Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarność. Pokaż wszystkie posty

2016-05-04

Grzywna za niesolidarność

Dzisiejszy dzień przyniósł post-scriptum do wczorajszego posta: Komisja Europejska ogłosiła, jak wcześniej zapowiadała, cennik kar za brak solidarności. Każdy kraj, który wbrew prawnym i politycznym zobowiązaniom nie wywiąże się z obowiązku przyjmowania uchodźców przybywających do Unii, zapłaci 250 tysięcy euro od nieprzyjętego uchodźcy.

Krytycy, w Polsce albo na Wegrzech, bardzo się obruszyli oczywiście i uznali tę decyzję za absurdalną i niewykonalną. Komisarz Dimitris Avramopoulos wyjaśnił, że mówiąc o solidarności i odpowiedzialności miał na myśli nie tylko zasady moralne, których wartość, jak wiadomo, jest na euro nieprzeliczalna, ale również prawne i finansowe, a te, jak najbardziej, w grzywnach i karnych odsetkach można wyrazić. Oczywiście Komisja nie mówiła o karach. Mówiła o prawie każdego państwa do wyboru: albo przyjęcie pod swój dach uchodźcy, albo wykupienie mu miejsca pod dachem w innym państwie. To trochę jak w dawnych czasach prawo do "wykupienia się"od slużby w armii.

Wiceprzewodniczący Komisji Frans Timmermans (ten który nie poznał się na dobrej zmianie i dlatego uznany został przez szefa niedyplomacji Witolda Waszczykowskiego za persona non grata w Polsce) przypomniał, że za każdym razem, gdy odwoływano się do solidarności i odpowiedzialności w niematerialnym wymiarze, kraje, które ani jednego i ani drugiego nie mają w nadmiarze (ani w naturze), powoływały się na obowiązujące prawo, na tak zwane rozporządzenie dublińskie. A ponieważ nie było ono w stanie na nikim solidarności wymusić, postanowiono je zmienić. I słusznie.

Bardzo możliwe oczywiście, że państwa członkowskie ponownie okażą się wobec siebie solidarne w 
obronie niesolidarności i narodowego, krótkowzrocznego egoizmu idiotów i propozycję odrzucą. Nie zmienia to faktu, że Komisja zaproponowała jedyne możliwe rozwiązanie. 

2015-09-15

Niemieccy migranci a polskie autostrady, czyli o powinności i solidarności

To interesujące, jak wielu Polaków uważa, że europejska solidarność wymaga finansowania przez UE polskich autostrad i basenów, ale nie wymaga przyjmowania przybywających do UE migrantów. Żeby zjawisko to zrozumieć, trzeba się odwołać do sposobu rozumienia w Polsce dwóch koncepcji: powinności i solidarności.

Finansowanie z unijnego budżetu wydatków na infrastrukturę, która czyni życie Polaków wygodniejszym i tworzy miejsca pracy, to unijna powinność. Wygodniejsze i dostatniejsze życie to polska aspiracja, którą Unia ma spełnić. Tak przede wszystkim rozumiemy sens i cel integracji europejskiej i tak rozumianą - i docenianą - Unię Polacy popierają w sondażach. Na tej podstawie formułowany jest dyskusyjny wniosek, że Polacy są bardzo proeuropejscy. Jakby to na tym polegała europejskość.

Unijna solidarność

Unijny współudział w realizacji tych aspiracji wynika z zasad integracji europejskiej (solidarność na rzecz wyrównywania poziomów życia), unijnych mechanizmów (polityka spójności) i, oczywiście, z zasobów finansowych unijnego budżetu. Wiadomo, że gdy o finanse chodzi, jesteśmy w pierwszym rzędzie beneficjentami niemieckiej szczodrości, bo to najbogatszy kraj UE. Ale też dlatego, że to kraj geograficznie najbliższy, oczywisty kierunek polskich migracji - nie w obronie życia, nie za chlebem nawet, ale w celu podniesienia poziomu życia. Podnosząc poziom życia w Polsce Niemcy stosują więc logikę rozwiązywania problemu u źródeł, postulat nieustannie pojawiający się dziś w argumentacji tych, którzy w Polsce są przeciwni przyjmowaniu migrantów.

Jednak gdy mówimy o płynących do Polski funduszach, nie mówimy, że są niemieckie, tylko unijne. Dlatego doceniamy solidarność UE, ale rozumianą nie jako element kanonu wartości, tylko jako "mechanizm" (tak się zresztą czasem mówi: "mechanizm solidarności"). Co do Niemców, ich kontrybucję do unijnego budżetu traktujemy jako powinność: bogatszego wobec biedniejszego, ale też historycznie winnego wobec pokrzywdzonego.

