Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nacjonalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nacjonalizm. Pokaż wszystkie posty

2017-02-03

Państwo dobrej zmiany walczy z antyrasistami

Na wezwanie księdza-neofaszysty pisowska władza zleciła śledztwo w sprawie Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych prokuraturze okręgowej w Białymstoku, tej samej, która z zasady uważa rasizm i ksenofobię za nieszkodliwe społecznie. Bez względu na rozwój wypadków, to zdarzenie ma rangę symbolu. PiS przeszedł do nowego etapu działań, nowego etapu swej narodowej rewolucji, i z ostentacją ogłasza: nie cofniemy się przed niczym.

Niedawno neofaszysta w sutannie, tzw. kapelan nacjonalistów, ks. Jacek Międlar wezwał do delegalizacji Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Następnie chwalił się na Twitterze pozytywną reakcją władz: odzew prokuratury był natychmiastowy. 

Ośrodek jest solą w oku pisowskiej władzy, bo nieustannie udowadnia, że w Polsce jest rasizm. Tymczasem władza twierdzi co innego. Monitorowanie rasizmu i ksenofobii nie podoba się naturalnie samym rasistom i ksenofobom (którzy w Polsce dysponują silnymi strukturami, to nie tylko ONR i Falanga) ponieważ wielokrotnie skutkiem monitorowania przez Ośrodek było zablokowanie tworzonych przez nich stron i portali w mediach społecznościowych. A media społecznościowe, zwłaszcza Twitter i Facebook to główne platformy służące popularyzacji nienawiści rasowej i poglądów skrajnych, nie tylko w Polsce. Zachowania rasistowskie i ksenofobiczne pozostają zwykle bezkarne: stwierdza się brak szkodliwości społecznej czynu. Prym wiedzie tu prokuratura okręgowa w Białymstoku, która swastykę uznaje za nieszkodliwy azjatycki symbol szczęścia, a nie nazistowski emblemat.

Polską rządzą ludzie, którzy, jak Macierewicz, skłonni są ksenofobów i religijno-nacjonalistycznych integrystów uznać za „patriotyczną młodzież” i zaprosić do udziału w bojówkach zwanych „obroną terytorialną”; którzy, jak Jaroslaw Kaczyński, uciekających przed wojną ludzi uważa za roznosicieli chorób i zarazków, jeśli mają inny niż biały kolor skóry i wyznają inna niż katolicka religię; jak Mariusz Błaszczak, któremu rasizm wydaje się oczywistą reakcją na „multi-kulti” w Niemczech lub we Francji, natomiast nie ma nic wspólnego z aktami przemocy wobec obcokrajowców w Polsce, gdzie przecież nie ma „multi-kulti” (a tym samym nie może być rasizmu).  Politycy PiS wskazywanie palcem coraz częstszych rasistowskich incydentów uważają za „lewacką” propagandę skierowana przeciw Polsce. Ta władza nie tylko przymyka oczy na rasizm i ksenofobię, ona tym tendencjom wyraźnie sprzyja.


Określenie ideologii i działań PiS-u mianem neofaszystowskich wywołuje w Polsce niejednokrotnie żachnięcie: łatwo usłyszeć słowo „przesadzasz”. A przecież w dziedzinie ustroju, praworządności czy konstytucyjności wpływ idei Carla Schmitta jest bezsprzeczny. Teraz władza, którą firmują Kaczyński, Duda, Szydło, Kuchciński, Macierewicz, zrobiła krok dalej. W państwie „dobrej zmiany” coraz wyraźniej dochodzi do głosu, jako element systemowy, ksenofobia. I rasizm: pobrzmiewający w wypowiedziach publicznych, nie jest jeszcze ideologią oficjalnie głoszoną przez PiS. Ale należy już do nowego kanonu polskiego pluralizmu, tego samego, z którego wykluczone zostały: praworządność, tolerancja, w tym wobec mniejszości, liberalna demokracja, poszanowania praw człowieka, równość kobiet i mężczyzn. Artykuł 2. unijnego traktatu, który definiuje europejskie wartości będące podstawa wspólnoty, przestał w Polsce obowiązywać. Wrogowie społeczeństwa otwartego zakorzeenili się u władzy na dobre.

2016-07-03

Kochani Londyńczycy: brawo! Ale za późno.

Trzydzieści tysięcy londyńczyków wyszło na ulice, bo nie chcą żeby Zjednoczone Królestwo wystąpiło z Unii Europejskiej. Czy wsród protestujących jest wielu takich, którzy 23 czerwca nie wzięli udziału w referendum w przekonaniu, że Brexit zwyciężyć nie może? Jeśli tak, to czy ich głos mógł przechylić szalę zwycięstwa na stronę zwolenników pozostania w Unii? Pytania ciekawe, ale dziś już bez znaczenia. Szkoda Londyńczyków, szkoda Szkotów i północnych Irlandczyków. Ale na krok w tył już za późno. Wielka Brytania, dla dobra integracji europejskiej, musi Unię opuścić.

Unia doszła do ściany. Dzięki Brytyjczykom, albo z winy Brytyjczyków, integracja znalazła się w miejscu, w którym trudno sobie wyobrazić współistnienie na obecnych zasadach tych, którzy chcą Unię wzmacniać z tymi, którzy chcą ją ograniczyć do minimum. Co znaczy wzmacniać, co znaczy ograniczać wymaga oczywiście zdefiniowania. Nie będzie łatwo, bo nie są to bynajmniej jedynie techniczne spory. Ale zacząć trzeba od uświadomienia sobie tej najbardziej oczywistej linii podziału: kto chce do przodu, kto w tył.

Unia dwóch prędkości

O tym, że taki podział istnieje, wiadomo przynajmniej od czasu traktatu z Maastricht. Traktat amsterdamski wprowadził mechanizm wzmocnionej współpracy sankcjonując możliwość integracji w różnym tempie, choć jedynie w odniesieniu do konkretnych projektów. Poważny kryzys nastąpił w momencie prac nad Konstytucją dla UE, postrzeganą przez przeciwników postępu integracji jako krok w kierunku federacji. Wielkie rozszerzenie w 2004 roku nie odbyłoby się, gdyby sporu na chwilę nie wyciszono. Ale wyciszenie go nie zakończyło. Przeciwnie: ci, którzy uważali, że rozszerzenie osłabi tempo integracji jednocześnie nadmiernie podnosząc jego koszty utwierdzili się w przekonaniu, że Unia różnych prędkości, integracja w "kręgach koncentrycznych" z centralnym, "twardym jądrem" skupiającym państwa chętne i gospodarczo zdolne do utrzymania tempa, jest koniecznością.

Najpierw twarde jądro oznaczało tak zwane państwa założycielskie. Kryterium historyczne uzupełniono szybko kryterium przenależności do strefy euro. Ale zaczął się kryzys finansowy, który strefę euro wystawił na ciężką próbę. Podział na nowe i stare kraje członkowskie też nie był już tak oczywisty, w głównej mierze dzięki prointegracyjnej postawie Polski, której pozycja w Unii rosła za rządów Tuska w imponującym tempie (w odróżnieniu od Słowacji, Czech czy Węgier), ale i dlatego, że aż siedem z dziesięciu państw, które przystąpiły do UE w 2004 roku przyjęły euro.

Dziś reformowanie Unii w celu zachowania dorobku integracji i dalszych postępów rozumiane jest przede wszystkim jako reforma w granicach strefy euro, uzupełniająca monetarny wymiar Eurolandu wymiarem politycznym i budżetowym. Odżyła też argumentacja historyczna: założycielska szóstka zadeklarowała dziś gotowość i chęć wzięcia na siebie odpowiedzialności za ratowanie Unii. Czemu szóstka, z eurosceptyczną Holandia w komplecie? Bo jak nie oni, to kto: przecież nie będą ratować Unii z Kaczyńskim i Orbànem; z kolei niemiecko-francuskie tradycyjne koło zamachowe integracji nie dość, że dawno już utraciło dynamikę z czasów Kohla i Mitteranda,  to jeszcze u wielu może w obecnym kontekście nie budzić zaufania.

