Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwajcaria. Pokaż wszystkie posty

2014-01-08

Ekonomia chciwości według Scorsese

Trzynaście lat po "Chłopcach z ferajny" Martin Scorsese powraca na ekrany z historią gangsterską. Akcja jego najnowszego filmu "Wilk z Wall Street" rozgrywa się, jak sam tytuł wskazuje, w amerykańskiej mecce finansów. Główny bohater jest maklerem giełdowym. Niech te detale nikogo nie zmylą: chodzi o współczesną formę gangsterstwa. Chciwość i władza, jaką dają pieniądze to nie jedyny wspólny mianownik łączący oba filmowe obrazy.

Przyznaję, nie czytałem żadnego wywiadu z reżyserem, w którym wyjawiłby zamierzoną paralelę między oboma filmami. Ale zbieżności między nimi jest tak wiele, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż Scorsese świadomie do tego skojarzenia dążył. Obie historie są oparte na faktach, scenariusze powstały w oparciu o książkowe biografie (Henry'ego Hilla w pierwszym przypadku i Jordana Belforta w drugim). Bliźniaczo podobny jest sposób narracji i wybór znaczących etapów w życiorysach obu bohaterów, zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Motywacje działania i funkcjonowanie w środowisku, cechy charakteru, stosunek do etyki i moralności łączą postaci Hilla i Belforta. Obie historie zaczynają się podobnie (nic nie zapowiadało kryminalnej kariery) i kończą niemal tak samo (Hill i Belfort nie są w stanie wycofać się, gdy jeszcze nie jest za późno, brną w zbrodni, bo nie są w stanie stawić czoła uzależnieniu, na koniec stają się świadkami koronnnymi, sypią wszystkich przyjaciół by zapewnić sobie złagodzenie kary i opiekę FBI). Nawet takie szczegóły jak prostackie zamiłowanie do europejskich marek i produktów: symboli wyszukanego luksusu, awansu społecznego i przynależności do elity wplatają się w sieć wątków i akcesoriów wzmacniających powiązania. W obu filmach chodzi też o coś więcej niż opowiedzenie historyjki. Prawda o życiu epoki i prawdy ponadczasowe odnoszące się do relacji między ludźmi czynią z jednego i drugiego filmu fresk obyczajowy w wymiarze uniwersalnym.

Wataha z Wallstreet & Co.

To narzucające się zestawienie wymusza konkluzję: Wilk z Wall Street, Jordan Belfort, tak jak Henry Hill, to gangster. Choć w obu przypadkach widz łapie się na tym, że kibicuje przestępcy i cieszy się jego sukcesami, to jednak identyfikacja z Jordanem wywołuje większe (przynajmniej w moim odczuciu) zawstydzenie, niż solidarność z Henrym. W "Wilku" barokowe przerysowanie sięga dalej niż w "Chłopcach", budzi niesmak i odruch wymiotny podobny do tego, jakie wywołuje wulgarna śmierć z obżarstwa w "Wielkim żarciu" Ferreriego. Zdrada Jordana jest jeszcze gorsza niż zaprzedanie Henry'ego (który nie tylko uciekał przed kratami, ale walczył o życie). Dalszych dziejów Henry'ego ("Chłopcy z ferajny") można się doszukać w udanej komedii Luca Bessona "Porachunki" (2013, producentem jest Scorsese, oryginalny tytuł "Malavita"). Bohater cieszy się, że jego opowieść na spotkaniu kinomanów we francuskim miasteczku budzi entuzjazm. Słuchacze nie wiedzą jednak, że spotkali prawdziwego gangstera, tematem dyskusji jest film (oczywiście "Chłopcy z ferajny"), wszystko pozostaje więc w świecie fikcji.

Epilog w "Wilku", w którym poznajemy losy Jordana po wyjściu z więzienia, ukazuje zadowolonego z siebie faceta, który zarabia pieniądze jako konferansjer i coach, dzielący się z zachwyconymi kursantami swoją wiedzą zawodową. Inaczej mówiąc wiedzą o tym, jak oszukać, jak zorganizować malwersację, zaspokoić swą chciwość. Słuchacze płacą za lekcję, bo wiedzą, że mają do czynienia z fachowcem pierwszej klasy. Niczego nie pragną tak, jak nauczyć się sztuczek, które zaprowadziły ich mistrza za kratki. Dzięki sprzedaniu przyjaciół trafił tam na krócej niż powinien. Ale ilu jemu podobnych nigdy za kratki nie trafiło? O Madoffie i Kervielu wszyscy słyszeli, ale całej rzeszy maklerów i bankierów oszustów udało się uniknąć konsekwencji.

