Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Google. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Google. Pokaż wszystkie posty

2013-06-11

Jak kulturalnie się dogadać z Amerykanami

Czterysta czterdzieści pięć miliardów euro: tyle w 2011 wyniosła wymiana handlowa między USA i Unią Eurojpejską.  Może wynieść więcej, jeżeli uda się wreszcie podpisać porozumienie o wolnym handlu między dwoma największymi gospodarkami na świecie. Byłby większy wzrost (w UE o  0,5 punktu procentowego według szacunków Komisji Europejskiej), przybyłoby miejsc pracy. Cała operacja może się jednak nie udać, bo Francja grozi wetem. Jak zwykle, chodzi o "wyjątek kulturalny". A decyzja musi być podjęta jednomyślnie przez 27 krajów.

Komisarz Karel De Gucht uchodzi za skrajnego liberała   ©EU2013
Za trzy dni, 14 czerwca,  ministrowie handlu zagranicznego UE spotkają się w Luksemburgu by wyposażyć Komisję Europejską w mandat negocjacyjny na rokowania. Bo umowy handlowe negocjuje w imieniu całej UE właśnie Komisja a konkretnie komisarz do spraw handlu, flamandzki Belg, Karel De Gucht.

Francja stawia jednak ultimatum: domaga się wyłączenia sektora kultury z umowy o wolnym handlu. Francuskie starania poparli pisemnie ministrowie z 14 państw członkowskich (13 maja). Za "wyjątkiem kulturalnym" opowiedział się też Parlament Europejski. Podpisy pod petycją zbierają twórcy.

Termin "wyjątek kulturalny" wprowadzili do języka handlu międzynarodowego Francuzi w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w czasie negocjacji GATT. Odnosi się on do prostej zasady: dobra kultury nie są towarem. Są zbyt ważne w kształtowaniu tożsamości jednostki i wspólnoty by potraktować je jak mydło, ser albo silnik samolotowy. Specyficzny jest sposób ich wytwarzania, a twórcy to nie wytwórcy. Wtedy chodziło jednak głównie o produkcję audiowizualną. Europejski przemysł filmowy nie mógł prowadzić na rynku równej walki z amerykańskim gigantem. I to nie tylko dlatego, że ludzie wolą filmy amerykańskie, bo więcej się tam dzieje, bo są krwawsze, zawsze dobrze się kończą i szybsze jest tempo ich akcji.

Siła amerykańskiej soft power w dziedzinie kultury ma oczywiście znaczenie. Z rynkowego punktu widzenia ważniejsze jednak było to, że rozpowszechnianie filmu wyprodukowanego w USA przynosi szybsze i wyższe zyski. Jeden wielki rynek, jeden język, żadnego dubbingu lub podpisów w kilkunastu językach, lokalnych dostosowań, olbrzymia sieć dystrybucji. Do każdego amerykańskiego filmu, który Europejczycy chcieli kupić, Ameryaknie dorzucali obowiązkowo chłam, który też trzeba był gdzieś pokazać i który zajmował miejsce europejskiej produkcji. Dorzucali często za darmo lub prawie, tylko po to, by oswoić i zdominować rynki. Bez straty, bo film, zanim trafi do Europy, już dawno się zwrócił, jeżeli tylko ktoś go chciał oglądać: w kinach, na kasetach a potem płytach, w telewizji. Sami natomiast europejskich filmów nie kupują. Zdarzają się remake'i europejskich, głównie francuskich, filmów, lub brytyjskich seriali, dostosowane do gustu amrykańskiego konsumenta produktu kinematograficznego. Niektóre filmy są rozpowszechniane, ale raczej dla nowojorskiej czy bostońskiej elity. Produkt luksusowy, snobistyczny, bez szans (z kilkoma wyjątkami) na pokaz w "normalnych" kinach.

W UE kulturalny wyjątek oznacza nie tylko wyłączenie kultury z normalnego obiegu handlowego. Wiąże się też z obowiązkiem rozpowszechniania europejskiej produkcji muzycznej i filmowej. "Europejskiej" oznacza zwykle - krajowej. A de facto - nieamerkańskiej. Dlatego między innymi, że taki obowiązek jest, da się jeszcze w Polsce obejrzeć polski film i usłyszeć polską muzykę. Wyjątek kulturalny oznacza też, że wolnorynkowe zasady nie są przeszkodą w subwencjonowaniu kultury przez państwo. Jedne państwa z tego korzystają mniej, inne bardziej. Trudno na przykład trafić na europejską koprodukcję, w której nie byłoby francuskich pieniędzy. Komisja Europejska zapewnia, że w żadnym wypadku nie zamierza unijnych zasad negocjować z Amerykanami. Że nie ustąpi, gdyby siębtego domagali. Ale kultury jako sektora gospodarki wyłączyć z negocjacji nie chce. Bo wie, że wyłączenie przez którąś ze stron jednego sektora zaowocuje podobnym postulatem z drugiej strony. A żeby porozumienie o wolnym handlu działało i miało sens nie może być usiane wyjątkami i odstępstwami. Europejski eksport do USA to 260 miliardów euro. Import z USA do Unii Europejskiej wynosi 192 miliardy. Amerykanie też mają co negocjować.
Ilustracja z wydania "Les cahiers du numérique" nt. zagrożenia jakie nowe technologie stanowią dla wyjątku kulturalnego













