Przejdź do głównej zawartości

Państwo PiS jest nie z tej Europy (4) Złotówka: suwerenna tarcza antykryzysowa

Nie jest do końca jasne, co i jak Kaczyński chce zrobić w dziedzinie budżetu państwa i finansów publicznych (poza walką z szalejącą ponoć korupcją), ale już w czerwcu 2013 deklarował, że ma gotowe projekty ustaw. We wrześniu 2013 proponował "zaostrzenie" systemu podatkowego w drodze spec-ustawy kryzysowej (inspiracja z Węgier?) i wprowadzenie podatku od transakcji finansowych (Komisja Europejska też proponowała, Viktor Orbán, oczywiście na swych dość specjalnych zasadach, taki podatek wprowadził). Najprostszy punkt programu PiS, bo niewymagający ustawy, to polityka monetarna oparta na obronie złotego. Obronie przed euro. "Mówimy jasno – będziemy go bronić. Jest on dziś i będzie w przewidywalnej przyszłości naszym atutem, barierą chroniącą nas przed zmiennymi światowymi koniunkturami" – twierdzi Kaczyński.

Złotówka obroni Polskę przed kryzysem

Ciekawe, że posiadanie własnej waluty nie uchroniło przed zmianą światowej koniunktury Islandii, kraju – co najbardziej powinno podobać się Kaczyńskiemu – nie będącego nawet członkiem UE. Funt nie uratował też Wielkiej Brytanii. Uratowało ją nagromadzone przez wieki bogactwo. To dzięki niemu udało się brytyjskiemu rządowi wydać na ratowanie prywatnych banków z publicznej kasy więcej niż w jakimkolwiek innym państwie unijnym. Nagromadzone bogactwo pomogło też Niemcom, które akurat mają euro: mimo kryzysu i olbrzymich wydatków na ratowanie banków Niemcy pozostali najpotężniejszą gospodarką UE, w dużej mierze finansującą słabe, źle zarządzane i żyjące ponad stan Grecję i Cypr. Mniej odporna na kryzys, ale nieźle zarządzana Irlandia, posługująca się euro, wychodzi z tarapatów w szybkim tempie dzięki oszczędnościom, unijnej pomocy i reformom. Estonia, która zamieniła koronę na euro w 2011 roku, poradziła sobie z kryzysem nadzwyczaj dobrze. To właśnie w 2011 roku agencja ratingowa Standard&Poor's podniosła notowania gospodarki estońskiej tego samego dnia, w którym obniżyła rating gospodarki amerykańskiej. Stalo się to 8 miesięcy po wprowadzeniu euro przez ten kraj. S&P's docenił perspektywy wzrostu (uzyskane dzięki reformom i dyscyplinie finansów publicznych) i stabilność walutową (gwarantowaną przez euro). Nie przebrzmiały jeszcze przepowiednie zapowiadające nieuchronny koniec strefy euro, gdy w 2013 akces do Eurolandu zgłosiła Łotwa (euro zastąpiło łata 1 stycznia 2014).

Konkluzje są dość oczywiste, bez względu na to czy państwo ma euro czy nie: dobrze zarządzana gospodarka i zdrowe finanse publiczne stanowią najlepsze zabezpieczenie przed kryzysem; zasobny skarbiec i nagromadzone bogactwo pozwala z kryzysem sobie poradzić samemu bez ubiegania się o pożyczki z zewnątrz. Przyśpiewka eurofobów o euro, które wywołało kryzys w Europie jest próbą zakorzenienia w ludzkiej świadomości kolejnego mitu, który ma się nijak do rzeczywistości: kryzys nie zaczął się w Europie, integracja europejska jest sposobem na wyjście z kryzysu a nie jego przyczyną, kryzys nie ominął państw, które nie mają wspólnej waluty. Wbrew temu, co mówi Kaczyński, waluta narodowa nie stanowi zabezpieczenia przed światowym kryzysem. A euro pozostaje stabilną, drugą po dolarze walutą rezerwową świata.

Euro szokuje Kaczyńskiego

To nieprawda, że "nie ma takiego modelu wprowadzenia w Polsce euro, który nie doprowadziłby do szoku: jeden mechanizm prowadzi do szoku w gospodarstwach domowych, poprzez popyt w całej gospodarce; inny prowadzi do szoku w eksporcie i dzięki temu także w całej gospodarce." Prawdą jest, że takiego modelu nie zna PiS. A to co innego.

