2013-10-04

Poprawność polityczna i inne poprawności

Do czego służy poprawność polityczna? W Polsce poprawność polityczna służy do budowania kulturowej tożsamości "niepokornych". Tak jak Unia Europejska służy do budowania politycznej tożsamości brytyjskim eurofobom z partyjki UKIP. Nasi "niepokorni" też zresztą są eurosceptyczni i z przekąsem mówią o "europejczykach". "Niepokorni" konsekwentnie nawiązują do polskiej tradycji i nie bez powodu, bo tradycja niepokorności jest w Polsce długa i bogata. Dzisiejsi nasi niepokorni, wielbiciele powstań i piewcy starych, dobrych wartości, przebrani w kostium niepokorności wyglądają jednak jak statuetki "małego powstańca" ze Starego Miasta w Warszawie: kiczowata materializacja tandetnej odmiany pamięci zbiorowej, figura pewnej formy poprawności, narodowego konwenansu. To podstarzali i nadęci naśladowcy "Szatana z siódmej klasy" (dla przypomnienia: powieść dla młodzieży Kornela Makuszyńskiego): chcą być tak samo sztubaccy, ale pozbawieni są jego polotu, świeżości i niezawodnej logiki.

"Niepokorność" budowana w opozycji do poprawności politycznej nie jest atrybutem jednej grupy politycznej, ideologicznej wspólnoty, specyficznego środowiska. Moda na nią jest dość powszechna. W dobrym tonie jest w Polsce wyszydzać polityczną poprawność, jej wyszydzanie jest wręcz obowiązkowym składnikiem popularnej u nas poprawności politycznej á rebour. Nic więc dziwnego, że wystawiana przez Teatr Współczesny w Warszawie sztuka Géralda Sibleyrasa "Napis" od paru lat cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem publiczności, bo przecież mówi o politycznej poprawności. Tak przynajmniej wynika z przygniatatającej większości recenzji publikowanych w polskiej prasie.

W odróżnieniu od recenzji francuskich (sztuka powstała nad Sekwaną), gdzie mowa głównie o satyrze na ludzką głupotę i zakłamanie, polskie recenzje zwykle chwalą autora za jego odważny atak na polityczną poprawność ("gorzka komedia o politycznej poprawności", czytamy w Rzeczpospolitej). Głupota ma tu więc bardzo konkretną nazwę, ma też bardzo konkretne korzenie, bo niemal wszędzie (Nasz Dziennik, Rzeczpospolita, Przegląd Powszechny) bohaterowie sztuki, wyznawcy poprawności politycznej i drobnomieszczańskiej zasady "do cudzych spraw się nie mieszam" to "Europejczycy". Europejczycy, czyli oni, czyli obcy.

To zabawne jak często polscy recenzenci odnoszą się do europejskości poprawności politycznej, bo w sztuce nic na ten temat nie ma. We Francji polityczna poprawność przez lata była wyśmiewania jako amerykański wymysł, objaw tamtejszego zakłamania (historycznie rzecz biorąc to uzasadnione). "Teraz, kiedy mamy Europę" jest w sztuce jednym z licznych komunałów. Ale w polskich recenzjach Europa, Europejczycy, wspólna Europa to nie jedna z wielu ideii skorumpowanych bezmyślnych nadużywaniem. To nie osierocone słowo, pozbawione myśli. To kontekst. To naturalna pożywka znienawidzonej politycznej poprawności.

W Polsce najgorętszymi przeciwnikami politycznej poprawności są krzewiciele i obrońcy innych rodzajów poprawności: narodowej, historycznej, obyczajowej. Wszystkie one, jak im sie przyjrzeć, też są polityczne, ale polityczne inaczej. Naszość jest kryterium odróżniającym. Bo tamta poprawność jest cudza, a te są nasze. W Naszym Dzienniku używają nawet anglojęzycznego terminu political correct, żeby było jasne, że chodzi o obcą modę. Sibleyras wyśmiewa ludzką głupotę, u nas jednak jego sztuka odbierana jest jak satyra na obcych i na tych wśród nas, co jak modne papugi po nich powtarzają. Tam naturalnym odwołaniem jest Gustave Flaubert, w naszych głowach niezmiennie brzmi jak ostrzeżenie fraza z "Grobu Agamemnona" Słowackiego: "pawiem narodów byłaś i papugą, a teraz jesteś służebnicą cudzą".

