2014-08-27

Kto do Brukseli: trzy scenariusze dla PO

Sala obrad Rady Europejskiej z pustym krzesłem przewodniczącego
W sobotę mają zapaść decyzje, kto zostanie nowym przewodniczącym Rady Europejskiej w miejsce Belga Hermana Van Rompuya i kto zastąpi Brytyjkę Catherine Ashton na stanowisku szefa unijnej dyplomacji. 

Polska ma poważnych kandydatów na oba stanowiska, co już samo w sobie jest ewenementem. Jakie są ich rzeczywiste szanse nie wie dziś chyba nikt. Ale zgłoszenie do udziału w wyścigu nie pozostaje bez konsekwencji dla uczestników. Patrząc z polskiej perspektywy, nominacje na te dwa kluczowe stanowiska będą miały zasadniczy wpływ na sytuację w kraju i na notowania PO, i to bez względu na to, kto w ostatecznym rozrachunku pokieruje Radą Europejską i sprawami zagranicznymi.

Porządek obrad tego nadzwyczajnego szczytu UE, którego zasadniczym celem miało być obsadzenie obu najważniejszych stanowisk oraz podział tek w nowej Komisji, bardzo się skomplikował. Instytucjonalno-kadrowa część się zawęziła do wyznaczenia następców Van Rompuya i Ashton. Jeśli się uda, to już będzie duży krok do przodu, a nad komisarzami można się będzie jeszcze pozastanawiać, biorąc również pod uwagę znane oczekiwania Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie lista spraw do omówienia wydłużyła się w wyniku sytuacji międzynarodowej: Ukraina, strefa Gazy, Irak, Syria, Libia nie mogą przecież być zbyte milczeniem. Siłą rzeczy skrzyżują się rozbieżne priorytety i interesy. Kwestie instytucjonalne, personalne i międzynarodowe zostaną powiązane w pakiety negocjacyjne. Łatwo nie będzie. W tej mgławicy trudnych do przewidzenia wydarzeń można jednak, dla porządku, zarysować trzy scenariusze interesujące z polskiego i europejskiego punktu widzenia.

Scenariusz pierwszy: włoska kandydatka na szefa dyplomacji, Federica Mogherini, odpada pod naciskiem państw oskarżających ją o prorosyjskość, następcą Lady Ashton zostaje Radosław Sikorski. W tej sytuacji kandydatura Tuska na szefa Rady Europejskiej staje się bezprzedmiotowa, Tusk zostaje w kraju. To najlepszy scenariusz dla Polski, ale i dla PO, bo gwarantuje stabilność polityczną i przynajmniej w jakimś stopniu rozmywa perspektywę wyborczego zwycięstwa PiS. Jednocześnie objęcie teki wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa przez polityka z tak zwanych "nowych krajów" eliminuje z "krótkiej listy" kandydatury Bułgarki Georgijewej i Łotysza Dombrovskisa. Rosną wtedy szanse Dunki Helle'y Thorning Schmidt i Irlandczyka Endy Kenny'ego.

Scenariusz drugi: zarezerwowane dla socjalistów stanowisko wysokiego przedstawiciela dostaje Włoszka, Tusk zostaje przewodniczącym Rady Europejskiej. Sikorski, zgłoszony jako polski kandydat na komisarza tylko po to, by objąć tekę spraw zagranicznych (wysoki przedstawiciel jest jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji) wypada z gry. Kandydatem na komisarza zostaje Danuta Hübner. Dzięki temu Jean-Claude Juncker ma w składzie Komisji dodatkową kobietę, co zwiększa szanse na uzyskanie niezbędnego poparcia Parlamentu (na razie Parlament przygotowuje się do odrzucenia en bloc zespołu kandydatów na komisarzy, bo w obecnym kształcie nie spełnia on wymogu parytetu kobiety-mężczyźni). Z tego powodu kandydatura Rostowskiego na członka Komisji, mimo preferencji Tuska, odpada na rzecz kandydatury Hübner.

Z zewnątrz taki rozwój wypadków wyglądałby na prestiżowy sukces Tuska jako polityka i sukces Polski, jako państwa. Ale poza prestiżem, to kiepski scenariusz i dla Polski i dla PO. Mogherini na czele unijnej dyplomacji zostałaby odebrana w Polsce jako porażka negocjacyjna rządu PO. Na dodatek, Tusk zostałby niechybnie oskarżony o świadome poświęcenie interesu Polski dla osobistej kariery. Platforma bez Tuska raczej by się nie wzmocniła. Krytyka opozycji, że Tusk uciekł z tonącego okrętu łatwo znalazłaby posłuch w opinii publicznej, która chętniej wierzy, wbrew faktom, że sytuacja Polski jest katastrofalna, niż że kraj rozwija się szybciej niż kiedykolwiek. To jeszcze bardziej obniżyłoby sondażowe notowania Platformy i przyczyniło się do jej wyborczej porażki. Wybory wygrałoby PiS, a to najgorsze co Polsce może się przydarzyć.

To również ryzykowny scenariusz dla Europy. Nie wiem czy Tusk ma format międzynarodowego polityka i czy bycie politykiem sprawnym i utalentowanym wystarczy by skutecznie działać na unijnej arenie. Nieznajomość francuskiego i kiepska znajomość angielskiego to poważny problem. Niewiadomo też ile czasu potrzebowałby Tusk, by rozwinąć skrzydła nie mogąc liczyć na żadne partyjne zaplecze, działając w zupełnie innym kontekście niż ten, który poznał jako premier. Ale nawet gdyby Tusk miał się okazać najlepszym z możliwych szefem Rady Europejskiej, to najpoważniejsze niebezpieczeństwo kryje się gdzie indziej: Polska pod rządami PiS stałaby się dla UE jeszcze większym problemem niż Węgry. Orban jest antyunijny i antyzachodni, ale ma zmysł pragmatyczny. PiS i jego prezes mają zmysł oszołomski. A w sytuacji, gdy Tusk byłby szefem Rady Europejskiej, Unia stałaby się nieustannym celem ataków pisowskiego rządu. (Na temat "europejskiej" polityki PiS zob też: "Państwo PiS jest nie z tej Europy")

Rozpatrując ten scenariusz czuję się jednak w obowiązku przypomnieć, że sam Tusk nadal twierdzi, że schedą po Van Rompuyu nie jest zainteresowany. Mimo ekscytacji polskich mediów, które dziś piszą o poparciu Camerona dla kandydatury Tuska, tak jak parę miesięcy temu rozpisywały się o poparciu Merkel. Czyżby "nie chcem ale muszem"?

