Tygodnika Powszechnego" i całego, mniejszościowego środowiska polskich katolików odnajdujących się w chrześcijańskim personalizmie i czujących się w Europie (a nie w Moskwie) u siebie. Jeśli zaś chodzi o znaczenie słów Europa i europejskość, to ich rozumienie przez polskich katolików-tradycjonalistów najlepiej wyraził rosyjski metropolita Hiłarion (Gazeta Wyborcza 17/08/2012) w artykule Europa tylko z krzyżem: "Europejczyk nie może znaleźć odpowiedzi na [pytania dotyczące wolności i praw człowieka] poza tradycją chrześcijańską, na której zbudowana jest cała cywilizacja kontynentu". Nie wiadomo dokładnie jakie ma metropolita na myśli przypadki, "w których międzynarodowe struktury europejskie usiłowały wpływać na stronę polską, dążąc do tego, by Polska wycofała się w podjętych zgodnie z prawem kroków mających na celu obronę młodego pokolenia przed zgorszeniem.", ale ogólnie chodzi o homofobię. "To niedopuszczalne ingerencje w sprawy wewnętrzne państw." Tym samym językiem o Europie mówi PiS.

Bogurodzico, przegnaj Tuska
O "Kościołach obu narodów" pisze Jan Turnau w Wyborczej. Nie wiem, co ma na myśli. Jeżeli pojednanie między polskimi katolikami a rosyjskimi prawosławnymi ma się przyczynić do pojednania między Polską a Rosją, należy temu przyklasnąć. Nie sądzę jednak by spotkanie Cyryla I i abp. Michalika mogło mieć zasadniczy wpływ na chorobliwie antyrosyjską retorykę PiSu i innych partii i partyjek konkurujących o elektorat ludu smoleńskiego. A ta retoryka ma większy wpływ na polsko-rosyjskie kontakty niż dogmatyczne różnice między Madonnami ze Smoleńska i z Częstochowy. Polski Kościół, choćby nie wiem jak silne były wpływy nacjonalistyczne w Episkopacie (o parafiach nie wspominając), nie jest Kościołem narodowym. Mimo politycznych ambicji polskiego Kościoła i łatwości, z jaką je realizuje, nie jest on też Kościołem państwowym, tak jak katolicyzm nie jest – formalnie - państwową religią. Wizyta może mieć natomiast większy wpływ na politykę Rosji, bo nie ma przecież wątpliwości, że Cyryl I przybył do Polski (a nie tylko do polskich katolików) z mandatem Putina.

Oczywistość aliansu Cerkwi i Kremla wykorzystały dziewczyny z Pussy Riot śpiewając podczas prawosławnego nabożeństwa "Bogurodzico, przegnaj Putina". Dziś skazano je na dwa lata łagru. Z jednej strony nasuwa się skojarzenie z wieloletnim procesem i szykanami, których ofiarą padła Nieznalska (choć w tym przypadku wolność słowa na szczęście zwyciężyła). Z drugiej nie trudno też znaleźć różnice: w Polsce, to raczej narodowi katolicy zaśpiewaliby "Bogurodzico, przegnaj Tuska". Z tą samą żarliwością, z jaką śpiewają na religijno-politycznych wiecach "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie". Bo nie ma dla nich większego zniewolenia niż demokracja. I większej wolności niż wyznaniowe państwo narodu polskiego. Tusk, mimo akceptacji niekonstytucyjnej roli Kościoła katolickiego w państwie, musiałby oddać władze Kaczyńskiemu i Rydzykowi, żeby zdobyć względy tej części elektoratu.

