Czy probowaliście Państwo kiedykolwiek wpisać do wyszukiwarki słowa "imigrant" i "uchodźca"? Z zaskoczeniem odkryłem, jak wiele polskich stron internetowych je definiuje. Nie chodzi o żadne publicystyczne artykuły, tylko po prostu o najzwyklejsze w świecie definicje. Zaskakująca nie jest bynajmniej konieczność rozróżnienia, ale to, do jak niewielu w Polsce ta informacja trafia.
Erupcja ksenofobii i rasizmu i tempo ich rozprzestrzeniania się w Polsce wywołały godną pochwały reakcję osób i organizacji, które uznały, że ludziom trzeba powiedzieć jak jest, to zrozumieją i staną się lepsi. Nie po raz pierwszy jednak staje się jasne, że ograniczony dostęp do informacji nie stanowi głównej bariery społecznego poznania. I na odwrót: zwiększenie dostępności informacji nie gwarantuje upowszechnienia wiedzy niezbędnej do dokonania właściwego, również w moralnym wymiarze, wyboru.
Jak ludzie nie chcą wiedzieć, to się nie dowiedzą. Ignorancja bywa wyborem ideologicznym. Ignorancja bywa bezczelna i nachalna. Nie traktujmy jej więc jak okoliczności łagodzącej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty
2017-06-21
2016-05-04
Grzywna za niesolidarność
Dzisiejszy dzień przyniósł post-scriptum do wczorajszego posta: Komisja Europejska ogłosiła, jak wcześniej zapowiadała, cennik kar za brak solidarności. Każdy kraj, który wbrew prawnym i politycznym zobowiązaniom nie wywiąże się z obowiązku przyjmowania uchodźców przybywających do Unii, zapłaci 250 tysięcy euro od nieprzyjętego uchodźcy.
Krytycy, w Polsce albo na Wegrzech, bardzo się obruszyli oczywiście i uznali tę decyzję za absurdalną i niewykonalną. Komisarz Dimitris Avramopoulos wyjaśnił, że mówiąc o solidarności i odpowiedzialności miał na myśli nie tylko zasady moralne, których wartość, jak wiadomo, jest na euro nieprzeliczalna, ale również prawne i finansowe, a te, jak najbardziej, w grzywnach i karnych odsetkach można wyrazić. Oczywiście Komisja nie mówiła o karach. Mówiła o prawie każdego państwa do wyboru: albo przyjęcie pod swój dach uchodźcy, albo wykupienie mu miejsca pod dachem w innym państwie. To trochę jak w dawnych czasach prawo do "wykupienia się"od slużby w armii.
Wiceprzewodniczący Komisji Frans Timmermans (ten który nie poznał się na dobrej zmianie i dlatego uznany został przez szefa niedyplomacji Witolda Waszczykowskiego za persona non grata w Polsce) przypomniał, że za każdym razem, gdy odwoływano się do solidarności i odpowiedzialności w niematerialnym wymiarze, kraje, które ani jednego i ani drugiego nie mają w nadmiarze (ani w naturze), powoływały się na obowiązujące prawo, na tak zwane rozporządzenie dublińskie. A ponieważ nie było ono w stanie na nikim solidarności wymusić, postanowiono je zmienić. I słusznie.
Bardzo możliwe oczywiście, że państwa członkowskie ponownie okażą się wobec siebie solidarne w
obronie niesolidarności i narodowego, krótkowzrocznego egoizmu idiotów i propozycję odrzucą. Nie zmienia to faktu, że Komisja zaproponowała jedyne możliwe rozwiązanie.
2016-05-03
Migracje: najlepiej zbudować płot
Przebieg dyskusji na temat fali uchodźców i migracji utwierdza ludzi w przekonaniu, że mamy do czynienia z jakimś chwilowym problemem. W wielu krajach, w których - tak jak w Polsce - uchodźców i imigrantów albo nie ma albo prawie nie ma, panuje pogląd, wzmacniany przekazem medialnym, że jest to cudzy problem, który w zasadzie mieszkańców danego kraju nie dotyczy. I że wystarczy powiedzieć "nie", by mieć go z głowy. Nawet tam, gdzie uchodźcy i imigranci przyjeżdżają masowo: w Austrii, Grecji czy we Włoszech, w Niemczech i w Szwecji, i gdzie - z tego powodu - powszechny jest pogląd, że międzynarodowa mutualizacja wysiłków antykryzysowych jest konieczna, słaba jest świadomość, że mamy do czynienia z długotrwałym, planetarnym procesem demograficznym, gospodarczym i cywilizacyjnym.