Niemieccy imigranci

Inaczej z migrantami: o nich nie mówimy, że są unijni, tylko niemieccy. Ten zabieg retoryczny, wymyślony przez Viktora Orbána, padł w Polsce na podatny grunt: skoro problem jest niemiecki, a nie unijny, nie europejski, to nie ma mowy o europejskiej solidarności. Kamień spada z serca. Solidarność odzyskuje swój moralny wymiar, ale nie na poziomie europejskiej kultury politycznej i obywatelskiej, tylko w swym religijnym wcieleniu: episkopat wykazał się chrześcijańską miłością bliźniego. Jej realizację zrzucił na często niechętnie nastawionych do pomysłu proboszczów: parafie przyjmą migrantów. Ale których? Ilu? Kiedy? Jak ich przewieźć? Zarejestrować? Za jakie pieniądze? To sprawy ziemskie, którymi zajmować się nie musimy. Tu Bruksela kwot nie narzuci. Kamień spada z sera po raz drugi.

Skoro problem nie jest europejski, tylko niemiecki, to tematem chwili nie jest żadna solidarność (bo solidarni to oni mają być z nami), tylko powinność, a ta - z zasady - jest niemiecka. Nie ma powodu byśmy jako Polacy przyjmowali na siebie niemieckie powinności. Polska koncepcja powinności jest nierozerwalnie związana z winą. A to nie my jesteśmy winni.

Polska przyzwoitość

Czy jest też związana z przyzwoitością? Tak, ale z jej specyficzną odmianą. Zdefiniowała ją jasno Halina Bortnowska w audycji Stefana Bratkowskiego "Z Boku", nazywając ją przyzwoitością obłudy, przyzwoitością Dulskiej i Tartuffe'a, w odróżnieniu od przyzwoitości jako wierności samemu sobie, opisywanej przez Josepha Conrada. Ilustracją przyzwoitości obłudy jest niedawny sondaż, w którym 53 % Polaków uznało, że powinniśmy przyjmowć uchodźców, ale większość spośród nich gotowa jest przyjąć liczbę jak najmniejszą, symboliczną, kilkaset osób. Kilkaset osób przyjmiemy. Żeby już nie gadali.



2015-09-03

Państwo PiS jest nie z tej Europy (8) Cała wstecz, cała w bok: damy radę!

Przeczytaj i zgadnij o kim mowa. Bądź gotów, bo jutro to oni będą gospodarzami twojego domu. 


Dialog, konsensus i negocjacja postrzegane jako objawy słabości w polityce, podział łupów jako główny mechanizm powyborczego przejmowania władzy  w państwie; przeciwnicy polityczni - tylko wewnątrz własnej partii, poza partią - to wrogowie do unicestwienia; służba partyjna zamiast cywilnej w administracji rządowej.

Państwo rozumiane jako przestrzeń władzy, terytorium do podboju i przejęcia na własność; władza jako prawo do wywłaszczenia  i upokorzenia pokonanego wroga. 

Moralność Kalego we wszystkich wymiarach życia publicznego.

Centralizacja i nacjonalizacje, protekcjonizm; poświęcenie rozwoju gospodarczego na rzecz wyborczego koniunkturalizmu.

Sprawiedliwość społeczna - jak każda inna, rozumiana jako obowiązek wyznaczenia i ukarania winnego; prawo talionu - podpowiadane przez instynkt rozumienie wymiaru sprawiedliwości.

Referendalno-sondażowy populizm jako ersatz demokracji legitymizującej rządy autorytarne; budowa wspólnoty nacjonalistycznej zamiast obywatelskiej, opartej na wiktymizacji oraz desygnowaniu wrogów wewnętrznych i zewnętrznych; nieustanne dzielenie ludzi na naszych i na wrogów.

Muzealnictwo i zinstrumentalizowany historycyzm jako wiodący motyw myślenia o przyszłości; zawłaszczenie symboliki przeszłości postrzeganej jako legitymacja upoważniająca do zdobycia i sprawowania władzy; programowe i ostentacyjne wstecznictwo, niesłusznie uważane przez niektórych za formę myśli konserwatywnej.

Ograniczenie wolności obywatelskich; katolicki szariat lepszy od każdego systemu wartości opartego na prawach indywidualnych; przekonanie, że jednostka poza kuratelą państwa, Kościoła lub rodziny jest i zagrożona i źródłem zagrożenia; do szkoły lepiej ją wysłać później, na emeryturę - wcześniej.

Instynktowna niechęć do mniejszości, kult większości i dominacji; solidarność ze słabszymi i potrzebującymi bardziej demonstrowana niż odczuwana, podporządkowana kryterium bliskości etnicznej i religijnej.