Poprawność polityczna, zdemaskowana w polskich recenzjach jako obiekt szyderstwa Sibleyrasa jest też jasno usytuowana w czasie: jest elementem naszej współczesności, jest opakowaniem narzuconej nam nowoczesności, "nowinkarstwa", poddaniem się "prądowi czasu" jak napisano w Naszym Dzienniku. Bohaterowie sztuki (z jednym chlubnym wyjątkiem) to "nowocześni w poglądach" (Nasz Dziennik) "zwolennicy postępu" (Rzeczpospolita), "spora część Europejczyków z dumą mówiących o sobie my jesteśmy nowocześni i pozbawieni uprzedzeń" (Polskie Radio). Sibleyras tymczasem nie gloryfikuje z zasady lepszej zaszłości od naturalnie gorszej nowości. Nie cierpi na fobię polskich niepokornych. Może też dlatego, że dla niego odrzucenie faszyzmu, rasizmu, homofobii nie jest żadną nowinką. Nie jest "lewicową demagogią" (Przegląd Powszechny). U nas - ciągle jest. Pewne zasady poprawności (nie koniecznie politycznej w utartym znaczeniu tego terminu, poprawności ludzkiej, po prostu, zakorzenione od kilkudziesięciu lat (tak, nie od wieków przecież) jako normy współżycia i elementy debaty publicznej u nas są wciąż budzącymi nieufność obcymi nowinkami. Tak się złożyło, że ich objawienie zbiegło się w czasie z przystąpieniem do Unii Europejskiej.

Ma rację recenzent Polskiego Radia, który zauważa, że "to są współcześni "straszni mieszczanie" po mistrzowsku sportretowani niegdyś przez Tuwima. Sibleyras pokazuje jednak, że znak tego drobnomieszczaństwa odwrócił się. O ile dawny kołtun z furią niszczył wszystko, co nowoczesne i wnoszące trochę świeżego powietrza w bogoojczyźniany światek, dziś kołtun ponowoczesny z równą nienawiścią niszczy wszystko i wszystkich, którym nie odpowiada zredukowana do banału nowoczesność i otwartość." Ma rację, gdy mówi o francuskim kołtunie. Polski kołtun ma ten etap jeszcze przed sobą i bliżej mu do kołtuństwa opisywanego przez Dulską i Tuwima, niż przez Sibleyrasa.

Sibleyras wyśmiewa bezmyślność, bezrozumne posługiwanie się ideami-gotowcami, ideowym prêt à porter, ale nie same idee. To nie tolerancja, nie odrzucenie rasizmu są żałosne, ale to, że między słowem a ideą, między hasłem a wartością nie ma już związku. Tak rodzi się hipokryzja: poprawne komunały maskującą zakorzenione, stare nienawiści, na przykład antysemityzm. W dialogach jest klepanie frazesów. Nie ma myśli. Są konwenanse. Nie ma przekonań. Problem to stary, znany i opisywany we Francji przynajmniej od 18 wieku. Sibleyras w sposób oczywisty nawiązuje do słownika komunałów Flauberta i do postaci panów Bouvard i Pécuchet.

Krytycy polskiej sztuki (literatury, malarstwa, filmu) często zarzucają jej niezdolność do przekazywania treści uniwersalnych, do wyjścia poza polską lokalność. To nic nowego. Ciekawe jednak, że to uwięzienie w lokalności dotyczy nie tylko twórców, ale też odbiorców sztuki, którzy automatycznie odczytują treści uniwersalne jak lokalne, ponadczasowe - jak dziejące się teraz. Tłumaczy to zapewne sukces "Napisu" w Polsce, sztuki sympatycznej, ale jednak bulwarówki (skeczowa interpretacja tekstu przez aktorów Macieja Englerta jeszcze ten charakter podkreśla). Lubimy Sibleyrasa, bo to swój chłop: stamtąd, ale świetnie rozumie nasze spojrzenie, przyznaje nam rację. Możliwe, że by się Sibleyras zdziwił, gdyby wiedział.