Złudne są nadzieje, że problem da się przerzucić przez jedną czy drugą granicę jak piłkę przez siatkę wokół boiska; albo, że wystarczy postawić zagrodę, by uchronić swoją miedzę przed szkodą; albo, że kryzys można przeczekać, bo przecież dobra koniunktura musi wrócić, jak dobra pogoda, albo jak wzrost gospodarczy w kapitaliźmie. Nic podobnego się nie stanie. Mamy do czynienia z wielkimi, choć nie pierwszymi i nie największymi (prawdopodobnie) w historii ruchami migracyjnymi, które co jakiś czas zmieniają społeczny i ekonomiczny krajobraz kontynentów a nawet planety.
Podziały na biednych i bogatych w świecie się pogłębiają, zamiast zanikać. Poziom biedy w Afryce wynosi dziś 48%. Jest więc lepiej, bo jeszcze parę lat temu stystyczni biedni stanowili tam 51% ludności, odsetek niewyobrażalny w bogatej Europie. Ale 3% wzrost gospodarczy, choć niewątpliwie sprzyja mu dostrzegalna mimo wszystko demokratyzacja, to za mało, by przepaść zasypać. Do 2050 roku podwoi się liczba mieszkańców Afryki. Będą stanowić jedną czwartą światowej ludności. To nie pozwala wierzyć w rychły koniec kryzysu migracyjnego. Przeciwnie: oznacza, że zjawiska migracyjne, które dziś obserwujemy, należy postrzegać w kategoriach braudelowskiego długiego trwania, a nie w kategoriach przemijającego kryzysu.
W tej sytuacji dywagacje, na temat tego, czy musimy przyjmować migrantów, skoro nie mieliśmy kolonii, albo jak skomponować profil religijno-etniczno-społeczno-zawodowy dwudziestu, stu, czy może nawet stu dwudziestu imigrantów, których zgodzimy się przyjąć, brzmią jak rozmowy czterolatków na temat lotów kosmicznych. To niezwykłe, że w czasach powszechnego dostępu do informacji, w epoce przyspieszonego rozwoju technologii informacyjnych, przyssania ludności do ekranów telewizorów i komputerów, świadomość długotrwałych i globalnych procesów jest tak nikła. Jak przed wiekami ludzki wzrok rzadko sięga poza opłotki. Fakt, że - na przykład w polskiej telewizji i w polskich mediach w ogóle - świat zajmuje niewiele miejsca. Swoboda podróży mieszkańców bogatych krajów do biednych w niewielkim stopniu rozwija horyzonty, bo realizuje się w obrębie mapy wyznaczonej turystycznymi "destynacjami": od jednego hotelu z basenem do drugiego.
Migranci i uchodźcy biorą dziś udział w wielkiej przemianie cywilizacyjnej, na którą my już się spóźniliśmy i czym większe będzie nasze spóźnienie tym trudniej nam będzie sobie ze skutkami tej przemiany poradzić. Ale choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali powieki, by jej nie widzieć, ona i tak się dokona. Nasze wnuki nie będą nawet świadome lęków, które każą nam dziś kierować wzrok w podłogę, zamiast patrzeć przed siebie. Oczywiście, będą bać się czego innego, lęk i ucieczka przed lękiem w nieświadomość są nierozłącznie związane z człowieczą dolą.
