Jaroslaw Kaczyński, bardzo ostatnio aktywny na niwie europejskiej, proponuje zmianę traktatu UE. Chce, by UE uzyskała nową kompetencję, a wiec podstawę prawną, pozwalającą jej na prowadzenie polityki prorodzinnej. To prawdziwa rewolucja. Po pierwsze dlatego, że każda zmiana traktatu UE to rewolucja. Po drugie z tego powodu, że kompetencje UE w dziedzinie polityki socjalnej są bardzo ograniczone, to domena państw członkowskich (UE nie może na przykład wypłacać zasiłków dla bezrobotnych), a polityka prorodzinna musiałaby stanowić część tej polityki. Po trzecie dlatego, że dotychczas sam Kaczyński, tak jak jego partia i szerzej rozumiane konserwatywno-narodowe środowisko, był przeciwny ingerencji UE w kwestie światopoglądowe. A przecież polityka prorodzinna musi się odwołać do jakiego modelu rodziny, ten zaś jest przedmiotem światopoglądu.
Kaczyński podkreśla znaczenie demografii i dlatego proponuje wprowadzenie wspólnej polityki prorodzinnej. Wpływ demografii na stan UE to temat nienowy, podnoszony wielokrotnie w kontekście polityki zatrudnienia ludzi starszych i młodzieży, wieku emerytalnego i polityki imigracyjnej. Ale apel do UE o prowadzenie polityki prorodzinnej to nowość. Zdaniem Prezesa zasiłek powinien wynosić w Polsce 500 złotych i być w większości sfinansowany z budżetu UE. Bruksela powinna dać po 100 euro na każde dziecko w wielodzietnej rodzinie, dzięki czemu będzie więcej wielodzietnych rodzin (Newsweek 20/01/2014). Na politykę prorodzinną UE trafiałby - jak proponuje PiS - 1 proc. PKB krajów członkowskich. Cytuje za Gazetą Wyborczą i za innymi mediami, ale nie wiem, czy mogę im wierzyć, bo jeśli rzeczywiście Kaczyński cos takiego powiedział, to znaczy, że nie wie, iż cały budżet UE to 1 proc. rocznego PKB państw członkowskich. A czy można takich rzeczy nie wiedzieć? A jeśli można, to może Kaczyński nie wie też, ze jego propozycja oznacza zmianę traktatu?
Zapomoga to jedyny element postulowanej unijnej polityki prorodzinnej wymieniony przez prezesa PiS. Ale polityka nie może ograniczać się do zapomogi, to jasne. Jak miałaby ona wyglądać? Zastanawiam się dlaczego UE, promująca przecież dotychczas - zdaniem środowisk bliskich Kaczyńskiemu -patologiczny model rodziny, oparty na "totalitarnej ideologii gender", przyzwalająca na aborcje, na in vitro i na małżeństwa gejowskie, powinna się teraz zająć polityką prorodzinną. Kaczyński wyobraża sobie pewnie, że koncepcja rodziny, która dla niego jest oczywistą oczywistością, będzie stanowić kościec unijnej polityki prorodzinnej, ponieważ to on zgłosił pomysł jako pierwszy.
