Pokazywanie postów oznaczonych etykietą François Hollande. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą François Hollande. Pokaż wszystkie posty

2015-11-28

Francuzi nie są już obrażeni na flagę

Po zamachach w Paryżu trójkolorowa flaga Francji zagościła na internetowych portalach, przesłoniła awatary w mediach społecznościowych. Gest solidarności, nie tak bardzo znów zaskakujący. Jeśli kogoś zaskoczył, to może samych Francuzów.

Kiedyś niebiesko-biało-czerwona była cała Republika, wraz z dewizą Równość, Wolność, Braterstwo była symbolem znakiem postępowej Francji stojącej w opozycji do reakcyjnej monarchii. Był czas, gdy nawet komuniści się nią posługiwali. Ale potem zaczęła tracić sympatię dużej części Francuzów: od 1914 kojarzyła się głównie ze złą wojną, militaryzmem i nacjonalizmem. Odzyskała na chwilę popularność w 1944, bo przyjechała z De Gaullem z Londynu i pozwoliła Francuzom uwierzyć, że wygrali wojnę, że byli po dobrej stronie. Przez chwilę, bo jak zapomnieć, że reżym Vichy, który zastąpił dewizę rewolucji francuskiej Wolność, Rowność, Braterstwo hasłem Rewolucji Narodowej Pétaina: Praca, Rodzina, Ojczyzna, posługiwał się tym samym sztandarem? Komuniści, którzy wypowiedzieli De Gaulle'owi wojnę o rząd dusz i mitologię zwycięstwa nad faszyzmem, musieli przecież mieć własny sztandar i był to sztandar czerwony, znak innej jeszcze, niefrancuskiej zgoła rewolucji.

Epoka kończącego się kolonializmu, wstydliwe wojny w Indochinach i w Algierii, wstydem okryły też trójkolorowy sztandar. I wszystkie symbole Republiki, łącznie z Marsylianką, której nikt już nie chciał śpiewać. W latach dziewięćdziesiątych zupełnie poważnie dyskutowano o zmianie hymnu lub przynajmniej o cenzurowaniu nazbyt krwawych i nacjonalistycznych jego fragmentów. Flaga narodowa była jedynie elementem scenografii państwowych uroczystości i prezydenckiego orędzia na Nowy Rok, do obejrzenia w telewizji. Trylogia kolorów kojarzyła się głównie z narodową reprezentacją piłkarską. Spontanicznie pod trójkolorowym sztandarem maszerowała tylko skrajna prawica, by 1 maja oddać cześć Joannie d'Arc. Gdy Sarkozy, aby zyskać sympatię narodowo-prawicowego elektoratu chciał, by dzieci w szkołach śpiewały hymn i uczyły się patriotyzmu, lewica nawyzywała mu od nacjonalistów. 

Zamachy terrorystyczne 13 listopada, francuski 9/11, przywróciły Francuzom ich flagę i hymn. A największa w tym zasługa lewicowego prezydenta, socjalisty François Hollande'a. Francuskie flagi powróciły na t-shirty, okna i balkony. Ceremonia ku czci ofiar odbyła się, na osobiste polecenie Hollande'a, w Pałacu Inwalidów, tam, gdzie w pięciu trumnach spoczywa Napoleon Bonaparte. Rzecz niebywała: miejsce dotychczas zarezerwowane było dla uroczystosci wojskowych, cywilne obrządki raczej się tam nie odbywały. Ale Francja ogłosiła wojnę. A wojna toczy się pod błękitno-biało-czerwonym sztandarem. Nie wiadomo na jak długo połączy on wszystkich Francuzów. Ale w historii francuskiego patriotyzmu jest to wydarzenie wielkiej wagi, warte odnotowania.

I tylko z powodu sytuacji w Polsce, gdzie narodowa flaga też dołączyła do grona bohaterów wydarzeń, przypomnieć należy, że we Francji flaga narodowa nie zastąpiła bynajmniej flagi Unii Europejskiej. Błękitny sztandar z dwunastoma gwiazdkami nie przeszkadza jakoś Francuzom w czuciu się Francuzami.