Rozdwojenie tożsamości objawiające się, z jednej strony, samodestrukcyjnym kompleksem słabszego, hamującym zdolność rozwoju i wzmacniającym instynkt przetrwania, a z drugiej strony poczuciem moralnej wyższości rozbudzającej u ofiary oczekiwanie zadośćuczynienia.

W polityce zagranicznej pieniackie pozerstwo zamiast dyplomacji; kształtowanie relacji międzynarodowych w atmosferze walki o przetrwanie we wrogim z zasady otoczeniu zamiast działania na rzecz budowy pozytywnej wspólnoty interesów; budowanie sojuszy tylko w odniesieniu do wspólnego wroga; antyeuropejskość i prowincjonalizm; defiladowa militaryzacja na wzór rosyjski zamiast unowocześniania armii. 

Mimo manifestowanej szowinistycznej antyrosyjskości naturalny pociąg do putinizmu, do wartości najbliższego geograficznie Wschodu zamiast Zachodu, nawet w pojmowaniu chrześcijaństwa.

Tak wygląda przepis na państwo partii PiS. Ten tekst, po długiej przerwie, zamyka cykl "Państwo PiS jest nie z tej Europy", którego celem było przedstawienie jak daleko od cywilizacji zachodnio-europejskiej chce zepchnąć Polskę Jarosław Kaczyński. W poprzednich artykułach koncentrowałem się na tym, co kojarzy się z Unią Europejską, opierałem się na bezpośrednich odniesieniach do integracji europejskiej w takich dziedzinach jak fundusze unijne, energetyka, klimat, rolnictwo, waluta euro, polityka zagraniczna i prawo UE.  Ale żadne z tych europejskich odniesień i żadna deklaracja na temat UE wypowiadana przez pisowskich harcowników nie  ukazuje tak wyraźnie antyeuropejskości PiS  jak ich praktyka i koncepcja polskiego państwa. Stosunek PiS do Polski silniej ich antyeuropejskość unaocznia, niż stosunek wobec UE.

Dziś ziszcza się obawa, która w styczniu 2014 popchnęła mnie do opublikowania pierwszego rozdziału: PiS przejmuje państwo. Najpierw prezydent, Andrzej Duda, który już po pierwszych tygodniach sprawowania urzędu prezydenta okazał się być jedynie narzędziem w ręku swego prezesa, wykonawcą poleceń i zaleceń, bez krztyny niezależności nawet w dziedzinie savoir-vivre'u.  Za chwilę powstanie rząd PiS. 

Andrzej Duda składa przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym
W swym pierwszym prezydenckim orędziu Andrzej Duda wyraził poglądże "najważniejszym oczekiwaniem Polaków jest byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę, taką, jaka powstała w latach Solidarności". Przez chwilę mogło się wydawaćże jest to też jego własne oczekiwanie i że jako głowa państwa chce na to oczekiwanie odpowiedzieć. Jego odpowiedź widzieliśmy kilka dni temu w Gdańsku. A potem na Westerplatte. Nie dajmy się zwieść jego słowom, gdy używa terminu solidarność. Ani w odniesieniu do Polski, ani w odniesieniu do Europy. Solidarność to koncept nie do pogodzenia z pisowskim światopoglądem. Solidarność, której PiS jest piewcą to tylko politykierski artefakt, gadżet, którym rzuca sie komuś w twarz. 

Przeciwnicy PiS mówią, że rządy tego ugrupowania cofną Polskę w rozwoju, nie tylko gospodarczym, ale i cywilizacyjnym. Ale przecież nie ma powrotu. Wstecznictwo PiS nie popchnie Polski w tył, tylko w bok, bo przestrzeni i czasu, w których Jarosław Kaczyński chciałby funkcjonować już nie ma. Ale w bok się da.  

W bok, to znaczy poza nawias, bo nie ma przecież Europy, do której Polska pisowska mogłaby się przesunąć. Nie wierzę, by Kaczyńskiemu, we współpracy z Viktorem Orbánem, udało się taką alternatywną Europę zbudować. Bo oni nie budują. I nie współpracują. W tym przypadku - na szczęście.

Państwo PiS, które zbliża się wielkimi krokami, jest państwem z innej Europy. Europy, której nie ma. Co zrobić by Polacy, manifestujący swą "proeuropejskość" w kolejnych badaniach opinii publicznej, nie oddali władzy w ręce antyeuropejczyków? Pewnie nic się zrobić nie da. Polacy lubią uczyć się na własnych błędach, a potem za bolesne skutki tej nauki oskarżać wszystkich na około. To taki masochizm, ale ponury, bez uczucia satysfakcji. Taki wschodni masochizm. 

2012-12-28

Solidarność, głupcze!