Tym wszystkim, którzy myślą, że budowa zapór na granicy jest rozwiązaniem problemu migrantów i uchodźców, chciałbym podszepnąć pomysł: niech zbudują drewniane płoty. I dobrze je zakonserwują przed deszczem, wiatrem i kornikami. Materiał naturalny, vintage design, szybka i tania konstrukcja, wszystko zgodnie z trendami epoki. Skuteczność w powstrzymywaniu światowych migracji co prawda żadna, ale też nie mniejsza niż zasieków z drutu kolczastego. Za to może się taki płot zachowa jako artystyczna instalacja, ponadczasowy pomnik głupoty, krótkowzroczności i tępego egoizmu ludzkości.
Złudne są nadzieje, że problem da się przerzucić przez jedną czy drugą granicę jak piłkę przez siatkę wokół boiska; albo, że wystarczy postawić zagrodę, by uchronić swoją miedzę przed szkodą; albo, że kryzys można przeczekać, bo przecież dobra koniunktura musi wrócić, jak dobra pogoda, albo jak wzrost gospodarczy w kapitaliźmie. Nic podobnego się nie stanie. Mamy do czynienia z wielkimi, choć nie pierwszymi i nie największymi (prawdopodobnie) w historii ruchami migracyjnymi, które co jakiś czas zmieniają społeczny i ekonomiczny krajobraz kontynentów a nawet planety.
Podziały na biednych i bogatych w świecie się pogłębiają, zamiast zanikać. Poziom biedy w Afryce wynosi dziś 48%. Jest więc lepiej, bo jeszcze parę lat temu stystyczni biedni stanowili tam 51% ludności, odsetek niewyobrażalny w bogatej Europie. Ale 3% wzrost gospodarczy, choć niewątpliwie sprzyja mu dostrzegalna mimo wszystko demokratyzacja, to za mało, by przepaść zasypać. Do 2050 roku podwoi się liczba mieszkańców Afryki. Będą stanowić jedną czwartą światowej ludności. To nie pozwala wierzyć w rychły koniec kryzysu migracyjnego. Przeciwnie: oznacza, że zjawiska migracyjne, które dziś obserwujemy, należy postrzegać w kategoriach braudelowskiego długiego trwania, a nie w kategoriach przemijającego kryzysu.
W tej sytuacji dywagacje, na temat tego, czy musimy przyjmować migrantów, skoro nie mieliśmy kolonii, albo jak skomponować profil religijno-etniczno-społeczno-zawodowy dwudziestu, stu, czy może nawet stu dwudziestu imigrantów, których zgodzimy się przyjąć, brzmią jak rozmowy czterolatków na temat lotów kosmicznych. To niezwykłe, że w czasach powszechnego dostępu do informacji, w epoce przyspieszonego rozwoju technologii informacyjnych, przyssania ludności do ekranów telewizorów i komputerów, świadomość długotrwałych i globalnych procesów jest tak nikła. Jak przed wiekami ludzki wzrok rzadko sięga poza opłotki. Fakt, że - na przykład w polskiej telewizji i w polskich mediach w ogóle - świat zajmuje niewiele miejsca. Swoboda podróży mieszkańców bogatych krajów do biednych w niewielkim stopniu rozwija horyzonty, bo realizuje się w obrębie mapy wyznaczonej turystycznymi "destynacjami": od jednego hotelu z basenem do drugiego.
Migranci i uchodźcy biorą dziś udział w wielkiej przemianie cywilizacyjnej, na którą my już się spóźniliśmy i czym większe będzie nasze spóźnienie tym trudniej nam będzie sobie ze skutkami tej przemiany poradzić. Ale choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali powieki, by jej nie widzieć, ona i tak się dokona. Nasze wnuki nie będą nawet świadome lęków, które każą nam dziś kierować wzrok w podłogę, zamiast patrzeć przed siebie. Oczywiście, będą bać się czego innego, lęk i ucieczka przed lękiem w nieświadomość są nierozłącznie związane z człowieczą dolą.