Przebaczenie i pojednanie
Zbieżność daty przesłania z ogłoszeniem skandalicznego wyroku na Pussy Riot ułatwia właściwe odczytanie jednej z części ogłoszonego dziś dokumentu. Cyryl I nie wybaczył Marii, Jekatierinii i Nadieżdzie ich sposobu skorzystania ze swobody religijnej. Putinowska sprawiedliwość załatwiła sprawę po swojemu, ale i po myśli Wiekuistej Cerkwi: do łagru. A protesty w Europie i na świecie to - jak powiedziałby metropolita Hiłarion - niedopuszczalna ingerencja w sprawy rosyjskiego państwa. Wzajemne przebaczenie polskich katolików i rosyjskich prawosławnych dotyczy tylko ich samych i niewiele ma wspólnego z chrześcijańskim miłosierdziem. Jest instrumentem pojednania, mającego na celu obronę wspólnych interesów i zasad, które mają zagwarantować relacje z władzą świecką. Prawosławna Cerkiew rosyjska jest z tego punktu widzenia naturalnym sojusznikiem polskiego Kościoła katolickiego, którego hierarchia marzy o takim sojuszu ołtarza i tronu, który właściwy jest wschodniemu chrześcijaństwu. Przebaczenie jest więc tylko elementem kontraktu między dwoma partnerami. A skoro kontraktu, to nic dziwnego, że jego wynegocjowanie zabrało dwa lata. 

-------------------------------------------------
Zdjęcia pochodzą z portalu Kresy24.pl

2012-04-04

Powrót Pomarańczowej Alternatywy

Plakat "Pomarańczowej Alternatywy", 1987. © Wikimedia Commons

Przypomniałem sobie po raz kolejny Pomarańczową Alternatywę, gdy widziałem podskakujących na ulicach przeciwników porozumienia ACTA. I ich białe maski Anonymousa.  Czy jednak chodziło o to samo? Pozornie tak, bo znowu poszło o obronę wolności. W obu przypadkach obserwowaliśmy przełamanie marazmu społeczeństwa. Absurd posłużył ponownie za broń. Ale coś mi jednak mówi , że sklonowanie krasnoludka się nie powiodło. Podobieństwa były pozorne. I wolność i walka o nią też były całkiem inne.

Dziś Łotysze sadzą kwiaty w dziurach drogowych. Polakom nie trzeba tłumaczyć dlaczego: kłopoty i poczucie humoru podobne. Łotysze domagają się od państwa skuteczności i gospodarności, domagają się minimalnej wygody i maja do tego prawo. Pewnie, że sprawa to mniej wzniosła niż wolność. Ale znowu konkluzja ta sama: z władzą na poważnie nie można. Mimo wszystkich różnic, trudno nie dostrzec podobieństw między wszystkimi tymi happeningami. Są wyrazem bezsilności. Przepaści między rządzącymi i społeczeństwem. Za czasów Pomarańczowej Alternatywy władza była narzucona, biła pałą i wsadzała do więzienia niepokornych, ale obojętni, niezaangażowani - tak jak i dziś mieli święty spokój. Teraz jest demokracja, na Łotwie i w Polsce, a kwiaty w drogowych dziurach i białe maski na twarzach przeciwników ACTA wyrażają protest przeciw demokratycznie wybranej przedstawicielskiej władzy. Co się stało?

Mrożek, mistrz absurdu, powiedział kiedyś, że totalitaryzm już się skompromitował. Teraz czas na demokrację. Kiedyś można było powiedzieć, że kompromitacja totalitaryzmu była kompromitacją władzy. Czy dziś to samo można by powiedzieć o demokracji? Przestrzegałbym przed tym. Bo kompromitacja demokracji byłaby kompromitacją już nie władzy, ale nas wszystkich. I jeszcze jedna zasadnicza różnica: obojętna większość, nierozumny tłum wolnych obywateli swoim niezaangażowaniem umacniał totalitaryzm; ale demokrację - osłabia. Humor i śmiech jako wyraz indywidualnej wolności godzą w autorytaryzm. Zawsze. Ale w demokracji mistrzom absurdu i gwiazdom kabaretu jest trudniej. Śmiech brzmi banalnie, bo wolno się śmiać (w Polsce: ze wszystkiego, z wyjątkiem katolickich symboli), nie musi on być maską wolności bo wolność nie potrzebuje maski (nawet maski Anonymousa, teatralnego atrybutu). A jednak okazuje się skuteczny jako nośnik newsowej prowokacji. By zaistnieć, potrzebuje kamery. I jeżeli rzeczywiście demokracja w swojej ewolucji doszła do stadium, w którym mechanizm ten staje się najskuteczniejszą formą wpływania zaangażowanych obywateli na decyzje władz, skuteczniejszym niż wybory, to rzeczywiście z demokracją jest niedobrze.