Te nieuniknione dla "całej gospodarki" konsekwencje wprowadzenia wspólnej waluty umknęły jakoś decydentom i analitykom w innych krajach. Wprowadzenie euro oczywiście oznacza pewne zagrożenia, ale nie są one nieuniknione, jeśli państwo członkowskie się do przyjęcia wspólnej waluty przygotuje. Przygotowania te są dziś łatwiejsze niż kiedyś, bo można się uczyć na cudzych błędach. Kraje, które jako pierwsze zrezygnowały z waluty krajowej na rzecz euro nie przewidziały na przykład, że pozostawienie handlowcom swobody w zaokrąglaniu cen po ich przeliczeniu na euro doprowadzi do podwyżek cen artykułów konsumpcyjnych. Słowaków, Estończycy i Łotysze już to wiedzieli i potrafili problemowi zaradzić. Negatywne konsekwencje rezygnacji ze złotówki mogą zostać z nawiązką zrekompensowane zaletami wprowadzenia euro. Ale Kaczyński zalet nawet nie rozważa. O przygotowaniach nie chce słyszeć. W zamian proponuje kasandryczny determinizm. Polityka obsesyjna, którą uprawia Kaczyński, nie może być skuteczna, bez względu na to czy się patrzy na euro przychylnie czy nieprzychylnie.

Euro pozbawi nas suwerenności gospodarczej

Obecny polski system, mówi Kaczyński, "jest fatalny, niesprawiedliwy, nieprzejrzysty i arbitralny. Jedni są niszczeni podatkami, a inni nie płacą ich wcale. Szaleje korupcja, system działa na zasadzie „nie ma reguł, kto silniejszy ten lepszy” (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Kaczyński, rzecz jasna bardzo chciałby dokonać sanacji tego fatalnego systemu i oczywiście wie jak to zrobić. Ale w Polsce będącej członkiem strefy euro nie da się, jego zdaniem, wprowadzić niezbędnych reform, bo utrata suwerenności walutowej uniemożliwi PiS zmianę systemu finansów publicznych i prowadzenie własnej polityki gospodarczej. Czy rzeczywiście?

Koordynacja gospodarcza i budżetowa już od dwóch lat jest stałym elementem zarzadzania gospodarką w UE. Okres koordynacji nazywa się "semestrem europejskim". To jedna z lekcji kryzysu: prowadzenie wspólnej polityki monetarnej bez koordynacji polityki gospodarczej było błędem koncepcyjnym unii walutowej, pozbawiło strefę euro zdolności do szybkiego działania w sytuacji kryzysu. Zalecenia Komisji europejskiej otrzymują jednak nie tylko państwa Eurolandu, ale i te, które jeszcze do niego nie przystąpiły (lub – tak jak Wielka Brytania czy Szwecja - nie przystąpią). To naturalna konsekwencja powiazań i współzależności istniejącej miedzy gospodarkami państw członkowskich UE. To prawda, że państwa, które poza udziałem we wspólnym rynku, w unijnym handlu zagranicznym, polityce przemysłowej, rolnej, rybackiej i innych, uczestniczą też w unii monetarnej osiągnęły wyższy stopień koordynacji niż te, które nie posługują się wspólną walutą. Ale ani jednym ani drugim Komisja Europejska ani Rada nie przeszkadzają w staraniach o bardziej przejrzysty system finansów publicznych ani w walce z korupcją. Przeciwnie: zalecenia podjęcia takich działań kierowane są do tych, którzy tego nie czynią. Z kolei systemu podatkowego, którego polską  odmianę Kaczyński też ocenia bardzo krytycznie, dotyczy to w niewielkim stopniu, bo podatki to kompetencja narodowa.

W Polsce (nie) obowiązują unijne traktaty

Kaczyński zapomina też o jednej ważnej sprawie. Otóż przystępując do UE, Polska przyjęła obowiązujące w UE traktaty. Tym samym zgłosiła swój akces do unii walutowej. Akces odsunięty w czasie, bo żeby przyjąć wspólną walutę, trzeba sprostać wyśrubowanym kryteriom w dziedzinie deficytu i długu publicznego. To kluczowe elementy zdrowego systemu finansów publicznych, na którym tak bardzo ponoć zależy Kaczyńskiemu. W 2003 roku proeuropejski rząd podjął spore ryzyko zorganizowania w Polsce referendum, w sprawie przyjęcia warunków członkostwa w UE. Jednym z nich było przyjęcie euro. Polacy masowo poparli traktat akcesyjny.