W Europie łatwiej o myślenie w kategoriach dobroczynności niż solidarności. Ktoś mógłby pomyśleć, że to czas świąt kieruje naszą uwagę w stronę najbardziej potrzebujących. Na pewno. Ale kryzys gospodarczy nad wyraz jasno pokazał, że to trwała tendencja: ludziom łatwiej przychodzi poddać się chwilowym odruchom sumienia niż wytrwale podążać za podszeptami rozumu. Łatwiej o dobry uczynek na poziomie indywidualnym – jałmużnę, zapomogę, paczkę na święta dla biednych, niż o postępowanie na co dzień zgodnie z zasadami solidarności. Tymi, które wynikają z poczucia wspólnoty losu, zdefiniowania wspólnego interesu, działania na zasadzie wzajemnej pomocy.  Nasze dobre uczynki, balsam na umartwione sumienia, paradoksalnie pokazują jak blisko jest nam do Hobbesa, a jak daleko do Kropotkina. 

Zwykła ludzka rzecz, co do tego ma Unia? Wbrew pozorom ma sporo, bo mechanizmy i sens integracji europejskiej opierają się na zasadzie solidarności w podziale dóbr i na wzajemnej pomocy jako czynniku rozwoju. Wydawałby się to oczywistością. Słowo solidarność odmieniane przez wszystkie przypadki zdominowało publiczne wystąpienia polskich dygnitarzy podczas naszej prezydencji w Radzie UE. Przydaje się również dziś podczas rozmów o unijnym budżecie i o polityce spójności. Solidarność jest nieodzownym odwołaniem w tej retoryce, razem z deklaracjami i wezwaniami dotyczącymi wspólnoty interesu i wzajemności korzyści w europejskiej wspólnocie. 

Solidarność patentowana

Ciekawe, że w tym samym czasie argumenty solidarności i wzajemności nie pojawiają się w debacie na temat wspólnego europejskiego patentu. Nie opłaca nam się – będziemy musieli dołożyć. Ukazał się raport jednej z firm konsultingowych, z którego wynika, że nas to może coś kosztować. Ktoś wyliczył, że mniej, niż rząd chce zebrać rocznie z mandatów. Ciekawe, że cicho jest  na temat innych raportów, publikowanych od trzydziestu lat, ukazujących że dla rozwoju UE, dla jej przedsiębiorczości, jej przemysłu i handlu wspólny patent jest niezbędny. Że jest jednym z warunków poprawy konkurencyjności unijnej gospodarki w w globalnej rozgrywce. Ale polscy przedsiębiorcy wyjątkowo nie mówią o europejskich przedsiębiorstwach, tylko o polskich, o swoich własnych. Przestały być europejskie? 

Co rusz spotykam wzmiankę o tym, że w kwestii patentu nie jesteśmy sami: Włosi i Hiszpanie też nie chcą. Niewiedza czy zła wola  dziennikarzy, nie wiem, ale prawda jest taka, że Włosi i Hiszpanie uparli się i wetują ze względów prestiżowych, bo chcą, żeby włoski i kastylijski zostały dodane to listy języków, w których patenty będą zgłaszane. Znacznie podniosłoby to koszty operacji, której celem jest obniżenie ceny, jaka europejscy przedsiębiorcy i wynalazcy płacą za ochronę patentową. Jesteśmy solidarni z Włochami i Hiszpanami? Chcemy żeby było drożnej? Bezrozumna solidarność. Lobby polskich przedsiębiorców sprzeciwia się porozumieniu 25 państw, ale bynajmniej nie z solidarności z budżetem państwa, który na jednolitym patencie miałby stracić.  Chodzi o to, by sobie patentami głowy nie zawracać. Po co? Własność intelektualna jest dobra dla bogatych, wynalazki zresztą też, więcej patentów europejskich to trudniejszy do nich legalny dostęp.  Legalny – tu jest pies pogrzebany. Solidarność? Tak, solidarność Kalego. Przykładów tej kategorii solidarności jest zresztą więcej, jednym z budzących w Polsce największe (i po części zrozumiałe) kontrowersje jest unijna polityka klimatyczna.  


Solidarność Janosika

Ten brak solidarności i poczucia wspólnoty widać też w innych kwestiach, z pozoru z UE nie związanych. Jednym z przykładów była dyskusja na temat „janosikowego”. Chodzi o prawo, na mocy którego bogatsze regiony Polski, poprzez wkład do tak zwanej subwencji ogólnej, przekazują cześć swoich dochodów regionom o niższym dochodzie na głowę mieszkańca. Nie jestem specjalistą i  nie wiem, czy to dobre rozwiązanie. Zastanawia mnie co innego: dlaczego nikt nie mówi z przekąsem o „janosikowym”, które Jean, Hans i Ian płacą na polskie drogi, mosty, oczyszczalnie, kursy dla bezrobotnych, uczelnie i nawet na Jasną Górę (tam też od lat konserwacja finansowana jest głównie z unijnych funduszy strukturalnych). Czy w interesie bogatych polskich regionów nie leży rozwój biednych polskich regionów? Czy ta solidarność się nie opłaca? Jeżeli tak, to ci którzy tak uważają, nie powinni wypominać egoizmu bogatym państwom UE, które wolałyby mniej płacić albo, jak Wielka Brytania, nie płacić wcale na biedną Polskę, Litwę czy Rumunię. 

