Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szwecja. Pokaż wszystkie posty

2014-02-01

Państwo PiS jest nie z tej Europy (5) Polityka zagraniczna: nasza miedza, nasz płot

Z polityką zagraniczną sprawa jest prosta: suwerenne państwo prowadzi ją w celu obrony swoich interesów na arenie międzynarodowej. Jak jednak te interesy definiować? Co oznacza "zagranica"? A "międzynarodowość"? Lepiej bronić interesów samotnie czy może we współpracy z innymi państwami? A jeśli bronić, to przed kim? Nie znalazłem spójnej doktryny polityki zagranicznej PiS. Ale w wypowiedziach guru tego ugrupowania można znaleźć odpowiedzi na tak postawione pytania.

Radosław Sikorski i Catherine Ashton, 
Szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, 30.09.2011

Z czysto poznawczego punktu widzenia mają one pewną zaletę: zbudowana na ich podstawie koncepcja polityki zagranicznej ma charakter ponadczasowy. Nie ulega koniunkturze. Nie poddaje się historii. Jest tak samo aktualna przed kongresem wiedeńskim jak i po, kres traktatu wersalskiego nie wywarł na nią wpływu, Jałta potwierdziła jej słuszność, a takie drobiazgi jak upadek muru berlińskiego, powstanie UE i przystąpienie Polski do UE czy globalizacja w ogóle nie muszą być brane pod uwagę. Wszak opiera się ona na prostej zasadzie, fundamentalnej dla koncepcji świata i społeczeństwa wyznawanej przez Jarosława Kaczyńskiego: człowiek człowiekowi wilkiem, państwo państwu wrogiem, autarchia celem ostatecznym, współpraca międzynarodowa - tylko z niemożności osiągniecia celu ostatecznego od razu.

Dyplomacja nie dalej niż za miedzę

Wspólna unijna dyplomacja jest w powijakach. Owszem, jest Wysoki Przedstawiciel, ale do statusu unijnego ministra spraw zagranicznych mu daleko. Każdy krok w tym kierunku jest krokiem w stronę federacji. Kaczyński jest oczywiście federacji przeciwny, ale nie przypominam sobie, aby uznał funkcję sprawowaną przez Catherine Ashton za zagrożenie dla polskiej suwerenności. Może to być wynikiem zapomnienia; a może też jego milczenie w tej sprawie to dowód, że nie traktuje zbyt poważnie tego "wysokiego przedstawicielstwa". Pewnie by się to zmieniło, gdyby następcą Ashton został Radek Sikorski, bo panowie – odkąd zerwali polityczny alians – bardzo się nie lubią. A Kaczyński, jak wiadomo, ma do polityki podejście bardzo osobiste.

Na razie, w sprawach zasadniczych, państwa członkowskie same prowadzą swoją dyplomację i w wielu sprawach nie ma wspólnego unijnego stanowiska. Dotyczy to na przykład stosunku wobec sytuacji palestyńskich terytoriów okupowanych przez Izrael albo uznania niepodległości Kosowa. Choć skądinąd Kosowo akurat jest przykładem skutecznej unijnej mediacji. Podobnie jak  Iran, gdzie niespodziewany postęp negocjacji w sprawie technologii nuklearnej jest niewątpliwym sukcesem Catherine Ashton.  Unia podejmuje wspólne działania wobec sytuacji w Syrii, albo tak zwanej "arabskiej wiosny", ale to wciąż wyjątki, działania mają przede wszystkim wymiar polityczny i humanitarny. Tam, gdzie - jak w Mali albo w Republice Środkowoafrykańskiej - trzeba użyć siły, Unia okazuje się nieskuteczna. Ale z kolei w dziedzinie spraw konsularnych jest lepiej, bo każdy posiadacz unijnego paszportu może zgłosić się po pomoc do dowolnej ambasady państwa członkowskiego UE w kraju trzecim, jeżeli jego państwo nie ma tam placówki dyplomatycznej. Wszystkie te kwestie nie budzą większego zainteresowania Jarosława Kaczyńskiego nie tylko z powodu ich ograniczonego znaczenia, ale przede wszystkim dlatego, że jego wyobraźnia polityczna tak daleko nie sięga.

Kaczyński nie przejmuje się unijną dyplomacją, jego wybór. Niestety, nie dostrzega też, że dzięki Unii Polska ma zagwarantowane miejsce przy stołach negocjacyjnych, do których – z powodu swojego politycznego i gospodarczego potencjału – nie miałaby w pojedynkę dostępu. Dotyczy to nie tylko mediacji w Syrii albo na innych terenach dotkniętych konfliktami, a przecież warto tam być. Chodzi też o negocjacje handlowe z Koreą, USA czy Kanadą. Tak, handel międzynarodowy to też sprawy zagraniczne. W zakres spraw zagranicznych UE, negocjowanych z innymi częściami świata, wchodzi też energia i polityka klimatyczna, ale w tej dziedzinie wzrok Kaczyńskiego nie sięga poza polsko-rosyjsko-niemiecki trójkąt obaw i sprzeczności, Prezes nie ma pomysłu na wykorzystanie możliwości  jakie stwarza wymiar unijny. Dojście PiS do władzy oznacza odebranie Polsce szansy na skorzystanie z atutów, jakie średniemu co do wielkości, i peryferyjnemu gospodarczo i politycznie państwu daje na arenie światowej członkostwo w UE. A atutów tych, w miarę nieuchronnego poszerzenia pola działania unijnej dyplomacji i wzrostu jej znaczenia, będzie przybywać.

Unia, czyli zagranica

Kaczyński nie dlatego jest antyeuropejski, że nie zgadza się z takim czy innym dominującym w UE poglądem: na wojnę w Syrii, na gotowość Ukrainy do członkostwa w UE, na niepodległość Kosowa, na relacje z Rosją, tylko dlatego, że taki twór jak Unia Europejska, taki polityczny i gospodarczy proces jak integracja europejska w ogóle nie mieszczą się w jego koncepcji świata. Coś takiego nie miało prawa powstać, a jeżeli już, to tylko jako przepoczwarzona po raz kolejny struktura dominacji silniejszych nad słabą choć moralnie wielką Polską. W rozumieniu prezesa PiS Unia Europejska nie jest żadną nową formą współdziałania partnerów realizujących wspólne cele. Jest zagranicą. A członkostwo Polski w UE zmierzającej do federacji niesie ze sobą zagrożenie rozdwojeniem polskiej tożsamości: nie można być na zewnątrz i wewnątrz jednocześnie. Trzeba wybrać.

