Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa człowieka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa człowieka. Pokaż wszystkie posty

2014-03-11

UE nie chce liczyć na Radę Europy w obronie demokracji

Komisja Europejska zaproponowała dziś rozszerzenie swoich uprawnień w zakresie kontroli przestrzegania zasady państwa prawa przez kraje członkowskie UE. Ta propozycja nie jest zaskoczeniem: kłopoty z demokracją przede wszystkim na Węgrzech unaoczniły faktyczną bezradność UE jako całości i Komisji Europejskiej jako "strażnika traktatów" wobec przypadków naruszania przez państwa członkowskie artykułu 2. Traktatu. To artykuł, w którym zapisane są fundamentalne dla integracji europejskiej zasady i wartości.

Teraz Komisja Europejska, by wymóc na państwach członkowskich przestrzeganie unijnego prawa, ma do dyspozycji polityczne naciski (raz działają raz nie) i prawny instrument w postaci stwierdzenia naruszenia prawa. Jeżeli państwo jest oporne i zbytnio zwleka z dostosowaniem ustawodastwa krajowego do dyrektyw UE albo ze stosowaniem unijnych rozporządzeń, Komisja Europejska może pozwać je do Trybunału w Luksemburgu i doprowadzić do dotkliwych sankcji finansowych.

Procedura ta znajduje jednak zastosowanie tylko w przypadkach prawnie jednoznacznych. Nie nadaje się natomiast do obrony europejskich wartości, państwa prawa, demokracji, praw człowieka, wolności obywatelskich. Naruszenie tych fundamentalnych dla UE zasad zapisanych w artykule 2. traktatu może skutkować uruchomieniem procedury artykułu 7. Na mocy tej procedury państwo członkowskie mogłoby zostać obłożone sankcjami, na przykład czasowym pozbawieniem prawa głosu w Radzie. Sankcja politycznie bardzo silna. Tyle, że w praktyce niemożliwa do zastosowania: uzyskanie zgody państw i konsensusu wśród instytucji graniczyłoby z cudem i wyobrażalne by było tylko w wyjątkowej sytuacji. Kiedyś zastosowanie podobnej procedury (jeszcze ze starego traktatu) wobec Austrii okazało się całkowitym niewypałem.

Nowa procedura proponowana przez Komisję ma być czymś pośrednim, a jednocześnie konkretnym i możliwym do zastosowania na przykład w takich sytuacjach, jak kolejne naruszenia unijnych zasad przez rząd Viktora Orbána na Węgrzech. Ale chodzi nie tylko Węgry: wydarzenia w Rumuni i Bułgarii, kwestia romska we Francji, stygmatyzacja pracowników z UE w Holandii to inne przykłady potencjalnego zastosowania takiej procedury.


Komisarz Viviane Reding i Thorbjørn Jagland, Sekretarz Generalny Rady
Europy                                                                                        ©CoE2010   
Dotychczas Komisja starała się zastąpić lukę prawną poprzez współpracę z Radą Europy. Ta, jak wiadomo, nie jest instytucją UE, ale wszystkie państwa UE do niej należą i zobowiązane są do przestrzegania europejskiej konwencji praw człowieka. W przypadku oczywistych naruszeń zasad demokratycznego państwa prawa Rada Europy wszczyna procedurę monitoringu, uciążliwą i wstydliwą dla państwa, przeciw któremu jest skierowana. Nigdy jednak nie została ona zastosowana wobec żadnego państwa UE. Na podstawie konwencji Rady Europy działa też Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Ale nigdy nie pozwano przed ten Trybunał państwa należącego do UE za łamanie unijnych traktatów. To powinna zrobić sama UE w oparciu o swoje przepisy, gdyby tylko dysponowała odpowiednimi narzędziami prawnymi. 

Dla Komisji Europejskiej współpraca z Radą Europy w celu wywierania politycznych nacisków na państwo członkowskie UE, które łamie unijne zasady, jest niewygodna i mało skuteczna. Podstawa prawna takiej współpracy jest dość niejasna.  Żadnych skutecznych sankcji nie zapewnia, bo zalecenia Rady Europy są tylko zaleceniami, nie są wiążące. Dziś wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Viviane Reding, jasno dała do zrozumienia, że Rada Europa jako zmienne koło dojazdowe unijnego systemu sprawiedliwości to kiepskie rozwiązanie. Poza wymienionymi wyżej powodami podała jeszcze jeden, znany wszystkim, ale nigdy dotąd tak wprost i otwarcie niewyartykułowany.