Solidarność bogatych

Żeby wszystko było jasne: Polska, ojczyzna  „Solidarności”, nie jest jedynym członkiem UE, w którym solidarność nie jest naturalnym odruchem, a solidarność dekretowana przez państwo lub wspólnotę państw nie spotyka się z powszechnym  zrozumieniem. Francuski podatek, który mają zapłacić najbogatsi jest chyba najbardziej jaskrawym przykładem janosikowego myślenia. Pisałem o tym niedawno w tekście na temat Gerarda Depardieu. Katalonia, najbogatszy region Hiszpanii, chce niepodległości, bo ma dosyć płacenia na biedniejsze regiony. Tyle, że domaga się tej niepodległości w ramach UE, niejako pod osłoną europejskiej solidarności. Szkocja też uważa, że sporo by zyskała, gdyby nie musiała dokładać się do brytyjskiego budżetu i nie chce słyszeć płynących z Londynu pouczeń na temat solidarności: fakt, że Londyn za rządów Camerona nikogo solidarności uczyć nie powinien. Flamandzcy nacjonaliści od lat dążą do rozbicia Belgii, bo nie chcą – jak twierdza – utrzymywać biedniejszej Walonii. Kiedyś to Walonia była bogata, a Flandria biedna, Walonowie pogardzali wówczas Flamandami. Ucichła sprawa włoskiego irredentyzmu, ale Liga Północna istnieje nadal jako żywy dowód, że separatystyczne tendencje bogatej "Padanii" nie nalezą do przeszłości. 

Niemców czy Holendrów pewnie łatwiej byłoby przekonać do wysyłania do Polski paczek, jak w stanie wojennym, niż do tej formy solidarności, która obowiązuje w UE. Pewnie byłoby łatwiej, tylko, że pożytek – nie tylko dla Polski, również dla nich samych – byłby nieporównywalnie mniejszy. Greków – na jakiś czas przynajmniej – można by przyjąć do obozów uchodźców, dać jeść, swetry rozdać. Ale na dłuższą metę nikt na tym nie skorzysta. Wyjątkowa w historii finansowa  solidarność państw strefy euro przyniesie profity wszystkim,  nawet jeśli to bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Grecy poczują je pewnie ostatni i zapewne nie wcześniej niż za kilkanaście lat. Europejska solidarność nigdy nie była łatwa do zrozumienia, a w odróżnieniu od dobroczynności nie jest wynikiem odruchu serca, tylko rozumu. Okres kryzysu jest dla idei solidarności najtrudniejszym sprawdzianem, bo solidarność wymaga umiejętności i odwagi spojrzenia w przyszłość, a przyszłość oglądana z kryzysowej perspektywy napawa ludzi strachem, a nie odwaga. Strach pogłębia istniejące już wcześniej podziały, jest pożywieniem egoizmu.  Jak to się dzieje, że w tej sytuacji oparta na solidarności integracja europejska funkcjonuje już od kilkudziesięciu lat? Nie wiadomo. To tylko kolejny dowód na to, jak genialni byli ci, którzy tę europejską Spółdzielnię „Solidarność” wymyślili.

2012-12-16

Gérard Depardieu, ten zdrajca

Fot. Wikimedia Commons
Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka solidarność. Na jednego z najpopularniejszych i najbogatszych francuskich aktorów posypały się we Francji gromy, po tym, jak niedawno oświadczył, że przeprowadza się do Belgii. A dokładniej paręset metrów za francuską granicę, do zabitego dechami, nudnego i szarego miasteczka Néchin. Tam, wzdłuż głównej (i właściwie jedynej) ulicy postanowili zamieszkać Francuzi uciekający przed podatkami nałożonymi na najbogatszych przez rząd Jeana-Marka Ayraulta. Wszyscy ci, którzy zarabiają powyżej miliona euro rocznie, mają zapłacić solidarnościowy, kryzysowy i ponoć tymczasowy podatek wysokości 75% dochodów.