Na podobny temat: "Oni są przeciwko nam"; "Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa"

2015-11-15

To oni są przeciwko nam

Silny jest sprzeciw ludu wobec "onych". Wczorajsze zamachy terrorystyczne w Paryżu, jak każda taka tragedia, uwolniły falę emocji i zalew komentarzy. Wyrażane na forach i w mediach społecznościowych opinie nacechowane są wyższym jeszcze niż zwykle poziomem szczerości, bo niedodparta potrzeba natychmiastowej reakcji nie pozostawia czasu na przyoblekanie myśli w eufemizmy. Z wielu komentarzy jednoznacznie przebija świadomość, że jesteśmy my i oni, i że skoro oni nam taki zgotowali los, to my nie pozostawimy tego bez odpowiedzi. Proponowane rozwiązania są dość standardowe. Zamiast je analizować, znacznie ciekawiej jest spróbować zrozumieć kim są "oni" a kim jesteśmy "my".

Kim są oni

Wstępne jeszcze raporty policji zdają sie potwierdzać schemat wcześniejszych zamachów: "oni" są stosunkowo młodzi, mówią płynnie w języku kraju, w którym dokonali zamachu, zwykle się w nim urodzili i chodzili tam do szkoły, wyglądają "normalnie", to znaczy ubierają się jak większość ich rówieśników i nie zaskakują specjalnie egzotyką swojej urody. Rozmywają się w tłumie. Są stąd. Potem dopiero okazuje się, że mają egipskie albo syryjskie paszporty. Ale czy prawdziwe? Czy nie na dodatek do europejskiego paszportu: belgijskiego, francuskiego, brytyjskiego? Potem okazuje się też, że wyjeżdżali do Syrii, Jemenu, Afganistanu. Na szkolenie w bazie dla terrorystów? I najważniejsze: są muzułmanami.

Oni są młodzi jak wielu autorów najbardziej zajadłych wpisów na polskim Twitterze, tych naznaczonych stuprocentową pewnością i zerową wiedzą, czarno-białych. Są muzułmanami, tak jak ci, którzy uciekają przed terrorem tak zwanego państwa islamskiego lub giną pod jego rządami, jak wielu tych, którzy giną pod bombami w Syrii i Jemenie. Sa muzułmanami podobnie jak wiele ofiar ich zamachów, jak niejeden francuski policjant biorący udział w akcji antyterrorystycznej, jak tysiące ludzi, którzy na codzień chodzą do pracy, uczą się, chorują, robią zakupy. Fakt, na pewno nie w niemalże jednokulturowej, etnicznie jednorodnej Polsce. Ale tam, gdzie te zamachy są organizowane, ci ludzie nie rzucają się w oczy.

Kim jesteśmy my


Z wpisów na forach i na Twitterze wynika, że my jesteśmy tutejsi. To najważniejsze kryterium: oni stamtąd, my stąd. Więc to kwestia geografii, miejsca urodzenia. Ale też, okazuje się, genów i krwi: my jesteśmy biali (mniejsza o odcienie białości, nie wymagajmy biegłości w odcieniach od kogoś, kto widzi tylko czarny i biały kolor) podczas gdy oni zwykle mają inny kolor skóry, taki ciemniejszy (o ile ciemniejszy?). My jesteśmy chrześcijanami, czyli katolikami, a oni - muzułmanami. Muzułmanami czyli islamistami. A ponieważ muzułmanie są stamtąd, to jako imigranci są islamistami. Proste? Proste. Nikt się nie bawi w odróżnianie sunnitów od szyitów, fundamentalistycznych salafitów od innych ruchów i bezruchów w islamie, a nawet... muzułmanów od Arabów.

Miejsce urodzenia, kolor skóry i religia to najcześciej powtarzające się intuicyjne kryteria odróżnienia onych od naszych. Ale choć zwykle apologetami naszości są ci, którzy na co dzień odwołują się do narodu i polskości, zdarzają się wyjątki: niektórzy naszość rozumieją szerzej, jako europejskość. Jako osoba dumna ze swej przynależności do Europy i zwolennik federalnej Unii powinienem się cieszyć, ale nie cieszę się wcale. Pewnie dlatego, że rozumiem europejskość inaczej niż wielu spośród tych, którzy się na nią powołują. Gdy aktywny na Twitterze prezbiter, specjalista od elektronicznej ewangelizacji, wzywa do obrony Europy (czytaj: przed innowiercami) lub gdy nacjonalistyczno-katolicki tygodnik W Sieci ogłasza na stronie tytułowej, że Kaczyński i Orbàn uratują Europę (przed "szaleństwem lewicy" czyli przed liberalną demokracją i islamistami) to jest dla mnie jasne, że mówimy o zupełnie innej Europie.