Tym wszystkim, którzy myślą, że budowa zapór na granicy jest rozwiązaniem problemu migrantów i uchodźców, chciałbym podszepnąć pomysł: niech zbudują drewniane płoty. I dobrze je zakonserwują przed deszczem, wiatrem i kornikami. Materiał naturalny, vintage design, szybka i tania konstrukcja, wszystko zgodnie z trendami epoki. Skuteczność w powstrzymywaniu światowych migracji co prawda żadna, ale też nie mniejsza niż zasieków z drutu kolczastego. Za to może się taki płot zachowa jako artystyczna instalacja, ponadczasowy pomnik głupoty, krótkowzroczności i tępego egoizmu ludzkości.
2015-09-15
Niemieccy migranci a polskie autostrady, czyli o powinności i solidarności
To interesujące, jak wielu Polaków uważa, że europejska solidarność wymaga finansowania przez UE polskich autostrad i basenów, ale nie wymaga przyjmowania przybywających do UE migrantów. Żeby zjawisko to zrozumieć, trzeba się odwołać do sposobu rozumienia w Polsce dwóch koncepcji: powinności i solidarności.
Finansowanie z unijnego budżetu wydatków na infrastrukturę, która czyni życie Polaków wygodniejszym i tworzy miejsca pracy, to unijna powinność. Wygodniejsze i dostatniejsze życie to polska aspiracja, którą Unia ma spełnić. Tak przede wszystkim rozumiemy sens i cel integracji europejskiej i tak rozumianą - i docenianą - Unię Polacy popierają w sondażach. Na tej podstawie formułowany jest dyskusyjny wniosek, że Polacy są bardzo proeuropejscy. Jakby to na tym polegała europejskość.
Unijna solidarność
Unijny współudział w realizacji tych aspiracji wynika z zasad integracji europejskiej (solidarność na rzecz wyrównywania poziomów życia), unijnych mechanizmów (polityka spójności) i, oczywiście, z zasobów finansowych unijnego budżetu. Wiadomo, że gdy o finanse chodzi, jesteśmy w pierwszym rzędzie beneficjentami niemieckiej szczodrości, bo to najbogatszy kraj UE. Ale też dlatego, że to kraj geograficznie najbliższy, oczywisty kierunek polskich migracji - nie w obronie życia, nie za chlebem nawet, ale w celu podniesienia poziomu życia. Podnosząc poziom życia w Polsce Niemcy stosują więc logikę rozwiązywania problemu u źródeł, postulat nieustannie pojawiający się dziś w argumentacji tych, którzy w Polsce są przeciwni przyjmowaniu migrantów.
Jednak gdy mówimy o płynących do Polski funduszach, nie mówimy, że są niemieckie, tylko unijne. Dlatego doceniamy solidarność UE, ale rozumianą nie jako element kanonu wartości, tylko jako "mechanizm" (tak się zresztą czasem mówi: "mechanizm solidarności"). Co do Niemców, ich kontrybucję do unijnego budżetu traktujemy jako powinność: bogatszego wobec biedniejszego, ale też historycznie winnego wobec pokrzywdzonego.
Niemieccy imigranci
Inaczej z migrantami: o nich nie mówimy, że są unijni, tylko niemieccy. Ten zabieg retoryczny, wymyślony przez Viktora Orbána, padł w Polsce na podatny grunt: skoro problem jest niemiecki, a nie unijny, nie europejski, to nie ma mowy o europejskiej solidarności. Kamień spada z serca. Solidarność odzyskuje swój moralny wymiar, ale nie na poziomie europejskiej kultury politycznej i obywatelskiej, tylko w swym religijnym wcieleniu: episkopat wykazał się chrześcijańską miłością bliźniego. Jej realizację zrzucił na często niechętnie nastawionych do pomysłu proboszczów: parafie przyjmą migrantów. Ale których? Ilu? Kiedy? Jak ich przewieźć? Zarejestrować? Za jakie pieniądze? To sprawy ziemskie, którymi zajmować się nie musimy. Tu Bruksela kwot nie narzuci. Kamień spada z sera po raz drugi.
Skoro problem nie jest europejski, tylko niemiecki, to tematem chwili nie jest żadna solidarność (bo solidarni to oni mają być z nami), tylko powinność, a ta - z zasady - jest niemiecka. Nie ma powodu byśmy jako Polacy przyjmowali na siebie niemieckie powinności. Polska koncepcja powinności jest nierozerwalnie związana z winą. A to nie my jesteśmy winni.