Streszczenie sztuki i wybór recenzji z polskich mediów są dostępne na stronie internetowej Teratru Współczesnego.

 

2013-10-01

Cenzura obywatelska: przeciw zboczeńcom

To nie jest tak, że na napór zboczeńców wszelkiej maści nic się nie da poradzić. Da się, jeśli każdy z nas zachowa czujność. Sam się o tym wczoraj przekonałem, gdy odwiedziłem Zamek Ujazdowski. Obejrzałem wystawę "British-Polish" w zamkowym Centrum Sztuki Współczesnej. Na ścianach goła Kozyra, obnażony Althamer ze zwierzęcych jelit, o innych erekcjach i odbytach nie wspomnę. Przyznaję, poszedłem z dziećmi. Często chodzę z dziećmi. Nastoletnimi. Niech publiczne wyjawienie tego grzechu służy mi za pokutę. Chodzilibyśmy tak nieświadomie i w nieświadomości wyszlibyśmy z Centrum, gdyby nie pani pilująca jednej z sal. Nie wpuściła moich dzieci.

- Pełnoletni jesteście? Jak nie, to się nie wchodzi. Nie jakieś tam półśrodki: od 12 lat, od 16. Pełnoletność jest wymagana, dzieci to dzieci. Zdezorientowany pytam, czy to jakiś odgórny zakaz. Może Dyrekcja? Może kurator wystawy? Może ministerstwo? Nie, pani sama z siebie. Widzi, że patrzę na jej identyfikator (może jest funkcjonariuszką jakiejś brygady obyczajowej?), zdeterminowanym gestem rewolucjonisty podtyka mi go nagle pod nos: - Proszę, tak się nazywam! Zrozumiałem: gotowa jest zginąć za przekonania. Pytam głupio: jak to, czemu. - No chyba wiadomo czemu. Dzieciom zboczeń się nie pokazuje. Zboczone obrazy namalowała Katarzyna Przezwańska. Ta od kolorowych plam na bródnowskim asfalcie? Nigdy bym jej o bezeceństwa nie podejrzewał. Tymczasem na płótnie wagina! Fakt, w innych salach wiszą gorsze rzeczy. Ale tam permisywizm, a tu obywatelska postawa. Tam pilnujący udają, że zła nie widzą. Tu - obywatelska cenzura pani pilnującej. Zapisem cenzorskim obejmuje tylko wytwory sztuki patologicznej w tej jednej sali, dalej jej jurysdykcja nie sięga. Ale gdyby tylko mogła, ochroniłaby dziatki przed bezwstydem.

Wokół sporo religijnych symboli. Dwie sale dalej Robert Rumas pozatapiał w wekach hostie, figurki Matki Boskiej, ale i flagę polską, i monety, i serdelki: wszystko, czego Polakowi potrzeba, by przetrwać. Nazwał to "Bóg w mojej ojczyźnie jest honorowy". Nieco dalej - Nieznalska Dorota. Wiadomo: krzyż i genitalia. Na ekranie leci film "W imieniu Rzeczpospolitej" - nie żadna fikcja, autentyk, prawdziwe nagranie z prawdziwego procesu, w którym prawdziwy sędzia skazał artystkę za szklany, podświetlany krzyż i zdjęcie członka. Sędzia pilnujący. I pani pilnująca. Bez względu na bliskość religijnych symboli (choć to okoliczność obciążająca), stoją na straży obyczajności. Ale sędzia w imieniu Rzeczpospolitej - jakiejś innej chyba niż moja Rzeczpospolita. A pani pilnująca - dla dobra moich dzieci, w swoim własnym imieniu.