Solidarni z kim, przeciw komu

Widzę kwiaty pod francuską abasadą i podświetlone na blue-blanc-rouge mosty i budynki. Wyraz solidarności z ofiarami, niewątpliwie. Również solidarność strachu: nie podświetlamy i nie ukwiecamy pamięci dziesiątek, setek osób, zwykle muzułmanów, którzy każdego dnia giną z rąk islamistycznych fundamentalistów w Syrii czy Iraku, bo wiemy, że wymierzony w nich pocisk nie zbłądzi i nas nie dosięgnie. Mieszkają daleko, pechowe miejsce urodzenia. Co innego bomba czy seria z kałasznikowa w Paryżu: mamy powody, by się bać.

Tak pojęta solidarność również wyznacza granicę między nami i nimi: my, mieszkańcy Paryża, Rzymu, Nowego Jorku czy Warszawy boimy się wspólnie ich ataku. Kwiaty, marsze i laserowe światełka mają przebrać naszą wspólnotę strachu w kostium niezłomnej determinacji. "We are not afraid" - wielki transparent po angielsku (w Paryżu!) to adresowany to całego świata przekaz: wiemy, jak bardzo wam zależy, żeby nas wystraszyć, ale wam się nie uda.

Czego my chcemy bronić

Przejawy symbolicznego działania, zwyczajne w świecie zdominowanym przez dyktat obrazu i informacji, niosą ze sobą również inny przekaz na temat naszej jedności. Bo z jednej strony są ci, którzy w pierwszym rzędzie jednoczą się w obronie wartości liberalnej demokracji Zachodu. To oni pierwsi, w reakcji na zamach na redakcję Charlie Hebdo, jedenaście miesięcy temu, założyli koszulki "Je suis Charlie" niekoniecznie dlatego, że estetyka tej gazety im odpowiada lub że świeckość rozumieją jako skrajną antyreligijność, ale w imię obrony otwartości, tolerancji, wolności słowa i laickiego państwa prawa. Jeśli odwołują się do Europy, robią to w odniesieniu do tych wartości, bez względu na to, czy przebieg integracji europejskiej ich satysfakcjonuje czy nie.

I jest druga strona: ludzie, którzy jednoczą się etnicznie i plemienne, religijnie i narodowo by dać odpór obcemu. Swojskość i obcość bardziej niż wartości obywatelskie stanowią o ich odrębności, a sposobem na bezpieczeństwo jest pozostanie wsród swoich, we własnej wspólnocie, która jest ważniejsza niż prawa i wolność jednostki. To Ci ludzie, którzy w geście solidarności z Francuzami malują twarze swych awatarów na trójkolorowo, ale jednocześnie popierają deklaracje nadchodzącego ministra Szymańskiego, którzy oznajmia, że po zamachach w Paryżu przestrzeganie przyjętych zasad kwotowego rozmieszczenia uchodźców w różnych krajach UE jest wykluczone. Skoro tak, to trójkolorowy makijaż oznacza jedynie barwy wojenne: nie wpuścimy muzułmanów. Oni też, choć rzadziej, odwołują się do Europy, ale zupełnie innej: bez praw podstawowych zapisanych w unijnej Karcie, zintegrowanej chrześciajństwem a nie politycznie i społecznie, międzynarodowej a nie ponadnarodowej, której gwarantami są Orban i Kaczyński, orędownicy państwa z innej Europy niż Unia Europejska.

O co toczy się bój?

Dla jednych, to bój o naszość: która którą zdominuje. Fakt, nie ma powodu, byśmy onym pozwolili zastąpić naszą naszość ich naszością i to na naszym terytorium (o tym jest ostatnia książka Huellbecqa "Uległość"). Dlatego, jak czytam na forach, islamistów (czyli wszystkich muzułmanów, w tym uchodźców uciekających przed islamistami) wpuszczać do nas nie wolno; a jeśli już są (bo wpuściła ich jakaś naiwna, "lewacka" władza), trzeba ich wydalać. Rozprzestrzenianie zarazy (dzięki Kaczyńskiemu wiemy, że uchodźcy roznoszą zarazki) trzeba powstrzymać, promując naszą naszość: niech będzie etnicznie i narodowo, niech będzie religijnie i chrystusowo. Przydadzą się flagi i krzyże. I święcona woda. I kotlet schabowy, bohater licznych memów w nacjonalistycznych mediach społecznościowych: jeśli religia im go zjeść nie pozwoli, wiadomo: nie są nasi. Granice zamknąć, nie bać się słowa "twierdza". Twierdza-Polska albo twierdza-Europa. W Polsce, z całym bogactwem niuansów, po stronie tak myślących sytuują się J. Kaczyński i T. Rydzyk, W. Waszczykowski i bracia Karnowscy, K. Szymański i R. Winnicki, A. Macierewicz i T. Terlikowski.