Rada Europy skupia czterdzieści siedem państw. Wśród nich i takie, którym bardzo daleko do unijnej koncepcji państwa prawa, demokracji, pluralizmu, wolności obywatelskich. Na przykład Rosja. Nie możemy się dłużej godzić na sytuację, w której prezydent Putin, w ramach Rady Europy, będzie się wypowiadał na temat przestrzegania tych zasad w jakimkolwiek państwie UE, bo akurat on najsłabiej jest do tego predestynowany, powiedziała Reding.

To mocne słowa. W kontekście coraz poważniejszego konfliktu między Rosją a Unią zabrzmiały bardzo antyputinowsko, antyrosyjsko. Ale choć może umknęło to niektórym obserwatorom, dezawuują one również Radę Europy: organizacja międzynarodowa, w której prawo głosu i decyzji mają państwa niedemokratyczne, którym obce są wartości europejskie, nie może skutecznie bronić tych wartości ani reprezentować państw, które w oparciu o te wartości funkcjonują.

O genezie inicjatywy przedstawionej dziś przez Komisję Europejską i problemach z demokracją m.in. na Wegrzech, w Rumuni, Finlandii, Danii i Holandii pisałem wcześniej rok temu: Zróbmy porządek z demokracją.

2014-03-04

Czym więcej Europy tym mniej Putina. I na odwrót.

Zdarza się, że ci, którzy widzą w działaniach Putina przejaw komunizmu albo stalinizmu, interpretują stosunki międzynarodowe, historię i politykę podobnie jak on, gdy oskarża Euromajdan o faszyzm. 

Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
W obu przypadkach mamy do czynienia ze stereotypowym odniesieniem historycznym, pozornym odwołaniem do osobistego doświadczenia. Jest ono elementem retorycznej argumentacji obliczonej na wywołanie u odbiorców odruchu Pawłowa: termin faszyzm czy komunizm ma być przez nich odbierany jak dźwięk wywołujący fizjologiczną (jak u psów w laboratorium) i polityczną (jak u wyborców) reakcję. W ten sposób użyte, "faszyzm" i "komunizm" to tylko bodźce (zwane przez Pawłowa obojętnymi). To, co za jednym i drugim konceptem i praktyką się kryje w sensie politologicznym, filozoficznym i etycznym jest w sumie bez znaczenia.

Gdyby miało to znaczenie, można by się pokusić o znalezienie wspólnego mianownika. Takiego jak totalitaryzm. Wtedy obrońcy Putina, protestujący przeciw "faszyzmowi" na Ukrainie, i jego przeciwnicy, na przykład w Polsce, szafujących terminem "komunizm" w odniesieniu do politycznych konkurentów, okazaliby się pod wieloma względami podobni. Ich koncepcja demokracji oznaczałaby na przykład zgodę na istnienie fasadowych instytucji niezbędnych w ustroju demokratycznym, ale już nie na ich w pełni demokratyczne działanie. Podporządkowanie swojej władzy organów Sprawiedliwości, objęcie polityczną kuratelą takich instytucji jak Trybynał Konstytucyjny, akceptacja decyzji parlamentu, pod warunkiem, że ma się w nim absolutną większość - tak sprawują rządy ludzie o totalitarnych aspiracjach i autorytarnej mentalności w państwach konstytucyjnie, czyli formalnie demokratycznych.

Chcieliby się posunąć dalej, ale powstrzymuje ich kontekst międzynarodowy. W takich krajach jak Polska czy Węgry, należących do Unii Europejskiej, ten kontekst ma na rządzących bez porównania większy wpływ niż w takim kraju jak Rosja. Ale nawet w Rosji, która nie ma formalnego powodu, by przestrzegać unijnych traktatów, trzeba brać w jakimś stopniu pod uwagę naciski Międzynarodowej Organizacji Handlu, międzynarodowego Funduszu Walutowego, G8, reakcje światowych rynków i giełdy, a nawet - choć Putin się do tego nie przyzna - stanowisko UE, USA i tak zwanej wspólnoty międzynarodowej. Tym się różnią dzisiejsze czasy: pojałtańskie, postimperialne, naznaczone gospodarczą globalizacją, od epok wcześniejszych.