Optymalizacja cnoty chciwości

Bo też nie da się oglądać "Wilka z Wallstreet" w oderwaniu od kontekstu, w jakim żyjemy. Jego historia wydarzyła się przed oficjalnym początkiem kryzysu finansowego, z którego dopiero wychodzimy, ale mechanizmy przedstawione w filmie niczym nie różnią się od tych, które ten kryzys wywołały. Odnajdziemy je z łatwością w najnowszej historii takich instytucji finansowych jak Northern Rock, Bear Stearns czy Lehman Brothers, albo w działalności innego wilka z Wallstreet, Berny'ego Madoffa. We wszystkich tych przypadkach istotną rolę odegrały też raje podatkowe i offshoring. W końcu z nadmiarem funduszy wygenerowanych legalnie czy nielegalnie coś trzeba zrobić, przede wszystkim zaś należy uniknąć ich opodatkowania (Jordan Belfort ulokował pieniądze w Szwajcarii). Do głowy nie przyszłoby mi posądzanie gdańskiej spółki LPP o nieuczciwe zyski, ale dezercja podatkowa należących do spółki marek Reserved, House i Mohito na Cypr (to państewko to też bohater trwającego gigantycznego kryzysu finansowego) jest faktem. Walka z rajami podatkowymi oraz przeciwdziałanie unikaniu płacenia podatków i oszukiwaniu fiskusa to priorytety G7, G20 i Unii Europejskiej. Działania UE w tym zakresie są istotnym elementem pakietu reform systemu finansowego i gospodarczego. Ma on na celu stworzenie instrumentów, które lepiej zabezpieczą unijną gospodarkę i jej finanse na wypadek przyszłego kryzysu a nawet, w miarę możliwości, pozwolą takiego kryzysu uniknąć.

Dezercję podatkową poprzez offshoring, zjawisko naganne, można też nazwać "optymalizacją podatkową". Brzmi lepiej. Nie chodzi bynajmniej tylko o leksykę, ale o dogmaty. Optymalizacja podatkowa w tym znaczeniu to termin z arsenału wyznawców dogmatu prawa do chciwości. Głoszą go na przykład wielbiciele Adama Smitha, który uważał, że motorem i zasadą przedsiębiorczości jest egoistyczna chęć zysku. Naiwnie wierzył, że przy okazji indywidualnego wzbogacenia wypełniona zostanie rola społeczna, zaspokojona będzie potrzeba zbiorowości. Dzisiejsi miłośnicy neoliberalizmu tym drugim, rzeczywiście naiwnym wymiarem, nie zawracają już sobie głowy. Koncentrują się na hołubieniu cnoty chciwości. Cnotliwe na przykład jest przeciwstawienie się regulacjom państwa, które chciwość mają ograniczać lub zaprzęgąć w kierat pożytku społecznego. Niekontrolowana spekulacja, której elementem są też niektóre mechanizmy "optymalizacji podatkowej", to - zdaniem Josepha Stiglitza, laureata ekonomicznego Nobla - główna przyczyna kryzysu, który wybuchł w latach 2007-2008.

Chciwość zaspokajana na drodze przestępstwa łączy Jordana Belforta z Henrym Hillem. To jasne. Czy jednak wielkim nadużyciem byłoby stwierdzenie, że ekonomia chciwości to mianownik łączący Wilka z Wallstreet z szefami LPP? Obawiam się, że niewielkim.



2013-01-15

Cameron i lampa Alladyna


D. Cameron w Davos, Szwajcaria, 2010
W najbliższy piątek, 18 stycznia, Cameron ogłosi jak wyobraża sobie specjalny status swojego kraju w Unii Europejskiej. Długo oczekiwane przemówienie wygłosi w Holandii, nie w Londynie, bo adresowane jest bardziej do rządów i opinii publicznej państw członkowskich niż do samych Brytyjczyków. Ma to być ponoć lista wyłączeń spod obowiązujących w UE zasad i przepisów oraz katalog specjalnych przywilejów przyznanych Wielkiej Brytanii w zamian za jej pozostanie w UE. Jeśli ta prognoza się sprawdzi, to na pewno nie należy tego wystąpienia traktować jak "propozycji nie do odrzucenia". Jej odrzucenie jest jak najbardziej wskazane i bardziej niż prawdopodobne. Cameron o tym wie i przeżywa trudny okres w swej karierze. Współczuć mu jednak nie należy, bo sam – ze szkodą dla wszystkich – postawił się pod ścianą.