Dla drugich, stawką są polityczne reguły współżycia we wspólnocie obywatelskiej i państwowej: zasady nie do zaakceptowania dla fundamentalistów z "państwa islamskiego", Al Kaidy czy innych podobnych organizacji terrorystycznych. Te reguły to podstawa liberalnej demokracji: demokratyczne instytucje i powszechne wybory, zakaz arbitralności w działaniach władz wobec obywatela, konstytucja, której funkcją jest ograniczenie samowoli władz i poszanowanie instytucji kontrolnych powołanych konstytucją, niezależne, bezstronne sądownictwo i równość obywateli wobec prawa, niedyskryminacja, między innymi na tle religijnym, etnicznym, rasowym, czy ze względu na orientację seksualną, obrona praw podstawowych i wolności każdego obywatela, wolność mediów i wypowiedzi, wolność zgromadzeń. Ten katalog jest zawarty w Karcie praw podstawowych (której rząd J.Kaczyńskiego zdecydował w 2007 nie podpisać) i w innych dokumentach, takich jak na przykład komunikat Komisji Europejskiej w sprawie umacniania praworządności (wpis z 22/10/2015). Poszanowanie tych zasad i jednocześnie zasada solidarności wobec tych, którzy chcą przybyć do Europy by stać się podmiotem tych wolności i praw były podstawą Listu z Europy Środkowej w sprawie przyjmowania migrantów (wpis z 20/09/2915). W Polsce za obroną tych zasad opowiadają się między innymi tacy ludzie jak A. Michnik i Z. Bauman, A. Smolar i A. Celiński, C. Michalski i B. Borusewicz.

Czego chcą nas pozbawić islamiści

Fundamentalistów wszelkiej maści, mimo wszystkich różnic między religiami czy ideologiami, które są motorem ich działania, łączy negatywny stosunek do liberalnej demokracji i wybór partykularyzmów przeciw uniwersalizmowi, kolektywizmu przeciw indywidualizmowi. Islamistów też ta reguła dotyczy. Ale choć i u nas, w Europie, niemało jest zażartych wrogów demokracji opartej na prawach każdego człowieka i indywidualnej wolności a nie na prawie wspólnoty (etnicznej, rasowej, religijnej) do pozbawienia go tej wolności, to trudno w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem załóżyć, że między jednymi a drugimi możliwy jest sojusz. Co nie osłabia jednak wrażenia, że Winnincki czy Bosak w Polsce, tak jak rodzina Le Penów we Francji, interpretują patriotyzm tak jak islamscy integryści interpretują religię. Problemem dla islamistów nie jest model państwa preferowany przez skrajną europejską prawicę. Albo przez Orbàna, Putina czy Łukasznkę. To, czego chcieliby Zachód pozbawić, to model państwa, który zaciekle zwalcza też europejska skrajna  prawica: liberalnej demokracji. To jest ich cel.

Zaatakowali Francję już po raz drugi w tym roku, bo francuska armia jest dziś wszędzie tam, gdzie islamistyczny dżihad prowadzi wojnę: Irak, Jemen, Afganistan, Syria, Sahel. To akt zemsty. Zaatakowali Francję, bo tam są w stanie zbudować niezbędne do zamachu struktury (ten fakt, nie bez racji wykorzystują zwolennicy głębokiej zmiany francuskiej polityki imigracyjnej i integracyjnej). Ale Francja stała się też celem z innego powodu, ważniejszego niż logistyka: bulwar Woltera, plac Republiki - już same nazwy tych miejsc, które dopiero co były teatrem tragicznych wydarzeń przywołują wartości, które dla wrogów europejskiej demokracji są nie do zaakceptowania. Prezydent Obama był pierwszym przedstawicielem innego państwa, który publicznie wyraził solidarność z Francją i który nieprzypadkowo niektóre z tych wartości przywołał w swym wystąpieniu po francusku: liberté, égalité,  fraternité. Laicka i demokratyczna Francja jest dla nich archetypem zła.