Dlatego dla Kaczyńskiego zwolennicy integracji europejskiej to piąta kolumna, to wewnętrzne siły dążące do oddania silniejszym polskiej suwerenności w zamian za osobiste korzyści. Z tej perspektywy przynależność Polski do UE to nic innego jak konieczny na krótką metę element polityki zagranicznej a nie udział w jakiejś tam integracji. Kaczyński nie wzywa wprost do wyjścia z UE z dwóch powodów: bo wie, że poziom nacjonalizmu nie osiągnął jeszcze w Polsce takiego poziomu, by wyborcy takiemu postulatowi przyklasnęli (choć koniunkturalna promocja NOP, Młodzieży Wszechpolskiej czy innego narodowego kibolstwa może kiedyś zaowocować wzrostem poparcia dla takich tendencji); oraz dlatego, że słaba Polska, "na dorobku", jak prezes lubi powtarzać, może lisią metodą coś uszczknąć z bogactw, których obcy, często na polskiej krzywdzie, się dorobili. Tak, Unia jest dobra dla Polski, jak w czerwcu 2013 przyznał rzecznik PiS Adam Hofman. Ale tylko do czasu, gdy Polska też się dorobi. I bez ustępstw, bez kompromisów. Niezależna polityka wobec UE, polityka zagraniczna "nie na kolanach", ma polegać na jasnym postawieniu sprawy: należymy do tego klubu, bo nam się coś od was należy, ale nie godzimy się na żadne wspólne ustalenia, żadne wspólne reguły. A jeśli już się na nie zgodzimy, bo akurat nam się to opłaca, to zawsze możemy się wycofać. Każdy, kto oddaje głos na Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie powinien zastanowić się nad skutecznością tak prowadzonej polityki.

Piastowie i Jagiellonowie

Jarosław Kaczyński widzi dzisiejszą Polskę, jako element świata, w którym od wieków zachodzą te same procesy, a wyzwania pozostają niezmienne. W tym świecie Unia Europejska jest bytem tymczasowym, bagatelą dziejów, trwałym natomiast punktem odniesienia są Niemcy i Rosja, odwieczni wrogowie, i Stany Zjednoczone, jedyny sojusznik we wrogim świecie, na tyle potężny, że bezdyskusyjny, choć daleki. Ponieważ największym zagrożeniem dla Polski jest odbudowanie osi rosyjsko-niemieckiej, polityka zagraniczna Polski według PiS powinna mieć dwa cele: po pierwsze, nie dopuścić do sojuszu Moskwy i Berlina; po drugie, stać się liderem dla tych państw, mniejszych i słabszych, dla których taki sojusz też byłby zagrożeniem. Wybór właściwej strategii zwycięskiego przetrwania w tak zdefiniowanym środowisku międzynarodowym to wybór między polityką piastowską i jagiellońską. Jarosław Kaczyński jest zdecydowanym zwolennikiem polityki prowadzonej przez Jagiellonów.

Czy ktokolwiek zdrowo myślący sugerowałby dziś Francji by zdecydowała, którą politykę zagraniczną prowadzić: Kapetyngów czy Burbonów? Nonsens. Niedawno Cezary Michalski naśmiewał się w "Polityce", że "oczekiwanie od współczesnego polskiego państwa prowadzenia "jagiellońskiej polityki wschodniej" jest tak realistyczne, jak oczekiwanie od dzisiejszej Austrii, żeby prowadziła politykę zagraniczną Habsburgów". Faktycznie, zabawne.

Ale główna partia opozycyjna w Polsce tak właśnie na te kwestie patrzy. PiS-owskim myślicielom należy jednak oddać sprawiedliwość: to nie oni spopularyzowali dylemat piastowsko-jagielloński, ale obecny minister spraw zagranicznych, Radek Sikorski (w odróżnieniu od Kaczyńskiego jest zwolennikiem doktryny piastowskiej). Sikorski, który nie stroni od budzących kontrowersje porównań i uproszczeń, posłużył się jednak tym rozróżnieniem jak figurą retoryczną, w przemówieniu. Kaczyński natomiast oparł na niej swoją koncepcję polityki zagranicznej. Uwaga Michalskiego staje się mniej śmieszna, gdy Austrię zastąpi się Niemcami (wszak Habsburgowie to dynastia niemiecka). Z punktu widzenia Kaczyńskiego dzisiejsze Niemcy realizują politykę Habsburgów: jest to polityka dominacji w Europie. Unia Europejska jest dziś pokojowym narzędziem tej polityki, tak jak niegdyś śluby dynastyczne. Wszak to cesarz Maksymilian I zasłynął z dewizy: „Bella gerant alii, tu, felix Austria, nube” czyli "Inni niech wojny prowadzą, a ty, Austrio szczęśliwa, poślubiaj". Gdy wypowiadał te słowa, Polska była potężna, a Habsburgowie byli głównymi konkurentami Jagiellonów.

Prawda, że to nęcąca analogia? Wystarczy przyjąć, że na początku XXI wieku polityka imperialna z wieku XVI nadal decyduje o kształcie świata (czyli Europy), że – jednocześnie - obowiązuje model państwa narodowego stworzony w wieku XIX, i że w XX wieku nie pojawiło nic takiego jak integracja europejska a doktryna polityki zagranicznej PiS od razu wydaje się możliwa do przyjęcia. Tyle tylko, że założenia te są błędne. Aż szkoda, bo tak ładnie się to wszystko układa w jedną całość.

Nasza bliska zagranica

W odróżnieniu od polityki zagranicznej Jagiellonów, jednej z głównych europejskich dynastii, Polityka jagiellońska PiS to polityka regionalna, wyłącznie wschodnia. Zachód ogranicza się do złych Niemiec i dobrych, choć odległych Stanów Zjednoczonych. Jagiellonowie myśleli w kategoriach zakresu władzy i wpływów w centralnej części świata. PiS myśli w kategoriach bliskiej zagranicy. Polityka jagiellońska w tym wydaniu to odrzucenie sojuszu z Niemcami (na nim opierała się polityka piastowska) i otwarta konkurencja z Rosją o wpływy w Europie środkowej i wschodniej. Nasza strefa bezpieczeństwa i jednocześnie wpływu to, w myśl tej doktryny, państwa postsowieckie, zarówno te, które przystąpiły z nami do UE w 2004 (bez Malty i Cypru) jak i byłe republiki radzieckie: Armenia, Białoruś, Ukraina, Gruzja, Mołdawia.

Te ostatnie mają uznać naszą wyższość i otrzymać w zamian opiekę. PiS proponuje im rodzaj sojuszu, który Polska Bolesława Chrobrego zawarła z Niemcami. Zakłada, że będą wobec Polski prowadzić politykę… piastowską. Nasza opieka ma polegać na tym, że będziemy domagać się z Unii Europejskiej (to znaczy z Niemiec, zgodnie z pisowską wizją UE) finansowego i politycznego wsparcia. Zgodnie z tą zasadą Jarosław Kaczyński i inni zwolennicy tego punktu widzenia hojnie... domagają się od Unii większej szczodrości wobec Ukrainy. Chcą, żeby Unia przebiła Rosję w przetargu, którego przedmiotem jest Ukraina, ale tak, żeby to Polska mogła wręczyć w Kijowie kopertę. Kwestie demokracji i więźniów politycznych, sprawa Tymoszenko i szalejącej korupcji to drobiazgi, o których nie należy wspominać, bo nie mieszczą się w doktrynie wschodniej polityki jagiellońskiej, którą chciałby realizować PiS. Nie wątpię, że Janukowycz z takiej polityki byłby bardzo zadowolony. Nie martwiłby się nią też Putin, bo sam ma podobną wizję świata: nie do pogodzenia z systemem wartości Unii Europejskiej, ale zbieżną z poglądami Jarosława Kaczyńskiego. Jedna i druga nie z tej epoki. Tę zbieżność łatwo było zresztą dostrzec w skandalicznej propozycji Kaczyńskiego, by rozpocząć z Rosją pertraktacje o przyszłość Ukrainy, ale bez udziału Ukrainy. W imieniu UE miałyby je prowadzić Polska i Szwecja. Dzisiaj, zwłaszcza w świetle wydarzeń ostatnich tygodni,  taki pomysł poraża intelektualnie swym archaizmem i polityczną niestosownością, ale co by było, gdyby kiedyś  Kaczyński, już jako premier, rzeczywiście zgłosił ją na forum międzynarodowym?