Ale dlatego też adepci totalitarnego myślenia tak źle się w tych czasach odnajdują i z taką satysfakcją, w kontekście regionalnego lub światowego konfliktu między państwami, deklarują: a nie mówiliśmy? Tak wygląda świat! Bez zaskoczenia czytałem na Twitterze komentarze w rodzaju: "cały Zachód mówi dziś o Rosji tak jak przez lata bracia Kaczyńscy". Bez zaskoczenia, mimo, że - po pierwsze - to nieprawda. Na szczęście. Po drugie, używanie tej samej retoryki (wojennej) w czasie stabilizacji i w czasie kryzysu, nieumiejętność rozróżnienia wyzwań, możliwości i zagrożeń występujących w tych okresach, to nie jest dowód politycznego jasnowidztwa ani politycznego myślenia, tylko psychozy. Putin na przykład tak ma, ale - przepraszam, że muszę rozczarować - imperialna i totalitarna mentalność nie musi oznaczać guza na mózgu, wbrew temu co czytałem tu i ówdzie. Po trzecie, opis świata to jedno (człowiek człowiekowi wilkiem), a wola jego zmiany i wiara w to, że zmiana jest możliwa, to drugie. Ta wola i wiara sprawiły, że taki proces jak integracja europejska był możliwy: w obrębie Unii wojna jest nie do pomyślenia, międzypaństwowe spory o Alzację, Lotaryngię, Triest, Zaolzie czy Śląśk to część coraz odleglejszej historii.

Ale Putin przypomniał Europie i światu, że nie wszędzie działania takie jak na Krymie należą do przeszłości. I nie wszędzie integracja europejska jest teraźniejszością. Wbrew pozorom ci, którym przypominać nie trzeba, znajdują się nie tylko w Polsce czy na Litwie. Pytanie jednak, co z tą pamięcią i świadmością zrobić w czasach stabilizacji i pokoju: na wszelki wypadek izlować Rosję? Nie kupować od niej energii? Nie sprzedawać jej maszyn, serów i wina, wieprzowiny i samochodów, mebli i ubrań? A dokładnie w chwili, kiedy poczujemy, że może posunąć się za daleko, zbombardować? I idąc za ciosem, to samo zrobić z resztą świata, w której zachodnie standardy polityki i demokracji nie znajdują zastosowania? Przypominam: to ta większa część świata. Naszych zachodnich mechanizmów gospodarczych i politycznych nie wprowadziliśmy tam zbrojnie (ostatnio, za każdym razem gdy próbowaliśmy, raczej się nie udawało), tylko negocjacjami, dyplomacją, za pieniądze i w niemałej mierze dzięki zachodniej softpower.

Okowy międzynarodowego kontekstu, które nie pozwalają totalitarnym działaniom nadążyć za totalitarnym myśleniem, są serdecznie przez totalitarnych polityków znienawidzone. Nie lubią więc idei międzynarodowej współpracy ani multilateralizmu. Coś takiego jak integracja europejska w ogóle nie mieści im się w głowie. Tak samo jak niektórym europejskim komentatorom nie mieści się, w głowie, że w dwudziestym pierwszym wieku można prowadzić taką politykę, jak Putin wobec Ukrainy. Dlatego szukają guza na mózgu Putina. Żeby zrozumieć. Taka ułomność percepcji, zawężone pole widzenia i rozumienia. Lub, jeśli spojrzeć na ten sposób interpretacji bardziej pozytywnie, przykład "przedrozumienia" zgodnie z teorią Hansa-Heorga Gadamera.