Tu nie chodzi o wojnę religii ani narodów, tylko o model społeczeństwa i państwa. Islamscy terroryści chcą, by odpowiedzią z naszej strony na ich terror była nienawiść wobec zwykłych muzułmanów, bo ta nienawiść jest z tym znienawidzonym przez nich modelem sprzeczna. Czym silniejsza stygmatyzacja muzułmanów, którzy żyją normalnie wśród nas, chrześcijanm i niewierzących, tym łatwiej będzie islamistom wykorzystać ich poczucie wyobcowania w walce przeciw reszcie społeczeństwa. Podoba im się, że każdy zamach przyczynia się do wzrostu poparcia elektoratu tych skrajnych ugrupowań, które - choć pod sztandarami innych ideologii i innych religii - też chcą upadku ustroju dominującego dziś w zachodnim świecie. Na naszym terytorium nie jest dla nich problemem to, że ktoś jest katolikiem, jeszcze mniejszy kłopot stanowi wola niektórych katolików do narzucenia swych religijnych pryncypiów wszystkim współobywatelom. Problemem jest państwo świeckie, wykluczające dyskryminację na tle religijnym, upaństwowienie religii i konfesjonalizację państwa. Tu przebiega linia podziału, tu tkwi źródło odpowiedzi na pytanie kim są "oni" a kim jesteśmy "my", na pytanie o prawdziwy cel ich ataków i o to, czego powinniśmy bronić.



Na podobny temat: "Muzułmańscy imigranci a świeckość państwa"


2012-09-02

Viviane Reding 2014

M. Barnier i V. Reding                                                       ©UE 2012
Viviane Reding- wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej i komisarz do spraw Sprawiedliwości, Obywatelstwa i Praw Podstawowych - uchodzi za najbardziej wyrazistą postać w zespole Barroso. Podoba się dziennikarzom, bo nie ucieka od komentarzy na żaden temat, nawet jeśli wykracza on poza jej kompetencje. Wsławiła się nie tak dawno krytyką francuskiej polityki wobec Romów, wprost i w mocnych słowach atakując Sarkozy'ego. Dziś jest bardziej ugodowo nastawiona wobec ekipy François Hollande'a, ale nie traci animuszu (zob. jej wywiad dla Le Monde). Nie jest najczęściej tweetującym  komisarzem, ale jeśli coś w Twitterze zamieści, raczej nie przechodzi to niezauważone. Jej ostra krytyka Węgier, a ostatnio Rumunii, zważywszy na stan demokracji w tych krajach, nie dziwi. Tym bardziej, że jest zgodna z linią Barroso. Ale już deklaracje Reding na temat federalnej Europy, na temat unii politycznej i ogólnoeuropejskiego referendum w tej sprawie idą znacznie dalej niż ostrożna retoryka Komisji.

Jest mało prawdopodobne by taka postawa była tylko odzwierciedleniem rogatej duszy pani komisarz. Nie trudno dostrzec w niej polityczna kalkulację. Oczywiście u polityka nie musi to wcale uchodzić za wadę.  Mnożą się jednak komentarze na temat spodziewanego wyniku tej kalkulacji. Za dwa i pół roku kończy się obecna kadencja Komisji Europejskiej. Wedle  politycznego zegara, to już tuż tuż, bo przecież z rozdaniem kart nie czeka się do ostatniej chwili. Reding jest komisarzem już po raz drugi. Zdaniem niektórych komentatorów Jean-Claude Juncker, luksemburski premier i niemniej wyrazisty niż ona sama polityk, udzielił jej dwukrotnie poparcia, gdy obsadzano stanowiska komisarzy, by pozbyć się niebezpiecznego konkurenta u siebie w kraju. Mało jednak prawdopodobne, by udało mu się to po raz trzeci. I to nie tylko dlatego, że trzeci raz komisarzem się raczej nie zostaje. Jest jasne, że Reding nie marzy o dożywociu na stołku komisarza. 