Depardieu twierdzi, że w 2012 roku zapłacił francuskiemu fiskusowi 85% swoich dochodow. Sporo. Dlatego uznał za głęboko niesprawiedliwe i "nędzne" oskarżenia sformułowane pod jego adresem przez francuskiego premiera, który nazwał go nędznikiem. Przelała się czara. Premier, dołączając do grona oskarżycieli, przegiął na tyle, że w dzisiejszym Journal du Dimanche, w liście otwartym adresowanym do premiera, Depardieu oświadczył, że oddaje francuski paszport.  Nigdy się nim nie posługiwałem. Podobnie jak francuskim ubezpieczeniem społecznym - napisał francuski aktor i biznesmen (Depardieu jest właścicielem dochodowych winnic i sieci restauracji). "Nie mamy tej samej ojczyzny" - oświadczył nawiązując do oskarżeń o zdradę i brak patriotyzmu. "Jestem prawdziwym Europejczykiem, obywatelem świata, mój ojciec to we mnie zaszczepił". Depardieu wylicza, że od 45 lat zapłacił już Francji 145 milionów podatku, że daje zatrudnienie osiemdziesięciu osobom,  że podatki płaci od 14 roku życia, gdy pracował jako czeladnik drukarski, na długo przed tym jak został aktorem dramatycznym. Dziś Depardieu postawił kropkę nad "i": ci, którzy wątpili, czy zmiana rezydencji podatkowej oznacza, że Depardieu rezygnuje z francuskiego obywatelstwa, dostali odpowiedź.

Czytelników tego bloga nie zaskoczy, że najbardziej zainteresowało mnie w całej sprawie uzasadnienie europejskością ucieczki przed podatkami. Depardieu, znany między innymi z otwartego poparcia dla Nicolas Sarkoziego, neogaullisty, raczej rzadko kojarzonego z europejskim patriotyzmem a odmieniającym Francję i Francuzów przez wszystkie przypadki w każdym wypowiedzianym publicznie zdaniu, daje do zrozumienia, że granice, w tym przypadku fiskalne, nie mają dla niego znaczenia.  Nie ucieka z Francji, po prostu pozostaje w Europe.

Zgoda, 75% podatku to dużo dla tego, kto ma go zapłacić. Ale nie aż tak dużo, by dla budżetu jednego z najbogatszych państw świata oznaczało to znaczące przychody. Podatek ma znaczenie symboliczne, ma być oznaką, że we Francji nastąpiła zmiana i że odejście Sarkoziego znaczy powrót do obywatelskiej i solidarności, stawianej przez socjalistów na szczycie hierarchii republikańskich wartości. W odróżnieniu od Sarkoziego,  sprawującego rządy pod znakiem egoizmu i mamony.  Francuski podatek od najwyższych dochodów jest polityczny, ale w sumie systemy podatkowe zawsze są odzwierciedleniem polityki. Tej jednak wielu, wśród nich Depardieu, zarzuca populizm.

W czasie kryzysu, gdy w całej Unii brzmią nawoływania do europejskiej solidarności, Depardieu oświadcza, że przymusową francuską solidarność, jako Europejczyk, odrzuca. Zastanawiam się jednak, czy gdyby ustanowiono wreszcie unijny podatek bezpośredni, Depardieu głosiłby swoją europejskość równie zdecydowanie. Czy podatki europejskie płaciłby z większym przekonaniem, niż podatki francuskie.

W Polsce Depardieu znany jest między innymi z filmu o Asteriksie i Obeliksie. Sam, jak pamiętamy, był odtwórcą tej drugiej postaci. Dziś Obeliks mieszka w Néchin. Christian Clavier, odtwórca roli Asteriksa, przeniósł się tymczasowo (podatek od wielkich fortun też jest tymczasowy) do Londynu. Obaj podatki będą więc płacić poza Francją. Asteriks i Obeliks są symbolami francuskiej niezależności. Podobnie jak wioska Galów, w której  mieszkali, jedyna w cywilizowanym świecie, która nie poddała się rzymskiemu imperium.  To dość zabawne, że Depardieu-Obeliks, kojarzony z francuskim stylem życia, francuskim jedzeniem i piciem czuje się bardziej wolny i bardziej sobą w Europie, czyli poza Francją, niż we Francji. Ale całe to, na pozór tabloidowe wydarzenie, przywodzi na myśl bardziej fundamentalne i całkiem poważne pytanie o sens nadużywanego dziś słowa solidarność.