Europejczycy w Kijowie

Na razie wódz PiS zadowolił się podróżą na Majdan. Pewnie mu się wydawało, że poleciał do Kijowa tak, jak jego zmarły brat do Tbilisi. Siła symbolu. Eurosceptyk, nierozumiejący integracji europejskiej, wzywał Ukraińców by przystąpili do Unii. Oczywiście dla dobra Polski. Paweł Śpiewak entuzjastycznie odniósł się do tej kijowskiej wyprawy: "Kaczyński ma wyobraźnię polityczną również w skali międzynarodowej. Zupełnie zaskoczył tym Platformę." Zaskoczył?  Wątpię. Za każdym razem, gdy coś się działo na Ukrainie, albo na Białorusi, polscy politycy (nie tylko z PiS) wsiadali w samochód, pociąg, samolot, by pokazać w świetle jupiterów, że są, i że są pierwsi. Było klawo pojechać do Mińska, gdy z góry było wiadomo, że ich tam nie wpuszczą. I rzeczywiście: robili potem konferencję prasową, jak to ich zatrzymano na granicy. Z Kijowem Kaczyńskiemu się tak nie poszczęściło, bo Janukowycz to nie Łukaszenka. Gdzie w tym wyobraźnia polityczna dostrzeżona przez Śpiewaka? Pomysł Kaczyńskiego, by swą wizytę sprzedać jako dowód politycznego zaangażowania i odwagi, i próba szantażu politycznego wobec Tuska i Sikorskiego, którzy nie pojechali do Kijowa, wolę traktować jako populistyczną retorykę niż jako zapowiedz sposobu prowadzenia dyplomacji przez premiera Kaczyńskiego i jego rząd. Ale jeżeli Śpiewak ma rację? Jeśli to wizja i zapowiedź? Ciekawe, że odmiennie do peregrynacji Kaczyńskiego odniósł się inny jego (jak sam przyznaje) zwolennik i wyborca, ks. Isakowicz-Zaleski. Jego zdaniem Prezes popełnił "tragiczny błąd" uwiarygodniając ukraińskich nacjonalistów, gdy ochoczo wykrzykiwał na Majdanie ich zawołanie: "Sława Ukrainie, herojam sława". Całkowity brak orientacji w sprawach ukraińskich nie jest w jego oczach usprawiedliwieniem dla polityka, który po raz kolejny chce zostać premierem. 

Styczniowa podróż do Kijowa czterech pisowskich muszkieterów: Czarneckiego, Hofmana, Lipińskiego i Zaręby, odbyła się według podobnego scenariusza. Pojechać, dać się sfotografować, udzielić wywiadu, a przede wszystkim, jak Czarnecki na Twitterze, żeby zapytać: "A gdzie jest Protasiewicz?". W Kijowie dobrze jest wystąpić pod flagą unijną, co też ochoczo czwórka z PiS uczyniła, wygłaszając jednocześnie kilka gładkich formułek na temat europejskich standardów i wartości. Z rozbawieniem śledziłem dyskusje w tej sprawie na forach polskich prawicowych portali: hipokryzja polityków, którzy w Polsce podobnych deklaracji by nie wygłaszali, bo tu bardziej opłaca się zamanifestować sceptycyzm wobec europejskich standardów i wartości, nie uszła uwadze dyskutantów. Grupka śmiesznych facetów, znanych w Polsce z krytyki wszystkiego, co unijne, pojechała na Ukrainę by przed kamerą polskiej telewizji głosić dobrą unijną nowinę. Tak, to ci sami ludzie, którzy w Polsce szukają politycznych sojuszników wśród narodowców i kiboli. Bliżej by im było do ukraińskich nacjonalistów, głosicieli kozactwa i miłośników Bandery, antypolskich i antyrosyjskich jednocześnie, też obecnych na kijowskim Majdanie. Ale na delegacji woleli wystąpić pod egidą Parlamentu Europejskiego, w którym Ryszard Czarnecki jest postacią marginalną i egzotyczną, ale który daje pisowskiej delegacji prawo do używania unijnego emblematu, bo PiS jest członkiem ECR, frakcji parlamentarnej co prawda niszowej i eurosceptycznej, ale kto to wie w Kijowie. Wszystko to na kilka dni przed wizytą w Kijowie szefowej unijnej dyplomacji, w dniu wizyty komisarza do spraw rozszerzenia, dzień po kategorycznej rozmowie Barroso z Janukowyczem, w kontekście dyplomatycznych działań unijnych rządów z polskim na czele (choć jeszcze przed ukraińskim tournée Tuska po europejskich stolicach) i z dala od oficjalnych delegacji. Przypomina się przypowieść o żabie u kowala.

Nie chodzi o to, że politycy opozycji nie powinni jeździć do Kijowa. Przeciwnie: czym więcej unijnych polityków będzie w sprawie Ukrainy aktywnych, czym więcej ich pojawi się na miejscu, tym lepiej dla demokracji i praw człowieka. To bardzo ważne dla Ukraińców, którzy w ich imieniu protestują od paru miesięcy na Euromajdanie. Są jednak granice hipokryzji, których nie wolno przekraczać, jeżeli nie chce się sprawy, o którą oni walczą, skompromitować.  Dla Euromajdanu Europa znaczy coś bardzo konkretnego. Francuska Libération (okładka na zdjęciu obok), gdy przywołuje wartości demokracji, pluralizmu, państwa prawa, otwartości i tolerancji, mówi prawdę: tam ludzie giną za Europę. I nawet jeżeli komuś ich wizja Europy może się wydać naiwna, to jest to piękna i wzniosła naiwność, w odróżnieniu od pisowskiej hipokryzji, która jest żałosna. Jest jednak w tej hipokryzji metoda i cel: jest ona instrumentem polityki wewnętrznej. To kolejna, niebezpieczna cecha koncepcji spraw zagranicznych praktykowanej przez PiS: jeśli jest w państwie jedna dziedzina, która powinna być przedmiotem narodowego konsensusu i ciągłości, to są to właśnie stosunki międzynarodowe, a tę zasadę PiS łamie nieustannie. Bez względu na to, czy jest się w opozycji czy u władzy, igranie z tą zasadą jest niebezpieczne dla państwa, jest dowodem nieodpowiedzialności. Ale dla PiS każdy sposób na wywołanie politycznego kryzysu jest dobry, i każda metoda prowadząca do pogłębienia podziałów w społeczeństwie jest warta zastosowania, bo kreowanie i sycenie antagonizmów to instrument dojścia do władzy. A nic nie jest ważniejsze. Dlaczego dyplomacja miałaby być wyjątkiem w tej strategi?

