Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antysemityzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antysemityzm. Pokaż wszystkie posty

2014-01-20

Kto bardziej kocha Wincentego Witosa

Wincenty Witos na obchodach 25 lecia swojej działalności politycznej, 
Wierzchosławice, 1933.
Wczoraj w Wierzchosławicach, miejscu urodzin Wincentego Witosa, Jarosław Kaczyński wystąpił na wiecu z okazji 140. urodzin twórcy polskiego ruchu ludowego. Zaprezentował się jako jedyny prawdziwy rzecznik interesów polskich rolników. Walka z PSL o elektorat wsi trwa.

Spór o prawo do dziedzictwa Wincentego Witosa jest zabawnym elementem kłótni między PiS a PSL o to, kto lepiej broni polskich rolników. Formalnie to PSL wydaje się oczywistym spadkobiercą. Członkowie PiS dotychczas powoływali się na Piłsudskiego. Znana jest też ich mitomańska skłonność do przedstawiania Lecha Kaczyńskiego jako Piłsudskiego naszych czasów.  Tymczasem Witos i Piłsudski byli zażartymi przeciwnikami. Upadek trzeciego rządu Witosa był spowodowany przejęciem władzy przez Marszałka  w wyniku przewrotu majowego. Witos nigdy nie pogodził się z puczem i na zawsze pozostał wrogiem sanacji. Jako jeden z przywódców opozycji trafił do twierdzy brzeskiej, potem w procesie brzeskim skazano go na wiezienie i utratę praw publicznych (odebrano mu też order Orła Białego,  który rodzinie Witosa zwrócił dopiero prezydent Bronisław Komorowski). Później Witos wyjechał do Czechosłowacji i z emigracji kierował strajkami na polskiej wsi pozostając liderem Stronnictwa ludowego.  

Można się naśmiewać, że 11 listopada na placu Piłsudskiego w Warszawie Jarosław Kaczyński jest piłsudczykiem, a 19 stycznia pod pomnikiem Witosa w Wierzchosławicach - ludowcem. Okazuje się, że jest w tym jednak pewna logika. Wiadomo, że ani Piłsudskim ani Witosem Kaczyński nigdy nie będzie, bo to postać po stokroć mniejszego formatu, ale też nikt nie zabroni mu czerpać z dziedzictwa obu polityków tego, co mu odpowiada. Poza retoryką niepodległościową, która łączy Piłsudskiego i Witosa, Kaczyński dość wyraźnie inspiruje się w myśleniu o państwie modelem dyktatury wprowadzonej przez Marszałka. Z kolei obsesyjny strach przed obcymi, skłonność do oskarżania ich o nieustanne i świadome szkodzenie Polsce, dopatrywania się w mniejszościach narodowych zagrożenia polskości i - bardziej konkretnie - zagrożenia własności polskiej ziemi i polskiego przemysłu, oskarżanie przeciwników politycznych, zwłaszcza tych u władzy, o konszachty z obcymi na szkodę polskich interesów i preferowania obcych ze szkodą dla rdzennych Polaków - to niewątpliwie wyznaczniki myśli politycznej, które zbliżają go do Witosa. 

Przy okazji warto też przypomnieć (również jego apologetom z PSL) antysemityzm przywódcy Stronnictwa Ludowego.  Wiele na temat można znaleźć w książce Sławomira Mańko „Polski ruch ludowy wobec Żydów (1895-1939)” wydanej w 2010 roku przez Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego i IPN. Kaczyński nie jest antysemitą, kiedyś nawet uznał, że degrengolada polskiego nacjonalizmu została spowodowana między innymi antysemityzmem. Niewykluczone, że kiedyś ktoś uzna obsesyjną nieufność Kaczyńskiego wobec obcych, obcych państwowo, etnicznie lub moralnie, za czynnik, który doprowadził do degrengolady PiS. Kto wie. Antysemityzm u innych Kaczyński jest w stanie tolerować: u Jana Kobylańskiego albo u o. Rydzyka. Dlaczego miałby mu on przeszkadzać u Witosa? Podobnie tolerancyjny jest wobec homofobii posłanki Pawłowicz i jej eurofobii. W Wierzchosławicach na wiecu nikt nie palił tęczowych flag, ale transparenty i hasła antyunijne stanowiły dominujący ton wiecowego kolorytu. W najbliższych wyborach ich autorzy oddadzą zapewne głos na partię Jarosława Kaczyńskiego. Trudno, żeby mu to przeszkadzało, w końcu po to do Wierzchosławic przyjechał. PSL, odpowiadając na zarzuty Prezesa wobec ludowców i obietnice pod adresem rolników przypomniał glosowanie PiS w sprawie uboju rytualnego: poparcie zakazu uboju oznacza zdaniem liderów PSL olbrzymie straty dla polskich hodowców.  Nie tak dawno Roman Giertych (który w odróżnieniu od swego ojca, też polityka, od antysemityzmu się odżegnuje), oznajmił (w wywiadzie dla TVN 24), że poparcie zakazu uboju rytualnego przez PiS jest oczywistym objawem antysemityzmu tej partii. Wpływ Witosa? 