Scenariusz trzeci: Sikorski nie staje na czele dyplomacji UE, innej teki objąć nie chce lub nie może, polskim komisarzem zostaje Rostowski, Bielecki albo Hübner. Tusk nie przejmuje pałeczki od Van Rompuya, zostaje w kraju, szefem Rady Europejskiej zostaje przedstawiciel Bałtów albo Dunka. Zostaje to naturalnie odebrane jako spektakularna porażka premiera i jego formacji na scenie europejskiej. Notowania PO lecą w dół, PiS szybuje w sondażach. Gdyby Mogherini, a nie Georgijewa, została w tej sytuacji wysokim przedstawicielem UE ds. polityki zagranicznej, klęska byłaby totalna. Nawet uzyskanie przez Polskę ważnej teki w Komisji Europejskiej, na przykład energii lub rynku wewnętrznego, nawet stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji przyznane jako zadośćuczynienie mogłoby okazać się w oczach opozycji i opinii publicznej zbyt skromną rekompensatą. Gdyby na dodatek warunkiem uzyskania takiego stanowiska było wyznaczenie na komisarza Danuty Hübner, stracilibyśmy cenionego i doświadczonego szefa komisji parlamentarnej. Zastąpiłby ją inny Polak z PO, ale jest wątpliwe, by dało się znaleźć kogoś równie cenionego.

Po wygranych wyborach rząd PiS byłby antyunijny, nieustannie krytykowałby włoską szefową unijnej dyplomacji. Poparcie dla UE obniżyłoby się w Polsce nie tylko z powodu antyeuropejskiej retoryki rządu, ale też w reakcji na uczucie porażki narodowej: w Europie nas nie szanują, nie chcieli Tuska, nie chcieli Sikorskiego, a prorosyjska Włoszka negocjuje z Putinem rozwiązanie ukraińskiego konfliktu.

Oczywiście inne warianty są możliwe. I naturalnie nie można wykluczyć, że stanie się cud i w międzyczasie pojawi się na scenie politycznej nowa formacja centrowa (Balcerowicza?) zdolna do wyborczego zwycięstwa nad PiS i przejęcia rządów po Platformie. Na razie jednak sytuacja jest jaka jest i dlatego z niecierpliwością czekam sobotnie decyzje (jeżeli uda się dojść do porozumienia).


2014-08-07

Sankcje sankcjom nierówne

Paul Cezanne, "Jabłka i pomarańcze"
Władimir Putin podpisał wczoraj (6.08.2014) dekret, który jest rosyjską odpowiedzią na sankcje gospodarcze Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Nikt niby zaskoczony nie jest, ale nie znaczy to, że cokolwiek jest jasne. Nie wiadomo bowiem, które tak naprawdę kraje i jakie produkty objęte są rosyjskim sankcjami. A dopóki nie wiadomo, trudno coś przedsięwziąć. 

Już wczoraj Rosjanie zdementowali domysły, że embargiem będzie objęte wino i amerykańska whiskey. Dzisiaj na konferencji prasowej Midwiediew wymieniał sery, mięso wołowe i wieprzowe, płody rolne, owoce i warzywa, ale bez szczegółów. Sprawa najpilniejsza to koordynacja działań państw, które są najbardziej prawdopodobnym celem rosyjskiego odwetu: dwadzieścia osiem państw UE, USA, Japonia i Kanada (inaczej mówiąc Państwa G7), Australia, Norwegia i Szwajcaria. Bo reakcja powinna być wspólna.

A polskie jabłka?

Wszystko to dzieje się w dniu, w którym polscy i unijni urzędnicy spotykają się w Bruskeli (dziś o 15:00), by przedyskutować odpowiedź na polski wniosek uruchomienia unijnej rezerwy kryzysowej, zapomogi dla polskich sadowników. O politycznym i etycznym aspekcie polskiego wniosku o odszkodowanie z budżetu UE pisałem parę dni temu. Teraz, po ogłoszeniu rosyjskich sankcji odwetowych słusznie poniekąd się zauważa, że chętnych do skorzystania z unijnego funduszu będzie więcej. Ten fundusz to tylko 400 milionów euro, konkurencja byłaby więc duża, gdyby inne państwa postanowiły sięgnąć do wspólnego europejskiego skarbca. To, jak zastosowane zostaną w praktyce procedury przy rozpatrywaniu polskiego wniosku, jest ważne, bo precedensowe: nigdy wcześniej do tych przepisów się nie odwoływano.

Ale jeśli ktoś zakłada, że dzisiejsze spotkanie ma na celu ustalenie kwoty do wypłacenia i terminu operacji bankowej to się myli. Kryzysowa rezerwa rolna to jedynie jeden z instrumentów, którymi dysponujemy w Unii Europejskiej, żeby zareagować na tego rodzaju szczególne sytuacje. To nie działa jak automatyczna wypłata ubezpieczenia. Znalezienie rozwiązania oznacza też poszukiwanie środków gdzie indziej. Polski minister rolnictwa Sawicki wspominał o funduszu solidarnościowym, ale ten funkcjonuje w ramach polityki regionalnej, a nie polityki rolnej. Nie jest pewne, czy da się go zastosować i czy będzie to potrzebne. Interwencja państwa na rynku może być postrzegana jako pomoc publiczna, która też podlega innym przepisom. Zanim dojdzie do wypłaty odszkodowań, trzeba oszacować szkody. A przede wszystkim poszukać sposobów ich zminimalizowania. Dlatego w rozmowy zaangażowane są też służby odpowiedzialne za handel zagraniczny. Może polskie owoce da się sprzedać gdzie indziej? Może rosyjskie sankcje znacząco wpłyną na ceny produktów rolnych i da się je sprzedać drożej? Tu też UE może pomóc.