W dokumencie o Komedzie (w TVP Kultura pokazywali) Andrzej Wajda mówił, że jego "Niewinni czarodzieje" najdłużej ze wszystkich jego filmów przeleżeli na półce, bo wbrew temu co się myśli, cenzura w PRL nie dotyczyła tylko polityki, czuwała nad obyczajami i obyczajowością. Obyczajowość była polityką. I tak już widać zostało. Cenzor PRL i partyjny sekretarz, gdański sędzia Tomasz Zieliński, poseł Witold Tomczak (ten z Zachęty, od Cattelana), pani z identyfikatorem pilnująca sali w CSW - każdy z nich z mocy sprawowanego urzędu uznaje, że może i powinien obyczjności strzec. Wystawa British-Polish przedstawia znaczące dzieła polskie i brytyjskie powstałe w latach dziewięćdziesiątych, rewolucyjnych dla obu społeczeństw. Sztuka - nie po raz pierwszy ani ostatni - sięgnęła po tabu. Podtytuł wystawy to "Sztuka krańców Europy". Jeśli pójdziecie oglądać, to koniecznie z dziećmi i nie pomińcie pani pilnującej sali z płótnami Katarzyny Przezwańskiej - bo to najciekawszy egzemplarz całej wystawy. Pokazuje trwałość tabu i zakorzenienie obywatelskiej cenzury na naszym krańcu Europy. Warto, a bilet niedrogi, sprzedają w kasie bilety rodzinne.

 

2013-09-23

Polski Dzień bez Biletu

Jezdnie dla rowerów. Ludzie na ulicach. Samochodów nie uświadczysz. Nic dziwnego: żeby dziś wyjechać samochodem trzeba mieć specjalne zezwolenie wydawane w specjalnych sytuacjach. Dziś po raz dwunasty Bruksela obchodziła Dzień bez Samochodu.

Widziałem to kiedyś na własne oczy, ale nie dziś, dziś byłem, normalnie, w Warszawie. I też obchodziłem, a jakże, Polski Dzień bez Biletu. W Warszawie samochodów 22 września tyle co zwykle w niedzielę. Rowerzystów też. Ci, którzy zwykle jeżdżą metrem, tramwajami i autobusami, też nie zmieniali przyzwyczajeń, ale z okazji Europejskiego Dnia bez Samochodu jeździli za darmo. Poziomu spalin w mieście ani poziomu świadomości ekologicznej to nie zmieniło, ale przynajmniej parę złotych zostało w kieszeni tych, którzy jeszcze samochodów nie mają. Grosz do grosza, kiedyś sobie kupią. Bo jak żyć bez samochodu? No jak żyć?



2013-09-18

Niepodległa Katalonia poza UE

Jedna z manifestacji na rzecz niepodległości w Barcelonie, wiosna 2013. 
Katalońska prasa bije na alarm: Komisja Europejska chce wykluczyć Katalonię z UE. Jakiś czas temu dużo o utracie członkostwa pisali Szkoci. W obu przypadkach chodzi o opinię prawną, wedle której nowe państwo, powstałe w wyniku odłączenia od państwa będącego członkiem UE, nie należy do UE. Opinia nie jest nowa. A logika jest prosta: państwa członkowskie są wymienione w traktacie. Ani Szkocji ani Katalonii na liście nie ma, trudno więc mówić o wykluczaniu z UE. Żeby zmienić traktat, potrzebna jest jednomyślność. Oznacza to, że Madryt musiałby się zgodzić na przystąpienie niepodległej Katalonii do UE, podobnie jak Londyn na członkostwo Szkocji. Przystąpienie do UE nie odbywa się też z dnia na dzień: kandydat musi swoją gotowość do członkostwa udowodnić.

W gospodarce i polityce obrażenie się i robienie na złość nie jest skuteczną receptą na sukces. Dlatego jest mało prawdopodobne, by Madryt lub Londyn blokowały przystąpienie odłączonych regionów do UE po uzyskaniu przez nie statusu niepodległego państwa. We wspólnym interesie byłoby jak najszybsze ponowne zintegrowane się w ramach UE i jej wspólnego rynku. Europejski Obszar Gospodarczy mógłby co najwyżej stanowić przedsionek pełnego członkostwa dla nowych państw. Na pytanie czy Katalonia i Szkocja chciałyby wstępować do UE odpowiedź może być tylko twierdząca. Zwolennicy niepodległości w obu krajach widzieli naturalnie przyszłość swoich państw zagwarantowaną w ramach UE. W obu też przypadkach chodzi o regiony proeuropejskie. Tym silniejszy był więc szok wywołany upublucznieniem opinii prawnej, mimo, że wydaje się ona oczywista.

Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że rozwód Katalonii z Hiszpanią (albo Szkocji z Wielką Brytanią) nie odbył by się bez emocji. Wszyscy w Europie obawialiby się efektu domina. Hiszpańskie negatywne stanowisko w sprawie uznania niepodległości Kosowa to dobry przykład tego, jak silna może być obawa przed precedensem. O ile więc można spodziewać się skłonności do kompromisu w sprawie przyjęcia nowopowstałych państw do UE (bo wtedy i tak nie będzie wyjścia a interes gospodarczy będzie skłaniał do ugodowości), o tyle etap poprzedzający uzyskanie przez nie niepodległości na pewno spolegliwością nie będzie się charakteryzował. Hiszpania sprawnie używa zresztą unijnego argumentu wobec Katalończyków: wyjście z Hiszpanii oznacza wyjście z Unii. W wydaniu Brytyjczyków ten sam argument odnoszący się do Szkotów może śmieszyć, ale też działa. Wszystkie te rozważania dotyczą hipotez. Katalonia, a tym bardziej Szkocja, nie są gotowe na niepodległość. Choć kilkusetkilometrowy ludzki łańcuch, który połączył Katalończyków w dniu ich narodowego święta 11 września dowodzi rosnącej proniepodległościowej determinacji.



2013-09-16

Unia chciała źle, wyszło jak zwykle

Obyczaje łagodnieją. Sportowe zmagania zastępują wojownikom i ich kibicom wojny; boiska - pola bitew. W polityce natomiast Unia Europejska zastąpiła nielubianego sąsiada i obce mocarstwo. Zawsze można przypisać jej złe intencje. Jest w tej roli niezawodna, o wiele lepsza niż ten czy inny kraj, bo nie dość, że można ją oskarżyć o wszystko, to krytyka nie będzie uznana za szowinizm czy rasizm (UE to nie naród), nie wywoła dyplomatycznego konfliktu (UE to nie państwo i, bądźmy szczerzy, dyplomacji z prawdziwego zdarzenia nie posiada), nie sprowokuje gniewu opinii publicznej (nie ma europejskiej opinii publicznej) i - choćby nie wiem jak informacja o UE była kłamliwa - nie wywoła sprostowania, bo liczne służby prasowe instytucji unijnych nie chcą, nie potrafią lub nie są w stanie przekłamań skutecznie prostować.

Dlaczego UE jest niezbędna i pozostaje popularna

Wbrew temu co się słyszy i jest w dobrym tonie powtarzać, UE pozostaje niezmiernie popularna i bliska ludziom. Ze wszystkim im się kojarzy. Nie to co jakiś ONZ czy NATO, że o OBWE nie wspomnę. Czy ktoś słyszał, że NATO nas za drogo kosztuje? Że urzędnicy OBWE za dużo zarabiają? Że ONZ narzuca Polsce jakieś przepisy? UE jest ulubionym tematem mediów uznawanych niesłusznie za eurosceptyczne. Niesłusznie, bo sceptycyzm to niechętny brak pewności, nieufne niezdecydowanie. Tymczasem krytyka UE w eurosceptycznych mediach naznaczona jest bezgraniczną pewnością, stała się pasją, uzależnieniem. Nie tylko w mediach: takie partyjki jak brytyjski UKIP na przykład w ogóle nie miałyby racji bytu, gdyby nie było UE. Czy nie należałoby uznać, że UE przyczynia się do pluralizmu? UE jest naturalnym terenem zalewowym dla oceanu jadu i nienawiści niektórych polityków, przyjmuje na siebie uderzenie fali nieczystości. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby choć część niszczycielskiej energii posłanki Pawłowicz czy innej Sobeckiej nie została pochłonięta przez, za przeproszeniem, "Brukselę". Na pewno komuś by się oberwało. Byłyby ofiary, jak nic.