Jako obrońca myśli politycznej swego Wielkiego Brata ma prawo poczuwać się do obowiązku obrony polityki prorodzinnej opartej na takich zasadach jak ta, "że rodzina to małżeństwo jednej kobiety z jednym mężczyzną i jako taka jest podstawą cywilizacji chrześcijańskiej /…/ i tylko w takiej rodzinie mogą rodzić się dzieci i tam może być "prowadzone wychowanie" (Lech Kaczyński podczas VIII Zjazdu Gnieźnieńskiego pod hasłem "Rodzina nadzieją Europy" w marcu 2010 roku). Jarosław Kaczyński domaga się zapisu tej zasady w konstytucji: "Rodzina jako związek kobiety i mężczyzny jest afirmowana przez państwo. Inne związki powinny być jedynie tolerowane". Elementem polityki prorodzinnej PiS są też projekty ustaw zakazujących stosowania in vitro i postulujących karanie osób nieprzestrzegających zakazu więzieniem. "Chodzi o wyraźne powiedzenie, że in vitro jest niedopuszczalne – mówi Kaczyński. To jest kwestia światopoglądowa. Nasza partia reprezentuje w większości światopogląd katolicki i jeżeli ktoś go reprezentuje, to tak musi do tego podchodzić" (Rzeczpospolita, 27/06/2013). UE nie powinna finansować in vitro, bo "in vitro to aborcja" (Fakt, 23/10/2010). Sprawa jest więc jasna: skoro "praktyki zapłodnienia pozaustrojowego" są niedopuszczalne, to UE, w ramach wspólnej polityki prorodzinnej powinna finansować zapłodnienie wewnątrzustrojowe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
2014-01-22
2013-04-23
Prawica dla wszystkich: Francja debatuje nad małżeństwami dla gejów
Byłem w niedziele na dwóch manifestacjach. Wyrobiłem manifestacyjną normę na najbliższe miesiące. Jedną po drugiej zaliczyłem. I to z czystej ciekawości, pchany jakąś komparatystyczną potrzebą: ani z jednymi ani z drugimi się nie identyfikowałem. Na dodatek, na obcej ziemii: manify odbywały się w Paryżu. Pierwsza, zorganizowana pod hasłem "Manifestacja dla wszystkich", wymierzona była w "małżeństwo dla wszystkich" i jego zwolenników. Druga była wymierzona w tę pierwszą, jej uczestnicy domagali się "małżeństwa dla wszystkich". Nie przypadkiem obie zorganizowano w ostatnią niedzielę przed decydującym głosowaniem we francuskim Senacie. W środę będzie wiadomo, czy największa od czasu legalizacji aborcji rewolucja obyczajowa we Francji zostanie usankcjonowana prawnie.
Pierwsza manifestacja ruszyła z placu Denfert-Rochereau, przeszła przez Boulevard Raspail, zakończyła się wiecem na esplanadzie Inwalidów. Przeciw "rodzicom A i B", za tradycyjną rodziną "z mamą i tatą" manifestowało według danych organizatorów 270 tysięcy ludzi. Druga była stacjonarna. Wiec na placu Bastylii zgromadził (według policji) trzy i pół tysiąca zwolenników małżeństwa dla wszystkich par, bez względu na płeć, manifestujących przeciw homofobii.
Program imprez wymusił kolejność: zacząłem moją eksplorację ewolucji francuskiego społeczeństwa na placu Denfert-Rochereau. Zanim ochrzczono go nazwiskiem bohaterskiego generała, plac zwano "piekielnym", homofonicznie poniekąd, bo po francusku to place "d'Enfer". Dygresja historyczna, której nie moglem się oprzeć, słysząc tłum skandujący: "wszyscy jesteśmy homo". Homo, od człowieka (homme). Homo, bo to homonim francuskiego określenia geja: homo, skrót od homoseksualista. Wszyscy jesteśmy homo to hasło mające zadać kłam oskarżeniom o homofobię ferowanym przeciw manifestantom z placu Denfert-Rochereau przez manifestantów na placu Bastylii. Kolejne skandowane hasła były sprostowaniami: nie, wbrew oskarżeniom tych drugich i wbrew temu co mówią media (prorządowe, politycznie poprawne, lemingi - jako powiedzieliby polscy tradycjonaliści spod znaku PiS itp.) nie jesteśmy rasistami, nacjonalistami, nie kierujemy się nienawiścią, przemoc nie jest naszym argumentem. Na placu Bastylii wszystkie te oskarżenia wypisane były na transparentach.
Tłum na placu Denfert-Rocherau był zróżnicowany: kobiety i mężczyźni, swetry i garnitury, moda pielgrzymkowo oazowa i hipsterzy, starzy i młodzi. I oczywiście rodzice. Prawdziwe mamy i prawdziwi tatowie, z prawdziwymi dziećmi. W wózkach i za rękę. Z babciami i dziadkami. Kolorowo. Choć dominowały dwa kolory, na chorągiewkach głównie: różowy i niebieski, barwy chłopca i dziewczynki. A przede wszystkim: prawdziwy entuzjazm. Solidarność idei. Wstecznych, idących na przekór postępowi - pewnie tak, ale jak szczerych, jak spajających tłum. Nowa rewolta konserwatywna. Widać, że nie mają doświadczenia w manifestowaniu. Albo zapomnieli. Ostatnie wielkie manifestacje antyrządowe prawicy miały miejsce w latach osiemdziesiątych, za Mitteranda. Manifestanci zapożyczyli więc hasła i rytm skandowania od lewicy. Przeszkadza im to? "Nie, my nie jesteśmy lewicą, nie jesteśmy prawicą, jesteśmy Francją, jesteśmy homo, wszyscy."