NB. 22 stycznia zapraszam do lektury trzeciej części cyklu o programie europejskim Jarosława Kaczyńskiego "Państwo PiS jest nie z tej Europy". Będzie o rolnictwie. 

2012-05-29

Rasizm na polskich stadionach: czy brytyjskie media mogą być nierzetelne?

W Wielkiej Brytanii, ojczyźnie stadionowego chuligaństwa i chuliganów w ogóle, media donoszą, że ponoć w Polsce, na stadionach, jest niekulturalnie. Jak zwykle, gdy mówią o nas źle, jesteśmy dotknięci do żywego.  Wiadomość o stronniczym, wycinkowym reportażu BBC (będącej niegdyś wzorcem prawdziwego dziennikarstwa) znalazła się we wszystkich gazetach, na wszystkich portalach, od niej zaczęły się telewizyjne Wiadomości. Wszyscy ruszyli, by udowadniać, że w rzeczywistości obraz polskich stadionów jest inny: bez kibolstwa, bez rasizmu, bez antysemityzmu. Nie zabrakło uroczystych zobowiązań: teraz musimy im udowodnić, że mogą się u nas poczuć jak u siebie. Jeszcze przed incydentem gdańscy hotelarze postanowili dowodów dostarczyć na własną rękę, podnosząc ceny tak, żeby płacący za hotel goście myśleli, że są w Londynie.

Całe to oburzenie na nierzetelność brytyjskich mediów bardzo mnie rozbawiło. Napisali o polskich stadionach tak, jak zwykle mówią o UE (z tą tylko różnicą, że  chyba więcej ludzi widziało polskiego kibola niż rzekomy unijny zakaz sprzedaży krzywych ogórków). Nie ma dnia, żebym w polskiej prasie nie znalazł artykułu zainspirowanego (jeśli po prostu nie zerżniętego) brytyjskimi prawdami na temat Unii Europejskiej. Najwierutniejsza bzdura, najgłupszy nawet komentarz brytyjskiego brukowca zostanie z całą powagą odnotowany przez polskie dzienniki. I to nie tylko jakieś rodzime tabloidy albo ziejące nienawiścią do wszystkiego co nie dość polskie endeckie pisemka, ale nawet czołowe dzienniki. Zgoda, taki na przykład Dziennik Gazeta Prawna czołowym dziennikiem nie jest, ale każdy euromit, każde antyeuropejskie przekłamanie wchłonie jak gąbka.  Nie ma różnicy: prasa czy telewizja, tabloid, dziennik uznany czy dziennik środka: gdy mowa o UE, nikt rzetelności brytyjskich doniesień nie sprawdza. Poszukujący tematu dziennikarz, im mniej o integracji i o UE wie, tym bardziej puchnie z dumy, że takiego znalazł newsa.

Po pierwsze, dowodzi to popularności tematu: kto by sie fascynowal smiesznym przepisem wprowadzonym przez Bułgarię? Bruksela to co innego. Po drugie, kiepskiego poczucia humoru, bo miłośnikom "euroabsurdów"  daleko do nadrealistycznej wrażliwości Witkacego, bliżej do dowcipów w rodzaju: "a Francuzi to podobno jedzą żaby" (kto pamięta z jakiego to filmu?). Po trzecie, złego wizerunku UE: informacja, że w UE nie wolno sprzedawać krzywych ogórków jest atrakcyjna i wiarygodna zarazem, każdy ten euromit zna, ale czy któraś gazeta napisała, że w USA pizzę uznano za warzywo? (Brytyjczycy napisali). Po czwarte wreszcie, że UE to dla nas wciąż coś poza nami: mimo deklarowanego w sondażach poparcia dla UE, widocznie czujemy się nie mniej wyspiarscy niż Brytyjczycy, bo żartów o UE nie bierzemy do siebie, mimo że Polska jest UE członkiem.