Puszka Camerona i protesty pod unijną flagą

Referenda w Holandi i we Francji w 2005 roku, przegrane przez zwolenników integracji europejskiej, były tak naprawdę opóźnionym protestem przeciw rozszerzeniu UE i okazją dla konsolidacji lewicowych i prawicowych tendencji suwerenistycznych. To były przedbiegi. Można do nich zaliczyć też referenda w Irlandii, Danii, kolejne w Holandii, spadek poparcia dla integracji w Szwecji. Ale dopiero referendum w Wielkiej Brytanii wywołało wstrząs wywracający wszystko do góry nogami. Nigdy bowiem wcześniej, w kolejnych referendach, wyborach i politycznych zawirowaniach nikt nie postawił pytania o wystąpienie z Unii. Dziś się to stało. Dopiero Cameron, niczym Pandora, otworzył puszkę nieszczęść, ale już wcześniej wielu pracowicie ją wypełniało. I bynajmniej nie wszyscy byli Brytyjczykami.

Dziś mieszkańcy Londynu i innych wielkich miast, Szkoci i Irlandczycy chcieliby puszkę na nowo zatrzasnąć. Rozumiem przerażenie: na transparentach powypisywali obronę miejsc pracy, systemu zdrowotnego i praw socjalnych, szacunek dla mniejszości, a nawet spóźnione wyznania miłości do Unii Europejskiej. Popieram demokratyczny odruch wyjścia w proteście na ulicę w obronie rozumu, racji stanu i odpowiedzialności, przeciw korumpowaniu demokracji populizmem, krótkowzrocznym partyjnym interesem i zwyczajnym kłamstwem.

To oczywiste, że protest odbywa się pod unijną flagą (kilka było, nie za dużo, ale w Londynie trudno kupić). W Warszawie społeczeństwo obywatelskie też demonstruje pod unijną flagą, bo stała się ona dla wielu symbolem wolności i praworządności, amuletem odstraszającym zmory nacjonalizmu i ksenofobii. W Londynie, jak w Warszawie czy Budapeszcie, eurofobia jest sztandarem populizmu. Ale niestety, drodzy Brytyjczycy, mleko się wylało, za późno. Bo jeśli wierzyć greckim mitom, raz otwartej puszki Pandory zatrzaskiwać nie wolno, by nie uwięzić na zawsze umieszczonej na jej dnie nadziei.

Historyczna rola Wielkiej Brytanii

Wielka Brytania zawsze miała kłopot z kontynentem. A odkąd rozpoczęła się integracja europejską miała kłopot z integracją (tu więcej na temat najdłuższego i zakończonego porażką rozszerzenia Europy). Dziś sama siebie doprowadziła do takiego poziomu eurofobii, że jej pozostanie w UE byłoby dla integracji destrukcyjne (tu więcej o zagrożeniach pozostania Wielkiej Brytanii w UE). Dokąd Wielka Brytania pozostawała państwem członkowskim, eurosceptyczne rządy innych, mniejszych państw mogły się wygodnie ukrywać za jej plecami. Dziś to Cameron powiedział im: "sprawdzam". Jarosław Kaczyński musi teraz składać deklaracje prounijności, niewiarygodne i bezsensowne, bo wygłaszane nacjonalistycznym językiem. Trudno, przyszedł moment, kiedy trzeba się będzie opowiedzieć.

Przeciąganie procesu występowania Wielkiej Brytanii z Unii oznaczałoby wydłużanie ponad wytrzymałość okresu niedomówień i niejasności, zarówno prawnej jak i politycznej. Pozwoliłoby to na zachowanie pozorów stabilności na rynku tylko na krótką metę, przygotowująć znacznie poważniejszy wstrząs w bliskiej przyszłość. Dlatego trzeba ten okres skrócić na ile się da i negocjować z Londynem tak, by zachować integralność Unii na ile to możliwe (tu więcej o wyzwaniach negocjacji). Pozostanie Wielkiej w Brytanii w Unii doprowadziłoby do erozji integracji. Jej odejście stwarza szansę trudnych, ale niezbędnych dla uratowania Unii przegrupowań i przewartościowań.

Przed zwycięstwem zwolenników Brexitu można się jeszcze było łudzić. Teraz okres złudzeń się skończył: Wielka Brytania nie może Unii wzmocnić, może ją jedynie wysadzić od środka. Sama też zresztą może się wysadzić: Szkotom i północnym Irlandczykom życzę jak najlepiej, niech zaczną prawne i polityczne starania o pozostanie w Unii jak najszybciej i jak najbardziej zdecydowanie. Ale choćby nie wiem jak cynicznie to zabrzmiało, ratowanie jedności i stabilności Wielkiej Brytanii kosztem integracji europejskiej nie leży w interesie żadnego członka Unii i nie leży w interesie Europy jako takiej.



2016-06-27

Dwie dobre wiadomości po Brexicie

Po wygranej Brexitu mam dwie dobre wiadomości. Po pierwsze, pozostanie Wielkiej Brytanii w UE też miałoby negatywne skutki. Brexit przynajmniej uwolnił Unię od konieczności zajmowania się nimi. Po drugie, bez Wielkiej Brytanii Unia ma wreszcie szansę powrotu do fundamentów integracji europejskiej, do scenariusza, który nadał Unii sens i materialny kształt. Tylko dwie dobre wiadomości, bo wszystkie inne są złe.

Od początku swej obecności w Unii Wielka Brytania była hamulcowym integracji. To pod jej wpływem spowolniona została integracja polityczna, a nurt wolnorynkowy zdominował rozwój Unii. Nie jest to dziś nurt najpopularniejszy w Europie. To w dużej mierze z powodu Wielkiej Brytanii obszary takie jak prawo pracy, polityka zatrudnienia, polityka społeczna, podatki, edukacja, kultura - najbliższe obywatelom znalazły się poza unijnymi kompetencjami.

Najgorętsza obecnie kwestia imigracji i kryzysu uchodźców była jednym z motywów przewodnich kampanii zwlenników Brexitu, co dowodzi, że hipokryzja zrodzona w angielskich umysłach bez najmniejszego trudu przekracza granice absurdu. Kto jak kto, ale państwo do dziś karmiące narodową tożsamość wspomnieniem imperialnej potęgi, wciąż zachowujące wiele aspektów państwa kolonialnego, winne lub współwinne większości konfliktów i wojen wywołanych poza kontynentem europejskim, a tym samym współodpowiedzialne za masowe wędrówki ludów w przeszłości i dzisiaj nie ma prawa na nikogo zrzucać odpowiedzialności za migrację i uchodźców. A już na pewno nie na Unię, która w swym instytucjonalnym wymiarze ma na tym polu jedynie koordynacyjne uprawnienia, bo niemal wszystkie decyzje zapadają na poziomie międzyrządowym, a nie wspólnotowym.

Nie przeszkodziło to wszystko suwerenistom wszelkiej maści, obrońcom wizji świata opartej na wierze o nieuniknione współzawodnictwo nacjonalizmów, oskarżać Unię, że zawiodła ludzi. W szczególności właśnie na tych polach, gdzie o wszystkim decydują państwa narodowe, a nie tak zwana "Bruksela". Przez kilkadziesiąt lat brytyjskie tabloidy karmiły swych odbiorców nacjonalistyczną, eurofobiczną papką, która w każdym innym kraju zostałaby uznana za język nienawiści typowy dla skrajnej prawicy. Przez kilkadziesiąt lat, z powodu dominacji języka angielskiego, papka te bezkrytycznie wykorzystywana była przez media w całej Europie. Zdominowała w końcu debatę o integracji. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii może doprowadzić do pogłębienia i zintensyfikowania integracji, do objęcia jej zasięgiem tych kwestii, na których ludziom zależy najbardziej. Pytanie, jak duża będzie grupa państw, które postanowią w ten sposób Brexit wykorzystać. Nie oszukujmy się: przyczółki nacjonalizmu zostały wbudowane w architekturę integracji europejskiej zanim Wielka Brytania przystąpiła do Unii. Po historycznym rozszerzeniu UE w 2004 roku liczba państw członkowskich, które nie czują integracyjnego blusa bardzo wzrosła.