Ci na placu Bastylii mnie rozczarowali. Wcześniej, gdybym już musiał wybierać, to mimo opinii o francuskiej lewicy, wybrałbym właśnie tych. I zanudziłbym się na śmierć. Kolorów specjalnie się nie doszukałem. Dominował kolor czarny. Anarchistyczny w zamyśle, bez wątpienia, ale bardzo już sprany: szaro to wyglądało. Do tego trochę czerwieni. Ale czerń i czerwień to nie kolory: to barwy wojenne. Sutanny. Sztandary. Mundury służb porządkowych. Red carpet, biurokracja. Z satysfakcją dostrzegłem jedną czy dwie tęczowe flagi, t-shirt jeden, drugi. Moda ujednolicona: styl miejski, luźno-hipsterski, weekendowy. Średnia wieku: 40 -55. Więcej facetów (zarost na cztery milimetry, włosy krótko przystrzyżone, zakola) niż kobiet. Slogany wykrzykiwane przez kiepskiej jakości głośnik, tonem wyćwiczonym i mało pociągającym, spadały pod nogi dreptających w miejscu manifestantów. Mało kto je podejmował. Jakim takim powodzeniem cieszyły się tylko wyczytywane nazwiska oskarżonych: prawicowych polityków. Wokół, na tarasach kawiarń, więcej ludzi niż manifestantów na placu. Sympatycy.
Hasła na placu Bastylii zróżnicowane. Tak bardzo, że mogłyby się wydać nie na temat. Cały arsenał lewicowej argumentacji: rasizm, mniejszości, bieda, wyzysk, kapitalizm, imigranci, homofobia, równość, nienawiść. Jedne na tak, drugie na nie. Nie widzą niespójności? "Wręcz przeciwnie, to spójne, bo jesteśmy lewicą. To lewicowe hasła, tworzą całość." Jeśli ktoś śledzi francuską scenę polityczną, to zna je od lat sześćdziesiątych. A najbardziej od roku 68. Na jednej z tablic napis: "Tak dla małżeństwa". Oczom nie wierzę: taki napis, na lewicowej manifestacji? Co z tego, że wesele ma być gejowskie? Małżeństwo to jeden z instrumentów opresji zmurszałego społeczeństwa, które 68 rok chciał zburzyć i zbudować od nowa. Dekonstrukcja nie tak miała wyglądać. Co z tego, że małżeństwo dla wszystkich ma być zalegalizowane w imię równości? Równość dostępu do burżuazyjnych instytucji społecznych to kpina z ideałów 68 roku.
Być może to powrót do rewolucji burżuazyjnej. Na tym placu stała kiedyś Bastylia, symbol opresji monarchii. Gdy w imię wolności ją zburzono, gdzieś trzeba było wsadzać więźniów, wszystkich nie dało się zgilotynować, zamykano ich w Conciergerie. Dziś na miejscu Bastylii-więzienia stoi betonowa Opera-Bastylia, wzniesiona w imię idei równości przez socjalistycznego prezydenta Mitteranda, jako przeciwwaga dla burżuazyjnej Opery Garnier. Francuzi mają zbyt bogatą historię. Pogubili się w historycznych odniesieniach. A najbardziej pogubiła się lewica. Jeżeli w środę Francja, niegdyś ojczyzna postępu, zalegalizuje rewolucję obyczajową, to stanie się to w Senacie (średnia wieku senatorów ok. 70 lat), nie na ulicy. Nie wystarczy stanąć na placu Bastylii, by być rewolucjonistą. Jeżeli Senat powie "nie" to będzie to zwycięstwo tamtej drugiej ulicy. Tej, na której 270 tysięcy ludzi mówi "stop: dalej nie pójdziemy, nie chcemy być postępowi".