Aktualizacja: W sobotę 29 grudnia 2012 francuska Rada Konstytucyjna (odpowiednik polskiego Trybunału Konstytucyjnego) uznał, że specjalny podatek dla najbogatszych narusza konstytucyjną zasadę równości obywateli wobec prawa. Rada podważyła sposób określenia obowiazku podatkowego (miałyby mu podlegać osoby fizyczne, ale nie małżeństwa płacące wspólnie podatek), a nie samą zasadę ponadnormatywnego opodatkowania. Podatek miały płacić osoby o dochodach rocznych przekraczających milion euro. Była to najbardziej symboliczna politycznie propozycja socjalistycznego rządu zgłoszona w ramach ustawy budżetowej na 2013 rok. Do Rady Konstytucyjnej zaskarżyła ją prawicowa UMP. Nie wiadomo jak zareagował "uchodźca fiskalny" Depardieu i czy zmienił swoją decyzję. 

2012-12-14

Pełzająca europejska kontrrewolucja

Integracja europejska to jedyny w historii Europy projekt polityczny, który był w stanie przynieść ludziom w rożnych krajach jednocześnie i w sposób trwały to, czego potrzebują najbardziej: bezpieczeństwo, wolność, dobrobyt. Oczywiście, eurosceptycy powiedzą, że nie jest bezpiecznie, a jeśli jest, to UE nie ma nic do tego (co tam pokój, zdobycz historyczna, czyli muzealna, poza tym są Amerykanie i NATO), że nie ma wolności, bo Bruksela nam nakazuje i zakazuje (a tak zwane cztery swobody i tak by były, dzięki wolnemu rynkowi), że nia ma dobrobytu, bo jest kryzys (a to, że mimo kryzysu gospodarka unijna jest największa na świecie, że euro pozostaje stabilną walutą, a mieszkańcy UE należą do najbogatszych na Ziemi, to tylko unijna propaganda). Ale eurosceptycy się mylą.

Ta wyjątkowość integracji europejskiej - w świetle historii i z powodu zastosowanej metody - czyni z niej projekt rewolucyjny. I nawet, gdyby z jakiegoś powodu, Unia przestała istnieć, albo  - co gorsza - stała się pustą, międzyrządową wydmuszką, pozbawioną integracyjnej substancji - to mechanizmy integracji państw zwanych narodowymi (wielce to umowny termin, silnie zalatujący naftaliną) wymyślone  przed kilkudziesięciu laty, pozostaną trwałym elementem myśli i praktyki politycznej i geopolitycznej. Już dziś są zresztą oczywistym odwołaniem wszędzie tam, gdzie pojawiają się integracyjne aspiracje: w Afryce, w Ameryce Południowej. Integracja jest tam postrzegana jako sposób na rozruszanie gospodarki i na zażegnanie konfliktów na poziomie regionalnym, ponadpaństwowym.

Jest jednak z ta rewolucyjnością europejskiego integrowania pewien problem.  Bo owszem, o rewolucji można mówić, ale raczej w znaczeniu (toute proportion gardée) rewolucji kopernikańskiej. A więc takiej, która dotyczy myśli, opisu świata, techniki, metody, systemu. Trudniej byłoby odwołać się do przykładu rewolucji francuskiej czy innych podobnych, bo brakuje tu dwóch zasadniczych elementów: gwałtownej przemiany, wiążącej się z jak najbardziej dosłownie rozumianą przemocą, i rewolucyjnego ludu. Ludu zbuntowanego, ludu podburzonego przez prowodyrów i wodzów, których zwykle ten sam lud potem przegoni. Albert Camus dokonał mądrego rozróżnienia między buntem (rewoltą) a rewolucją. Bunt to etymologicznie zwrot, to powiedzenie "nie" i odwrócenie się plecami. Rewolucja, to pełny obrót, to powiedzenie "nie" żeby powiedzieć "tak". Ci, którzy wymyślili integrację europejską i nadali jej bieg, powiedzieli swoje rewolucyjne "tak", zbudowali system, który działa do dziś, i działa sprawnie, mimo zmieniającego się świata. Ale lud, ani zbuntowany ani rewolucyjny tylko bierny, poznaje znaczenie tej przemiany bardzo powoli i w sposób mało systematyczny: o integracji europejskiej w szkołach raczej nie uczą. Nie jest żadnym pocieszeniem, że w szkołach nie uczą, albo uczą źle, o wielu innych mechanizmach koniecznych pracownikom i przedsiębiorcom, obywatelom i konsumentom do funkcjonowania we współczesnym świecie.

Nieobecność "rewolucyjnego ludu" w "rewolucji europejskiej" tłumaczy zjawisko zwane demokratycznym deficytem UE,  ale również niektóre formy eurosceptycyzmu. Bo jest przecież eurosceptycyzm, który bierze się z wyłączenia i z niewiedzy; zła wola, polityczna kalkulacja, albo nacjonalistyczna ideologia nie tłumaczą wszystkiego. A integrację europejską rzeczywiście zrozumieć trudno. Nie dlatego, że brukselska biurokracja jest skomplikowana, że instytucje to niepojęty galimatias. System, ograniczony do instytucjonalnego i kompetencyjnego wymiaru, jest stosunkowo prosty. Czy ludzie lepiej rozumieją ustrój swojego własnego państwa? Oczywiście, że nie.