Konkuzja: Unia Europejska jest i będzie potrzebna dopóty, dopóki nie wygaśnie w mediach i w polityce potrzeba szukania winnego (nawet, gdy nie ma winy), ferowania oskarżeń (nawet, gdy nie ma o co oskarżać), demaskowania wroga i spisku (nawet, gdy spisku nie ma a wróg nie wie, że spiskuje). Inaczej mówiąc: UE będzie potrzebna zawsze. By jednak UE mogła pełnić tę potrzebną społecznie funkcję, należy przyjąć dwa założenia. Po pierwsze: Bruksela zawsze chce źle; po drugie: fakty nie są ważne. Potem wystarczy wybrać temat. Każdy okaże się samograjem. Tak jak historia o legalizacji prostytucji przez UE, którą niedawno tu opisałem.

Z unijną flagą od kołyski po grobową deskę

A teraz praktyka. Obywatel UE ma prawo swobodnie przemieszczać się po unijnym terytorium, podejmować tam pracę, zapisać się na studia, odbywać praktyki zawodowe. Tak do końca jednak swobodnie nie jest. Potrzebnych jest zwykle kilka banalnych papierków wydanych przez administrację krajową. Pewnie niejeden, tak jak ja, zastanawiał się dlaczego ma wykładać kilkadziesiąt euro (waluta dowolna, w zależności od kraju) na podstemplowanie i przetłumaczenie w swoim konsulacie typowych zaświadczeń (odpisy aktów narodzin, zgonu, zawarcia małżeństwa) celem przedłożenia ich administracji kraju UE, w którym akurat się znalazł. I dlaczego nie może załatwić tego od ręki. Komisja Europejska znalazła bardzo proste rozwiązanie: wystarczy z 28 formularzy, dajmy na to aktów urodzenia, zrobić jeden. Bez żadnego tłumaczenia na wszystkie języki i bez dodatkowych pieczątek, z samej konstrukcji dokumentu, z obowiązkowego zestawu standardowych danych umieszczonych w standardowej kolejności, portugalski urzędnik będzie mógł się dowiedzieć z polskiego dokumentu tego samego, co z dokumentu portugalskiego i na tej podstawie załatwić sprawę. Przypominam: chodzi o dokumenty absolutnie podstawowe, takie jak odpis aktu ślubu czy urodzenia. Jeżeli władze Polski będą chciały podkreślić unijną kompatybilność wydanego przez siebie dokumentu, będą mogły dodatkowo umieścić na nim flagę UE.

W prasie brytyjskiej podniósł się raban: Bruksela pozbawi nas naszych krajowych dokumentów! Każe zastąpić królewskie emblematy znienawidzoną flagą okupanta. Złote gwiazdki, błękitne tło od narodzin aż po śmierć? Nigdy! Tłumaczenie, że królewskie emblematy mogą zostać, a unijna flaga jest opcjonalna na nic się nie zdają. Zapewnienia Komisji Europejskiej, że takie dokumenty będą mogły (jeżeli propozycja zostanie przyjęta) a nie musiały być wydawane przez krajowe administracje nie przekonują. Że nie zastąpią dokumentów krajowych, też nie. Bo Bruksela chce zawłaszczyć wyspiarzy stopniowo i potajemnie: nawet jeśli dzisiaj to jest opcja, to jasne, że kiedyś stanie się obowiązkiem. No way!

"Made in", niemiecka chluba i polski wstyd

Niemiecką opinię publiczną zaalarmowały prasowe doniesienia o zbilżającym się końcu oznaczenia Made in Germany. Bruksela chce je ponoć zastąpić Made in EU. Made in EU miałoby też wyrugować oznaczenia jakości produktów. Jest się o co martwić, bo dla wielu konsumentów, nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce na przykład, Made in Germany to znak jakości sam w sobie. Kiedyś, w PRL, nawet Made in GDR, jako ersatz prawdziwej niemieckości, gwarantował w oczach Polaka wyższą niż przeciętna w RWPG jakość towaru. Było to jednak w czasach, gdy chińskie piórniki z ceraty, zapachowe gumki i zabawki były oznaką luksusu, którego warte były kochane polskie dzieci. Dziś Made in China oznaką luksusu nie jest, NRD nie istnieje, ale oznaczenie kraju pochodzenia na towarze nie straciło na znaczeniu.