2012-02-03

Tusk zawiesza ratyfikację ACTA, żeby nie było wątpliwości

Manifestacja przeciw ACTA                       Wikimedia Commons
Donald Tusk ogłosił dziś, że zawiesza proces ratyfikacji umowy ACTA, którą kilka dni temu na jego polecenie podpisał polski ambasador w Tokio (rząd podpisał, ale żeby jego podpis nabrał mocy, powinien przedłożyć umowę sejmowi, a potem jeszcze uzyskać podpis prezydenta).  Bo wtedy jeszcze nie było jasne, że nic nie jest jasne, a dziś już to wiadomo. Konsultacje miały niewystarczający zasięg, przyznał Tusk, a co gorsza były niereprezentatywne, bo objęły głównie jedną stronę sporu: twórców i wydawców, którzy popierają zaostrzenie ochrony własności intelektualnej.  Przyznał też, że wcześniej patrzył na sprawę tak, jakbyśmy nadal tkwili w XX wieku. A nie tkwimy! Obiecał  na dodatek przegląd całego polskiego prawa tak, żeby polskie przepisy uwzględniały zmianę epoki i prawa obywatelskie, a również promowanie, na forum europejskim i międzynarodowym, nowego spojrzenia na rzeczywistość. Premier przejrzał i proszę jaka zmiana, jaki zapal.  Ale jednocześnie oświadczył, że sam wobec ACTA szczególnych obaw nie ma. Czyli robi to dla innych, bo uznaje ich prawo do obaw i wątpliwości. 

Co ciekawe, cała ta nagła przemiana nastąpiła tego samego dnia, w którym prezes Trybunału Konstytucyjnego, prof. Andrzej Rzepliński oświadczył, że nie dostrzega w ACTA zagrożenia dla praw i wolności osobistych i nie uważa, żeby stosowanie tej umowy groziło polskim internautom masowym szpiegowaniem. 

2012-01-29

"Ręce przecz od internetu!"

Manifestacja przeciw HADOPI, Paryż, maj 2009 Wikimedia Commons
Debata na temat SOPA i PIPA w USA zaważyły na debacie o ACTA, tak jak kiedyś we Francji, gdy protesty dotyczyły tamtejszej ustawy i specjalnie powołanego urzędu, HADOPI (Haute Autorité pour la diffusion des œuvres et la protection des droits sur internet).  Francuski spór (bynajmniej niezakończony) odbił się szerokim echem poza granicami Francji i nie pozostał bez wpływu na debatę w sprawie tzw. pakietu telekomunikacyjnego Unii Europejskiej. Polityczny rykoszet, bo związek między nowelizacją unijnych regulacji a HADOPI był niewielki. Co nie przeszkodziło obrońcom wolnego internetu w automatycznym przeniesieniu oskarżeń pod adresem HADOPI do debaty w sprawie pakietu telekomunikacyjnego. Tak jak dziś zarzuty (uzasadnione) pod wpływem SOPA i PIPA przenoszone są do debaty na temat ACTA. Sam jestem przeciwnikiem podpisania i ratyfikacji ACTA z wielu powodów, ale akurat nie tych, które najczęściej przez przeciwników tej międzynarodowej umowy są podnoszone.  Czy mimo różnic między HADOPI i unijnym pakietem telekomunikacyjnym  ACTA, SOPA i PIPA istnieje jakiś wspólny mianownik, który tłumaczyłby ferowanie tych samych oskarżeń bez względu na specyfikę poszczególnym umów, ustaw i nowelizacji? Tak, jest nim hasło: "Ręce przecz od internetu!" Bo internet ma być obszarem absolutnej wolności, co by ona nie miała oznaczać. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...