Trudniejsza do zrozumienia jest sama koncepcja integracji. Nie da się jej wtłoczyć w znane, przynajmniej pobieżnie, koncepcje współpracy międzynarodowej. Integracja to nie jest współpraca, to coś więcej, bo oznacza inne podejście do suwerenności i do wspólnego interesu oraz zakłada poziom ponadnarodowy a nie tylko międzynarodowy. Zakończenie drugiej wojny światowej to nie jest Pokój Westfalski, Unia Europejska nie jest dzieckiem Kongresu Wiedeńskiego.

Trudno też ludziom pojąć zasadę europejskiej solidarności. Jej podstawą jest również swoista definicja wspólnego interesu. Solidarność europejska nie akcją charytatywną. Tymczasem zanim jeszcze Polska przystąpiła do Unii, panowało dość powszechne przekonanie, że skoro nam dają pieniądze, to pewnie żeby coś od nas dostać. Przeciwnicy integracji do dzisiaj zresztą uważają, że za tą unijną szczodrością kryje się cyniczny podstęp: chcą (oni, ci obcy) nas pozbawić suwerenności, kopalni, banków, prawa do decydowania o czymkolwiek. Lista podstępów i przykładów spoljacji jest długa. Zwolennicy przystąpienia do UE pocieszali się, że tamci sypią groszem ze wstydu, bo kiedyś na zostawili, albo dlatego, że chcą od nas lekcji ducha i poszanowania wartości. Do dziś takie rozumienie europejskiej solidarności jest obecne, bo przecież jak to inaczej wytlumaczyc: że tak sami z siebie dają? Tymczasem składka na wyrównanie poziomów życia, na zniwelowanie różnic regionalnych to po prostu genialny pomysł na rozwój wspólnego rynku i wspólnego bezpieczenstwa. Tak, opłaca sie, opłaca się wszystkim. Trudno w to jednak tak po prostu uwierzyć, bo przykładów w historii raczej brakuje.

Rozszerzenie Unii również stanowi intelektualne wyzwanie. O ile przystąpienie do Wspólnot Wielkiej Brytanii, Irlandii czy Danii nie wydawało się czymś niepojętym, o tyle już nad przyjęciem do UE państw biednych, w 2004 roku, trudniej po prostu przejść do porządku dziennego. Owszem, Portugalia też była biedna. Ale tym razem rozszerzenie było masowe: nigdy nie przyjęto na raz aż tylu krajów. Wątpliwości związane z rozszerzeniem są naturalnie podobne do tych, które wywołuje przywołana wyżej koncepcja europejskiej solidarności. Odpowiedzieć na nie można podobnie. Ale tym razem problem jest bardziej skomplikowany, bo chodzi już nie tylko o wyrównywanie poziomów między państwami członkowskimi, ale o zaprogramowaną ekspansję modelu społeczeństwa, w którym funkcjonuje społeczna gospodarka rynkowa, demokratyczne instytucje i porządek prawny gwarantujący poszanowanie praw człowieka. Jeszcze silniej niż w przypadku wewnątrzunijnej solidarności, w związku z rozszerzaniem Unii postawione zostaje pytanie: jak długo można, jak daleko trzeba?

Wszystkie te elementy stanowią o wyjątkowym i rewolucyjnym charakterze integracji europejskiej. Ale fakt, że czołowi politycy, główni aktorzy na unijnej scenie politycznej, nie tylko nie potrafią ludziom tych zawiłości wytłumaczyć, ale też często sami ich nie rozumieją, jest źródłem "pełzającej kontrrewolucji" europejskiej. Ludzie tej wiedzy zresztą nie poszukują. Nie ma na nią zapotrzebowania. Stereotypowe odniesienia do pobieżnie poznanej historii wydają się wystarczające. Nie wiedzą, że  nie wiedzą. Dla mediów to powód, by informować o UE tak jak informują bo dziennikarstwo jest dziś oparte na prawie inżyniera Mamonia: śpiewamy odbiorcom-klientom tylko te piosenki, które juz znają.  Punktem wyjściowym w postrzeganiu Unii jest założenie, że się nie da jej zrozumieć; jej niezrozumiałość jest elementem składowym jej tożsamości. Eurosceptykom i eurofobom łatwo więc opisywać integrację europejską (zredukowaną do "Brukseli eurokratów") odwołując się do jej nieracjonalności: jest nieracjonalna, bo nie mieści się w uwalonym schemacie archaicznego i ograniczonego do stereotypów obrazu rezczywistości.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...