Naiwnych poszukiwaczy guza na swoim mózgu Putin wodzi za nos. Ale czego oczekują od Europy i Stanów Zjednoczonych polscy krytycy tej bezsilności Zachodu? W odpowiedzi słychać ich śmieszki i widać memy. Bo nie chcą wprost przyznać, że ich wizja stosunków międzynarodowych niczym się nie różni od wizji Putina. Ogłaszają jedynie, że dla nich każdy kolejny etap rozmów, narad i negocjacji to etap zbędny. Tak naprawdę cierpią nie dlatego, że ludziom na Ukrainie z powodu Putina dzieje się krzywda, nie dlatego, że terytorium potencjalnej ekspansji demokracji, praw człowieka i innych europejskich wartości się kurczy, tylko dlatego, że nie mogą zapłacić Putinowi pięknym za nadobne. Że nie mają władzy i siły Putina. Nienawidzą Putina nie dlatego, że jest inny, tylko dlatego, że jest silniejszy, i to jako "Rusek", postkomuch, kagiebista. Ale też nie mogą darować tym, którzy siłę mają: UE, USA, NATO, że nie chcą jej użyć jak należy. Poza tym jest strach. Historycznie uwarunkowane przekonanie, którego dotychczas historia nigdy nie zweryfikowała, że po Krymie padnie łupem Rosji cała Ukraina, a potem, oczywiście, my. Bo jeżeli NATO i UE odpuszczą Putinowi w sprawie Krymu, to czemu nie mieliby odpuścić w sprawie Polski?

Ten ostatni punkt jestem w stanie zrozumieć. W końcu nie mam dowodów na to, że wiara w nieziszczalność takiego scenariusza nie jest naiwnością. Co do całej reszty poważnie martwi mnie fakt, że wśród polskich obrońców Ukrainy i przeciwników Putina jest tak wiele osób do Putina podobnych. To jest prawdziwa antyeuropejskość, której trzeba się w Polsce obawiać. Przeczytałem na Twitterze hasło, nie wiem czyje, że czym więcej Europy, tym mniej Putina. Tak, bo wartości, na których opiera się integracja europejska są nie do pogodzenia z myśleniem, świadomością, etyką i działaniem Putina. To antyteza. Czym więcej Europy, tym mniej Putina. I na odwrót. Czym mniej Europy, tym więcej Putina. Bez względu na to, co Putin zrobi. I w Rosji, i w Ukrainie, i w Polsce.



2013-11-22

Pochwała chińskich standardów

Jaki kierunej wskazuje W. Janukowyczowi K. De Gucht, komisarz UE
ds. 
handlu? Raczej wiadomo. Kijów, 
2.10.2013                             ©UE 
Ci, którzy oskarżają Unię Europejską o stawianie Ukrainie politycznych warunków, uniemożliwiających ponoć stowarzyszenie z Ukrainą, albo nie wiedzą czym są europejskie standardy demokracji i państwa prawa, albo je odrzucają. Jedynie na pierwszy rzut oka może dziwić fakt, że podobne zarzuty formułują wobec UE narodowcy i kombatanci PZPR. Nie po raz pierwszy łączy ich tęsknota za państwem, któremu europejskie wartości są obce. Słowa Miłosza "Jest ONR-u spadkobiercą Partia" nie straciły nic na aktualności, czego dowodzą między innymi komentarze na temat relacji UE z Ukrainą. Takie jak te wypowiadane przez Leszka Millera.

Ukraińska Rada Najwyższa odrzuciła dzisiaj pakiet projektu ustaw, które miały pozwolić na spełnienie unijnych wymagań warunkujących podpisanie układu stowarzyszeniowego. Nie po raz pierwszy zresztą: termin głosowania był wielokrotnie przekładany. Za każdym razem parlamentarna większość dawała Unii sygnał: nie mamy odwagi powiedzieć wam wprost, że warunków nie spełnimy, weźcie i się domyślcie. Za każdym razem dawała sygnał Rosji: was boimy się jeszcze bardziej, pamiętamy o naszych naturalnych więzach. Nie wynika to tylko z czystego wyrachowania. Partia Regionów, jej olbrzymi elektorat i wielu w ogóle nie głosujących Ukraińców, zwłaszcza we wschodniej części kraju, rzeczywiście jest przekonana o słuszności rosyjskiego wyboru. Ba, o jego naturalnym charakterze.

Unia Europejska do ostatniej chwili udawała Greka. Z różnych powodów. Gospodarczo umowa o wolnym handlu, zasadnicza z ekonomicznegompunktu widzenia część układu stowarzyszeniowego, rzeczywiście jest dla UE ważna. Przy zachowaniu właściwej skali podobnie ważna jak inne umowy handlowe, która UE regularnie zawiera. O energii nawet nie wspominam, to oczywiste. Opłacało się więc łudzić, że może się uda, bo cuda się zdarzają. Trzeba też było wytrwać do ostatniej chwili z powodów politycznych, choćby ze względu na Polskę i Litwę. Wizerunkowo wreszcie nie było powodu by zbyt wcześnie ogłaszać porażkę. Parlamentarna misja Coxa i Kwaśniewskiego w ostatnich kilku tygodniach służyła już wyłącznie zachowaniu pozorów. Zniewagi jakie ze strony Janukowycza znosili obaj politycy: kłamstwa w żywe oczy, wielogodzinne oczekiwanie na spóźniającego się rozmówcę, prostackie zwodzenie podczas prowadzących donikąd spotkań, odwołane w ostatniej chwili zebrania, dowodzą wielkiej determinacji z ich strony. Chcę wierzyć, że wyłącznie z oddania sprawie, a nie z chęci przedłużania misji z powodu braku lepszego politycznego zajęcia.