Sankcje "polityczne"

Embargo na polskie jabłka było nieomal instynktowną reakcją Moskwy na sankcje unijne. Ale nałożono je na podstawie przepisów fitosanitarnych. Ich wykorzystanie dla celów politycznych jest niezgodne z zasadami handlu międzynarodowego, dlatego oskarżenie Rosji o motywację polityczną to nie tylko retoryka, to poważny argument prawny. Sankcje ogłoszone wczoraj, obejmujące żywność z całej Unii, mają inną podstawę prawną, bo Rosjanie powołują się na artykuł 21. Międzynarodowej Organizacji Handlu, który dotyczy bezpieczeństwa. To zrozumiałe, bo nawet Rosjanie, nie dbających przesadnie o wiarygodność swoich deklaracji, nie mogli sobie pozwolić na oświadczenie, że wszystko co ma etykietę Made in EU lub Made in USA szkodzi rosyjskim żołądkom. Również w tym przypadku Unia natychmiast oskarżyła Rosję o polityczną motywację. I przy okazji zastrzegła, że rozważy dalsze kroki (czytaj: retorsje). Dla polskiego producenta jabłek i hiszpańskiego producenta pomarańcz na jedno wychodzi. Ale sytuacja z prawnego punktu widzenia jest inna.

Słyszę, że oskarżenie Rosjan o polityczną motywację, to kolejny przykład unijnego pustosłowia. Bo czy unijne sankcje nie są polityczne? Są. UE i USA, oraz inne państwa, które do nich dołączyły, nigdy nie ukrywały, że nałożyły sankcje, by wywrzeć na Rosję nacisk po zajęciu przez nią Krymu i by powstrzymać jej destabilizującą presję na Ukrainę. To polityczne uzasadnienie, owszem, ale wobec państwa, które ostentacyjnie narusza prawo międzynarodowe. Zupełnie inna sytuacja. Co więcej, sankcje nałożone na Rosję nie naruszają zasad handlu.

Unijne dycyzje dotyczą eksportu. Unia przed nikim nie zamyka swego rynku. Nie narusza przepisów MOH (WTO). Co innego Rosjanie: oni zamykają rynek, blokują import, dopuszczają się więc największego grzechu wedle wolnorynkowej etyki globalizacji. I dlatego szanse UE i USA na wygranie procesu przed WTO są bez porównania większe niż szanse Rosjan. Moskwa jest tego pewnie świadoma. Niejeden tam pewnie żałuje, że Rosja, w wyniku normalizacji stosunków z Zachodem, przystąpiła do Międzynarodowej Organizacji Handlu, bo dziś, w sytuacji powrotu do polityki imperialnej i sowieckich praktyk, to kula u nogi. Rosja może by i chciała postąpić tak jak Europejczycy i Amerykanie, ale nie może: to ona potrzebuje naszych towarów i naszych technologii a nie my jej. Nici z blokowania eksportu. Z dwoma wyjątkami: pierwiastki ziem rzadkich (UE, USA i Japonia, czyli najbardziej technologicznie zaawansowane gospodarki, są ich największymi importerami) i energia, dwie pięty achillesowe Europejczyków. Dziesięć procent całego unijnego eksportu żywności to towary przeznaczone na rynek rosyjski.  Z tym nadwyżkami też będziemy musieli coś zrobić i tu też wspólne działania na światowych rynkach, poprzez Komisję  Europejską, powinny przynieść lepsze rezultaty niż inicjatywy bilateralne podejmowane indywidualnie przez państwa członkowskie.

2014-08-06

Księgowanie prawdziwych wartości

W Waszyngtonie jest miejsce pamięci poświęcone weteranom wojny koreańskiej. Monumentalne, jak inne tamtejsze "Memoriały". Wyryto tam w granicie słowa: "Freedom is not free". Oczywiście nas, Polaków, do prawdziwości tego hasła przekonywać nie trzeba. Zwłaszcza teraz, w dniach dorocznej pyskówki o wyższości powstania (warszawskiego) nad niepowstawaniem. 

Wiemy, że ceną wolności zawsze było życie i że żadnej za to rekompensaty spodziewać się od nikogo nie mogliśmy. Owszem, po cichu liczyliśmy na podziw świata i jego przebudzenie, jego cisza i odwrócony wzrok powiększał nasze rozgoryczenie, pogłębiał narodową depresję. Ale i tak było jasne, że nasze zwycięstwa były nie materialne, a moralne, i tym większe im większa była materialna klęska. Co więcej, szczycimy się naszą rozrzutną gotowością do zapłacenia ceny najwyższej nie tylko za swoją, ale i cudzą wolność.

"Europa zajmuje stanowisko, Rosja zajmuje Krym"

Wierni tej zasadzie odważnie i głośno jak nikt nawoływaliśmy świat i Europę do bezkompromisowego i solidarnego zaangażowania po stronie Ukrainy, przeciw rosyjskiemu najeźdźcy. Skoro nie nasze działanie (bo jednak wojsk nie wysłaliśmy, naszej husarii), to przynajmniej chlubna przeszłość i doświadczenie w obronie spraw słusznych i beznadziejnych dawały nam tytuł do potępienia tej Europy, która "zajmuje stanowisko, gdy Rosja zajmuje Krym". Lawa naszej ironii nie zalała Europy chyba tylko dlatego, że zimne i cyniczne serca Europejczyków (z Zachodu) wystudziły ją na twardą skorupę. Zimne serca księgowych, liczykrupów, którzy bali się strat spodowownych sankcajami gospodarczymi: braku utargu za belgijskie diamenty, niemieckie maszyny, francuskie uzbrojenie, brytyjskie operacje giełdowe oraz wzrostu wydatków na rosyjski gaz. Sankcje też zresztą wyśmiewaliśmy, no bo jak sankcjami można odpowiadać na helikoptery i baterie rakiet przeciwlotniczych. Ożeż, tchórze!

Sankcje nie na naszą kieszeń

Tymczasem, dość nagle, okazało się, że tak zwany Zachód (czyli USA i UE, ale bez nas, bo my nie jesteśmy Zachodem, tylko Polską) zdobył się na sankcje wystarczająco dużego kalibru, by w ciągu paru dni dokonały sporych zniszczeń w rosyjskiej gospodarce. Dość nagle okazało się, że czasy się jednak przez ostatnie dekady zmieniły i za cudzą wolność oraz własne wartości można płacić nie tylko krwią. Ale też, no niestety, że tak czy owak płacić trzeba i że nie do końca na wydatek w euro jesteśmy gotowi. Nadal co prawda z wyższością i pogardą drwimy z Francuzów, którym szkoda głupiego miliarda dwustu milionów euro za Mistrale i paru centów na zasiłki dla zwolnionych z pracy stoczniowców w Saint-Nazaire, ale jednocześnie zaczęliśmy liczyć, ile sami stracimy w wyniku rosyjskiego embarga na nasze jabłka. Okazuje się, że za dużo i że nas nie stać. Na razie o tym cicho, ale zaraz się okaże, że straty będą większe, bo obejmą gruszki, ogórki, kapustę, wiśnie, czereśnie i truskawki, a tych - w odróżnieniu od jabłek nie przechowamy, zgniją. Zamrozić? Przechować zamrożone? To też kosztuje.