Koncepcja polityki zagranicznej, która wyłania się z działań i deklaracji przywódcy PiS i jego sierżantów jest takim samym instrumentem walki o władzę w państwie jak każdy inny. I na tym polega pragmatyzm tej koncepcji.  Jeśli jednak wyjść poza ten lokalny i koniunkturalny wymiar, a w dziedzinie stosunków międzynarodowych wydaje się to uzasadnione, to okaże się, że koncepcja ta tak zupełnie nie bierze pod uwagę zmian, które zaszły na świecie w ostatnich sześćdziesięciu latach, że z powodzeniem można by ją uznać za political fiction. Z tym jednak zastrzeżeniem, że literacka political fiction zwykle odsyła do przyszłości, podczas gdy pisowskie myślenie o stosunkach zagranicznych zastygło w otchłani historii. Rzecz nie w tym czy zgadzamy się z takim czy innym osądem danego zdarzenia lub z propozycją rozwiązania konkretnego problemu, czy podzielamy narodowe sympatie i antypatie i czy odnajdujemy się w tych czy innych stereotypach, ale w tym, że pomysł Jarosława Kaczyńskiego na politykę zagraniczną ma się nijak do rzeczywistości, w której żyjemy. To objaw obsesyjnego nacjonalizmu w formie, która przetrwała tylko w rezerwatach myśli politycznej. To nawrót niebezpiecznej choroby, która uodporniła się na szczepionkę czasu. To idee i praktyka niebezpieczne dla Polski.

Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014


2014-01-17

Państwo PiS jest nie z tej Europy (2) Energia i klimat: ich klimat, nasz węgiel

© Stefan Wernli 2006
Energia i klimat to stałe punkty odniesienia w polskich dyskusjach o Unii Europejskiej. To zrozumiałe, bo już od lat najgorętsze spory między Polską a większością państw UE i Komisją Europejską dotyczą tych zagadnień. Kaczyński nie jest odosobniony, gdy czyni z nich jeden z głównych argumentów w antunijnej retoryce. Nie jest też bynajmniej oryginalny, gdy podkreśla znaczenie węgla dla polskiej gospodarki i wyraża niechęć wobec unijnej polityki klimatycznej. To, co go charakteryzuje, to tępe zacietrzewienie i całkowite niezrozumienie procesów politycznych i gospodarczych, które dzieją się na jego oczach. Nawet dla polskich zwolenników gospodarki opartej na węglu przekonanych, że zmiany klimatu wymyślili na Zachodzie, żeby zaszkodzić Polakom, Kaczyński nie może brzmieć wiarygodnie, bo jego słowa są zapowiedzią całkowitej bezradności i nieskuteczności w obronie polskich interesów gospodarczych, jakby się ich nie definiowało.

Pakiet klimatyczny jest antypolski


"Koniec z polityką, która służy innym państwom, koniec z paktem klimatycznym" – trąbi Kaczyński. Pakiet klimatyczny sprawia problem wielu rządom. Niemcy robią, co mogą, by produkować jak najdłużej luksusowe samochody wyposażone w potężne, energochłonne i zanieczyszczające powietrze silniki. Francuzi bez skutku starają się wymóc na innych państwach i na Komisji Europejskiej by uznały energię nuklearną za odnawialną (pomijając fakt, że uran się nie odnawia, jego złoża są ograniczone, tak jak węgla i ropy, a jego bezpieczne składowanie jest wciąż nierozwiązanym problemem). Orędownikiem pakietu klimatycznego, a w szczególności systemu ETS, nie jest potężny unijny przemysł lotniczy. Wielbicielami pakietu zdecydowanie nie są Czesi, Słowacy, Portugalczycy. Jedynie kraje skandynawskie: Szwecja, Finlandia i Dania bezwzględnie popierają wszystkie elementy pakietu i domagają się więcej. Brytyjczycy, tak samo jak Polacy, chcą wydobywać gaz z łupków, nie bacząc ani na skutki szczelinowania dla środowiska, ani na fakt, że jaki by ten gaz nie był, jest paliwem kopalnym, którego spalanie zwiększa poziom emisji dwutlenku węgla. O jakich państwach, którym służy pakiet, wbrew interesom Polski, mówi więc Kaczyński?


Zmiany klimatyczne wymyślili Niemcy


Po pierwsze, to nie ma znaczenia, o jakich. Bez względu na temat, największym wrogiem Polski pozostają dla Kaczyńskiego Niemcy, to jasne. Ale nie chodzi o jednostkowego wroga, tylko o powszechny antypolski spisek: wszyscy są przeciw nam, jesteśmy sami. Ksenofobia i obsesyjna narodowa wiktymizacja dominują spojrzenie Kaczyńskiego na otaczający świat. Ktoś, kto widzi wokół siebie tylko wrogów, nie powinien nigdy rządzić Polską. Jak ulał pasują tu słowa Janusza A. Majcherka: "Nie wiadomo czy więcej w tym głupoty czy ślepoty. W każdym razie nacjonalizm to dla Polski i Polaków ideologia zgubna i jej nieposkromienie wcześniej czy później do zguby doprowadzi"(Gazeta Wyborcza, 17/09/2013).


Po drugie, mimo, że w codziennej polityce pakiet klimatyczny większości rządów uwiera, to zdecydowana większość liderów w państwach UE niezmiennie plasuje politykę klimatyczną na pierwszym lub drugim miejscu na liście unijnych priorytetów. To stanowisko popiera też większość respondentów w badaniach opinii publicznej. O dziwo, nawet w Polsce, gdzie od żadnego szanującego się polityka nie usłyszy się pochwały polityki klimatycznej, świadomość środowiskowa rośnie i jest wyższa niżby się to mogło wydawać. Dlaczego? Bo zmiany klimatyczne są faktem. Polityka klimatyczna to nie mrzonki kilku ekologów, tylko kluczowy instrument rewolucji przemysłowej, która dokonuje się w UE. Dla UE inicjować światowe działania w tej dziedzinie to wielka gospodarcza, technologiczna, ale i polityczna szansa. A pierwszą gospodarkę świata (pod względem wielkości rynku)  stać na to, by w tej dziedzinie pozwolić sobie na długoterminowe inwestycje (finansowe i polityczne).