Przywykliśmy pocieszać się, że z każdego kryzysu Unia wychodzi wzmocniona. Tylko że teraz trzeba sobie poradzić z wieloma kryzysami jednocześnie i na dodatek w zmienionej unijnej konfiguracji. Aby Unia wyszła z brytyjskiego kryzysu wzmocniona, trzeba determinacji politycznej, wizji, prawdziwych przywódców, a nie jedynie instynktu przetrwania od wyborów do wyborów. Trzeba też demokratycznej debaty, opartej na prawdzie, odpowiedzialności za słowa, ale i na udziale obywateli, a nie smsowych głosowaniach telewidzów i sonadżowych testach wyboru wypełnianych przez tak zwaną "opinię publiczną". Trzeba wreszcie powrotu do impodenderabiliów integracji. I, oczywiście, w pierwszym etapie, trzeba twardej postawy wobec Londynu.

Czasu na zdefiniowanie jak determinacja i twarda postawa mają wglądać jest bardzo mało. Jeżeli mimo Brexitu, albo z powodu Brexitu, wygrają krótkowzroczne, nacjonalistyczne interesiki państw członkowskich, to rzeczywiście na dobre zacznie się w Unii kryzys. Dla wszystkich, którzy uznają, że Brexit to świetna okazja, by nadwątloną integrację Europy jeszcze bardziej osłabić, by jej kosztem wykarmić odradzające się nacjonalizmy, w Unii nie powinno być miejsca. Byłoby bardzo źle, gdyby wśród tej grupy państw znalazła się Polska.

 

2015-11-17

Lewicowa droga PiS do narodowej rewolucji

Prawo i Sprawiedliwość to najbardziej prawicowa partia, której udało się objąć w Polsce rządy od czasu odzyskania niepodległości w 1918 roku. Tym bardziej więc wydawać się może paradoksalne, że PiS został wyniesiony do władzy na tej samej fali,  na której utrzymuje się neo-lewica: Podemos czy Syriza, ale też polska partia Razem. Paradoks jest tym większy, że tą drogą PiS doszedł do władzy by rozpocząć rewolucję nie lewicową bynajmniej, nie socjalną, ale narodową.

Za zwycięstwem PiS stoi lewacka (bardziej niż lewicowa), globalna krytyka neoliberalizmu. To wyznaniowy, anachronicznie konserwatywny i nacjonalistyczny PiS jest  dziś główną siłą reprezentującą w Polsce nurt antyliberalnej rewolucji światowej. Dzieje się tak mimo, że - jeśli odwołać się do ekonomicznych analiz i statystyk - sytuacja gospodarcza w Polsce jest diametralnie różna niż w Grecji czy Hiszpanii. I różni się na plus. 

Z „zielonej wyspy” można się naśmiewać, ale na oceanie kryzysu ta wysepka była realna.  Tyle, że „zielona wyspa” to rezultat nie tylko sprawnych rządów, ale i kosztów poniesionych przez dużą część społeczeństwa.  Dobre wyniki ekonomiczne stają się mało istotne, jeśli uda się ludzi przekonać, że nie ma żadnego powodu, by ponosili jakiekolwiek koszty i że tak naprawdę są biernymi ofiarami gospodarczej katastrofy. PiS-owi się to udało.

Gdy się jakiś czas temu okazało, że hasła antyeuropejskie nie znajdują społecznego oddźwięku, by dojść do władzy partia Jarosława Kaczyńskiego  zmobilizowała ludzi hasłami socjalnymi i populistycznym nawoływaniem do polityki Janosika: zabrać bogatym (bo jeśli ktoś ma, to skądś wziął, jak mówi Kaczyński) i oddać biednym.

Pytanie: „po co PiS-owi władza” może wydawać się naiwne, bo w końcu w polityce chodzi o zdobycie władzy. Jej sprawowanie ma pozwolić zwycięzcy na realizację celów i idei w ramach konstytucyjnego porządku państwa. W tym jednak przypadku sprawa wygląda inaczej, chodzi bowiem o zrealizowanie celu nadrzędnego, polegającego na zniszczeniu istniejącego porządku ustrojowego i zbudowanie nowego. Instytucjonalnie mogą się tak bardzo nie różnić na pierwszy rzut oka, ale aksjologicznie – bardzo.

PiS rozpoczął w Polsce rewolucję narodową. Jeśli ktoś woli, może powiedzieć: nacjonalistyczną. Temu celowi odpowiada też skład rządu: na tak długo jak  się da, trzeba uspokoić rynki, uśpić giełdę i inwestorów, by nie przeszkadzali w zmianie ustroju politycznego zgodnej z planem katolicko-nacjonalistycznej władzy.

I tak jak socjalne reperkusje światowego kryzysu pomogły PiS w dojściu do władzy, tak zamachy w Paryżu pomogą w realizacji planu na państwo, w którym środki bezpieczeństwa, kontroli i przymusu stoją ponad demokracją, prawami człowieka i wolnością obywatelską. Beata Szydło już zmienia w tym kierunku swoje exposé i bynajmniej tego nie kryje. Ministrowie Macierewicz, Ziobro i ułaskawiony dziś skazaniec Kamiński na antyterrorystycznej fali przykręcenia śruby jeszcze łatwiej i szybciej będą mogli realizować swoje zadania. Każdy ich ruch będzie oddalał Polskę od liberalnej i demokratycznej Europy.


Podobny temat: "13 grudnia zapalmy świeczkę ojcu rewolucji"

2014-02-11

Proste europejskie wybory


Zmniejszyć Unię, zwiększyć Polskę


W Polsce słychać przede wszystkim zwolenników tej pierwszej teorii, zgrabnie wyrażonej wyborczym hasłem partii Jarosława Gowina „Polska Razem”: „Wielka Polska w małej Unii”. Powinno być chyba „słaba” Unia, „albo płytka” bo w swoim programie gowinowcy domagają się, wbrew tytułowi, powiększenia UE, ale to szczegół. Jeśli ktoś chce powiedzieć „Wszechpolska” zamiast „Wielka Polska”, to też proszę się nie krępować: różnica jest jedynie retoryczna. Bo poza retoryką i polityczną gestykulacją, wzmocnioną na czas kampanii wyborczej (nie ma się co dziwić, bo dla niektórych partyjek miejsca w Europarlamencie to szansa na przetrwanie) poglądy w sprawie UE takich partii jak PiS, SP, PR JG i RN są praktycznie identyczne. Dosyć dobrze scharakteryzował je Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego, kandydat na europosła (poważnie!): Europa ojczyzn, związek suwerennych państw, precz z traktatem lizbońskim, skończyć z polityką klimatyczną i bronić palenia węglem, nigdy nie przyjmować euro (w rozmowie z francuskim Nouvel Observateur).

Ten program można wzbogacić innymi punktami z programu PR Gowina, na przykład postulatem by organizować referendum narodowe za każdym razem, gdy Unia miałaby uzyskać nowe kompetencje, albo oskarżeniem UE o wszystko, jak leci, na przykład o to, że za dużo Polaków wyjeżdża do pracy w Norwegii i Islandii. Albo opiniami Solidarnej Polski Ziobry, który lubi na przykład powoływać się na „wybitnych ekonomistów” przewidujących „upadek i katastrofę” strefy euro. Jego poglądy idealnie pokrywają się w tej sprawie z poglądami Jarosława Kaczyńskiego, co zresztą otwarcie podkreśla, mimo, że PiS jest partią konkurencyjną w wyborach do PE, obie partie zabiegają przecież o ten sam elektorat. Ale jeśli chodzi o Unię Europejską, to różnic programowych i ideologicznych nie ma, konsensus jest całkowity, i niemal wszystko co na temat programu europejskiego PiS piszę od paru tygodni na tym blogu (Państwo PiS jest nie z tej Europy), można by też powiedzieć o SP, PR i, w dużej mierze, o RN.