Jak jednak oznaczyć kraj pochodzenia na produkcie wymyślonym w Wielkiej Brytanii, wykonanym w Chinach z wykorzystaniem holenderskiego patentu i komponentów pochodzących z trzech różnych krajów, do którego tuż przed włożeniem do pudełka dodano dwie części pochodzące w Niemczech? Jak nabywca ma się dowiedzieć, gdzie wyprodukowano kupiony przez niego przedmiot, zwłaszcza, jeśli okaże się wadliwy lub niedopowiadający opisowi? Artykuły niebezpieczne dla życia lub zdrowia konsumenta są zgłaszane do unnijnego systemu Rapex, dzięki któremu takie przedmioty są z rynku eliminowane. Ale aż w przypadku 10% takich produktów nie da się ustalić skąd pochodzą.

Owszem, w UE są przepisy w tej dziedzinie. Ale te unijne, rozsiane w różnych miejscach, każdy kraj stosuje jak chce a do tego ma jeszcze multum własnych przepisów. Komisja zaproponowała, żeby przepisy zebrać w jednym rozporządzeniu. Miałoby ono między innymi sprawić, by na towarach, również tych importowanych, obowiązkowo umieszczana była nazwa i adres producenta. Bez zmiany pozostały znajdujące się w innym akcie prawnym przepisy dotyczące oznaczenia Made in, a również zasada, że można opcjonalnie stosować Made in EU lub Made in z nazwą kraju.

Natychmiast podniósł się raban w Niemczech, że ponoć UE ma zakazać znaku Made in Germany, Germany zastępując UE. Tymczasem Made in Germany to gwarancja jakości, najlepszy sposób promocji. W Polsce protesty zaczęły się z miesięcznym opóźnieniem, bo do Polski daleko i wszystko później dociera zapewne. O dziwo, opisany w prasie sprzeciw konfederacji pracodawców Lewiatan skierowany jest w stronę przeciwną: ponoć UE ma zakazać znaku Made in EU, EU zastępując nazwą kraju pochodzenia. Tymczasem, jak należy domniemywać, oznaczenie Made in Poland to wstyd. Kto kupi polskie produkty, gdy nie da się ich wstydliwegompochodzenia ukryć za Made in EU? Kiedy się okazało, że wielka afera jest wynikiem czytania rozporządzeń bez zrozumienia albo nieczytania, protesty ucichły. Ale ślad w prasie, bez sprostowania, pozostał. A mity mają długie życie. Ostatnio znowu pisał o tym Wprost, ubolewając nad losem polskich producentów kosmetyków. Tymczasem kosmetyki w ogóle nie są objęte nowelizacją, bo są dla nich odrębne, branżowe przepisy. Poza tym nie zauważyłem, żeby polskim kosmetykom ich polskość specjalnie przeszkadzała. Inglot ma więcej sklepów w Hiszpanii, Rosji i USA niż w Polsce (sam byłem w tym nowojorskim na Broadwayu).

Będą nam zabierać pieniądze

Na krótko, ale za to żywym płomieniem zapłonęło medialne ostrzeżenie nowego szefa NIK, Krzysztofa Kwiatkowskiego, przed zamachem Unii na fundusze strukturalne przeznaczone dla Polski. Informowały o tym w sierpniu Polsat, Dziennik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza. Kwiatkowski odkrył, że Europejski Trybunał Obrachunkowy, dotąd "fasadowe" ciało doradcze (tak napisali w DGP), uzyskał nowe uprawnienia. Na ich mocy unijni nikowcy będą teraz ponoć mogli nakazać Komisji Europejskiej zabranie Polsce funduszy spożytkowanych niezgodnie z unijnymi regułami. Komisja zaś obowiązkowo i ochoczo z tego skorzysta, żeby zabrać Polakom i dać innym na realizowanie priorytetów ważniejszych dla Brukseli niż polskie potrzeby. Komisja będzie tak ponoć mogła zrobić dzięki nowemu mechanizmowi elastyczności wprowadzonemu do przepisów dotycząch unijnego budżetu. Kwiatkowski zna sposób, jak storpedować te niecne zamiary: NIK z większą niż dotąd uwagą sam musi kontrolować wydatkowanie unijnych funduszy, żeby nie dać Brukseli pretekstu.