Jak jest, to brać!

Skoro Unia nałożyła sankcje, to niech nam odda za straty. Z dnia na dzień ten sposób myślenia stał się oczywisty. Ani razu nie słyszałem, ani razu nie czytałem, że polskie liczykrupy skąpią na obronę wolności. Że nam, Polakom, o pieniądze ubiegać się nie wypada. Przeoczyłem gdzieś wzmiankę w prasie? Zła natura ze mnie wychodzi, bo sam teraz jestem ironiczny. Rolnik w Unii Europejskiej to święta krowa. Wszystko, co można było wymyślić, żeby uczynić jego trudne życie bezpieczniejszym, w Unii wymyślono. Dlatego są też zarezerwowane pieniądze na kryzysowe odszkodowania. Tylko 400 milionów euro rocznie, ale jednak. Skoro są, to czemu o odszkodowanie nie wystąpić? Jestem za. Od kryzysu ogórkowego (bakteria coli wywołała panikę na rynku w 2011) mamy w Unii procedury i podstawę prawną do wypłaty rekompensat. To niech wypłacą. W końcu narodowe rozważania i słowiańska solidarność to jedno, a konieczność spłaty kredytu zaciągniętego przez konkretnego sadownika to już co innego. Trzeba mu pomóc.

Unia ma budżet na obronę wartości

To jednak niesamowite, że w ciągu zaledwie paru lat w krew nam weszło, że jak trwoga, to do Unii. Niemcy, przez ostatnie miesiące oskarżani w polskich mediach, nie tylko "patriotycznych", o cynizm i prorosyjskość (dogadała się Angela z Putinem), nałożyli na Rosję sankcje nawet większe, niż unijne państwa członkowskie uzgodniły w Brukseli. Nie słyszałem, żeby zwracali się do kogokolwiek o odszkodowanie z tytułu poniesionych kosztów obrony zasad i wartości. Owszem, wiem, że nie ma unijnej rezerwy kryzysowej obejmującej rynek uzbrojenia, a rolnicza jest. Owszem, słyszałem, że dlatego właśnie Francuzi chcieliby przejęcia kontraktu (czytaj kosztów niezrealizowania umowy) na Mistrale przez NATO. Czym się różni postawa Francuzów od naszej? Tym głównie, że Francuzi - tak jak Włosi, Hiszpanie, Bułgarzy - wcześniej zaczęli liczyć koszty.

Tak, czasy się zmieniły. Dziś sztuka nie polega na tym, że idzie się w bój o wartości nie licząc kosztów, bo krew nie ma ceny, a straty materialne nie mają wartości. Sztuka polega na tym, by umieć koszty oszacować i nie rezygnować z obrony wartości, gdy koszty okażą się wysokie. Być rzeczywiście gotowym do ich poniesienia. Podejście do kryzysu ukraińskiego każe mi wątpić, że w Polsce tę sztukę opanowaliśmy. Jesteśmy gotowi, ale szacowanie wydaje nam się niegodne, bo zwykle osłabia gotowość. Głosimy ex cathedra, że wartości nie mają ceny, ale o odszkodowanie za jabłka z unijnego budżetu wystąpimy do Brukseli, bo jabłka cenę mają. A gdyby Francuzi zaproponowali, że ze sprzedaży Mistrali rezygnują, pod warunkiem, że inne państwa członkowskie sfinansują straty, to dorzucilibyśmy się do interesu? Ciekawe...

2014-07-28

Posiadanie własnego zdania jest przereklamowane

Jan Tomaszewski, 2005 (fot.: Cezary Piwowarski)
Jan Tomaszewski, 2005 (fot.: Cezary Piwowarski)
Jan Tomaszewski, po odejściu z PiS, błysnął bon motem: "Mam swoje zdanie, z którym niestety się zgadzam." Spełnia warunek tweeterowej lakoniczności, ale nowe nie jest.

O Fraciszku Smudzie, ówczesnym selekcjonerze polskiej reprezentacji, były bramkarz olimpijskiej reprezentacji powiedział, że to jedyny człowiek w Polsce, który ma swoje zdanie, ale się z nim nie zgadza. Tomaszewski do PiS przystąpił w nadziei, że jego zdanie zostanie politycznie docenione i wykorzystane. Minęło trochę czasu, zanim się przekonał, że posiadanie własnego zdania nie jest tam poszukiwanym kapitałem. A wręcz przeciwnie.

Nie tylko PiS

To zresztą częsty problem w partiach politycznych, których lider - jak Jarosław Kaczyński w PiS - jest przedmiotem kultu: jeśli już któryś z członków ma swoje własne zdanie, co nie jest dobrze widziane, to nie może się z nim zgadzać. Po co własne, jak jest Prezesa? A kiedy z partii na znak protestu odejdzie, to jego zdanie nikogo już nie obchodzi. Tomaszewski odszedł z PiS jak Gowin z PO. Schetyna został. Ziobro chce wrócić. We wszystkich tych przypadkach posiadanie własnego zdania jest balastem, przeszkodą w negocjacjach. Tylko naiwni wierzą, że to droga do sukcesu w polityce. Bo własne zdanie to kapitał w polskiej polityce przewartościowany. Jego deflacja jest groźna dla organizacyjnej stabilizacji. Partyjna dewocja, rytuał i cześć oddawana guru są tej stabilizacji gwarancjami.

Zdanie własne, ale ciasne
Można się oburzać na skostaniałość partyjnych establismentów. Mówić, że deficyt demokratyczny w polskim (i nie tylko) życiu publicznym to nic innego jak deficyt własnego zdania i wierności własnym poglądom. Ale popatrzmy na te poglądy, zdania i opinie: rzadko jest czego bronić, rzadko warto coś zacytować. Weźmy takiego Tomaszewskiego. Od dawna ma własne zdanie, zawsze negatywne i dosadne, na temat polskiego futbolu i jego protagonistów: Grzegorza Laty (prostak), Zbigniewa Bońka (on komisarzem w PZPN? to tak jakby Rywin przewodniczył komisji ds. afery Rywina), Leo Beenhakkera (trzeba Holendra wypierzyć), Jerzego Drzewieckiego (niech się powiesi), Franciszka Smudy (nie zwalniać go, tylko wypier...), Damiena Perquise'a (śmieć futbolowy).