Dalsza integracja czy status quo


Zwolenników dalszej integracji politycznej Europy wyraźnie widać właściwie tylko w Twoim Ruchu Palikota. To ugrupowanie, w przeciwieństwie PR Gowina, widzi wielką Polskę w wielkiej UE. Czym silniejsza Unia, a przede wszystkim jej wspólnotowy wymiar, tym lepiej dla Polski. Ale nawet w deklaracjach polityków tego ugrupowania nie dostrzegam głębokiej wiary w sens integracji europejskiej i zrozumienia tego procesu. To bardziej kwestia usytuowania na politycznym rynku, odróżnienia od innych, zbudowania tożsamości. Więcej w tym PR, polityki wizerunkowej, pragmatyzmu, niż idei. U polskich zwolenników integracji europejskiej zaobserwować można syndrom sierocy, zagubienie adoptowanego dziecka, bolesną nieświadomość korzeni. To wynik nieuczestniczenia Polski i Polaków w procesie integracji europejskiej od samego początku. Chcemy, jesteśmy za, ale nie czujemy do końca tego procesu.

W koalicji rządowej dominuje postawa utrzymania status quo. PO jest oczywiście bardziej proeuropejska niż jej koalicyjny partner, integracja europejska to dla Tuska najlepszy, i jedyny, sposób na budowę zasobnej Polski (zasobnej, bo zasoby są jednak na pierwszym miejscu). Proeuropejskość PSL jest, po pierwsze, objawem politycznego mimetyzmu, w końcu są w rządzie; a po drugie wynikiem pewnej ewolucji, której motorem - jak zawsze w przypadku tej partii – jest korporacyjny pragmatyzm: dzięki unijnym funduszom możemy zaproponować więcej naszym wyborcom niż bez nich. Utrzymanie status quo i program minimum: to uznawana za typową postawa PO i PSL wobec rzeczywistości, ironicznie nazywana polityką ciepłej wody w kranie, która ma zastosowanie również wobec UE. Trzeba przyznać, że nie różni się zasadniczo od polityki innych większości parlamentarnych obecnie u władzy w państwach europejskich. Rządzeni przez socjalistów Francuzi i Niemcy z chadekami u władzy też chcą status quo w UE. O dalszej integracji mówią coraz wyraźniej, ale jedynie w strefie euro. A to oznacza tylko tyle, że dziś już bez owijania w bawełnę politycznej poprawności wzywają do powrotu do małej Unii, tej sprzed wielkiego rozszerzenia, bo dzisiejsza wydaje im się zbyt kosztowna i niespójna (gospodarczo, społecznie, kulturowo i politycznie).


Wymarzone miejsce w przeszłości


Wyjątkowość Wielkiej Brytanii,,rządzonej przez torysów, w tym kontekście jest banalna. Nie jestem nawet pewien, czy wyjątkowość do dobre słowo, bo ma ono sens tylko, gdy możliwe jest porównanie bytów porównywalnych. A stosunek wyspiarskiego Zjednoczonego Królestwa do kontynentu zawsze charakteryzował się izolacjonizmem i silnym poczuciem odrębności celów i interesów. Ich relacja wobec UE nie odbiega od tej zasady. Oni też zresztą chcą powrotu, tyle, że jeszcze bardziej w przeszłość niż Francuzi i Niemcy: do czasu, gdy jednocząca się Europa nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście chce być czymś więcej niż ograniczoną do rynku i unii celnej EFTA. O ile można zrozumieć zbieżność programów polskiej opcji narodowo-eurosceptycznej (PiS, PRJG, SP, RN) z brytyjską wizją (nacjonalistów z UKIP i większości torysów) co do postulatu ograniczenia Unii do minimum, o tyle ich uwikłanie w sojusz z Brytyjczykami w innych sprawach jest wbrew naturze. Brytyjski egoizm i izolacjonizm wyklucza przecież bezinteresowną szczodrość, której od tak zwanego Zachodu oczekują polscy eurosceptycy z tytułu zadośćuczynienia za historyczną krzywdę Polski.


Chęć powrotu do przeszłości i izolacjonizm to cechy charakteryzujące postawę wobec integracji europejskiej w większości państw UE. Niepewność jutra w czasach kryzysu gospodarczego rozbraja polityczną odwagę i dalekowzroczność. Idea postępu (jakbyśmy tego terminu nie definiowali) trafiła do muzeum, którego kustoszami są zatwardziali konserwatyści. Ich konserwatyzm należy rozumieć dosłownie: jako determinację w zakonserwowaniu swoich własnych (swojego kraju, społeczeństwa) zdobyczy. Zdobyczy (na przykład socjalnych, na przykład poziomu życia), które kiedyś w takich krajach jak Niemcy, Włochy czy Francja uważano za objaw postępu. Które z kolei w takich krajach jak Polska czy Czechy też definiować trzeba dosłownie: nie damy sobie odebrać tego co zdobyliśmy, a więc i prawa do dalszych zdobyczy (z unijnego budżetu), bo jako biedniejsi i – jak lubi powtarzać prezes Kaczyński – „na dorobku”, potrzebujemy ich do życia. Ponieważ potrzebujemy, to nie chcemy wracać do czasu sprzed rozszerzenia. Wygląda na to, że w przypadku krajów korzystających z funduszy spójności koncepcja powrotu, kroku wstecz w integracji europejskiej, nie ma zastosowania.

Czy rzeczywiście? Polskie partie narodowo—eurosceptyczne domagają się Unii bez tych zasad, które - wedle chociażby definicji  Joschki Fischera - są siłą napędową integracji europejskiej: zaufania, solidarności i kompromisu. Bo zaufanie miedzy państwami i narodami jest wbrew naturze, bo solidarność polega na tym, że oni dają nam pieniądze a my im logo „Solidarności”, bo kompromis to zdrada, która dowodzi, że skoro interesy każdy ma inne, zaufania być nie może. Można się jedynie spierać, czy rozumujący w ten sposób politycy i wyborcy chcą powrotu do sytuacji, gdy te integracyjne mechanizmy i pryncypia nie działały, czy też po prostu nie przyjmują ich do wiadomości, bo w głowie się im nie mieszczą. Jeśli ta druga interpretacja jest prawdziwa, to na ich usprawiedliwienie można jedynie powiedzieć, że w głowie im się zasady europejskiej integracji nie mieszczą dlatego, że byli po drugiej stronie żelaznej kurtyny, gdy się one krystalizowały. I chyba spoza tej kurtyny nie wyszli do dziś. To specyficzna odmiana ukąszenia heglowskiego. Niestety, jego ofiarami padli nie tylko narodowcy-eurosceptycy, ale i spora cześć zwolenników integracji europejskiej, tak otumanionych historycyzmem, że utracili zdolność zrozumienia na czym integrowanie Europy polega, choć bronią tego projektu, bo wiedzą, że do czegoś się może przydać, że się opłaca. Czysty pragmatyzm.

Rower z napędem na ciepłą wodę

Podejście do historycznych zdobyczy i długość doświadczenia w integrowaniu Europy to różnice decydujące o stosunku do UE państw bogatych, które wymyśliły i nadały bieg integracji europejskiej, i tych „na dorobku”, które jako ostatnie przystąpiły do UE. W roku dziesiątej rocznicy polskiego członkostwa warto sobie te różnice uświadomić. To, co praktycznie wszystkie państwa UE dziś łączy, to pokusa powrotu (do lepszych czasów albo do bardziej zrozumiałej rzeczywistości) i izolacjonizm. Na tym właśnie polega kryzys integracji europejskiej, poważniejszy niż wszystkie pozostałe. Do tej pory przekonanie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni świetnie sprawdzało się w odniesieniu do integracji europejskiej: każdy kryzys stawał się bodźcem do pogłębienia i przyspieszenia procesu, bo siła powiązań między państwami zmuszała do poszukiwania wspólnych rozwiązań.
Dziś prawdziwość tej reguły potwierdza się przede wszystkim w odniesieniu do strefy euro, czy jednak rzeczywiście gwarantuje to trwałą konsolidację należących do niej państw? A jeśli tak, to co z tymi, którzy znajdą się poza tym obszarem? Trudno przewidzieć. Ale jeżeli dzisiejsze tendencje zmierzające do sformalizowania „zmiennej geometrii” Europy się umocnią, spór o Europę jeszcze wyraźniej niż dziś stanie się sporem fundamentalnym w polskiej polityce.