Nie bo nie, a potem się zobaczy


Pakiet klimatyczny podpisały wszystkie państwa UE, również Polska (o tym, czy "winny zbrodni" jest Tusk czy Kaczyńscy pisałem już wcześniej). Deklaracja Kaczyńskiego wygłoszona na kongresie PiS, że "musimy odrzucić pakiet klimatyczny" to czyste wariactwo. To dobrze, że ważnym punktem programu PiS jest bezpieczeństwo energetyczne Polski. Ale pomysł, że uda się je zapewnić wbrew UE, tak jakby jej nie było, jest absurdalny. Absurdalny również, dlatego, że bezpieczeństwo energetyczne da się wzmocnić w Polsce wyłącznie szukając mądrych kompromisów w ramach unijnej polityki klimatycznej i przemysłowej i działając na rzecz wspólnej polityki energetycznej. Kaczyński jest niezdolny do żadnego kompromisu i do żadnego współdziałania. Jego zdaniem Polska jako "kraj na dorobku" powinna być uwolniona z jakichkolwiek zobowiązań. Jak się dorobi, to się zobaczy.


Tusk też mówi, że w najbliższej przyszłości węgiel będzie głównym źródłem energii w Polsce. "Węgiel kamienny, brunatny i wkrótce gaz łupkowy będą dla nas kluczowe" – powiedział otwierając we wrześniu targi górnicze w Katowicach. W Danii taka deklaracja może brzmieć jak prowokacja, ale w Polsce jest 70% unijnych zasobów węgla i tutaj brzmi ona jak oczywistość. Zlecone przez Ministerstwo Gospodarki prognozy krajowego zapotrzebowania na surowce energetyczne do 2050 roku zakładają różne opcje, ale we wszystkich węgiel jest podstawą. Ich realizacja wymaga jednak olbrzymich inwestycji. Konieczne są pieniądze (w dużej mierze oczywiście unijne), ale też przestrzeganie wiążących dla Polski norm środowiskowych i poziomu emisji dwutlenku węgla (też unijnych), dlatego rozwiązania należy szukać w UE, a nie wbrew UE. Odnawialne źródła energii (OZE) będą tylko niezbędnym uzupełnieniem naszego koszyka energetycznego. Będziemy przestrzegać unijnych zaleceń, ale nie będziemy aspirować do roli prymusa: przyjmujemy program minimum. Tak mówi Tusk. Podobne stanowisko zajął też niedawno czeski prezydent Zeman (skądinąd podkreślający, że jest europejskim federalistą), a czeski senat drastycznie zmniejszył subwencje na czystą energię.


Konsensus w sprawie krótkowzrocznego pragmatyzmu


Nie wychwalam Tuska. Szkoda, że utrwala w opinii publicznej niechęć do polityki klimatycznej, populistycznie szermuje polskim prawem weta i nawet nie próbuje spojrzeć w przyszłość. Szkoda nie tylko dla unijnej polityki klimatycznej, ale i dla polskiej gospodarki. Broniąc węgla, mógłby jednocześnie tworzyć sprzyjające warunki do rozwoju nowoczesnych technologii pozyskiwania energii z węgla. Węgiel brunatny może być surowcem do produkcji paliw gazowych i ciekłych. Unia musi ograniczać zużycie paliw kopalnych, bo to kwestia jej przerwania, dlatego inwestuje w rozwój technologiczny. Polska ma węgiel, owszem, ale nie znaczy to, że może pozostać technologicznie poza tym kierunkiem rozwoju UE. Tak samo jak nie może poza nim pozostać Francja, która ma energię nuklearną i broni jej równie zażarcie jak Polska węgla. Przez jakiś czas to węgiel, główne źródło energii w Polsce, będzie u nas niezbędny do budowy gospodarki niskoemisyjnej: budowa wiatraków i statków do stawiania ich na morzu wymaga energii, a my ją mamy z węgla. Dlaczego Tusk o tym nie mówi?


Polska powinna inwestować w nowe technologie, mądrze wykorzystując w tym celu unijne fundusze. Rząd mógłby promować inwestycje w produkcję proklimatyczną (systemy ogrzewania, domy pasywne, panele fotowoltaiczne, energia wiatrowa) i wspierać firmy, które już to robią. Mógłby wspierać energooszczędność: w Polsce 75% budynków jest źle docieplonych, ale tylko 19% Polaków wie, jak dużą część budżetu domowego każdego roku pochłania ogrzewanie mieszkań. Polska należy do państw UE z największym potencjałem produkcji biogazu rolniczego z odpadów z rolnictwa i przemysłu rolno-spożywczego oraz z tzw. roślin energetycznych. Mogłaby produkować rocznie nawet 10 mld m3 biogazu.


Polska ma też do dyspozycji siłę wiatru – ale na decyzję o budowie farm wiatrowych i o przyłączeniu do sieci firmy i osoby prywatne czekają rekordowo długo. Przedsiębiorstwa energetyczne mnożą bezprawne bariery uniemożliwiające ludziom podłączanie mikroinstalacji fotowoltaicznych do sieci, uniemożliwiając im zarabianie na wytwarzanej przez siebie zielonej energii. Pieniądze, które powinny finansować innowacyjność, a wiec przyszłość gospodarki, służą utrwalaniu status quo. Zgodnie z zasadą "jakoś to będzie". Piotr Wiśniewski, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej, cytowany przez Rzeczpospolitą, ma racje, gdy mówi, że "rynek energii w Polsce, poprzez mechanizmy tzw. zielonych certyfikatów, dotychczas uzyskał wiele wsparcia, a nie przełożyło się to na oczekiwane efekty. Wsparcie w 70 proc. trafiło głównie do oligopoli w postaci dopłat do współspalania oraz do dawno już zamortyzowanych elektrowni wodnych. Pieniądze, które zmieniły tylko statystykę, nie pobudziły niemal żadnych nowych inwestycji, nie wprowadziły postępu technologicznego". Lista zaniechań obecnego rządu w dziedzinie polityki klimatycznej to lista straconych szans na polski awans technologiczny, na oszczędności, na rozwój przedsiębiorstw, na miejsca pracy, na poprawę niezależności energetycznej kraju. A mimo to coś się dzieje. Jest w tym wszystkim jakiś krótkowzroczny pragmatyzm.


Nasz wybór: krótkowzroczność czy ślepota


Dojście PiS do władzy nie oznaczałoby dalekowzrocznego pragmatyzmu, tylko brak pragmatyzmu. Ślepota zastąpiłaby obecną krótkowzroczność. Wyborcze zwycięstwo PiS to promesa zwielokrotnienia błędów, które popełnia w dziedzinie energetyki i klimatu aktualny rząd. "Nasza energetyka musi być pod polską kontrolą, musi być w polskim ręku" – powtarza jak mantrę Kaczyński. Chce energetycznej autarchii zapominając, że Polska kupuje ropę, gaz, a nawet węgiel, i że będzie kupowała coraz więcej, jeżeli nie ograniczy zużycia energii i nie unowocześni technologii. Kaczyńskiemu marzy się dla Polski status czarnej wyspy pokrytej węglowym smogiem, na co oczywiście UE nigdy nie zgodzi: Polska nie jest wyspą na oceanie, smogu na granicy nikt nie zatrzyma.