Tomaszewski, odkąd wkroczył do polityki, komentował już nie tylko sport i poczynania swych byłych lub obecnych kolegów piłkarzy. Zgrabnie łączył jedno z drugim. Zabłysnął na przykład opinią, że Polsce powierzono organizację Euro 2012, bo... prezydent Lech Kaczyński pojechał do Cardiff na ogłoszenie decyzji UEFA. Dziś, odchodząc z PiS, głosi, że jego - do niedawna - partia, przegrała wybory z powodu złej strategii w sprawie budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w Łodzi. O jego uwagach na temat strącenia malezyjskiego samolotu, które bezpośrednio poprzedziły rozwód z PiS , nawet już nie wspominam. Aż dziw, że tak oczywiste oczywistości umykają uwadze innych analityków. PiS chyba jeszcze nie wie jak bystrego obserwatora i stratega politycznego traci.

A może wie? Byli partyjni koledzy wyrażają się dziś na temat dezercji Tomaszewskiego niemal równie elegancko i sympatycznie jak on sam, gdy mówi o kolegach sportowcach i o sportowych działaczach. Wygląda na to, że żegnają go bez żalu, wiedzą, że nie jest nie do zastąpienia. Może uwierzyli w jedno ze znanych powiedzeń Tomaszewskiego,,wielbiciela słowa "burdel": "żeby burdel zaczął funkcjonować, nie maluje się ścian, tylko wymienia panienki". A sam Tomaszewski po raz kolejny w swojej karierze sportowca i polityka będzie mógł powtórzyć: "wstydzę się, że kiedyś grałem w koszulce z białym orłem". I z trzyliterowym skrótem.





2014-07-26

Polskę skazano w Strasburgu za sprzeniewierzenie się europejskim standardom

Opinia Leszka Millera, że wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie tajnych więzień CIA na terenie Polski jest niemoralny, jest… niemoralna. Podobnie jak kłamliwy jest przekaz, że strasburski Trybunał przedkłada racje terrorystów nad racje Polski. Przedmiotem procesu nie był terroryzm. Polska nie miała racji. A przekonanie, że wszystko da się wytłumaczyć racją stanu, jest przejawem tępego, anachronicznego machiawelizmu. Przynajmniej w tej części świata.


Bezpieczeństwo czy prawa człowieka: fałszywy dylemat

Dylematy: walczyć z terroryzmem czy przestrzegać zasad państwa prawa, dbać o bezpieczeństwo czy o prawa człowieka, są fałszywe. Ale Leszka Millera, politycznie odpowiedzialnego za funkcjonowanie tajnych więzień CIA w Polsce, nie podejrzewam o fałsz. Jest szczery. Jako pragmatyk, przeflancował się bez trudu z peerelowskiego "socjalizmu" na "demokrację", bo przecież demokracja, tak jak socjalizm, to tylko system, mechanizm, a nie kanon zasad i wartości. Dla człowieka aparatu, jakim Leszek Miller był i pozostał, nie ma to znaczenia innego niż funkcjonalne. Autorytarna koncepcja "racji stanu" sprzeczna z ideą państwa prawnego, nieliczenie się z prawami człowieka, postawienie praw społeczeństwa - rozumianego jako wypełniacz państwowej struktury a nie demokratyczny suweren – ponad prawami jednostki, nacjonalizm – nie stanowią ilustracji złej przemiany Leszka Millera. Przeciwnie: ilustrują stałość światopoglądu człowieka, który w PRL się ukształtował, który PRL współtworzył, i który nigdy z PRL nie wyszedł.

Dylematy: walczyć z terroryzmem czy przestrzegać zasad państwa prawa, dbać o bezpieczeństwo czy o prawa człowieka, są fałszywe. Powoływanie się na przykłady Stanów Zjednoczonych, Francji czy Wielkiej Brytanii, których państwowy genotyp zdominowany jest przez gen imperialnej potęgi jest niemądre z dwóch przynajmniej powodów.

Europejski wybór: bądźmy konsekwentni

Otóż, po pierwsze, współczesna Polska nigdy nie była imperialną potęgą, o uczynieniu Polski potęgą, kolonialną na przykład (belgijska inspiracja), co najwyżej marzono. Trudno więc mówić o instynktownym postrzeganiu polskiej "racji stanu" na sposób dziewiętnastowieczny: tożsamość polityczna państwa, w którym żyjemy, ma wciąż płytkie korzenie, ale uwolnieni z autorytaryzmu komunistycznego postanowiliśmy zbudować państwo demokratyczne, oparte na zasadach prawa, szanujące prawa człowieka i wolności uważane dziś za fundamentalne, państwo nowoczesne przynależące do post-imperialnej wspólnoty państw, kierujące się w polityce międzynarodowej zasadą multilateralizmu.

Tylko wybór takiego państwowego modelu mógł z nas uczynić najpierw kandydata a potem członka Unii Europejskiej, w której taki ustrój uważany jest za "europejski". I tego należy się trzymać. I dlatego, jeśli chcemy by korzenie naszej współczesnej państwowej tożsamością sięgnęły głębiej, naszym punktem odniesienia powinny być nie Francja, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, ale małe lub średnie państwa europejskie, które te właśnie wartości stawiają najwyżej. Czy ktoś może sobie wyobrazić więzienia CIA albo podobne twory w Danii, Finlandii albo Szwecji?

Obciążenie PRL-em

Po drugie, nawet Stany Zjednoczone, którym skłonni jesteśmy wybaczać praktykowanie zasady racji stanu właściwe hegemonicznym mocarstwom, nie mogły więzień CIA zbudować u siebie. Właśnie z szacunku dla państwa prawa i praw człowieka. Amerykanie postanowili problem wyeksportować. Hipokryzja, cynizm – bez wątpienia te określenia pasują do amerykańskiej postawy jak znalazł. Ale zasad państwa prawa nie naruszyli u siebie. Obozy, więzienia, tajne sale tortur otworzyli tam, gdzie świadomość tego, czym jest konstytucja, czym są prawa człowieka i obywatelskie wolności jest niedorozwinięta. W Polsce niedorozwój nie jest powszechny, świadomość wzrasta, ale nie u wszystkich. Leszek Miller jest na tę ewolucję oporny. Jego ideowy atawizm jest nieuleczalny: jak u ludzi, którzy się rodzą z ogonem albo pokryci sierścią. A to on był wtedy u władzy. I to on idzie dzisiaj w zaparte. Tyle razy oskarżany o cynizm, w tej sprawie nie jest cyniczny. Bo naprawdę nie rozumie. Pewnie też nie rozumie dlaczego Wielka Brytania amerykańskiej prośby o pomoc nie mogła zaakceptować, ale mogła Rumunia. Kwestia politycznej tożsamości państwa.