Bo na coś trzeba się będzie zdecydować: albo zrobić krok do przodu z tymi, którzy wzmocnią UE ograniczoną do strefy euro, albo krok wstecz z tymi, którzy chcą Unii bez kompetencji, powrotu do idei EFTA. To raczej zła wiadomość dla uprawiających politykę ciepłej wody w kranie: czas status quo właśnie się kończy. Po raz kolejny potwierdza się prawda, że integracja europejska jest jak rower: w którąś stronę trzeba pedałować, żeby się nie wywrócić. Napęd na ciepłą wodę nie zadziała. Na węgiel też zresztą nie.

2014-02-05

Państwo PiS jest nie z tej Europy (6) W Polsce tylko polskie prawo

Że cały świat, od zawsze, czyha na Polska suwerenność, to wiadomo. Ale pod pomnikiem Piłsudskiego, w Dniu Niepodległości 11 listopada 2013, Kaczyński wyjawił narodowi jeszcze okrutniejszą prawdę: istnieją w Polsce wewnętrzne siły, które chcą pozbawić Polskę suwerenności. "To są dążenia o charakterze skonkretyzowanym, politycznym, odnoszącym się do takiej wersji sytuacji w Europie, takiego rozwiązania problemów europejskich, które w gruncie rzeczy uczynią nas zależnym członem europejskiej federacji, krajem, w którym nie będą zapadały podstawowe decyzje, który będzie wykorzystywanymi peryferiami". "Podstawowe decyzje" mają zapadać w Polsce. Nie z udziałem Polski, i nawet nie we współpracy z innymi, których dotyczą, ale w Polsce całkowicie i wyłącznie. Niestety, zdaniem lidera PiS tak nie jest, bo obcym zakusom na polską suwerenność sprzyja dodatkowo wewnętrzny wróg. 

Kaczyński nie lubi  gdy nazywać go nacjonalistą, ale to nacjonalizm całkowicie zdominował jego patrzenie na świat i na Polskę. To już nie jest tylko (euro)sceptyk, co na zimne dmucha i krytycznie odnosi się do tego czy owego. Prezes PiS podważa nie tylko jeden z fundamentów integracji europejskiej jakim jest współdecydowanie o wspólnych sprawach. Inaczej mówiąc: wspólne stanowienie prawa obowiązującego wszystkich partnerów, zgodnie z zasadą dzielonej suwerenności.  Podważając zasadę pierwszeństwa prawa wspólnotowego (w dziedzinach, w których wspólnota ma kompetencje oczywiście) nad prawem krajowym, Kaczyński sprzeciwia się jednej z podstaw prawa międzynarodowego, bez której żaden międzynarodowy traktat nie miałby sensu. 

Gospodarzami w Polsce są (prawdziwi) Polacy

Głównym argumentem i podstawą retoryki Kaczyńskiego jest przestroga przed obcym: wróg nie śpi, bądźmy czujni i nieprzejednani. Kaczyński nie potrafi przeżywać swego patriotyzmu i pobudzać patriotyzmu u innych inaczej, niż wskazując wroga. A ponieważ walka o władzę dla tego lokalnego polityka rozgrywa się na scenie lokalnej najważniejsze jest skonstruowanie lokalnego, wewnętrznego wroga. Wróg jest zdrajcą, bo służy obcym interesom. Obcy, jak wiadomo, mają interes w tym, by pozbawić Polskę suwerenności. Gdyby ten sposób myślenia dominował wśród klasy politycznej po drugiej wojnie światowej, integracja Europy nigdy by się nie zaczęła, a zimna wojna trwałaby na przemian z wojną prawdziwą, jak to już nie raz w europejskiej historii bywało. Antyeuropejskość Kaczyńskiego nie objawia się wyłącznie sprzeciwem wobec takich czy innych konkretnych rozwiązań z dziedziny funkcjonowania demokracji, gospodarki czy handlu. Jej źródłem jest też system wartości, których sens zawsze wyraża się poprzez nienawiść, nieufność, nietolerancję. Patriotyzm Kaczyńskiego jest podobny do patriotyzmu Gomułki.

"Musi być jasne, że gospodarzami w Polsce są Polacy", mówił Kaczyński w wywiadzie dla Rzeczpospolitej we wrześniu 2013. Musi być jasne, ale dzisiaj nie jest. Jasne i jednoznaczne.
Po "niepodległościowych" manifestacjach PiS i innych ugrupowań nacjonalistycznych wiadomo, że chodzi o "prawdziwych" Polaków, o Polaków jednoznacznych. W Święto Niepodległości jeden z transparentów NOP na rondzie de Gaulle'a promował "Polskę dla Polaków". Zbieżność nie jest przypadkowa. Jednoznaczne muszą też być przepisy prawa polskiego, zgodne z systemem aksjologicznym. Kaczyński proponuje (w tym samym wywiadzie dla Rzeczpospolitej), by w konstytucji zapisać kwestię suwerenności Polski i wyższość krajowych przepisów nad prawem europejskim. Musi być jasno rozstrzygnięte, że gospodarzami w Polsce są Polacy i nie można nam narzucać niczego, co jest sprzeczne z polskim porządkiem prawnym i systemem aksjologicznym". 

Z realizacją tego postulatu mam pewien kłopot, bo ja i Kaczyński obaj jesteśmy Polakami, ale nasz system aksjologiczny jest inny. Cała zaś logika tego wywodu opiera się na założeniu, że wszyscy Polacy maja ten sam system aksjologiczny, a porządek prawny jest odzwierciedleniem obowiązującej aksjologii. Kierując się swoją aksjologią nacjonalistyczni bojówkarze spalili budkę strażnika przed rosyjską ambasadą narażając Polskę na oskarżenia o złamanie konwencji wiedeńskiej. Wiadomo: konwencja, obce prawo.

Prymat prawa polskiego nad każdym innym

Pomysł, by zapisać w konstytucji, że UE szanuje polską suwerenność i tożsamość narodową pojawiał się już w przeszłości. W sejmie powołano nawet specjalną komisję nadzwyczajną (pod przewodnictwem posła Jarosława Gowina, dziś lidera "Polski Razem"), która uznała w 2011 roku, że taki zapis niczego nie wnosi. Potwierdził wówczas tę opinię, też na łamach Rzeczpospolitej, prof. Piotr Winczorek przypominając artykuł 90. polskiej konstytucji, który reguluje kwestię stosunków Rzeczypospolitej Polskiej do organizacji międzynarodowej. Jest na napisane, że Polska na mocy umowy międzynarodowej może przekazać organizacji międzynarodowej wykonywanie kompetencji swoich organów władzy publicznej.

Umowa międzynarodowa ma prymat nad prawem krajowym, bo jaki byłby sens umów międzynarodowych i traktatów, gdyby te umowy nie były dla wszystkich wiążące w jednakowy sposób? Gdyby mimo zawarcia umowy, każdy kraj mógł powiedzieć: podpisałem, ale się nie zastosuję, bo z moim prawem się to nie zgadza albo z moją aksjologią. Nie byłoby możliwości umówienia się w żadnej sprawie, nie byłoby dyplomacji, handlu międzynarodowego, współpracy obronnej. Zamiast zapisać w konstytucji, że międzynarodowe traktaty nie mają znaczenia, można ich po prostu nie podpisywać. Z organizacji międzynarodowych można wystąpić. Również z UE, na mocy prawa międzynarodowego i traktatu lizbońskiego.  A kiedy się już gdzieś wstępuje i coś podpisuje, można i należy czynić to w zgodzie ze swoją konstytucją. Tak jak zrobiła to Polska podpisując w 2003 roku traktat o przystąpieniu do UE.

Unia trybunalska

Słynny niemiecki Trybunał Konstytucyjny w siedzibą w Karlsruhe orzekł w 2009 r, że ma prawo do kontroli aktów prawnych UE pod kątem zgodności z istotą niemieckiej ustawy zasadniczej. Podobnie jest w polskim prawie: nadrzędna jest rola polskiej konstytucji. Polski Trybunał Konstytucyjny jest "sądem ostatniego słowa": to on stoi na straży konstytucji. W jednym z orzeczeń uznał, że akty prawne stanowione przez instytucje Unii Europejskiej mogą podlegać jego kontroli, jeśli obywatel złoży na nie skargę konstytucyjną. Rozporządzenia unijne wchodzą bowiem bezpośrednio do systemu polskiego prawa (inaczej niż dyrektywy) i mogą teoretycznie zawierać postanowienia dotyczące praw i wolności obywatelskich. Nie oznacza to jednak, że Trybunał Konstytucyjny ma kompetencję, by stwierdzać nieważność unijnego prawa. Prawo UE, dyrektywy, rozporządzenia i decyzje, musi być zgodne z unijnymi traktatami, nad czym pieczę sprawuje Trybunał Sprawiedliwości UE. Ani polska ani niemiecka procedura kontroli unijnych rozporządzeń pod kątem zgodności z krajową konstytucją nie stoi w sprzeczności z zasadą prymatu prawa wspólnotowego nad prawem krajowym. Prymatu potwierdzonego po wielokroć, również w orzeczeniu dotyczącego kontroli aktów prawnych UE, przez unijny Trybunał.