Polska przyzwoitość
Czy jest też związana z przyzwoitością? Tak, ale z jej specyficzną odmianą. Zdefiniowała ją jasno Halina Bortnowska w audycji Stefana Bratkowskiego "Z Boku", nazywając ją przyzwoitością obłudy, przyzwoitością Dulskiej i Tartuffe'a, w odróżnieniu od przyzwoitości jako wierności samemu sobie, opisywanej przez Josepha Conrada. Ilustracją przyzwoitości obłudy jest niedawny sondaż, w którym 53 % Polaków uznało, że powinniśmy przyjmowć uchodźców, ale większość spośród nich gotowa jest przyjąć liczbę jak najmniejszą, symboliczną, kilkaset osób. Kilkaset osób przyjmiemy. Żeby już nie gadali.
Finansowanie z unijnego budżetu wydatków na infrastrukturę, która czyni życie Polaków wygodniejszym i tworzy miejsca pracy, to unijna powinność. Wygodniejsze i dostatniejsze życie to polska aspiracja, którą Unia ma spełnić. Tak przede wszystkim rozumiemy sens i cel integracji europejskiej i tak rozumianą - i docenianą - Unię Polacy popierają w sondażach. Na tej podstawie formułowany jest dyskusyjny wniosek, że Polacy są bardzo proeuropejscy. Jakby to na tym polegała europejskość.
Unijny współudział w realizacji tych aspiracji wynika z zasad integracji europejskiej (solidarność na rzecz wyrównywania poziomów życia), unijnych mechanizmów (polityka spójności) i, oczywiście, z zasobów finansowych unijnego budżetu. Wiadomo, że gdy o finanse chodzi, jesteśmy w pierwszym rzędzie beneficjentami niemieckiej szczodrości, bo to najbogatszy kraj UE. Ale też dlatego, że to kraj geograficznie najbliższy, oczywisty kierunek polskich migracji - nie w obronie życia, nie za chlebem nawet, ale w celu podniesienia poziomu życia. Podnosząc poziom życia w Polsce Niemcy stosują więc logikę rozwiązywania problemu u źródeł, postulat nieustannie pojawiający się dziś w argumentacji tych, którzy w Polsce są przeciwni przyjmowaniu migrantów.
Jednak gdy mówimy o płynących do Polski funduszach, nie mówimy, że są niemieckie, tylko unijne. Dlatego doceniamy solidarność UE, ale rozumianą nie jako element kanonu wartości, tylko jako "mechanizm" (tak się zresztą czasem mówi: "mechanizm solidarności"). Co do Niemców, ich kontrybucję do unijnego budżetu traktujemy jako powinność: bogatszego wobec biedniejszego, ale też historycznie winnego wobec pokrzywdzonego.
Niemieccy imigranci
Inaczej z migrantami: o nich nie mówimy, że są unijni, tylko niemieccy. Ten zabieg retoryczny, wymyślony przez Viktora Orbána, padł w Polsce na podatny grunt: skoro problem jest niemiecki, a nie unijny, nie europejski, to nie ma mowy o europejskiej solidarności. Kamień spada z serca. Solidarność odzyskuje swój moralny wymiar, ale nie na poziomie europejskiej kultury politycznej i obywatelskiej, tylko w swym religijnym wcieleniu: episkopat wykazał się chrześcijańską miłością bliźniego. Jej realizację zrzucił na często niechętnie nastawionych do pomysłu proboszczów: parafie przyjmą migrantów. Ale których? Ilu? Kiedy? Jak ich przewieźć? Zarejestrować? Za jakie pieniądze? To sprawy ziemskie, którymi zajmować się nie musimy. Tu Bruksela kwot nie narzuci. Kamień spada z sera po raz drugi.
Skoro problem nie jest europejski, tylko niemiecki, to tematem chwili nie jest żadna solidarność (bo solidarni to oni mają być z nami), tylko powinność, a ta - z zasady - jest niemiecka. Nie ma powodu byśmy jako Polacy przyjmowali na siebie niemieckie powinności. Polska koncepcja powinności jest nierozerwalnie związana z winą. A to nie my jesteśmy winni.