Po części chodzi też o to, że są kraje, które są klientami i takie, które mają klientów. Dla niektórych ludzi z aparatu b. PZPR Polska nie będąca klientem mocarstwa jest nie do pomyślenia. Był ZSRR, teraz niech będzie Waszyngton. Podobnie jak dla wielu ludzi, którzy do końca życia odżegnywać się będą od pezetpeerowskiej spuścizny i żałować, że nowa Polska zrodziła się z Okrągłego Stołu i negocjowanych, półwolnych wyborów, a nie z szubienic z dyndającymi na nich "komuchami". Oni też nie mogą pojąć, że Polska może być pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej nie będąc ani wasalem mitycznej Brukseli, ani jej klientem. Bo podobnie jak Miller do szpiku kości i najmniejszego neuronu w mózgu przesiąknięci są PRL. Miał rację Czesław Miłosz, gdy pisał w Traktacie Moralnym, że ONR-u jest spadkobiercą Partia.

Polityczna tożsamość państwa i społeczeństwa: ciągle w budowie

To, czy państwo zachowa się tak, jak w tym przypadku zachowała się Wielka Brytania, czy raczej pójdzie drogą Polski i Rumunii, nie jest oczywiste. W dłuższej perspektywie zależy od wyborów dokonywanych przez obywateli. A w każdej - i krótszej dłuższej perspektywie - od decyzji rządzących. Postawa Millera jest dla mnie nie do obrony. Ale podjęte decyzje nie czynią z niego wyjątku. To, jaką strategię wobec Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i specjalnej komisji Parlamentu Europejskiego obierały kolejne polskie rządy jest objawem zarówno horrendalnej głupoty jak i porażającej pogardy dla prawa i europejskich wartości. Józef Pinior, który od samego początku miał w tej sprawie rację, przestrzegał, że sprawa nie może zakończyć się przed Trybunałem inaczej, niż się zakończyła. Polscy decydenci, ponoć w imię obronny polskiej czci, stanęli w Strasburgu murem po stronie Leszka Millera. Dobry wizerunek Polski obroniliby przyjmując postawę przeciwną. Nie potrafili tego zrobić ani z szacunku dla wartości ani kierując się pragmatyzm.

Nieświadomość i zadufanie, bardziej naiwność niż cynizm doprowadziły do złego rozwiązania dla Polski. Złego nie dlatego, że wyrok jest jaki jest, tylko dlatego, że – choć może się mylę – odpowiedzialni za zgubną strategię nie bardzo rozumieją, gdzie popełnili błąd ani o co chodzi. Kiedy się nie jest strategiem, lepiej nie planować strategii, w takich przypadkach jak ten lepiej ograniczyć się do wartości i zasad. Ale trzeba w nie uwierzyć. Wyrok w sprawie polskich sal tortur, wynajmowanych za pieniądze służbom wywiadowczym obcego państwa kosztuje więcej niż odszkodowanie dla dwóch ludzi. To, że polskie władze nie potrafiły w tej sprawie zachować się uczciwie wobec własnych obywateli i stanąć po stronie europejskich wartości a nie zasad PRL źle rokuje budowaniu tożsamości politycznej państwa i społeczeństwa. Numerowanie rzeczpospolitych: RP III, RP IV, niczego tu nie zmieni. Tu chodzi o silne fundamenty i przestrzeganie zasad.


Z terroryzmem można walczyć w poszanowaniu państwa prawa. Posądzonych można sądzić w poszanowaniu praw jednostki, osądzonych - traktować po ludzku. Znalezienie sposobu na zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa bez przyzwolenia na pogwałcenie praw obywateli, to nie jest mission impossible, to nie kwadratura koła, to zadanie każdej władzy w każdym demokratycznym państwie.

2014-07-22

Jeśli nie zasady, jeśli nie odwaga, to przynajmniej komunikacja, głupcze!

Radek Sikorski i Catherine Ashton na Radzie szefów 
dyplomacji 22/07/2014
Decyzję o wprowadzeniu tak zwanej trzeciej fazy sankcji przeciw Rosji muszą podjąć jednomyślnie szefowie 28 rządów Unii Europejskiej. Dlatego nikt, kto zna reguły gry, nie mógł liczyć, że takie postanowienie zwieńczy dzisiejsze posiedzenie unijnych ministrów spraw zagranicznych: nie ten poziom, nie te kompetencje. Ale po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu pasażerskiego oczekiwanie jasnego sygnału i determinacji ze strony przedstawicieli państw UE jest jak najbardziej uzasadnione. Takiego sygnału dziś zabrakło.

Cierpliwość i rozwaga czy bezczynność i niezborność?

Nie wiem, czy ma to zasadniczy wpływ na postawę Putina i popieranych przez niego rosyjskich separatystów na Ukrainie. Ale na pewno ma wpływ na postrzeganie Unii przez opinię publiczną. Jest to wpływ negatywny nie tylko na tę część opinii publicznej, która domaga się twardszej postawy wobec Rosji, ale również na obywateli przeciwnych sankcjom, tych do których najbardziej przemawia retoryka wstrzemięźliwości stosowana przez przeciwników antymoskiewskich sankcji. Bo w obu przypadkach ludzie widzą niezdolność unijnych rządów do znalezienia wspólnego stanowiska nawet w sytuacji krytycznej, wymagającej stanowczej reakcji. W obu przypadkach cierpliwość i rozwaga, które najczęściej okazują się zaletami, są postrzegane jak bezczynność i niezborność, a to nie są cechy pozytywne.

Mistrale, City i brylanty

Uwaga wszystkich skupiona jest na Francji. Jeden z dwóch francuskich lotniskowców jest praktycznie gotowy, Rosjanie za niego zapłacili i na jesieni powinni go otrzymać. Drugi ma być ukończony i przekazany Rosjanom w przyszłym roku. Ogłoszenie unijnego embarga na broń, które objęłoby już istniejące i znajdujące się w fazie finalizacji zamówienia oznacza dla Francji zerwanie kontraktu, zwrot ponad miliarda euro (bo tyle kosztuje Mistral), oraz procesy o odsetki i odszkodowanie, które bez wątpienia Moskwa by Paryżowi wytoczyła. Walczącej z deficytem finansów publicznych Francji - słyszymy w Paryżu - nie stać na takie wydatki. Tym bardziej, że i tak nie wpłynie to na postawę Putina. Sprzedaż broni Rosjanom to bardzo spektakularny przypadek, kosztowny, wymagający natychmiastowego wyłożenia na stół żywej gotówki. Ale Włosi, Hiszpanie czy Portugalczycy (cała trójka w w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej) i Niemcy (ze swoim enerogożernym przemysłem) też się do sankcji nie palą, bo oznaczają one niechybnie wzrost cen energii.