Zwolennicy zbliżenia z Ukrainą mają się o co martwić, skoro dzisiejsza decyja Rady Najwyższej zablokowała sytucję prawdopodobnie na dwa lata, bo w 2014 mamy wybory europejskie w UE, a w 2015 wybory na Ukrainie. Unijny komisarz do spraw rozszerzenia odwołał dziś swój wyjazd do Wilna, bo jego udział w szczycie Partnerstwa Wschodniego nie ma już żadnego uzasadnienia: stowarzyszenia z Ukrainą nie będzie. Nic jednak nie może usprawiedliwić słów Leszka Millera, który oskarżał dziś UE, między innymi na Tweeterze, o popełnienie "fatalnych błędów". "Do tego prowadzi prymat polityki nad ekonomią" - mówi Miller. Jednoznacznie daje do zrozumienia, że gdy chodzi o pieniądze, nie należy zawracać sobie głowy prawami człowieka, demokracją, państwem prawa.

To sposób rozumowania, który obowiązuje na przykład w komunistycznych, choć wolnorynkowych Chinach. Ma zalety: dzięki temu pragmatycznemu podejściu Chiny podbijają dziś gospodarczo Afrykę. Podpisywanie umów handlowych jest łatwiejsze, gdy nie towarzyszą im wymagania polityczne. UE je stawia, gdy jest w stanie uzyskać to, na czym jej zależy. Fakt, że bywa bardziej "pragmatyczna", gdy rozmawia o gospodarce z Rosją albo Chinami właśnie, a bardziej wymagająca, gdy jej partnerem są kraje rozwijające się, zależne od jej pomocy finansowej. W przypadku Ukrainy, bliskiego - również geograficznie - partnera, potencjalnego kandydata do członkostwa sformułowanie politycznych wymagań jest szczególnie uzasadnione. Z UE już tak jest: kiedy Polska przystępowała do UE musiała sprostać tak zwanym kryteriom kopenhaskim, między innymi politycznym. Leszek Miller pewnie jeszcze pamięta: były one zaprzeczeniem PRL-u. Można zarzucać UE, że czasem przedkłada realpolitik nad obronę europejskich wartości. Ale nie można nie wiedzieć, że zasadniczym elementem unijnej doktryny w relacjach międzynarodowych jest promowanie tych wartości i odrzucenie poglądu, że wolny rynek jest ważniejszy niż demokracja.

Miller cytuje opinię ukraińskiego komentatora, wedle której błąd UE polegał na "sprowadzeniu wszystkiego do uwolnienia Tymoszenko". To nieprawda, choć oczywiście kwestia więźniów politycznych jest bardzo istotna. Ponieważ jest istotna, niektóre unijne rządy, do pewnego czasu również Polska, rzeczywiście żądały przynajmniej umożliwienia Tymoszenko leczenia za granicą. Ten warunek szczególnie uporczywie formułuje Angela Merkel. Ale oficjalne stanowisko UE wymienia trzy warunki: zgodny z europejskimi i międzynarodowymi standardami system wyborczy, zaprzestanie wybiórczej sprawiedliwości (przykładem jej stosowania jest Tymoszenko) i spełnienie wymagań sformułowanych przez Radę Europejską 10 grudnia 2012. UE nigdy nie zastąpiła tych warunków jednym, uwolnienia Tymoszenko, choć tak może się wydawać na podstawie lektury gazet.