Polska to duża gospodarka i jej poziom emisji ma duże znaczenie dla zdolności osiągniecia celów całej UE, nie tylko dla płuc Polaków. Zamiast wpisać się w klimatyczny kalendarz UE 2050, skutecznie zdobywać unijne pieniądze na rozwój technologii OZE, Kaczyński proponuje blokować absolutnie wszystko, co UE przyjmie, wetować każdą inicjatywę zamiast się w nią włączać i – co gorsza - na ślepo, bez znajomości rzeczy. "Nie" dla pakietu klimatycznego i węgiel po wsze czasy – na tym jego plan się zaczyna i na tym się kończy. Nie ma w nim miejsca na niezbędną strategicznie dla Polski wspólną politykę energetyczną UE. Nie ma miejsca na wspólny rynek energii, na koordynację w dziedzinie infrastruktury energetycznej i wspólne inwestycje. Nie ma mowy o wspólnym unijnym froncie wobec Gazpromu i bliskowschodnich producentów ropy. W odświętnym stroju sztygara i z gierkowskimi sloganami o "czarnym złocie" Kaczyński może mamić elektorat Śląska i Zagłębia. Ale w negocjacjach w Brukseli, a tym bardziej w Moskwie, jest bez szans. A wraz z nim bez szans będzie Polska.


NB. 22 stycznia Komisja Europejska przedstawi swój pakiet propozycji w dziedzinie polityki klimatycznej i energii. Horyzontem czasowym działań jest rok 2030.


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



2013-07-15

Polska, wyspa elektronicznej wolności

Michał Boni, jeden z najmądrzejszych ludzi w ekipie rządzącej, jest, niestety kolejnym przykładem tego jak internet alienuje ludzi. Zakładam bowiem, że megalomania narodowa jakiej dał dziś wyraz w Gazecie Wyborczej jest wynikiem bezustannego gapienia się ministra cyfryzacji w ekran komputera i braku kontaktu z "realem".

Twierdzenie, że "jesteśmy jedynym krajem w Unii Europejskiej, który prowadzi otwartą debatę na temat ochrony danych osobowych" brzmi śmiesznie. W Niemczech, we Francji, w Wielkiej Brytanii i w krajach skandynawskich ta debata jest znacznie bardziej ożywiona i łatwiej znaleźć jej ślady w prasie. Minister pewnie ma rację krytykując polskie media, że polskiej debacie nie poświęcają uwagi. Czy nie jest jednak tak, że media tej debaty nie dostrzegły nie z wrodzonej tendencji do mówienia o bzdurach zamiast o rzeczach ważnych, tylko dlatego, że dostrzec ją trudno?

Megalomańskie oświadczenie brzmi dziwnie zwłaszcza w kontekście ważnej deklaracji Angeli Merkel domagającej się przyspieszenia prac nad reformą unijnych, archaicznych przepisów dotyczących ochrony prywatności i przepływu danych. Ich projekty, przygotowane przez Komisję Europejską, leżą w Radzie UE od roku. Być może zdecydowane poparcie Niemiec pozwoli przyspieszyć prace. Z wywiadu z Bonim dowiaduję się jednak, że Polska jest jedynym krajem zaangażowanych w sprawę, inne opowiadają się przeciw wspólnym unijnym przepisom. Tak było jeszcze kilka tygodni temu. Dziś sytuacja się zmieniła pod naciskiem opinii publicznej przebudzonej skandalem amerykańskiego "big brothera" PRISM i odkryciem, przy okazji, jego młodszego europejskiego rodzeństwa: brytyjskiej Tempory, francuskiego bezimiennego i "alegalnego" systemu szpiegowania obywateli, podobnego systemu przygotowywanego w Niemczech, szwedzkiej praktyki udostępniania danych swoich obywateli służbom specjalnym innych krajów, wzmacniania systemu podglądactwa ludzi w Holandii. 

Niedawna rezolucja Parlamentu Europejskiego  wymienia ciurkiem te budzące kontrowersje metody coraz szerszej i głębszej ingerencji państwa w prywatność obywateli. Na liście nie zabrakło też Polski, jako przykładu nadmiernych uprawnień tajnych służb w zakresie przechwytywania informacji. Czy polska publiczna debata, o której mówi minister Boni, dotyczy również tej kwestii? Obawiam się, że nie. Temat pojawia się, ale tak jak wszystkie inne, jako pożywka politykierskich przepychanek, bez prawdziwej troski o prawa indywidualne, o ludzkie prawo do prywatności, jako takie. Przyznajmy: pisowska opozycja krytykująca rząd za brak poszanowania wolności osobistych i rozpasanie tajniactwa nie może brzmieć wiarygodnie. Ale przecież na PiS opozycja się nie kończy.

W wywiadzie dla ARD Merkel sporo miejsca poświeciła konieczności sprecyzowania i kontroli przestrzegania zasad, na których prywatne firmy przekazują dane obywateli swoim partnerom handlowym i politycznym mocodawcom, jakie z tego procederu czerpią zyski i jaki użytek chcą z tych danych robić służby specjalne. Wywiad szeroko jest dziś komentowany w prasie brytyjskiej i irlandzkiej, a wiec w krajach, które dla Google'a i Facebooka są rajami podatkowymi. Martwi mnie, że zarówno w kwestii ochrony prywatności jak i podatkowej dezercji minister Boni wykazuje się tak dalece idącym zrozumieniem dla gigantów informatycznych zawłaszczających nasze dane. 

W wywiadzie nie zabrakło oczywiście odwołania do ACTA. Krótkiego, ale jak zwykle okraszonego hodowanym przez ministra stereotypem, wedle którego Polska dała Komisji Europejskiej nauczkę w dziedzinie transparencji. Bo ponoć Komisja (a czasem słyszę, że "UE") ukrywała przed ludźmi umowę, którą Polska odważnie ujawniła. Prawda jest taka, że projekt ACTA był dostępny na stronie Komisji od lat. A Polska, jako kraj członkowski UE, nie tylko umowę miała, ale nawet współdecydowała w sprawie określenia mandatu negocjacyjnego Komisji. Dokładnie tak, jak ostatnio w sprawie mandatu na negocjacje handlowe z USA. Kto zabronił polskiemu rządowi wywieszenia projektu umowy ACTA na wszystkich płotach? Nikt i nic, poza odwieczną praktyką międzynarodowych negocjacji: ich przebieg nie jest sprawa publiczną. Jeżeli ktoś się w wyniku afery z ACTA czegoś nauczył, to na pewno polski rząd. Mówię to bez ironii i z błyskiem pochwały w oku. Nauczył się, że debata się przydaje. Nie wystarczy jednak ogłosić, że debata jest, żeby była. To po pierwsze. Po drugie, niestety tak jak w przypadku ACTA, w Polsce ochrona wolności w intrenecie najczęściej oznacza wolność niepłacenia za muzykę, filmy i książki. Rzadko dotyczy wolności obywatelskich, prawa jednostki do prywatności. Indywidualny użytkownik Facebooka, który co pięć minut aktualizuje swój liczący tysiące wpisów życiorys, dokonuje pewnego wyboru. Ale również on powinien mieć pewność, że informacje na jego temat trafiają do tych odbiorców, których sobie sam wybrał. Państwo, na mocy przepisów krajowych i unijnych, powinno mu to zagwarantować, bo chodzi przecież o prawo fundamentalne. Społeczność Facebooka, użytkownicy Google'a, podskakując przeciw ACTA, powinni pewnie wykazać się większą troską również o tak pojęte prawa indywidualne. Nie sądzę, żeby ucierpiał na tym rynek, generujący miejsca pracy i obroty firm, o co martwi się Boni. Na pewno zyskałaby na tym demokracja. A ministrowi Boniemu życzę nieugiętej postawy w obronie tych wartości na forum Rady.