Polska przyzwoitość
Czy jest też związana z przyzwoitością? Tak, ale z jej specyficzną odmianą. Zdefiniowała ją jasno Halina Bortnowska w audycji Stefana Bratkowskiego "Z Boku", nazywając ją przyzwoitością obłudy, przyzwoitością Dulskiej i Tartuffe'a, w odróżnieniu od przyzwoitości jako wierności samemu sobie, opisywanej przez Josepha Conrada. Ilustracją przyzwoitości obłudy jest niedawny sondaż, w którym 53 % Polaków uznało, że powinniśmy przyjmowć uchodźców, ale większość spośród nich gotowa jest przyjąć liczbę jak najmniejszą, symboliczną, kilkaset osób. Kilkaset osób przyjmiemy. Żeby już nie gadali.
2015-09-14
Polityka u podstaw
"Nikt nam nie będzie narzucał przyjmowania imigrantów, bo to nie jest żadne rozwiązanie. Problem trzeba rozwiązać u źródła" - powiadają niektórzy politycy, na przykład prezydent RP. Zawsze ceniłem pozytywistyczny postulat pracy u podstaw. Ale wypowiadanie takich mądrości w sytuacji, gdy każdego dnia do granic UE docierają dziesiątki tysięcy uchodźców należałoby uznać za kolejną ilustrację narodowego porzekadła: "mądry Polak po szkodzie". Należałoby, gdyby przyjąć, że sprawa w ogóle nas dotyczy. A zdaje się, że mędrcy, którzy taką pseudopozytywistyczną retoryką się posługują, do odpowiedzialności za szkodę się nie poczuwają.
Precz z kolonializmem
Skoro nie my naszkodziliśmy, nie nam ponosić konsekwencje - to myśl przewodnia polskiej argumentacji przeciw przyjmowaniu migrantów. Na czym polega szkoda, której winni są inni? W wielu występuje ona odsłonach. Po pierwsze, kolonializm. Polska nie miała kolonii, Polacy się na nich nie wzbogacili, nie muszą więc przyjmować migrantów z poczucia winy. Argument w swym anachronizmie dość idiotyczny: ci ludzie nie uciekają do Europy przed kolonializmem. Ani w wyniku wojen kolonialnych. To nie są lata pięćdziesiąte ani sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Z litości pominę wątek żalu, jaki odczuwają piewcy kolonialnej argumentacji, że Polska nigdy kolonii nie miała (choć chciała, ale jej nie dali!). Chyba, żeby - nie bez racji - uznać za politykę kolonialną działalność Rzeczpospolitej na kresach wschodnich. Co ciekawe, Polska gotowość (deklarowana przynajmniej) do przyjmowania Ukraińców nie bierze się z kolonialnego poczucia winny, tylko ze słowiańsko-chrześcijańskiej solidarności. Bez sensu jest też odwoływanie się do wojen krzyżowych. Chyba, że za taką uznać inwazję Stanów Zjednoczonych na Irak. Tylko, że Polska była częścią zmontowanej wtedy antyirackiej koalicji.
Polacy-katolicy
Po drugie, "multi-kulti". Bo to ponoć wyśmiewana przez nacjonalistyczną prawicę moda na wieloetniczność i wielokulturowość sprawia, że tacy Niemcy czy Francuzi (ale przede wszystkim Niemcy) czują się w obowiązku przyjmowania migrantów. Taki hipstersko-hipisowski kaprys, nic więcej. Bo sobie wbili do łbów, że chcą mieć na ulicach kolorowo. Ich wybór, ale nam niech tej mody nie narzucają, bo ona polska nie jest. Polak lubi jak jest biało, czysto etnicznie, jednonarodowo czyli polsko, i chrześcijańsko. Tak się przyzwyczaił, taka jałtańska spuścizna. Kiedyś naszą tradycję wyrażała Wanda, co nie chciała Niemca, potem polski szlachcic, co bił bisurmanina. Z powodu Unii Europejskiej i pobieranych stamtąd funduszy musieliśmy się czasowo zgodzić na Niemca, ale niech nam Niemiec nie każe wpuszczać jakichś tuchajbejów. Logika zgodna oczywiście ze światopoglądem różnych Semków czy innych Terlikowskich, ale nie z rzeczywistością: Niemcy nie wpuszczają migrantów z powodów estetycznych tylko etycznych, nie z uległości modzie tylko z moralności. Wpuszczają ich, bo tam, skąd migranci przybywają, jest terror, wojna i głód.