Z punktu widzenia polskiego (podobnie jak niemieckiego) prawa sprawa jest jasna. Poza profesorem Winczorkiem wypowiadał się z tej kwestii wielokrotnie między innymi sędzia Stanisław Biernat. Ale dla Kaczyńskiego, który uprawia politykę opartą na pustej, nacjonalistycznej retoryce, nie ma to znaczenia. Chciałby konstytucji, która jest spisem jego wiecowych maksym, a nie prawem. Byłby ich jedynym egzegetą. I zawsze, gdy tylko przyjdzie mu taka ochota, mógłby powiedzieć unijnym partnerom: moja miedza, moje gospodarstwo, nic wam do tego. Nie sposób odmówić Kaczyńskiemu spójności poglądów. W końcu Polakom mówi to samo: to ja jestem tu jedynym gospodarzem. A kto myśli inaczej, ten zdrajca.


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014


Napisane w BlogsyNapisane w Blogsy

2014-02-01

Państwo PiS jest nie z tej Europy (5) Polityka zagraniczna: nasza miedza, nasz płot

Z polityką zagraniczną sprawa jest prosta: suwerenne państwo prowadzi ją w celu obrony swoich interesów na arenie międzynarodowej. Jak jednak te interesy definiować? Co oznacza "zagranica"? A "międzynarodowość"? Lepiej bronić interesów samotnie czy może we współpracy z innymi państwami? A jeśli bronić, to przed kim? Nie znalazłem spójnej doktryny polityki zagranicznej PiS. Ale w wypowiedziach guru tego ugrupowania można znaleźć odpowiedzi na tak postawione pytania.

Radosław Sikorski i Catherine Ashton, 
Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, 30.09.2011

Z czysto poznawczego punktu widzenia mają one pewną zaletę: zbudowana na ich podstawie koncepcja polityki zagranicznej ma charakter ponadczasowy. Nie ulega koniunkturze. Nie poddaje się historii. Jest tak samo aktualna przed kongresem wiedeńskim jak i po, kres traktatu wersalskiego nie wywarł na nią wpływu, Jałta potwierdziła jej słuszność, a takie drobiazgi jak upadek muru berlińskiego, powstanie UE i przystąpienie Polski do UE czy globalizacja w ogóle nie muszą być brane pod uwagę. Wszak opiera się ona na prostej zasadzie, fundamentalnej dla koncepcji świata i społeczeństwa wyznawanej przez Jarosława Kaczyńskiego: człowiek człowiekowi wilkiem, państwo państwu wrogiem, autarchia celem ostatecznym, współpraca międzynarodowa - tylko z niemożności osiągniecia celu ostatecznego od razu.

Dyplomacja nie dalej niż za miedzę

Wspólna unijna dyplomacja jest w powijakach. Owszem, jest Wysoki Przedstawiciel, ale do statusu unijnego ministra spraw zagranicznych mu daleko. Każdy krok w tym kierunku jest krokiem w stronę federacji. Kaczyński jest oczywiście federacji przeciwny, ale nie przypominam sobie, aby uznał funkcję sprawowaną przez Catherine Ashton za zagrożenie dla polskiej suwerenności. Może to być wynikiem zapomnienia; a może też jego milczenie w tej sprawie to dowód, że nie traktuje zbyt poważnie tego "wysokiego przedstawicielstwa". Pewnie by się to zmieniło, gdyby następcą Ashton został Radek Sikorski, bo panowie – odkąd zerwali polityczny alians – bardzo się nie lubią. A Kaczyński, jak wiadomo, ma do polityki podejście bardzo osobiste.

Na razie, w sprawach zasadniczych, państwa członkowskie same prowadzą swoją dyplomację i w wielu sprawach nie ma wspólnego unijnego stanowiska. Dotyczy to na przykład stosunku wobec sytuacji palestyńskich terytoriów okupowanych przez Izrael albo uznania niepodległości Kosowa. Choć skądinąd Kosowo akurat jest przykładem skutecznej unijnej mediacji. Podobnie jak  Iran, gdzie niespodziewany postęp negocjacji w sprawie technologii nuklearnej jest niewątpliwym sukcesem Catherine Ashton.  Unia podejmuje wspólne działania wobec sytuacji w Syrii, albo tak zwanej "arabskiej wiosny", ale to wciąż wyjątki, działania mają przede wszystkim wymiar polityczny i humanitarny. Tam, gdzie - jak w Mali albo w Republice Środkowoafrykańskiej - trzeba użyć siły, Unia okazuje się nieskuteczna. Ale z kolei w dziedzinie spraw konsularnych jest lepiej, bo każdy posiadacz unijnego paszportu może zgłosić się po pomoc do dowolnej ambasady państwa członkowskiego UE w kraju trzecim, jeżeli jego państwo nie ma tam placówki dyplomatycznej. Wszystkie te kwestie nie budzą większego zainteresowania Jarosława Kaczyńskiego nie tylko z powodu ich ograniczonego znaczenia, ale przede wszystkim dlatego, że jego wyobraźnia polityczna tak daleko nie sięga.

Kaczyński nie przejmuje się unijną dyplomacją, jego wybór. Niestety, nie dostrzega też, że dzięki Unii Polska ma zagwarantowane miejsce przy stołach negocjacyjnych, do których – z powodu swojego politycznego i gospodarczego potencjału – nie miałaby w pojedynkę dostępu. Dotyczy to nie tylko mediacji w Syrii albo na innych terenach dotkniętych konfliktami, a przecież warto tam być. Chodzi też o negocjacje handlowe z Koreą, USA czy Kanadą. Tak, handel międzynarodowy to też sprawy zagraniczne. W zakres spraw zagranicznych UE, negocjowanych z innymi częściami świata, wchodzi też energia i polityka klimatyczna, ale w tej dziedzinie wzrok Kaczyńskiego nie sięga poza polsko-rosyjsko-niemiecki trójkąt obaw i sprzeczności, Prezes nie ma pomysłu na wykorzystanie możliwości  jakie stwarza wymiar unijny. Dojście PiS do władzy oznacza odebranie Polsce szansy na skorzystanie z atutów, jakie średniemu co do wielkości, i peryferyjnemu gospodarczo i politycznie państwu daje na arenie światowej członkostwo w UE. A atutów tych, w miarę nieuchronnego poszerzenia pola działania unijnej dyplomacji i wzrostu jej znaczenia, będzie przybywać.

Unia, czyli zagranica

Kaczyński nie dlatego jest antyeuropejski, że nie zgadza się z takim czy innym dominującym w UE poglądem: na wojnę w Syrii, na gotowość Ukrainy do członkostwa w UE, na niepodległość Kosowa, na relacje z Rosją, tylko dlatego, że taki twór jak Unia Europejska, taki polityczny i gospodarczy proces jak integracja europejska w ogóle nie mieszczą się w jego koncepcji świata. Coś takiego nie miało prawa powstać, a jeżeli już, to tylko jako przepoczwarzona po raz kolejny struktura dominacji silniejszych nad słabą choć moralnie wielką Polską. W rozumieniu prezesa PiS Unia Europejska nie jest żadną nową formą współdziałania partnerów realizujących wspólne cele. Jest zagranicą. A członkostwo Polski w UE zmierzającej do federacji niesie ze sobą zagrożenie rozdwojeniem polskiej tożsamości: nie można być na zewnątrz i wewnątrz jednocześnie. Trzeba wybrać.