2012-11-17

Za budżetem, kupą Mości Panowie!

Na wczorajszym briefingu prasowym w sejmie szef PJN, Paweł Kowal, zachęcał kolegów parlamentarzystów do wypracowania wspólnego głosu w sprawie budżetu UE. Cel zbożny. Pytanie w jak i czy moment został dobrze wybrany. Projekt Komisji europejskiej znany jest od ponad roku. Stanowisko parlamentu europejskiego zostało wypracowane dawno temu. Polska debata na temat budżetu UE skupiła się na magicznej liczbie 300 miliardów złotych od czasu pamiętnego spotu wyborczego PO. A negocjacje budżetowe prowadzone w Brukseli utknęły w martwym punkcie. Przy czym negocjacje te dotyczą przynajmniej trzech rożnych budżetów: budżetu tegorocznego, budżetu na 2013 rok i wieloletnich ram budżetowych na lata 2014-2020. Czy Paweł Kowal miał wszystkie te budżety na myśli?

Różne budżety, problem ten sam

Jeśli chodzi o budżet na 2012, to państwa członkowskie muszą spłacić zobowiązania, które na siebie przyjęły. Potrzeba, bagatela, 9 miliardów euro. Na zapłacenie czekają miedzy innymi rachunki za pomoc dla ofiar trzęsienia ziemi we Włoszech, za unijny program wymiany studentów Erasmus, przede wszystkim jednak (7 miliardów) za inwestycje finansowane w ramach funduszu spójności. Państwa członkowskie o najzasobniejszych portfelach, które miałyby sfinansować największą cześć tych zobowiązań, odmawiają dodatkowych środków. Chodzi o Austrię, Finlandię, Francję, Niemcy,   Szwecję, Holandię, Danię i Wielką Brytanię. Parlament Europejski wstrzymał negocjacje na budżetem na rok 2013 dopóki nie zostanie rozwiązana kwestia zobowiązań z tego roku. Dopiero pod koniec miesiąca ruszą ponownie rokowania w tej sprawie, już po unijnym szczycie, który ma się zająć budżetem ramowym na lata 2014-2020. Wydatki na rolnictwo (dopłaty bezpośrednie, na których najbardziej zależy Francji, i rozwój obszarów wiejskich, o który walczy między innymi Polska) i na politykę spójności (której Polska jest największym beneficjentem) stanowią największą cześć unijnego budżetu i tym samym główny przedmiot negocjacji.

Nie przespać zwycięstwa

Na ustalanie wspólnego stanowiska w sprawie budżetu jest trochę za późno.  Pawłowi Kowalowi chodziło o coś z pozoru prostszego: o ratowanie tuskowych 300 miliardów, a przede wszystkim pieniędzy na fundusze strukturalne we wszystkich budżetowych negocjacjach. Tylko, że PJN w nich nie uczestniczy. Jego europosłowie nie są nawet członkami komisji budżetowej PE. Po obu stronach barykady: w Radzie i w ekipie negocjacyjnej Parlamentu jest PO. By bronić polskiego interesu, Kowal powinien więc wezwać europosłów do poparcia stanowiska rządu, który tez chce obronić 300 miliardów.  Nie to jest jednak celem jego apelu. Swoje motywacje przedstawia bez ogródek: jeżeli rządowi uda się wynegocjować to, co chce, to gotów jest sobie przypisać autorstwo tego zwycięstwa. Na to pozwolić nie można. Europosłowie (w domyśle: opozycyjni) powinni dziś zabrać głos by jutro powiedzieć, że też się przyczynili. Jak mieliby praktycznie dać wyraz swojej jedności nie wiadomo. Może podpisać wspólną deklarację pod egidą PJN (marzenie!), może zrobić wspólną konferencję prasową, dać ogłoszenie do prasy? Może zwołać pospolite ruszenie: kupą Mości Panowie!

Nie dać się wrobić w porażkę

Kowal uważa, że jednolity głos eurodeputowanych pozwoliłby też zabezpieczyć się przed próbą przerzucania przez Tuska na opozycję odpowiedzialności za niepowodzenie budżetowych negocjacji. Zdaniem Kowala Tusk to cały czas robi. Osobiście nie zauważyłem. Może dlatego, że za wcześnie, by odtrąbić porażkę. O co wiec może chodzić? Zapewne o przytyki pod adresem PiS, a przy okazji i PJN, że oba te ugrupowania są w PE sojusznikami brytyjskich konserwatystów. To jasne, że inteligentny człowiek, taki jak poseł Kowal, nie może jednocześnie wzywać do obrony polskich interesów w negocjacjach budżetowych i współdziałać w ramach tej samej frakcji politycznej w PE z poplecznikami Camerona. Cynizm byłby jedynym lekarstwem na tak głębokie rozdowjenie jaźni, ale poseł Kowal nie jest cynikiem. Rozwiązania są, pozornie. Można napisać list do Camerona, stanowiącego największą przeszkodę nie tylko dla Polski, ale i dla całej UE, tak jak zrobił to prezes PiS. I mieć z głowy. Ale kopiować poczynań Kaczyńskiego nie wypada. Można też doprowadzić do rozłamu we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Odejścia posłów PJN mógłby nikt nie zauważyć, fakt. Ale gdyby odejść razem z PiS? Gdyby wyprowadzić z niej Czechów, Litwinów, Łotyszy, Węgrów, którym też działania Camerona podobać się nie mogą? To by było coś! Takie działanie mogłoby nawet zagrozić istnieniu frakcji zdominowanej przez torysów (gdyby nie spełniała warunków proporcji narodowych obowiązujących w PE, bo sami Brytyjczycy nie wystarczą do utrzymania frakcji).  To byłby cios w Camerona o prawdziwym znaczeniu politycznym.