Przypadkowy obserwator, bez względu na opinie polityczne, pewnie lepiej poczułby się na Denfert-Rochereau niż na placu Bastylii. Szczerzej. Mniej doktrynersko. Więcej entuzjazmu. Świeżej. Dopiero dziś z gazet dowiedziałem się, że w "manifestacji dla wszystkich" szli znani politycy z UMP, partii Sarkoziego. Ci na prawo od niego. Tacy Gowinowie do kwadratu. To ich nazwiska wykrzykiwano na placu Bastylii. Kandydaci do ścięcia. Dziś można było ich zobaczyć na zdjęciach idących ramię w ramię z członkami rasistowskiego, homofobicznego, skrajnie prawicowego Frontu Narodowego. Niektórzy przyznawali, że to niefortunne sąsiedztwo. Niefortunne, ale szczere. Te zdjęcia to silniejszy argument lewicy niż wczorajsza manifestacja na placu Bastylii. To prawdziwy dowód oskarżenia. Obok innego: odnotowano kilka incydentów wywołanych przez homofobów. Nie wiadomo, czy to wpłynie na wynik glosowania w Senacie. Wiadomo, że nie wpłynie na odnowę francuskiej lewicy.
Program imprez wymusił kolejność: zacząłem moją eksplorację ewolucji francuskiego społeczeństwa na placu Denfert-Rochereau. Zanim ochrzczono go nazwiskiem bohaterskiego generała, plac zwano "piekielnym", homofonicznie poniekąd, bo po francusku to place "d'Enfer". Dygresja historyczna, której nie moglem się oprzeć, słysząc tłum skandujący: "wszyscy jesteśmy homo". Homo, od człowieka (homme). Homo, bo to homonim francuskiego określenia geja: homo, skrót od homoseksualista. Wszyscy jesteśmy homo to hasło mające zadać kłam oskarżeniom o homofobię ferowanym przeciw manifestantom z placu Denfert-Rochereau przez manifestantów na placu Bastylii. Kolejne skandowane hasła były sprostowaniami: nie, wbrew oskarżeniom tych drugich i wbrew temu co mówią media (prorządowe, politycznie poprawne, lemingi - jako powiedzieliby polscy tradycjonaliści spod znaku PiS itp.) nie jesteśmy rasistami, nacjonalistami, nie kierujemy się nienawiścią, przemoc nie jest naszym argumentem. Na placu Bastylii wszystkie te oskarżenia wypisane były na transparentach.
Tłum na placu Denfert-Rocherau był zróżnicowany: kobiety i mężczyźni, swetry i garnitury, moda pielgrzymkowo oazowa i hipsterzy, starzy i młodzi. I oczywiście rodzice. Prawdziwe mamy i prawdziwi tatowie, z prawdziwymi dziećmi. W wózkach i za rękę. Z babciami i dziadkami. Kolorowo. Choć dominowały dwa kolory, na chorągiewkach głównie: różowy i niebieski, barwy chłopca i dziewczynki. A przede wszystkim: prawdziwy entuzjazm. Solidarność idei. Wstecznych, idących na przekór postępowi - pewnie tak, ale jak szczerych, jak spajających tłum. Nowa rewolta konserwatywna. Widać, że nie mają doświadczenia w manifestowaniu. Albo zapomnieli. Ostatnie wielkie manifestacje antyrządowe prawicy miały miejsce w latach osiemdziesiątych, za Mitteranda. Manifestanci zapożyczyli więc hasła i rytm skandowania od lewicy. Przeszkadza im to? "Nie, my nie jesteśmy lewicą, nie jesteśmy prawicą, jesteśmy Francją, jesteśmy homo, wszyscy."
Ci na placu Bastylii mnie rozczarowali. Wcześniej, gdybym już musiał wybierać, to mimo opinii o francuskiej lewicy, wybrałbym właśnie tych. I zanudziłbym się na śmierć. Kolorów specjalnie się nie doszukałem. Dominował kolor czarny. Anarchistyczny w zamyśle, bez wątpienia, ale bardzo już sprany: szaro to wyglądało. Do tego trochę czerwieni. Ale czerń i czerwień to nie kolory: to barwy wojenne. Sutanny. Sztandary. Mundury służb porządkowych. Red carpet, biurokracja. Z satysfakcją dostrzegłem jedną czy dwie tęczowe flagi, t-shirt jeden, drugi. Moda ujednolicona: styl miejski, luźno-hipsterski, weekendowy. Średnia wieku: 40 -55. Więcej facetów (zarost na cztery milimetry, włosy krótko przystrzyżone, zakola) niż kobiet. Slogany wykrzykiwane przez kiepskiej jakości głośnik, tonem wyćwiczonym i mało pociągającym, spadały pod nogi dreptających w miejscu manifestantów. Mało kto je podejmował. Jakim takim powodzeniem cieszyły się tylko wyczytywane nazwiska oskarżonych: prawicowych polityków. Wokół, na tarasach kawiarń, więcej ludzi niż manifestantów na placu. Sympatycy.