W czerwcu 2014 odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego i wybory parlamentarne w Luksemburgu. Reding mogłaby zastąpić Junckera, jeżeli konserwatyści wygrają. Mówi się też jednak, że gotowa jest zrezygnować z tej opcji, gdyby mogła zastąpić na stanowisku szefa Komisji Barroso. Dość popularna jest teza, że polityczna wyrazistość i wszechobecność Reding jest obliczona na takie rozwiązanie. Spekuluje się na ten temat na przykład we Francji, starając się zrozumieć jej postawę wobec kwestii Romów. Jej wcześniejsze ataki na Sarkozy'ego przysporzyły jej zwolenników poza Francją (również w Polsce) i w samej Francji (bo wszystko działo się w atmosferze zbliżających się wyborów prezydenckich). Jej obecna, bardziej ugodowa postawa (mimo, że we Francji zmieniła się raczej retoryka, niż sedno) miałaby jej zapewnić kluczowe poparcie François Hollande'a. Juncker pewnie by się nie sprzeciwił, Niemcy - daliby się przekonać Francuzom. 

Scenariusz możliwy przy założeniu, że liderzy państw UE zgodzą się na wyrazistego szefa Komisji Europejskiej.  Od czasów Jacquesa Delorsa, unikają tego jak ognia. Czy dadzą się przekonać, że wyrazistość polityczna Viviane Reding jest jak jej fryzura: nie tylko utrwalona lakierem, któremu żaden huragan nie groźny, ale przede wszystkim dokładnie wymodelowana? Jeśli tak, to w pakietowym rozdaniu można też się spodziewać spełnienia innego proroctwa: szefem Parlamentu Europejskiego mógłby zostać w 2014 Francuz, Michel Barnier. Gdzieniegdzie słychać też glosy, że być może szefem Komisji Europejskiej powinien zostać ktoś z krajów o krótszym stażu w UE, na przykład Polak. Co wtedy stałoby się z Viviane Reding? Jean-Claude Juncker woli o tym pewnie nie myśleć. Natomiast mógłby o tym pomyśleć Radek Sikorski. Od jego prointegracyjnego, pamiętnego wystąpienia w Berlinie niektórzy przypisują mu takie ambicje. Przypomina się o nich przy okazji kolejnych przemówień lub artykułów, takich jak ten opublikowany w Frankfuter Allgemeine Zeitung.

2012-08-24

Samaras: Grecja potrzebuje trochę powietrza

Barroso i Samaras w Atenach 26/7/12 ©UE2012
Wczoraj premier Grecji Antonis Samaras spotkał się w Berlinie z niemiecką kanclerz Angelą Merkel i prezydentem Francji François Hollandem. Grecja chce więcej czasu od europejskich partnerów na wykonanie pracy domowej (głównie zduszenie deficytu budżetowego), która warunkuje dalszą pomoc. Samaras nie zgadza się z opinią (głoszoną m. in. przez niemieckiego ministra finansów Wolfganga Schäuble), że dodatkowe dwa lata na przeprowadzenie reform i zrealizowanie oszczędności, oznaczać będę dla państw UE składających się na pomoc dla Grecji dodatkowe koszty. "Nie chcemy więcej pieniędzy – mówi Samaras. Szybkie przebudzenie gospodarki może nawet sprawić, że będziemy ich potrzebować mniej. Szybki powrót do wzrostu gospodarczego oznacza więcej dochodów z podatków i mniej deficytu w nadchodzących latach."


Polecam wywiad z Samarasem w dzisiejszym Le Monde (z którego pochodzi powyższy cytat), przeprowadzonym przeddzień jego spotkania z Hollandem i z Merkel. Samaras ostrzega w nim między innym, że postawienie Grecji pod murem, a tym samym zmuszenie jej do wyjścia ze strefy euro, zakończyłoby się dla UE „geopolitycznym koszmarem”, zwłaszcza w kontekście obecnego światowego kryzysu gospodarczej i sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Ostatnie deklaracje Samarasa na temat przeprowadzanych reform i czynionych postępów zostały dobrze przyjęte przez światowe giełdy i przyczyniłysię do umocnienia (w środę) euro w stosunku do dolara. Teraz zarówno rynki jak i Samaras potrzebują szybkiej decyzji. Nikt nie spodziewał się, że jego wczorajsza rozmowa z Hollandem i Merkel przyniesie natychmiastowy przełom, bo – pomijając już wymogi procesu decyzyjnego w Eurogrupie – propozycje Samarasa są trudne do przyjęcia nie tylko z powodów finansowych, ale też politycznych. Nie tylko we Francji i w Niemczech, dwóch państwach w największym stopniu zaangażowanych finansowo w pomoc dla Grecji. W Holandii 12 września odbędą wybory parlamentarne i jest raczej mało prawdopodobne, żeby jakieś ważne decyzje zapadły przed tą datą. Zwłaszcza, gdyby miały oznaczać jakiekolwiek ustępstwa wobec Grecji.  Wyborcy dobrze by ich nie przyjęli.