Wbrew temu, co mówi Kaczyński, w Polsce nie ma "forsowania decyzji przyjęcia euro" (wystąpienie programowe, czerwiec 2013). Ta decyzja została podjęta jedenaście lat temu i zaakceptowana w referendum. Obecny polski rząd raczej odsuwa niż forsuje realizację tej decyzji. Może faktycznie nie jest to najlepszy okres na przyjmowanie euro (choć akurat Łotysze uznali inaczej), ale nie zdejmuje to z nas obowiązku starannego przygotowania się do wspólnej waluty. Stanowisko Kaczyńskiego, który woli by tego nie czynić, jest delikatnie mówiąc nierozsądne. Jest przede wszystkim ideologiczne, bo Kaczyński jest suwerenistą, jest populistyczne, bo Kaczyński wpisał euro na listę narodowych strachów, którymi potrząsa, by skupić wyborców pod skrzydłami pisowskiej Opatrzności. Ale nie jest racjonalne.

Swoisty patriotyzm Kaczyńskiego polega na doprowadzaniu do sytuacji, w której spełnią się jego złowieszcze przepowiednie dla Polski, dając mu możliwość wystąpienia w roli męża opatrznościowego. Nie spocznie, jeśli do tego nie doprowadzi. Antypatriotami są ci, którzy chcą mu w tym przeszkodzić. Tymczasem bez względu na to, czy się euro popiera czy nie należy sobie uświadomić, że w interesie Polski leży dobre przygotowanie do jego przyjęcia. Programowanie porażki może pociągać jedynie tych, których jedynym celem jest powiedzieć: "Ostrzegaliśmy. A teraz musimy ukarać winnych."


Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby publicznego, ale w sumie nie tak bardzo, bo o zasięgu bardziej niż ograniczonym. To jest ostatni wpis, bo co tu jeszcze pisać.
Właściwie, to co chciałem napisać, już tu jest, mógłbym się tylko powtarzać. O Polsce PiS i Jarosława Kaczyńskiego pisałem w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy" (linki poniżej) zanim zdobyli władzę. Nie z tej Europy, którą uważam za swoją. Bo Europy są różne. Tak różne jak ci, którzy na europejskość się powołują. Nie chodzi jednak o to, kto na Europę ma prawo lub nie ma prawa się powoływać, ale po co to robi: z jakim zamiarem, i z jaka pamięcią Europy w głowie. Pisałem o państwie PiS w przekonaniu, że również demokracje są różne. Nie tylko dlatego, że miewają różne konstytucje, bo to oczywiste, ale z powodu zróżnicowanego stosunku do prawa i do wolności.
Pisałem z pozycji osoby, która ma dość jasną wizję dem…

Może się już nie śmiejmy z Korei Północnej

Tak się nabijamy z tej Korei Północnej, ale może należy na nią spojrzeć poważniej, jak w kryształową kulę. Bo może Kaczyński, Macierewicz i Co. upodobali sobie model koreański i do niego zmierzają?

Naburmuszone i prężące muskuły państewko pod ochroną mocarstwa: jak Korea Północna w chińskiej strefie wpływów, tak Polska w rosyjskiej? Też totalitarna, z wodzem psycholem, skłócona z resztą świata, stawiająca na armię (tylko z pociągiem pancernym zamiast broni nuklearnej), uprawiająca na lokalne potrzeby propagandę potęgi i niezależności, a w rzeczywistości protektorat pełniący rolę antyzachodniego i antyeuropejskiego straszaka w rękach orientalnego hegemona?

Zdrowe, bo polskie

Polacy są przekonani, że polska żywność jest najlepsza na świecie: najsmaczniejsza, bo Polacy lubią zjeść; najzdrowsza, bo swojego chowu wszystko i naturalne. Nic w tym dziwnego, wiele narodowości ma o swojej żywności dobre zdanie. Jeżeli jeszcze zagranicą ją kupują, to już na pewno wiadomo, że musi być dobra, byle czego by nie kupowali.

Polscy producenci żywności rzeczywiście dużo eksportują i nawet jeżeli konkurencyjna cena produktów i słabość złotego sprzyjają ich sukcesowi, to nie są jedynym wytłumaczeniem tego sukcesu: jakość robi swoje. Ale jeżeli głównym atutem  i znakiem rozpoznawczym polskiej żywności ma być jakość, to o jej uznanie trzeba walczyć. Poważnie traktować każdą rysę na wizerunku, nawet najmniejszą.  Reagować na każdą krytykę, która może marce zaszkodzić.

A tych rys jest coraz więcej. Rosyjskie embargo na mięso można było tłumaczyć względami politycznymi. Nie było ono w stanie zmniejszyć zaufania do polskich produktów w UE. Ale już użycie w masarniach zanieczyszczo…