Hasła na placu Bastylii zróżnicowane. Tak bardzo, że mogłyby się wydać nie na temat. Cały arsenał lewicowej argumentacji: rasizm, mniejszości, bieda, wyzysk, kapitalizm, imigranci, homofobia, równość, nienawiść. Jedne na tak, drugie na nie. Nie widzą niespójności? "Wręcz przeciwnie, to spójne, bo jesteśmy lewicą. To lewicowe hasła, tworzą całość." Jeśli ktoś śledzi francuską scenę polityczną, to zna je od lat sześćdziesiątych. A najbardziej od roku 68. Na jednej z tablic napis: "Tak dla małżeństwa". Oczom nie wierzę: taki napis, na lewicowej manifestacji? Co z tego, że wesele ma być gejowskie? Małżeństwo to jeden z instrumentów opresji zmurszałego społeczeństwa, które 68 rok chciał zburzyć i zbudować od nowa. Dekonstrukcja nie tak miała wyglądać. Co z tego, że małżeństwo dla wszystkich ma być zalegalizowane w imię równości? Równość dostępu do burżuazyjnych instytucji społecznych to kpina z ideałów 68 roku.
Być może to powrót do rewolucji burżuazyjnej. Na tym placu stała kiedyś Bastylia, symbol opresji monarchii. Gdy w imię wolności ją zburzono, gdzieś trzeba było wsadzać więźniów, wszystkich nie dało się zgilotynować, zamykano ich w Conciergerie. Dziś na miejscu Bastylii-więzienia stoi betonowa Opera-Bastylia, wzniesiona w imię idei równości przez socjalistycznego prezydenta Mitteranda, jako przeciwwaga dla burżuazyjnej Opery Garnier. Francuzi mają zbyt bogatą historię. Pogubili się w historycznych odniesieniach. A najbardziej pogubiła się lewica. Jeżeli w środę Francja, niegdyś ojczyzna postępu, zalegalizuje rewolucję obyczajową, to stanie się to w Senacie (średnia wieku senatorów ok. 70 lat), nie na ulicy. Nie wystarczy stanąć na placu Bastylii, by być rewolucjonistą. Jeżeli Senat powie "nie" to będzie to zwycięstwo tamtej drugiej ulicy. Tej, na której 270 tysięcy ludzi mówi "stop: dalej nie pójdziemy, nie chcemy być postępowi".
Przypadkowy obserwator, bez względu na opinie polityczne, pewnie lepiej poczułby się na Denfert-Rochereau niż na placu Bastylii. Szczerzej. Mniej doktrynersko. Więcej entuzjazmu. Świeżej. Dopiero dziś z gazet dowiedziałem się, że w "manifestacji dla wszystkich" szli znani politycy z UMP, partii Sarkoziego. Ci na prawo od niego. Tacy Gowinowie do kwadratu. To ich nazwiska wykrzykiwano na placu Bastylii. Kandydaci do ścięcia. Dziś można było ich zobaczyć na zdjęciach idących ramię w ramię z członkami rasistowskiego, homofobicznego, skrajnie prawicowego Frontu Narodowego. Niektórzy przyznawali, że to niefortunne sąsiedztwo. Niefortunne, ale szczere. Te zdjęcia to silniejszy argument lewicy niż wczorajsza manifestacja na placu Bastylii. To prawdziwy dowód oskarżenia. Obok innego: odnotowano kilka incydentów wywołanych przez homofobów. Nie wiadomo, czy to wpłynie na wynik glosowania w Senacie. Wiadomo, że nie wpłynie na odnowę francuskiej lewicy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.
Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...
-
To jedna z najbardziej typowych bzdur, jakie na temat UE mogą rozpowszechniać ignoranci. Jeden z nich podpisał tekst na ten temat na Oneci...
-
©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipc...
-
Fot. Wikimedia Commons Nędznik. Egoista. Pozbawiony wyczucia i fundamentalnego zrozumienia na czym polega obywatelski obowiązek i ludzka...