Dał nam przykład Cameron

Kowal robi jednak coś odmiennego. Wychwala Camerona: "Jeżeli możemy się czegoś od Camerona nauczyć, to takiej solidnej dbałości o interesy Wielkiej Brytanii". To dziwne, bo nie sądziłem, że PJN musi się uczyć dbałości o interes narodowy od Camerona. Ani od kogokolwiek. Mógłby się natomiast nauczyć populizmu, cynizmu, egoizmu: rzeczy, które najwyraźniej gwarantują sukces polityczny, a tego PJN nie ma w nadmiarze. Nie jestem też pewien, czy krótkowzroczna, antyunijna polityka Camerona jest objawem dbałości o interesy Wielkiej Brytanii, czy raczej o swój własny interes w kolejnych wyborach. Gerry Grimstone, szef londyńskiego City tak nie uważa na przykład. Na pewno ta polityka nie jest dobra dla Polski. I dla Unii jako całości. Przywoływanie Camerona jako wzoru do naśladowania to pewnie odtrutka na polityczną niestrawność kowalowego sumienia. Może jest w tym też pomysł na kwintesencję jednolitego głosu polskich eurodeputowanych: przyjąć taktykę Camerona, zawetować budżet, a niech się wszystko zawali. Oczywiście głosów polskiej opozycji, a nawet wszystkich polskich głosów nie wystarczy w PE do zawetowania budżetu. Ale symbol by był. I rzeczywiście można by - symbolicznie - przerzucić odpowiedzialność na rząd. Symbolicznie, bo przecież w praktyce i tak ponosi on polityczną odpowiedzialność za wynik prowadzonych przez siebie negocjacji, nawet najtrudniejszych. Nie jest też wykluczone, że Paweł Kowal sugeruje Tuskowi przyjęcie postawy Camerona. To już byłoby bardzo dziwne. Swe wystąpienie w centrum prasowym sejmu zaczyna od pytania czy chcemy, żeby ten budżet był ostatnim budżetem UE. Pytanie retoryczne: nie chcemy. Ale gdyby Cameronów w UE było więcej, to mógłby to być ostatni budżet UE. I wtedy, należałoby wziąć dosłownie słowa Kowala o "solidnej dbałości o interesy wielkiej Brytanii", bo rzeczywiście koniec UE - w retoryce, która jest elementem marketingu politycznego Camerona  - służyłby tym interesom. Tyle, że są one sprzeczne z polskimi interesami. Oczywista oczywistość, jak mówi lider innego polskiego ugrupowania pozostającego w sojuszu z Cameronem.

2012-02-06

Bezpieczeństwo i obronność w UE: wzmocniona współpraca?

Bronisław Komorowski mówił wczoraj w Monachium o konieczności wzmocnienia współpracy Europejczykow na rzecz wspólnego bezpieczeństwa. 

Swego czasu nawet Kaczyński wzywał do wspólnej europejskiej armii. To dobrze, że przynajmniej w tej dziedzinie  można mówić o ciągłości w poglądach władzy i o jasnym, trwałym stanowisku Polski. Tylko, że mało kto mówi. Kaczyński mówił na temat UE tyle rzeczy, którym - świadomie albo nie - w następnym zdaniu zaprzeczał, że trudno było jego deklaracje brać na serio. Zwłaszcza te, które można by uznać za proeuropejskie, bo nie pasowały do jego wizerunku eurosceptyka i polityka z innej epoki, nie potrafiącego zrozumieć integracji europejskiej. Tusk nie uczynił z obronności ważnego tematu prezydencji. Z jednej strony trudno od niego wymagać, żeby wszystkie ważne tematy były priorytetami prezydencji, bo prezydencja nie jest od układania glosariusza europejskich priorytetów, wszystkiego na listę wpisać się nie da. Z drugiej jednak strony prezydencja była na pewno okazją do zaznaczenia na szerszym forum polskich poglądów na temat unijnej obronności. Nie skorzystano z niej. Dziś w Monachium Komorowski o sprawie mówił niemrawo i bez konkretów. Co to znaczy, że można by pomyśleć o wzmocnionej współpracy? Prezydent ważnego państwa UE nie możne na takim forum zachowywać się jak niepewny swego mówca zaproszony na konferencje w zastępstwie prawdziwego eksperta. Z wystąpienia Komorowskiego wynika na dodatek, że powodem wzmocnionej współpracy w zakresie obronności ma być zmniejszanie obecności USA na terytorium Europy. Sprawa nie bez znaczenia, tylko sposób myślenia jakiś mało europejski i naiwny. UE potrzebuje silniejszej współpracy obronnej, wspólnej armii i wspólnego rynku zbrojeniowego bez względu na stopień obecności wojskowej w Europie.

Są dziedziny, w których wzmocniona współpraca działa, na przykład w wymiarze sprawiedliwości. Pozwala ona na "elastyczną integrację": gdy jedno lub więcej państw członkowskich nie zgadza się na przyjcie wspólnego prawa w danej dziedzinie, grupa co najmniej dziesięciu państw może zdecydować o podjęciu w tej dziedzinie wzmocnionej współpracy. To coś więcej niż wspolpraca międzynarodowa, bo odbywa się ona z odziałem (również na etapie decyzji) wspólnych unijnych instytucji na podstawie unijnych traktatów. Pozostaje też otwarta dla pozostałych panstw członkowskich, choć tak długo jak do współpracy nie przystąpią, pozostają obserwatorami, bez prawa głosu (system przywodzi na myśl postulat Polski, by zasiadać przy stole obrad wraz z członkami strefy euro, ale bez prawa głosu, bo sama nie jest jej członkiem).  Niemożność znalezienia porozumienia w dziedzinie prawa rozwodowego (bo nie zgadzała sie Szwecja) popchnęła UE do rozpoczęcia wzmocnionej współpracy (do której wciąż, wbrew interesom swoich obywateli, nie przystąpiła Polska).  Wkrótce (mimo blokady Włochów i Hiszpanów) rozpocznie się wzmocniona współpraca w dzidzinie patentów. 

Francusko-brytyjski szczyt na temat obronności, Londyn 2010 ©CQ
Wzmocniona współpraca zostala wymyślona po to, by ci, którzy nie chcą podążać do przodu nie blokowali postępów integracji europejskiej.  W Polsce nie bez powodu zarzuca się jednak tej metodzie nadmiar elastyczności: integrujące się w rożnym tempie  państwa członkowskie wywołują widmo "Europy dwóch prędkości".  Te obawy, ale też zapewne świadomość, że nie znajdzie się dziesięciu panstw skłonnych do wzmocnionej współpracy na rzecz bezpieczeństwa, mogą tłumaczyć dlaczego główny postulat wystąpienia Komorowskiego w Monachium był sformułowany w sposób tak miałki i nijaki. Polska powinna przede wszystkim pomyśleć o zacienieniu współpracy z Francją i Wielką Brytanią bo ten duet dominuje w dziedzinie bezpieczeństwa tak jak w zakresie gospodarki i polityki pierwsze skrzypce gra duet francusko-niemiecki. 

To chyba jedyna unijna dziedzina o fundamentalnym znaczeniu, w którą Londyn się w pełni angażuje.  Co jednak Polska ma do zaoferowania by przystąpić do tej współpracy? Ta oferta powinna być jasno określona i po zwierzchniku sił zbrojnych można by się takiej definicji spodziewać. Jej określenie pomogło by też Polsce w rozpoczęciu starań o wzmocnioną współpracę, gdyby uznano, że są na nią szanse. Najważniejsze, to jednak ogłaszać odważne postulaty tak, by wiadomo było o co chodzi. W wystąpieniu Komorowskiego - nie wiadomo.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...