Dlatego dla Kaczyńskiego zwolennicy integracji europejskiej to piąta kolumna, to wewnętrzne siły dążące do oddania silniejszym polskiej suwerenności w zamian za osobiste korzyści. Z tej perspektywy przynależność Polski do UE to nic innego jak konieczny na krótką metę element polityki zagranicznej a nie udział w jakiejś tam integracji. Kaczyński nie wzywa wprost do wyjścia z UE z dwóch powodów: bo wie, że poziom nacjonalizmu nie osiągnął jeszcze w Polsce takiego poziomu, by wyborcy takiemu postulatowi przyklasnęli (choć koniunkturalna promocja NOP, Młodzieży Wszechpolskiej czy innego narodowego kibolstwa może kiedyś zaowocować wzrostem poparcia dla takich tendencji); oraz dlatego, że słaba Polska, "na dorobku", jak prezes lubi powtarzać, może lisią metodą coś uszczknąć z bogactw, których obcy, często na polskiej krzywdzie, się dorobili. Tak, Unia jest dobra dla Polski, jak w czerwcu 2013 przyznał rzecznik PiS Adam Hofman. Ale tylko do czasu, gdy Polska też się dorobi. I bez ustępstw, bez kompromisów. Niezależna polityka wobec UE, polityka zagraniczna "nie na kolanach", ma polegać na jasnym postawieniu sprawy: należymy do tego klubu, bo nam się coś od was należy, ale nie godzimy się na żadne wspólne ustalenia, żadne wspólne reguły. A jeśli już się na nie zgodzimy, bo akurat nam się to opłaca, to zawsze możemy się wycofać. Każdy, kto oddaje głos na Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie powinien zastanowić się nad skutecznością tak prowadzonej polityki.

Piastowie i Jagiellonowie

Jarosław Kaczyński widzi dzisiejszą Polskę, jako element świata, w którym od wieków zachodzą te same procesy, a wyzwania pozostają niezmienne. W tym świecie Unia Europejska jest bytem tymczasowym, bagatelą dziejów, trwałym natomiast punktem odniesienia są Niemcy i Rosja, odwieczni wrogowie, i Stany Zjednoczone, jedyny sojusznik we wrogim świecie, na tyle potężny, że bezdyskusyjny, choć daleki. Ponieważ największym zagrożeniem dla Polski jest odbudowanie osi rosyjsko-niemieckiej, polityka zagraniczna Polski według PiS powinna mieć dwa cele: po pierwsze, nie dopuścić do sojuszu Moskwy i Berlina; po drugie, stać się liderem dla tych państw, mniejszych i słabszych, dla których taki sojusz też byłby zagrożeniem. Wybór właściwej strategii zwycięskiego przetrwania w tak zdefiniowanym środowisku międzynarodowym to wybór między polityką piastowską i jagiellońską. Jarosław Kaczyński jest zdecydowanym zwolennikiem polityki prowadzonej przez Jagiellonów.

Czy ktokolwiek zdrowo myślący sugerowałby dziś Francji by zdecydowała, którą politykę zagraniczną prowadzić: Kapetyngów czy Burbonów? Nonsens. Niedawno Cezary Michalski naśmiewał się w "Polityce", że "oczekiwanie od współczesnego polskiego państwa prowadzenia "jagiellońskiej polityki wschodniej" jest tak realistyczne, jak oczekiwanie od dzisiejszej Austrii, żeby prowadziła politykę zagraniczną Habsburgów". Faktycznie, zabawne.

Ale główna partia opozycyjna w Polsce tak właśnie na te kwestie patrzy. PiS-owskim myślicielom należy jednak oddać sprawiedliwość: to nie oni spopularyzowali dylemat piastowsko-jagielloński, ale obecny minister spraw zagranicznych, Radek Sikorski (w odróżnieniu od Kaczyńskiego jest zwolennikiem doktryny piastowskiej). Sikorski, który nie stroni od budzących kontrowersje porównań i uproszczeń, posłużył się jednak tym rozróżnieniem jak figurą retoryczną, w przemówieniu. Kaczyński natomiast oparł na niej swoją koncepcję polityki zagranicznej. Uwaga Michalskiego staje się mniej śmieszna, gdy Austrię zastąpi się Niemcami (wszak Habsburgowie to dynastia niemiecka). Z punktu widzenia Kaczyńskiego dzisiejsze Niemcy realizują politykę Habsburgów: jest to polityka dominacji w Europie. Unia Europejska jest dziś pokojowym narzędziem tej polityki, tak jak niegdyś śluby dynastyczne. Wszak to cesarz Maksymilian I zasłynął z dewizy: „Bella gerant alii, tu, felix Austria, nube” czyli "Inni niech wojny prowadzą, a ty, Austrio szczęśliwa, poślubiaj". Gdy wypowiadał te słowa, Polska była potężna, a Habsburgowie byli głównymi konkurentami Jagiellonów.

Prawda, że to nęcąca analogia? Wystarczy przyjąć, że na początku XXI wieku polityka imperialna z wieku XVI nadal decyduje o kształcie świata (czyli Europy), że – jednocześnie - obowiązuje model państwa narodowego stworzony w wieku XIX, i że w XX wieku nie pojawiło nic takiego jak integracja europejska a doktryna polityki zagranicznej PiS od razu wydaje się możliwa do przyjęcia. Tyle tylko, że założenia te są błędne. Aż szkoda, bo tak ładnie się to wszystko układa w jedną całość.

Nasza bliska zagranica

W odróżnieniu od polityki zagranicznej Jagiellonów, jednej z głównych europejskich dynastii, Polityka jagiellońska PiS to polityka regionalna, wyłącznie wschodnia. Zachód ogranicza się do złych Niemiec i dobrych, choć odległych Stanów Zjednoczonych. Jagiellonowie myśleli w kategoriach zakresu władzy i wpływów w centralnej części świata. PiS myśli w kategoriach bliskiej zagranicy. Polityka jagiellońska w tym wydaniu to odrzucenie sojuszu z Niemcami (na nim opierała się polityka piastowska) i otwarta konkurencja z Rosją o wpływy w Europie środkowej i wschodniej. Nasza strefa bezpieczeństwa i jednocześnie wpływu to, w myśl tej doktryny, państwa postsowieckie, zarówno te, które przystąpiły z nami do UE w 2004 (bez Malty i Cypru) jak i byłe republiki radzieckie: Armenia, Białoruś, Ukraina, Gruzja, Mołdawia.

Te ostatnie mają uznać naszą wyższość i otrzymać w zamian opiekę. PiS proponuje im rodzaj sojuszu, który Polska Bolesława Chrobrego zawarła z Niemcami. Zakłada, że będą wobec Polski prowadzić politykę… piastowską. Nasza opieka ma polegać na tym, że będziemy domagać się z Unii Europejskiej (to znaczy z Niemiec, zgodnie z pisowską wizją UE) finansowego i politycznego wsparcia. Zgodnie z tą zasadą Jarosław Kaczyński i inni zwolennicy tego punktu widzenia hojnie... domagają się od Unii większej szczodrości wobec Ukrainy. Chcą, żeby Unia przebiła Rosję w przetargu, którego przedmiotem jest Ukraina, ale tak, żeby to Polska mogła wręczyć w Kijowie kopertę. Kwestie demokracji i więźniów politycznych, sprawa Tymoszenko i szalejącej korupcji to drobiazgi, o których nie należy wspominać, bo nie mieszczą się w doktrynie wschodniej polityki jagiellońskiej, którą chciałby realizować PiS. Nie wątpię, że Janukowycz z takiej polityki byłby bardzo zadowolony. Nie martwiłby się nią też Putin, bo sam ma podobną wizję świata: nie do pogodzenia z systemem wartości Unii Europejskiej, ale zbieżną z poglądami Jarosława Kaczyńskiego. Jedna i druga nie z tej epoki. Tę zbieżność łatwo było zresztą dostrzec w skandalicznej propozycji Kaczyńskiego, by rozpocząć z Rosją pertraktacje o przyszłość Ukrainy, ale bez udziału Ukrainy. W imieniu UE miałyby je prowadzić Polska i Szwecja. Dzisiaj, zwłaszcza w świetle wydarzeń ostatnich tygodni,  taki pomysł poraża intelektualnie swym archaizmem i polityczną niestosownością, ale co by było, gdyby kiedyś  Kaczyński, już jako premier, rzeczywiście zgłosił ją na forum międzynarodowym?