Od czasu odzyskania niepodległości Ukraina ma zasadniczy problem z dokonaniem wyboru cywilizacyjnego. Podobny problem, od czasu zmiany systemu politycznego w Polsce, mają nacjonaliści i postpezetpeerowska lewica, jedni i drudzy przeżarci PRL-em. Endecko-oenerowski rodowód polskich narodowców wyklucza wszelką nadzieję na zmianę ich sposobu myślenia. Ale lewica ma szansę, pod warunkiem, że nastąpi wielka zmiana świadomości i liderów. Dla dobra lewicy Miller musi z polityki odejsć, bo należy do innego świata.

2012-03-13

Klimat: morały zachodnich hipsterów

Kiedy się do Google'a wrzuci hasło "obce mody", to większość wyświetlonych odniesień dotyczy Zosi z Pana Tadeusza. Zosia obcych mód nie lubiła, tylko swojskość. Mody na klimatyczne niepokoje też by pewnie nie polubiła. Kwiatki wąchać, grzyby zbierać, na niebo popatrzeć, tak, bo nasze, ale klimat - obcy. Zachodni. Cudze dyrdymały.

© Kadmos-Europa
Po dzielnym wecie polskiego rządu na spotkaniu unijnych ministrów środowiska, na Twiterze bardzo obrodziły uwagi na temat klimatu. A raczej na temat samego weta i bzdurnych wymagań formułowanych pod naszym adresem przez UE w ramach jej polityki przeciwdziałania zmianom klimatycznym. O krytyce polskiego weta jeden z ćwierkających komentatorów rzeczywistości napisał, że to morały zachodnich hipsterów. Właściwe skoro hipster, to wiadomo, że zachodni, bo żaden normalny polski mężczyzna hipsterem raczej nie bedzie. Obca moda. Jak klimatyczne urojenia. Ćwierkający komentator napisał też, że "kiedy przez świat przetaczała się rewolucja przemysłowa, myśmy byli pod zaborami." Twitter wymaga lakoniczności, wiec na wszelki wypadek wyjaśnię: chodzi o to, że inni wtedy budowali fabryki i dymili, a my nie dymiliśmy, bo nie byliśmy niepodlegli. Obcy dymili. Stąd już tylko krok, by zapytać do kogo wtedy należały fabryki. Oczywiście fabryki nie we wszystkich zaborach stały. W Poznańskiem, owszem,  ale już na przykład na Ukrainie polska szlachta utrzymywała niewolnictwo i przed uprzemysłowieniem broniła się rękami i nogami, tudzież batem, jeśli wierzyć Danielowi Beauvois. Pewnie, żeby fabryki nie wpadły w ręce zaborcy. Podoba mi się pogląd, że kiedyś się nie rozwijaliśmy z powodu obcych, więc niech się nam teraz obcy nie wtrącają i morałów nie prawią. Podoba mi się, bo najbardziej lubimy poglądy znane, a ten akurat znamy z państw postkolonialnych. 

Porównań nie brakuje. W Polsce mówi się o polityce klimatycznej UE podobnie, jak w Chinach o prawach czlowieka: smieszna fanaberia bogatego Zachodu, którą chca nam narzucić, żeby zahamować nasz rozwoj. A przeciez musimy nadgonic wiekowe zapóźnienia i nie bedziemy się dzis zajmowac takimi chimeramami. Oni tez o tym nie mysleli, gdy mieli swoją rewolucje przemysłową. Dziś my mamy nasza. Jak bedziemy tak bogaci jak oni, to może też sobie wymyślimy jakieś zabawki.

Czy jednak tylko o chimery chodzi? Trafnie ujął ten dylemat Łukasz Warzecha, też na Twitterze: "Pozostaje tylko pytanie, czy te wszystkie grinpisy działają jako pożyteczni idioci czy po prostu tłuką własny interes." Na tak postawione pytanie jednoznacznie odpowiada Igor Janke: "Bardzo charakterystyczne są reakcje niemieckiej prasy na polskie weto w sprawie dalszych redukcji emisji CO2. (...) Ostre słowa padną też zapewne we Francji, w Wielkiej Brytanii czy Danii. Te kraje mają bowiem bardzo konkretne interesy w tym, by przyjąć wyśrubowane cele redukcyjne. (...) Za ogromnym naciskiem na obniżenie emisji stoją bardzo twarde interesy polityczne i gospodarcze." Chciałoby się powiedziec: no to jesteśmy kwita. Bo my też mamy bardzo ważne interesy polityczne i gospodarcze. Polski rząd wprost to mówi. I na tym właściwie temat można by zakończyć, bo wygląda na to, ze w tej sprawie jest konsensus miedzy rzadem i opozycja. W Polsce wszyscy są przeciw polityce klimatycznej UE. Są jednak niuanse. PO częściej argumentuje, że na dalsze ograniczanie emisji CO2 nas nie stać, że to zrujnuje naszą gospodarkę opartą na węglu. Podobnie eseldowska lewica. W reakcjach PiS i pisopodobnych te argumenty też się pojawiają oczywiscie, ale jako ilustracja istotniejszego zjawiska: oni, czyli Zachód siłą chcą nam swoje mrzonki narzucić żeby nas zniszczyć, a przynajmniej dlatego, że się z nami nie licza i nigdy nie liczyli. Robią to przeciw nam lub wbrew nam lub mimo nas.