Tego samego boją się Łotysze, których zbyt pochopnie wymieniamy jednym tchem z innymi Bałtami. Rządy Estonii i Litwy zajmują takie samo stanowisko jak Polska, ale jest to stanowisko polityczne, nie wszyscy obywatele tych krajów gotowi są na poniesienie kosztów sankcji. Grecy i Bułgarzy są tradycyjnie prorosyjscy, tu polityczna postawa i geopolityczna tradycja współgrają z interesami gospodarczymi. Mała Belgia z przyczyn oczywistych solidaryzuje się z Holendrami (których zestrzelenie samolotu przez proputinowskich terrorystów dotknęło w największym stopniu) i tłumi swą niechęć do gospodarczej wojny z Rosją, ale wyzbyć się jej nie jest w stanie: belgijska gospodarka co prawda stoi na małych i średnich przedsiębiorstwach, ale jej głównym towarem eksportowym i kluczowym źródłem budżetowych przychodów są brylanty. W Antwerpii jubilerzy boją się masowych bankructw, bo bogaci Rosjanie to ich główni klienci. Wielka Brytania wzywa do ostrych sankcji, owszem, ale - gdyby miało faktycznie do nich dojść - czy jest gotowa do zmiany swego dotychczasowego stanowiska, wedle którego za sankcje mają płacić wszyscy, tylko nie londyńskie City?

Patrzą na was!

Nie po to rzucam przykładami, by usprawiedliwiać jednych lub drugich. Litewska prezydent, Dalia Grybauskaitė, ma rację mówiąc o "mistralizacji" unijnej polityki. Mistralizacja oznacza przedkładanie krótkotrwałych interesów gospodarczych ponad wartości, kasy - ponad przyzwoitość. Ale powiedzmy sobie szczerze: ile razy w ciągu roku, postawieni w obliczu konfliktów międzynarodowych, ludzkich tragedii, kryzysów, głodu i przemocy wybieramy przyzwoitość i wartości, a nie kasę i gospodarcze interesy? Czekam na przykłady. Nie, to nie jest pytanie retoryczne, bo przykłady pewnie się znajdą i pewnie łatwiej o nie w Europie niż gdzie indziej. Przekonani o tym zwolennicy integracji europejskiej lubią mówić o europejskim "kantyzmie", przeciwstawionym cynicznemu i bezdusznemu "heglizmowi" (wkładam słowa w cudzysłów, żeby było jasne, że odnoszę się do stereotypów, nie do filozofii). Mają rację, bo bez odwołania do przyzwoitości i wartości integracja europejska przestaje być ideą, staje się techniką, traci sens.

Nawet jeżeli liderzy unijnych państw narodowych uważają się bardziej za strażników krajowego przychodu niż europejskiej przyzwoitości, własnej wygody niż zbiorowej odwagi, wstrzemięźliwości niż wartości to niech jednak mają na uwadze, że są autorami europejskiej narracji. Słuchają ich i oceniają obywatele UE, obywatele Ukrainy, którzy niedawno jeszcze manifestowali z europejskimi flagami w dłoniach, i inni ludzie w świecie. Skoro nie w imię moralności, wartości, przyzwoitości, to przynajmniej mając na względzie wymogi komunikacji niech zajmą wreszcie stanowisko pozostające w zgodzie z ideą integracji europejskiej.
Jeśli nie mają ambicji siły ani potrzeby ducha, niech chociaż pomyślą o europejskiej soft power.

Ani putinizm ani "mistralizacja"

Nie chodzi nawet o skuteczność. Wbrew tym wszystkim, których usatysfakcjonowałaby jedynie szarża husarii równająca Rosję z ziemią, dotychczasowe sankcje przynoszą efekty. Oczywiście naloty dywanowe są bardziej spektakularne niż precyzyjne uderzenia, ale - choć bardziej mordercze - niekoniecznie bardziej skuteczne. Obecne sankcje uderzają Rosję naprawdę tam, gdzie boli. Otoczenie Putina o tym wie. On sam o tym wie. Nie jest pewne, czy otwarta wojna gospodarcza, obejmująca wszystkie sektory gospodarki, a nie tylko wybrane podmioty (osoby i przedsiębiorstwa) przyniesie lepsze efekty. Ale - jak mawiał Antoni Słonimski - gdy nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Ani "mistralizacja", nowa odmiana monachijskiej kapitulacji, ani anachroniczna imperialna postawa Putina nie są, a przynajmniej nie powinny być, europejskim sposobem kształtowania rzeczywistości.

Eurosceptycy bronią idei federacji europejskiej

Ambasador Holandii zapowiedział dziś, że w ciągu kilku najbliższych dni państwa Unii podejmą decyzję co do dalszych kroków. Dał jasno do zrozumienia, że tych kilka dni to ultimatum. Oby nie były to czcze słowa. I oby dzisiejsze doświadczenia posłużyły za lekcję apologetom i krytykom Unii: jeżeli chcemy, by Unia jako taka mogła działać na scenie międzynarodowej i wewnętrznej szybko i zdecydowanie, to nie może być konfederacją 28 rynków, musi być polityczną federacją państw. To niepojęte, że najzajadlejsi przeciwnicy integracji europejskiej nie rozumieją, że ich krytyka unijnej nieskuteczności jest de facto wezwaniem do budowy federacji.

2014-07-17

Dam pracę kobiecie lewicowo wrażliwej

Wczorajszy szczyt UE zakończył się gigantycznym patem jeśli chodzi o obsadę najważniejszych stanowisk w unijnych instytucjach. Ku ogólnemu zaskoczeniu obecny przewodniczący Rady Herman Van Rompuy już w pierwszych słowach oznajmił zebranym szefom państw i rządów, że sprawa jest zbyt skomplikowana, by można było już teraz cokolwiek zdecydować. "Nie mógł Pan tego powiedzieć wczoraj, zanim tu niepotrzebnie przyjechaliśmy?" - zapytał włoski premier Renzi.