Obrońców "wyjątku kulturalnego" te zapewnienia jednak nie zadowalają. Dotyczą bowiem status quo. A największe obawy budzi nie to, co wczoraj było przedmiotem ochrony, ale to, co takiej ochrony może potrzebować za rok lub za dziesięć lat. I czego nikt nie jest w stanie dziś przewidzieć. Tak jak w latach osiemdziesiątych nie był w stanie przewidzieć internetu, możliwości oglądania filmów, słuchania muzyki i czytania książek na ekranie komputera albo smartfona. Po wniesieniu opłaty lub po piracku. Gliniany dzbanek i żeliwny dzbanek: tak obrońcy kulturalnego wyjątku określają szanse Europy, podzielonej na 27 rynków, mówiącej różnymi językami, w starciu z amerkańskim gigantem. Dlatego dzisiaj w centrum sporu nie leży już produkcja audiowizualna tylko internet i nowe technologie. Kto może zmierzyć się z takimi potentatami jak YouTube, Google, Netflix, Facebook, dla których dobra kultury są tylko jednym z wielu produktów, a dostęp do nich tylko jedą z szerokiej gamy usług?

Nikt. Nawet administracja USA. Amerykanie zresztą przyznają, że nie mają większego wpływu na rzeczywistość w sektorze kultury. Rynkiem audiowizualnym zarządzają prywatne korporacje, stowarzyszenia producentów i dystrybutorów. Internetem rządzą właściele firm globalnych, choć pochodzących z USA. Amerykańskie władze federalne bronią ich interesów na forach międzynarodowych, dostosowują przepisy do ich potrzeb. Ale gdy siadają do stołu negocjacji z UE mówią: nie mamy na to wpływu.

Wiadomo było, że droga do zawarcia porowzumienia handlowego ze Stanami Zjednoczonymi nie będzie usłana różami. W piątek może się okazać, że w ogóle w tę drogę nie wyruszymy.

2012-04-18

ACTA: będzie plan B?

Protest przeciwko  porozumieniu ACTA zakończy się pewnie wielkim zwycięstwem, zwycięstwem internetowego populizmu. Nie, nie popieram ACTA, ale w odróżnieniu od wielu oponentów tego porozumienia przeczytałem je i wiem, że ich zarzuty dotyczą koncepcji praw autorskich, koncepcji własności intelektualnej w ogóle, a nie tego akurat dokumentu. Zwycięstwo będzie polegało na tym, że Parlament Europejski to porozumienie odrzuci. Gdyby nie masowe protesty, europosłowie nie odczytaliby ACTA w sposób tak krytyczny, jak pewnie odczytają. A bez akceptacji Parlamentu porozumienie nie będzie mogło w UE obowiązywać. Bez udziału UE natomiast porozumienie nie będzie miało większego sensu.



Komisja Europejska zapytała Europejski Trybunał Sprawiedliwości, czy porozumienie ACTA jest zgodne z unijnymi traktatami UE i z Kartą Praw Podstawowych (której nota bene Polska, najsilniej protestujący przeciw ACTA  kraj, wciąż nie podpisała). Komisarz ds. handlu De Gucht wezwał Parlament Europejski by z głosowaniem nad ACTA poczekał na ocenę Trybunału, ale Parlament wypowie się prawdopodobnie wcześniej, co stworzy absurdalną z prawnego punktu widzenia sytuację, bo Trybunał będzie musiał oceniac porozumienie, które i tak w wyniku  parlamentarnego weta straci rację bytu. 