Czy jednak choćby z intelektualnej uczciwości, choćby dla ćwiczenia,  nie warto byłoby przyjąć, że klimatyczne troski są nie tylko odziałem "idiotów z grinpisu" lub cyników chcących zarobić naszym kosztem? Może jednak coś innego się za tym też kryje.

Z jakiegoś powodu nie wypada przyznać w Polsce, że zmiany klimatyczne są faktem i że są jednym z największych zagrożeń kolejnych dziesięcioleci. Dlaczego? Z  niedowiarstwa moze: kiedyś trudno bylo Pasteurowi przekonac ludzi, że na świecie są mikroby, i że trzeba myć ręce. Może tak bardzo zagnieździły się bushowskie poglądy na świat. Wszak jego zwolennicy gotowi byli (i są!) z równym przekonaniem zapewniać, że ewolucjonizm ma uzasadnienie jak i że zmian klimatycznych nie ma. Być może Polacy też uważają, że - jak powiedziano w Biblii - dostali Ziemię we władanie by ujarzmić siły natury. Ze względu na mało stresujące położenie geologiczne i klimatyczne, niewielkie jest ryzyko, że przyjdzie tzunami i każe nam zrewidowac pogląd w tej kwestii.

Jest to też problem aksjologiczny. Tak, klimat to też sprawa wartości, ale nie do zaakceptowania, bo obcych. Aż by się chciało powtórzyć, że kiedy się świat rozwijał my byliśmy pod zaborami i się na rozwój cywilizacji nie załapaliśmy. Gdy na świecie pojawiały się kolejne nowe idee i nowe wartości, już nie z religii się wywodzące, my tkwiliśmy w religijnej, chrześcijańskiej aksjologii. I nadal tkwimy. Dlatego, wbrew tradycji polskiego kulturalizmu, polskich humanistów,  nieufnie odnosimy się do wartości nie-religijnych. Jedna z najnowszych, poszanowanie środowiska naturalnego, i wynikająca z niej troska o klimat, wciąż w polskich uszach  budzą nieufność lub przynajmniej rozbawienie. To coś czego nie tylko Skandynawowie, ale nawet Niemcy, Francuzi czy Hiszpanie nie potrafią pojąć. Funkcjonujemy w innych schematach aksjologicznych. Dlatego nie ma porozumienia. Dlatego każda że stron ma wrażenie, że druga strona ukrywa przed nią swe prawdziwe intencje. 




2012-02-14

Europa i Bliski Wschód: nie hodować satrapów, nie handlować demokracją


Al Kaida ogłasza dżihad przeciw rządom Baszara Al-Asada w Syrii. Irakijczycy walczący jeszcze niedawno w szeregach milicji Mahdiego  przeciw zachodniej koalicji, dziś dozbrajają syryjskich rebeliantów. Przeciw satrapie z Damaszku protestują islamiści w Libii. Autorytarne ale świeckie rządy na Bliskim Wschodzie upadają, a władzę przejmują islamiści. Tunezja, Egipt, Maroko - tak samo będzie w Syrii. Rzeczywistość pokazuje jak bardzo naiwne jest przekonanie, dość powszechne w naszej części świata, że upadek dyktatora oznacza zwycięstwo demokracji, a zwycięstwo demokracji oznacza świeckie rządy. Fakt, że upadających dyktatorów do niedawna jeszcze Zachód popierał albo przynajmniej tolerował, widząc w nich łatwiejszych do kontrolowania  partnerów niż w islamistach, dodaje tej naiwności politycznego dramatyzmu i każe się zastanowić jaki model partnerstwa UE i USA wypracują z rządami wyznaniowymi.