My, solidarni
Po trzecie, solidarność. My, Polacy, nikomu nie musimy udowadniać solidarności. Nikt nam naszej solidarności ewaluować nie będzie, bo my jesteśmy solidarności depozytariuszami. Jak Etiopczycy arki Przymierza. Co więcej, jest ona duchowa. Jako kraj na dorobku, biedny, w ruinie - nie możemy jej wyrażać materialnie. Prawdopodobnie nigdy w przewidywalnej perspektywie nie będziemy mogli, bo zawsze będziemy biedniejsi niż Niemcy. Niemcy, jako bogacze, muszą się opodatkować (przede wszystkim na naszą rzecz), my nie musimy. Oburzenie wywołały słowa Junckera, który wypominając Polakom (nie tylko Polakom) brak solidarności, przypomniał solidarność, której sami doznali: 20 milionów liczy Polska emigracja, mówił. Oczom i uszom nie wierzyłem, gdy docierał do mnie bezmózgowiem naznaczony argument, że ci emigranci to krzywda nam wyrządzona przez innych, a tym samym przez innych częściowo choćby wynagrodzona, z czego naturalnie żadne dla nas obowiązki wynikać nie mogą.
Zwalczanie problemu u źródeł
Ale wróćmy do pracy u podstaw. Zweryfikujmy tę ambicję konstruktywnego sprzeciwu. Czekam na moment, w którym spragniony międzynarodowej aktywności prezydent Andrzej Duda przedstawi swą strategię walki z przyczynami kryzysu migracyjnego. Wraz z nowym rządem, bo obecnego najwyraźniej nie uznaje. Działanie u źródła problemu ma sprawić, że ludzie będą woleli w soich krajach zostać, niż z nich wyjeżdżać i że organizowanie migracji nie będzie lukratywnym źródłem dochodu dla przestępców. Jestem przekonany, że taka strategia będzie zawierała przynajmniej następujące zobowiązania:
Precz z kolonializmem
![]() |
| Polacy w Iraku. Działanie u źródła? by MON /Wikimedia Commons |
Polacy-katolicy
Po drugie, "multi-kulti". Bo to ponoć wyśmiewana przez nacjonalistyczną prawicę moda na wieloetniczność i wielokulturowość sprawia, że tacy Niemcy czy Francuzi (ale przede wszystkim Niemcy) czują się w obowiązku przyjmowania migrantów. Taki hipstersko-hipisowski kaprys, nic więcej. Bo sobie wbili do łbów, że chcą mieć na ulicach kolorowo. Ich wybór, ale nam niech tej mody nie narzucają, bo ona polska nie jest. Polak lubi jak jest biało, czysto etnicznie, jednonarodowo czyli polsko, i chrześcijańsko. Tak się przyzwyczaił, taka jałtańska spuścizna. Kiedyś naszą tradycję wyrażała Wanda, co nie chciała Niemca, potem polski szlachcic, co bił bisurmanina. Z powodu Unii Europejskiej i pobieranych stamtąd funduszy musieliśmy się czasowo zgodzić na Niemca, ale niech nam Niemiec nie każe wpuszczać jakichś tuchajbejów. Logika zgodna oczywiście ze światopoglądem różnych Semków czy innych Terlikowskich, ale nie z rzeczywistością: Niemcy nie wpuszczają migrantów z powodów estetycznych tylko etycznych, nie z uległości modzie tylko z moralności. Wpuszczają ich, bo tam, skąd migranci przybywają, jest terror, wojna i głód.