Ale następnym razem, gdy w gazecie napiszą za brytyjską prasą, że Bruksela zdecydowała to czy tamto, sugerowałbym przypomnieć sobie reportaż BBC o Polsce i Ukrainie. Nie żeby zaraz w ogóle nie wierzyć. Ale może warto spojrzeć krytycznie. Do dziennikarzy tego apelu kierował nie będę: prawdziwy dziennikarz wie, że informacje się sprawdza, a nie przepisuje, i że pisanie wymaga jednak minimum zrozumienia tego, o czym się pisze.

2012-03-20

Dominique Strauss-Kahn persona non grata w Parlamencie Europejskim

Dominique Strauss-Kahn (na zdjęciu), były szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego, zniknął nagle z programu konferencji na temat „Lekcji płynących z globalnego kryzysu gospodarczego”, która odbędzie się w Parlamencie Europejskim w Brukseli 27 marca. Zapowiedź jego udziału wywołała falę protestów na twitterze, portalach internetowych i wreszcie w prasie. Wystarczyło parę godzin, by DSK, jak nazywa się go we Francji, stał się persona non grata w PE.
Konferencja została zorganizowana przez EU40, platformę skupiającą europosłów różnych orientacji politycznych, ale w podobnym wieku: wszyscy mają mieć poniżej czterdziestki. Wymóg wieku nie jest przestrzegany zbyt ortodoksyjnie, skoro połowa polskich posłów wymienionych na stronie internetowej go nie spełnia.  Inicjatorzy tej demograficznej wspólnoty są przekonani, że to do nich będzie należał głos w polityce europejskiej, a pewnie i krajowej, po najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego.
Żeby przygotować się do przejęcia władzy, EU40 organizuje spotkania i konferencje, takie jak ta, z której wykluczony został po cichu DSK. Sam zrezygnował? Wycofano zaproszenie? Nie wiadomo na razie, bo jeszcze parę godzin temu jego nazwisko służyło za reklamę konferencji. Było wymienione obok nazwisk dwóch innych uczestników: Jeana-Claude’a Trichet, do niedawna szefa Europejskiego Banku Centralnego, oraz jego imiennika, Junckera, premiera Luksemburga i szefa Eurogrupy.
Całe szczęście, że nic nie wiadomo aby dwaj pozostali mówcy cierpieli na równie niepohamowaną słabość do kobiet jak DSK. Gdyby coś podobnego wyszło na jaw, również ich kompetencje jako ekonomistów, finansistów, polityków a nawet ich frontowe doświadczenie z walki z kryzysem światowym okazałyby się zapewne niegodne konferencji poświęconej „Lekcji płynącym z globalnego kryzysu gospodarczego”.
Jest to na pewno lekcja dla DSK. I to kolejna po tym, jak w ubiegłym roku musiał ustąpić ze stanowiska szefa MFW w związku z oskarżeniem o gwałt na pokojówce w nowojorskim Sofitelu. Amerykańska prokuratura wycofała wobec niego oskarżenia, uznane za niewiarygodne, ale za udział w aferze zapłacił dodatkowo wycofaniem swej kandydatury w wyborach prezydenckich we Francji. I to w chwili, gdy wedle sondaży miał być ich murowanym zwycięzcą. Potem pojawiły się kolejne oskarżenia we Francji: o molestowanie seksualne a ostatnio o współudział w stręczycielstwie i poplecznictwo w malwersacjach w tzw. aferze hotelu Carlton.
16 maja 2011, DSK miał wziąć udział w konferencji na temat gospodarki organizowanej w Brukseli. Nie dotarł na nią, bo dzień wcześniej został zatrzymany w przez nowojorską policję pod zarzutem próby gwałtu. Wtedy też jego nazwisko prawie do ostatniej chwili widniało na plakacie. Wtedy siedział w areszcie. Tym razem, już na wolności, zaznał ostracyzmu. Nie po raz pierwszy i nie ostatni zapewne. 

Podtytuł konferencji w Parlamencie Europejskim, z której został wyproszony, to „Europa na rozdrożu”. Na rozdrożu wartości? Korytarzami, których jego stopy okazały się niegodne, chadzają różni ludzie. Jean-Marie Le Pen, skazany wielokrotnie za antysemityzm i za negacjonizm, jego córka szefująca szowinistycznemu Frontowi Narodowemu, polski poseł, kiedyś oskarżony o gwałt na prostytutce (mandatu nie utracił), posłowie, którym udowodniono korupcję. Był tu Putin i paru innych przywódców, którym niejedno można zarzucić. Najgorszy ze wszystkich okazał się DSK. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...