Nie musi być źle. Wszystkie bliskowschodnie rządy, o religijnej czy islamskiej proweniencji, kojarzą nam się z islamizmem. Islam to nie islamizm. Nie musi być ani fundamentalistyczny ani antyzachodni. Drogie nam zasady demokracji mogą pod tym rządami funkcjonować lepiej niż pod rządami Kadafiego, Mubaraka albo Asada. Nie ma jednak co udawać, że to nie w a część świata jest dla tych zasad ojczyzną. Jeżeli chcemy, by i tam funkcjonowały, nie możemy poddać się tezie o nieuniknionej wojnie cywilizacji, którą jedynie wolny rynek i międzynarodowy handel może powstrzymać. To nieprawda, że u nas demokracji bronić nie trzeba, bo już jest. I nie jest też prawdą, że dla jej utrwalenia wystarczy, żeby przetrwała w zachodnim skansenie idei. Te zasady muszą też być szanowane w otoczeniu Europy. Do ich obrony poza naszymi granicami potrzeba nie wojen krzyżowych, ale jasnego stawiania sprawy za każdym razem, gdy należy to zrobić. Na Bliskim Wschodzie, w Afryce i w Chinach. UE stawiając warunki dotyczące państwa prawa, demokracji, praw człowieka, a więc swoich wartości, przegrywa w Afryce konkurencję nie tylko z Chińczykami (których inwestycje, między innymi w wydobycie bogactw naturalnych, nie są takimi warunkami obłożone), ale i z USA. Na dłuższą metę jest to jednak niezbędne, nawet za cenę dostępu do niektórych surowców. Bo bez tych wartości nie ma Europy. Bez nich nie ma europejskiej soft power. A bez niej miejsce UE w świecie, i politycznie i gospodarczo, spada w rankingach. Europie nie wolno hodować satrapów pod pretekstem, że podpisuje z nimi umowy handlowe. I że jak my ich nie podpiszemy, to zrobią to Chińczycy. 

Claude Guéant                 Wikimedia Commons
Nie pomagają oczywiście ci politycy, którzy uważają za anachronizm wspominanie o prawach człowieka podczas handlowych negocjacji z satrapami. Nie ułatwiają sprawy i ci, którzy podczas swoich krajowych kampanii wyborczych głoszą wojnę cywilizacji. Zwłaszcza, gdy nie należą do politycznej ekstremy, ale do politycznego mainstreamu. Najświeższym przykładem jest choćby deklaracja francuskiego ministra spraw wewnętrznych Claude'a Guéant o wyższości zachodniej cywilizacji. Jestem jak najdalszy twierdzenia, że wszystkie cywilizacje są sobie równe; i że ich wzajemne przenikanie doprowadzi do jednej, pięknej ogólnoludzkiej cywilizacji. Tak nie będzie, bo cywilizacja, w odróżnieniu od kultury, to nie emanacja i materializacja gustów, ale społeczny projekt na przyszłość. To kwestia wspólnego wyboru wartości. A gdy wybory są inne i umowa jest zawierana na inny h zasadach to i cywilizacja jest inna. Tylko, że to są tematy na książkę, na uniwersyteckie debaty, na publicystyczne spory. Nie na kampanię wyborczą.

Claude Guéant swoje cywilizacyjne, karykaturalnie spłycone opinie głosi przed wyborami prezydenckimi by przyciągnąć do partii Sarkozy'ego elektorat skrajnej prawicy. Wie, że zostaną wykorzystane w populistycznym sporze o imigrację. Nie będę się rozwodził nad prawdziwymi poglądami ministra. I nad jego cynizmem. Zapytam tylko jak tacy politycy mają później rozmawiać z bliskowschodnimi rządami, dziś w większości wyznaniowymi, o wartościach innych niż handlowe? Jedyny sposób to robić to pomijając kwestie, o których nie ma - ich zdaniem - sensu rozmawiać. Kwestie może nie najwazniejsze, czasem wręcz uciążliwe, gdy sprzedaje się samoloty i czołgi albo kupuje ropę i kobalt.  Ale fundamentalne dla przyszłości UE i jej państw członkowskich i dla ich miejsca w świecie. Miejsca UE w ludzkich głowach i na światowych rynkach.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...