USA, które są inicjatorem porozumienia ACTA, zdają sobie sprawę, że z dokumentu w obecnym brzmieniu trzeba będzie prawdopodobnie zrezygnować. Dlatego, wraz z  kilkoma innymi państwami, którym na ACTA szczególnie zależy (np. Francji) przygotowały już ponoć ACTA bis, które zamierzają przedstawić swoim najważniejszym partnerom na zbliżającym sie szczycie G8 (Francja, Japonia, Kanada, Niemcy, Rosja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Włochy). Szczyt odbędzie się 18-19 maja w Camp David, w miejscu niedostępnym praktycznie dla publiczności. I o to chodzi: publicznością szczytu byliby bowiem, jak zwykle, altermondialiści i, jak nigdy dotychczas, przeciwnicy porozumienia ACTA, obrońcy "wolnego internetu".  Po co to komu? Gdyby szczyt odbył się w Chicago, jak pierwotnie planowano, do protestujących przeciw obowiązującemu obecnie na świecie porządkowi dołączyliby niechybnie przeciwnicy NATO, bo spotkanie przywódców państw należących do Sojuszu miało się odbyć w tym samym czasie i miejscu. Amerykańska administracja chciała tego uniknąć.  Do mediów wyciekł jednak przygotowany na G8  dokument roboczy poświęcony ochronie praw intelektualnych. Dla wielu przeciwników ACTA jest to szkic planu B, zarys porozumienia ACTA bis.

Można się oczywiście zastanawiać, jak zwolennicy "wolnego internetu" zareagują na próbę reaktywacji, czy też przemalowania znienawidzonego porozumienia: pojada do Camp David, zetrą się z policją, dadzą czadu? Ale naprawdę ważne pytanie brzmi inaczej: czy obrońcy wolnego internetu porozumieją się co do nowej koncepcji wolności, co do nowego jej wymiaru; czy będą bronic wolności również na przekór praktykom wielkich korporacji, takich jak Google, śledzących każdy krok użytkownika internetu, monopolizujących dostępne w sieci usługi? Prościej pewnie jest w białej masce protestować przeciw porozumieniu, które jest emanacją, a nie źródłem systemu obrony własności intelektualnej; które jest jego kodyfikacją na poziomie międzynarodowym, ale na pewno nie rozwinięciem; które utrwala archaiczny i niesprawiedliwy system z czasów, gdy o dylematach doby internetu nie śniło sie filozofom, ale na pewno go nie tworzy.

2012-03-01

Podwójne standardy

Viktor Orbán                    ©Wikimedia commons 
Parę dni temu The Wall Street Journal zarzucił UE stosowanie podwójnych standardów, innych wobec państw małych, innych wobec państw dużych. Przyznaję, artykułu nie czytałem, znam tylko fragmenty z prasy czeskiej (od Klausa) i węgierskiej (od Orbana). W obu krajach artykuł wzbudził wielki entuzjazm i szeroko był cytowany, bo wreszcie ktoś z zewnątrz niesprawiedliwość zauważył. Teza jest taka, że gdyby Węgry były ważniejsze (tzn. bogatsze, większe, ze "starej Unii"), to by się Komisja na krytykę nie poważyła. Tymczasem prawda jest taka, że jeśli za ową niesprawiedliwość przyjąć wszczęte przez Komisję procedury naruszenia przez Budapeszt unijnego prawa, to Węgry wcale najgorzej nie wypadają w statystykach na tle innych państw, mniejszych i większych. Ciekawe też, że gdy Komisja ostro skrytykowała Francję za okólnik dotyczący Romów nikt (no, może poza Francuzami) nie krzyczał, że to podwójne standardy (mimo, że sytuacja Romów w niejednym europejskim kraju jest jednak gorsza niż we Francji, na przykład w Rumunii albo na Słowacji).

O stosowaniu podwójnych standardów czyta się regularnie i nie tylko w odniesieniu do UE. A czasem się nie czyta, choć nie wiadomo dlaczego. Gazety donoszą dziś o nowej polityce ochrony prywatności wprowadzonej przez Google'a. Google od chwili rozwinięcia skrzydeł i wprowadzenia szeregu usług, jak Gmail na przykład, nieustannie zwiększa ochronę prywatności swoich użytkowników i powoli dochodzi do tak ścisłej ochrony, że owej prywatności coraz trudniej się doszukać. Wszystko to oczywiście dla naszej wygody, bo po co mamy sami dokonywać wyborów i selekcji, po co mamy tracić czas na jakiekolwiek decyzje: Google zrobi to za nas. Wystarczy, że lepiej nas pozna. Pozna nas lepiej, niż my sami się znamy i spakuje w logarytm.

To niezwykłe, że działania Google'a nie budzą niepokoju internautów podskakujących tysiącami na ulicach i placach w obronie wolności i prywatności zagrożonej przez ACTA. Ktoś powie, że to kwestia zaufania. Rządy, instytucje, międzynarodowe organizacje go nie mają, roztrwoniły przez lata, obywatele przestali szanować oficjalne, reprezentujące ich struktury. Skąd jednak bierze się zaufanie do prywatnych firm, których liczona w bilionach wartość jest wartością naszych kliknięć, naszych spojrzeń na ekran, naszej zawłaszczonej prywatności? Nie wiadomo. Brak zaufania tłumaczy stosunek ludzi do rządów. Naiwność tłumaczy ich stosunek do Google'a i innych jemu podobnych.



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...