Czy rzeczywiście szczyt był niepotrzebny? Dyskusja dotycząca szefa unijnej dyplomacji, następcy baronowej Ashton, i przewodniczącego Rady, któremu pałeczkę ma przekazać Van Rompuy, była całkowicie jałowa. Wbrew temu, co można było wyczytać w mediach społecznościowych i usłyszeć od komentujących "na żywo" dziennikarzy, nie rozmawiano o nazwiskach. Ani o krok nie przybliżyliśmy się do decyzji personalnych, które odłożono na koniec sierpnia. Z tego punktu widzenia Matteo Renzi miał rację.

Juncker spotkał się z Tuskiem. Niewyraźnie widać? Bo taki jest stan rzeczy
Szczyt uzmysłowił jednak jak trudne będzie znalezienie konsensusu. Unaocznił niemożności. Potwierdził, że z warunków, jakie muszą być spełnione przy obsadzie stanowisk, trudno będzie zrezygnować, mimo, że wyglądają dziś na... praktycznie niemożliwe do spełnienia. Nigdy jeszcze kwestia równowagi nie została postawiona tak mocno na ostrzu noża. Wymóg równowagi geograficznej i demograficznej został zapisany w deklaracji nr 6 załączonej do traktatu z Lizbony, co zostało skrupulatnie przypomniane podczas wczorajszego szczytu. Do tego dochodzą jeszcze parytet kobiety-mężczyźni i partyjna równowaga. Jean-Claude Juncker, który od listopada będzie przewodniczył Komisji Europejskiej, opisany wedle tych kryteriów, to mężczyzna, chrześcijański demokrata (EPL) z małego kraju, kraju zachodniego i "starego" członka UE. Kandydatów na kolejne stanowiska należałoby też tak opisać.

Francuski prezydent i niemiecka kanclerz oświadczyli wczoraj, że na czele unijnej dyplomacji powinna stanąć kobieta. I socjalistka. Nic to nowego. Włoszka Federica Mogherini spełnia oba warunki, ale to za mało: jakość tej kandydatury (brak doświadczenia) i stanowisko Mogherini w sprawach międzynarodowych obniżyły jej notowania. Tak, te kryteria, kiedyś oczywiste, dziś mogłyby się zgubić w masie innych formalnych wymogów, ale tak się nie stało. To dobrze. Przeciw kandydaturze Mogherini lobbowała Polska i kraje bałtyckie, bo obawiały się jej prorosyjskiej skłonności. Sam pisałem na Twitterze, że Włoszka odpadła z peletonu, ale nie jest to aż tak jednoznaczne. Przynajmniej z formalnego punktu widzenia, bo przecież nie rozmawiano wczoraj o nazwiskach. Przeciwnicy tej kandydatury przekonują media, na razie skutecznie, że skoro oczywista kandydatka nie została wybrana, to już nie będzie. Ale nie jest to takie pewne. Pewne jest tylko, że negocjacje w tej sprawie będą trwały, a nazwisko Mogherini znajdzie się w propozycjach "pakietowych".

Poszukiwania kandydata (kandydatki), który pokieruje Europejską Służbą Działań Zewnętrznych są też utrudnione z innych powodów. Wśród potencjalnych następców Ashton wymieniano Bułgarkę, Krystalinę Georgijewę, obecną komisarz do spraw współpracy międzynarodowej i pomocy humanitarnej. Ale kandydaturę blokuje skutecznie... bułgarski rząd socjalistycznego premiera Sergeja Staniszewa. Georgijewa ma poparcie prawicowego (EPL) prezydenta Rosena Plewnelijewa, ale to za mało. Kandydatem polskiego rządu jest Radosław Sikorski, ale ta kandydatura ma same wady: mężczyzna, z prawicy, posądzany o zbytnią wojowniczość w stosunku do Rosji. Sikorski jest ceniony w UE jako polityk, ale to tych wad nie równoważy. Jak ktoś w kuluarach zauważył: "nie nadaje się, bo jest z jajami" (dwuznaczność zamierzona, nagrania wypowiedzi brak).

Co do szefa Rady, kandydatów też jest kilku. Tusk (mężczyzna, prawica, średni kraj, "nowy" członek UE) faktycznie dostał propozycję objęcia tego stanowiska, formalnie byłoby to do zaakceptowania, gdyby Włoszka została szefową dyplomacji, czemu Tusk jest przeciwny. Pytanie, czy nie zamieni swego sprzeciwu na negocjacyjny argument i czy w ostatecznym rozrachunku nie zgodzi się na Mogherini. Sam twierdzi, że nie jest posadą Van Rompuya zainteresowany, ale nie jest już tak jednoznaczny w swej odpowiedzi jak parę tygodni temu. Jego kandydatura wydaje się bardziej elementem przetargowym niż prawdopodobnym scenariuszem, ale kto wie. Gdyby Tusk powiedział "tak", w Polsce mogłoby to oznaczać wcześniejsze wybory.

Rozwój wypadków pozornie zwiększa znaczenie przyszłego szefa Komisji Europejskiej w tych rozgrywkach, ale w rzeczywistości stawia go w trudnej sytuacji, bo szef unijnej dyplomacji jest jednocześnie komisarzem i wiceprzewodniczącym Komisji. To, jakie teki dostaną poszczególni komisarze z pozostałych 26 krajów będzie zależało w dużej mierze od obsady tego kluczowego stanowiska opisanego wedle kryteriów partyjnych, demograficznych, geograficznych i płciowych. A nie są to decyzje, które można podjąć z dnia na dzień. Z końcem sierpnia możemy więc spodziewać się ze strony Junckera raczej jakiejś wstępnej propozycji składu Komisji. Kandydaci na komisarzy muszą następnie odpowiedzieć na pytania parlamentarzystów. Przesłuchania w komisjach parlamentarnych mają się zacząć 22 września, ale możliwe, że ten termin trzeba będzie przesunąć. W międzyczasie rozkręci się na dobre karuzela mniej eksponowanych, ale znaczących stanowisk w Radzie, ale przede wszystkim w Komisji. Jak polski rząd poradzi sobie z obsadzeniem Polakami większej niż dotychczas liczby wpływowych funkcji? Zobaczymy.

Poza kwestiami personalnymi, których rozstrzygania nawet nie rozpoczęto, unijny szczyt skupił się na sprawach międzynarodowych. To Ukraina i Bliski Wschód okazały się prawdziwymi tematami brukselskiego spotkania.



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...