Europejczycy w Kijowie

Na razie wódz PiS zadowolił się podróżą na Majdan. Pewnie mu się wydawało, że poleciał do Kijowa tak, jak jego zmarły brat do Tbilisi. Siła symbolu. Eurosceptyk, nierozumiejący integracji europejskiej, wzywał Ukraińców by przystąpili do Unii. Oczywiście dla dobra Polski. Paweł Śpiewak entuzjastycznie odniósł się do tej kijowskiej wyprawy: "Kaczyński ma wyobraźnię polityczną również w skali międzynarodowej. Zupełnie zaskoczył tym Platformę." Zaskoczył?  Wątpię. Za każdym razem, gdy coś się działo na Ukrainie, albo na Białorusi, polscy politycy (nie tylko z PiS) wsiadali w samochód, pociąg, samolot, by pokazać w świetle jupiterów, że są, i że są pierwsi. Było klawo pojechać do Mińska, gdy z góry było wiadomo, że ich tam nie wpuszczą. I rzeczywiście: robili potem konferencję prasową, jak to ich zatrzymano na granicy. Z Kijowem Kaczyńskiemu się tak nie poszczęściło, bo Janukowycz to nie Łukaszenka. Gdzie w tym wyobraźnia polityczna dostrzeżona przez Śpiewaka? Pomysł Kaczyńskiego, by swą wizytę sprzedać jako dowód politycznego zaangażowania i odwagi, i próba szantażu politycznego wobec Tuska i Sikorskiego, którzy nie pojechali do Kijowa, wolę traktować jako populistyczną retorykę niż jako zapowiedz sposobu prowadzenia dyplomacji przez premiera Kaczyńskiego i jego rząd. Ale jeżeli Śpiewak ma rację? Jeśli to wizja i zapowiedź? Ciekawe, że odmiennie do peregrynacji Kaczyńskiego odniósł się inny jego (jak sam przyznaje) zwolennik i wyborca, ks. Isakowicz-Zaleski. Jego zdaniem Prezes popełnił "tragiczny błąd" uwiarygodniając ukraińskich nacjonalistów, gdy ochoczo wykrzykiwał na Majdanie ich zawołanie: "Sława Ukrainie, herojam sława". Całkowity brak orientacji w sprawach ukraińskich nie jest w jego oczach usprawiedliwieniem dla polityka, który po raz kolejny chce zostać premierem. 

Styczniowa podróż do Kijowa czterech pisowskich muszkieterów: Czarneckiego, Hofmana, Lipińskiego i Zaręby, odbyła się według podobnego scenariusza. Pojechać, dać się sfotografować, udzielić wywiadu, a przede wszystkim, jak Czarnecki na Twitterze, żeby zapytać: "A gdzie jest Protasiewicz?". W Kijowie dobrze jest wystąpić pod flagą unijną, co też ochoczo czwórka z PiS uczyniła, wygłaszając jednocześnie kilka gładkich formułek na temat europejskich standardów i wartości. Z rozbawieniem śledziłem dyskusje w tej sprawie na forach polskich prawicowych portali: hipokryzja polityków, którzy w Polsce podobnych deklaracji by nie wygłaszali, bo tu bardziej opłaca się zamanifestować sceptycyzm wobec europejskich standardów i wartości, nie uszła uwadze dyskutantów. Grupka śmiesznych facetów, znanych w Polsce z krytyki wszystkiego, co unijne, pojechała na Ukrainę by przed kamerą polskiej telewizji głosić dobrą unijną nowinę. Tak, to ci sami ludzie, którzy w Polsce szukają politycznych sojuszników wśród narodowców i kiboli. Bliżej by im było do ukraińskich nacjonalistów, głosicieli kozactwa i miłośników Bandery, antypolskich i antyrosyjskich jednocześnie, też obecnych na kijowskim Majdanie. Ale na delegacji woleli wystąpić pod egidą Parlamentu Europejskiego, w którym Ryszard Czarnecki jest postacią marginalną i egzotyczną, ale który daje pisowskiej delegacji prawo do używania unijnego emblematu, bo PiS jest członkiem ECR, frakcji parlamentarnej co prawda niszowej i eurosceptycznej, ale kto to wie w Kijowie. Wszystko to na kilka dni przed wizytą w Kijowie szefowej unijnej dyplomacji, w dniu wizyty komisarza do spraw rozszerzenia, dzień po kategorycznej rozmowie Barroso z Janukowyczem, w kontekście dyplomatycznych działań unijnych rządów z polskim na czele (choć jeszcze przed ukraińskim tournée Tuska po europejskich stolicach) i z dala od oficjalnych delegacji. Przypomina się przypowieść o żabie u kowala.

Nie chodzi o to, że politycy opozycji nie powinni jeździć do Kijowa. Przeciwnie: czym więcej unijnych polityków będzie w sprawie Ukrainy aktywnych, czym więcej ich pojawi się na miejscu, tym lepiej dla demokracji i praw człowieka. To bardzo ważne dla Ukraińców, którzy w ich imieniu protestują od paru miesięcy na Euromajdanie. Są jednak granice hipokryzji, których nie wolno przekraczać, jeżeli nie chce się sprawy, o którą oni walczą, skompromitować.  Dla Euromajdanu Europa znaczy coś bardzo konkretnego. Francuska Libération (okładka na zdjęciu obok), gdy przywołuje wartości demokracji, pluralizmu, państwa prawa, otwartości i tolerancji, mówi prawdę: tam ludzie giną za Europę. I nawet jeżeli komuś ich wizja Europy może się wydać naiwna, to jest to piękna i wzniosła naiwność, w odróżnieniu od pisowskiej hipokryzji, która jest żałosna. Jest jednak w tej hipokryzji metoda i cel: jest ona instrumentem polityki wewnętrznej. To kolejna, niebezpieczna cecha koncepcji spraw zagranicznych praktykowanej przez PiS: jeśli jest w państwie jedna dziedzina, która powinna być przedmiotem narodowego konsensusu i ciągłości, to są to właśnie stosunki międzynarodowe, a tę zasadę PiS łamie nieustannie. Bez względu na to, czy jest się w opozycji czy u władzy, igranie z tą zasadą jest niebezpieczne dla państwa, jest dowodem nieodpowiedzialności. Ale dla PiS każdy sposób na wywołanie politycznego kryzysu jest dobry, i każda metoda prowadząca do pogłębienia podziałów w społeczeństwie jest warta zastosowania, bo kreowanie i sycenie antagonizmów to instrument dojścia do władzy. A nic nie jest ważniejsze. Dlaczego dyplomacja miałaby być wyjątkiem w tej strategi?

Koncepcja polityki zagranicznej, która wyłania się z działań i deklaracji przywódcy PiS i jego sierżantów jest takim samym instrumentem walki o władzę w państwie jak każdy inny. I na tym polega pragmatyzm tej koncepcji.  Jeśli jednak wyjść poza ten lokalny i koniunkturalny wymiar, a w dziedzinie stosunków międzynarodowych wydaje się to uzasadnione, to okaże się, że koncepcja ta tak zupełnie nie bierze pod uwagę zmian, które zaszły na świecie w ostatnich sześćdziesięciu latach, że z powodzeniem można by ją uznać za political fiction. Z tym jednak zastrzeżeniem, że literacka political fiction zwykle odsyła do przyszłości, podczas gdy pisowskie myślenie o stosunkach zagranicznych zastygło w otchłani historii. Rzecz nie w tym czy zgadzamy się z takim czy innym osądem danego zdarzenia lub z propozycją rozwiązania konkretnego problemu, czy podzielamy narodowe sympatie i antypatie i czy odnajdujemy się w tych czy innych stereotypach, ale w tym, że pomysł Jarosława Kaczyńskiego na politykę zagraniczną ma się nijak do rzeczywistości, w której żyjemy. To objaw obsesyjnego nacjonalizmu w formie, która przetrwała tylko w rezerwatach myśli politycznej. To nawrót niebezpiecznej choroby, która uodporniła się na szczepionkę czasu. To idee i praktyka niebezpieczne dla Polski.

Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...