Miejsce Wielkiej Brytanii

Piątkowe wystąpienie, którego wysłuchają zagraniczni dyplomaci i dziennikarze, to kolejna próba odwleczenia momentu, w którym będzie musiał wprost powiedzieć Brytyjczykom czy zorganizuje im obiecane referendum unijne czy nie. Połowa wyspiarzy chciałaby w nim zagłosować za wyjściem wielkiej Brytanii z UE ("Brexit"). Sam Cameron nie jest jednak do tego rozwiązania przekonany. Nie wie jak z powrotem zapędzić do czarodziejskiej lampy dżina populizmu i eurofobii, którego wypuścił ubiegając się o lokum na Downing street nr 10. Cameron to nie tylko polityk krótkowzroczny i nierozważny. To również polityk, który dal się ponieść brytyjskim snom o potędze, które powróciły nad Tamizę w latach dziewięćdziesiątych.

Wielu torysów, a za nim spora część elektoratu, uwierzyło, że w nowej Europie jest specjalne miejsce dla Wielkiej Brytanii. Koniec zimnej wojny i dwubiegunowego świata oraz zniknięcie sowieckiego zagrożenia pozwoliły wielu Brytyjczykom uwierzyć, że mają swoją rolę do odegrania. Zdystansować się wobec UE, do której przystąpili bardziej pod wpływem geopolitycznego i gospodarczego instynktu przetrwania i pozostać głównym partnerem Stanów Zjednoczonych, sytuując się niejako okrakiem między Ameryką i Europą i wykorzystując swoje światowe wpływy pozostałe z czasów kolonialnych – taki był zamysł. Niedawne oświadczenie Philipa Gordona (odpowiedzialnego w amerykańskiej administracji za sprawy europejskie), że w interesie USA leżą bliskie relacje z Wielka Brytanią jako rzeczywistym a nie byłym albo niepełnym członkiem UE, było kubłem zimnej wody na głowę Camerona. Wielka Brytania usłyszała gdzie jest jej miejsce i była to przestroga, która wywołała w Londynie więcej szumu niż wcześniejsze wypowiadane przez szefów unijnych instytucji, niemiecką kanclerz, irlandzkiego premiera czy polskiego ministra spraw zagranicznych.

Watykan czy Norwegia

Kiedy w 2009 roku torysi wyszli z Europejskiej Partii i Ludowej i utworzyli w Parlamencie Europejskim antyeuropejski klub Europejskich Konserwatystów i Reformatorów wydawało się, że to tymczasowy kaprys, wyborczy fortel. Ale torysi wytrwali w swej schizmie. Uspokajali kolegów, z którymi do niedawna dzielili parlamentarne ławy, że wszystko jest pod kontrolą. Sami jednak stali się zakładnikami eurofobicznych deklaracji i mrzonek o referendum. Dziś dwie trzecie torysów ma z tym problem, bo nie zamierza wychodzić z UE. Niejednokrotnie się zdarza, że brytyjscy konserwatyści głosują tak jak posłowie Partii Pracy. Dyscyplina partyjna będzie się osłabiać. Cameron wie, że ma kłopoty we własnych szeregach. Brytyjski biznes, z City na czele, przestrzega go przed wyjściem z UE.

Pomysł uzyskania specjalnego statusu w UE bez wychodzenia z niej miałby pozwolić wyjść Cameronowi z politycznego potrzasku, w który wdepnął. Dlaczego jednak inne państwa członkowskie miałyby się na to godzić? Brytyjczycy już dziś mają najwięcej opt-outów, wyłączeń, derogacji: euro, Schengen, wymiar sprawiedliwości. Unia nie odniosłaby żadnej korzyści pozwalając na wydłużenie tej listy. Jacques Delors powiedział niedawno, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie musi być żadną tragedią. Trzeba tylko będzie wynegocjować zasady współpracy. W końcu Szwajcaria, która nie jest nawet członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego (odrzucili członkostwo w EOG w referendum w 1992 roku) opiera swoja współpracę z UE na umowach dwustronnych. Fakt, że w niektórych dziedzinach jest bardziej zintegrowana z UE niż Wielka Brytania (należy na przykład do Schengen). Wielka Brytania może dołączyć do grona państw europejskich, które nie należą do UE. Jest ich niemało: poza Szwajcarią jest przecież Norwegia, Islandia (ta jednak o członkostwo się ubiega), Andora, Liechtenstein, Monako, San Marino i Watykan.

Niektóre z tych państw należą do Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu (EFTA) i na tej płaszczyźnie definiują swoje relacje z UE, w ramach EOG. Wielka Brytania jednak wystąpiła w 1973 roku z EFTA, choć sama ja zakładała. Możliwości jest wiele. Pytanie tylko, czy bez norweskiej ropy Wielka Brytania może być samowystarczalna jak Norwegia; czy bez szwajcarskich banków i szwajcarskiej tradycji neutralności może być Szwajcarią; czy ze swoimi post-imperialnymi ambicjami i złudzeniami dotyczącymi specjalnej pozycji w świecie Brytyjczycy będą w stanie wymyślić dla siebie rolę zainspirowaną Watykanem, Islandią albo Lichtensteinem. 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...