My, solidarni
Po trzecie, solidarność. My, Polacy, nikomu nie musimy udowadniać solidarności. Nikt nam naszej solidarności ewaluować nie będzie, bo my jesteśmy solidarności depozytariuszami. Jak Etiopczycy arki Przymierza. Co więcej, jest ona duchowa. Jako kraj na dorobku, biedny, w ruinie - nie możemy jej wyrażać materialnie. Prawdopodobnie nigdy w przewidywalnej perspektywie nie będziemy mogli, bo zawsze będziemy biedniejsi niż Niemcy. Niemcy, jako bogacze, muszą się opodatkować (przede wszystkim na naszą rzecz), my nie musimy. Oburzenie wywołały słowa Junckera, który wypominając Polakom (nie tylko Polakom) brak solidarności, przypomniał solidarność, której sami doznali: 20 milionów liczy Polska emigracja, mówił. Oczom i uszom nie wierzyłem, gdy docierał do mnie bezmózgowiem naznaczony argument, że ci emigranci to krzywda nam wyrządzona przez innych, a tym samym przez innych częściowo choćby wynagrodzona, z czego naturalnie żadne dla nas obowiązki wynikać nie mogą.
Zwalczanie problemu u źródeł
Ale wróćmy do pracy u podstaw. Zweryfikujmy tę ambicję konstruktywnego sprzeciwu. Czekam na moment, w którym spragniony międzynarodowej aktywności prezydent Andrzej Duda przedstawi swą strategię walki z przyczynami kryzysu migracyjnego. Wraz z nowym rządem, bo obecnego najwyraźniej nie uznaje. Działanie u źródła problemu ma sprawić, że ludzie będą woleli w soich krajach zostać, niż z nich wyjeżdżać i że organizowanie migracji nie będzie lukratywnym źródłem dochodu dla przestępców. Jestem przekonany, że taka strategia będzie zawierała przynajmniej następujące zobowiązania:
- Polska stanie się orędownikiem zwiększenia wydatków z unijnego budżetu na pomoc dla krajów rozwijających się, również kosztem wydatków na unijną politykę spójności, której jest głównym beneficjentem;
- będzie logistycznie i finansowo wspierać kraje rozwijające się z własnego budżetu, w oparciu o umowy dwustronne, tak jak czyni to wiele państw członkowskich UE;
- stanie się orędownikiem dalekowzrocznej polityki klimatycznej, bo zmiany klimatu są w dużej mierze odpowiedzialne za brak dostępu do wody pitnej i za susze niszczące uprawy - główne przyczyny większości konfliktów zbrojnych w Afryce;
- będzie walczyć z protekcjonizmem Unii Europejskiej w dziedzinie rolnictwa, który czyni rolnictwo krajów rozwiajających się nieopłacalnym, również za cenę ograniczenia unijnych dopłat do polskiego rolnictwa;
- będzie wspierać inicjatywy międzynarodowe, które skłonią Stany Zjednoczone do rezygnacji z protekcjonistycznej polityki w sektorze rolnym;
- zaangażuje się w wojnę w Syrii i szerzej, w działania przeciw tzw. "państwu islamskiemu" - na polu militarnym i dyplomatycznym, również wykorzystując nasze wyjątkowe relacje z Waszyngtonem (w końcu to amerykańskie działania przeciw państwu islamskiemu, a wcześniej inwazja na Irak z naszym udziałem, są w dużej mierze odpowiedzialne za exodus uchodźców);
- stworzy strategię angażowania się zbrojnie, finansowo, logistycznie i politycznie w konflikty międzynarodowe, bo sytuacja w Syrii to nie jedyna przyczyna fali uchodźców, uchodźcy pochodzą też na przykład z Erytrei);
- aktywnie włączy się w walkę z zorganizowanymi, przestępczymi siatkami passerów zarabiających fortuny na nielegalnym przerzucie migrantów do Europy;
- będzie aktywnie działać w ramach UE na rzecz nowelizacji konwencji dublińskiej i reformy systemu Schengen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.
Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...
-
To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Oneci...
-
©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipc...
-
Fot. Wikimedia Commons Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka...