Oto kilka liczb:
  • Od maja 2010 do końca czerwca 2012 Grecja otrzymała od państw strefy  euro pomoc w wysokości 127 miliardów euro. Wraz z pomocą z MFW – 149 miliardow euro.
  • W ciągu dwóch lat cięcia budżetowe w Grecji wyniosły 25% PKB.
  • Koalicja rządowa poszukuje sposobu na kolejne 11,7 miliardów euro oszczędności – to dalsze 5,5% PKB.
  • Od początku reform poziom życia w Grecji obniżył się o 35%.
  • Wyjście Grecji eurolandu oznaczałoby dodatkowy spadek poziomu życia o 70%.
  • Grecja odnotowuje recesję od 5 lat.
  • W 2012, po raz drugi z rzędu, grecka gospodarka skurczy się o 7%.
  • Średni poziom bezrobocia wynosi 23% (50% wśród młodych ludzi).
  • Grecja ma pierwszy wielopartyjny rząd od 60 lat.

2012-05-06

Wybory w Grecji i we Francji a kryzys strefy euro

Recepty socjalisty François Hollande'a na walkę z kryzysem są znane od dawna:  wzmocnienie Europejskiego Banku Inwestycyjnego, podatek od transakcji finansowych, euro-obligacje, reforma funduszy strukturalnych. Wszystkie te instrumenty i działania  mają przynieść unijnej gospodarce wzrost gospodarczy. Mają też nadać strategii antykryzysowej opartej na zaciskaniu pasa kierunek prowzrostowy.  Tylko, ze wszystkie te sposoby znamy już od dawna: zaproponowała je Komisja Europejska. Dobrze, że po zmianie prezydenta Francja będzie je wspierać. Mimo obaw, że zwycięstwo socjalisty zostanie źle odebrane przez rynki, wielkiego wstrząsu nie należy się spodziewać.  Hollande jest odpowiedzialnym politykiem i dobrym ekonomistą. W dzisiejszym wystąpieniu dwa z pierwszych wymienionych priorytetów to wzrost produkcji i walka z deficytem budżetowym.



Bardzo natomiast niepokoją wyniki (wciąż nieoficjalne) wyborów parlamentarnych w Grecji. Parę lat temu mało kto zwróciłby na nie uwagę. Ale dziś wszyscy patrzą na Grecję jak na sejsmograf strefy euro. Setki miliardów wydanych na ratowanie Grecji to inwestycja, której powodzenie uzależnione jest sytuacji politycznej. Tymczasem w dzisiejszych wyborach obie partie proreformatorskie i gwarantujące realizację programu gospodarczego: socjalistyczny PASOK i konserwatywna Nowa Demokracja poniosły porażkę. Ich koalicyjny rząd, i tak wbrew naturze, ale spojony odpowiedzialnością za przyszłość kraju, utracił zdolność samodzielnego rządzenia (uzyskał 33 i 37% głosów. Pozostałe partie weszły do parlamentu na fali sprzeciwu wobec polityce socjalistyczno-konserwatywnej koalicji, wobec UE i wobec MFW. Ich pozycje bardzo się zresztą zradykalizowały. Świetny wynik uzyskała głęboko lewacka koalicja Syriza, nieźle poradzili sobie komuniści z KKE i skrajna prawica LAOS. Do parlamentu po raz pierwszy weszło też ugrupowanie Złocisty Świt (Chryssi Avghi) - na prawo od skrajnej prawicy, otwarcie faszystowska, agresywna partyjka (6-8% głosów, żeby wejsc do parlamentu wystarczy przekroczyć 3% próg wyborczy).


Kto by się spodziewał, w epoce przedkryzysowej, że wybory w peryferyjnej Grecji mogą być dla rynków większym wstrząsem niż wybory we Francji?

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...