Konkluzja słuszna: NIK powinien pilnować, czy publiczne pieniądze są w Polsce wydawane zgodnie z prawem. Dla tych, którzy wątpili w zasadność nominacji Kwiatkowskiego, sprawa powinna być wreszcie jasna: chłop bezbłędnie opanował cele działania NIK, więc się na Prezesa nadaje. Ale analfabetyzm Kwiatkowskiego w kwestiach unijnych jest porażający. Dyskryminujący jest brak wiedzy na temat ETO, unijnego NIK. W praktyce, Komisja Europejska zawsze uwzględniała w swoich raportach i decyzjach wyniki audytu ETO, nie ma więc żadnej zmiany. I nie ma nowych przepisów. Żeby zmieniły się kompetencje ETO, trzeba by zmienić traktat o funkcjonowaniu UE. Nikt go w tym zakresie nie zmieniał i nie ma takich planów. Wszystko to nie ma absolutnie nic wspólnego z wieloletnimi ramami budżetowymi UE, a mechanizm elastyczności nie tym polega. Tyle w sprawie faktów. Złe, antypolskie intencje Komisji Europejskiej, która chce Polsce zabrać, żeby dać innym, to już kwestia osobistych przekonań prezesa NIK. Przekonań dość pisowskich zresztą, opartych na aksjomacie, wedle którego Polska otoczona jest wrogami. Nie wiem, czy przekonania przeszkodzą Kwiatkowskiemu w pracy, ale wiedza szefa NIK i jego szacunek dla faktów budzą moje obawy.

 

2013-08-07

Prostytucja, narkotyki, kreatywna księgowość: narodziny euromitu

©Wikimedia Commons, ©Kadmos-Europa
Nadrabiając urlopowe zaległości w lekturze prasy natrafiłem na świetny przykład euromitomanii. W lipcu, przez kilka dni, dla części polskich mediów unijnym tematem numer jeden był plan ratowania podupadłych finansów UE dochodami z prostytucji, przemytu i handlu narkotykami. Brudna kasa szarej strefy miałaby być uwzględniana w wysokości PKB już od przyszłego roku, mocą nowych unijnych przepisów. Kreatywna księgowość eurokratów spotkała się ze słuszną krytyką kolektywu redaktorów z Dziennika Gazety Prawnej, a następnie z Super Expressu, innego organu zaangażowanego w krzewienie nagiej prawdy i bezlitosne obnażanie absurdów życia publicznego. Czujności redaktorów nie uszedł też wymiar moralny unijnych zamiarów: wykryli pełzającą groźbę legalizacji prostytucji i narkobiznesu, a kto wie, może również dziecięcej pornografii i handlu żywym towarem. Radio i telewizja szybko podchwyciły temat. Wiadomość, że mowa o propozycji, której nie ma, zatrzymała co prawda narastającą dyskusję, ale mit się narodził i żyje własnym życiem. Jestem pewien, że jeszcze po kliku latach nieraz na niego natrafimy w politycznej argumentacji i dziennikarskich dywagacjach.

Dziennikarstwo bez progów ostrożnościowych

Kiedyś uczono, że przed podaniem publicznie informacji dziennikarz powinien sprawdzić ją w przynajmniej dwóch źródłach. Większość dziennikarzy uważała tę zasadę za świętą. Był to miernik profesjonalizmu i gwarancja wiarygodności. Dziś ten "próg ostrożnościowy", jeśli odwołać się do modnego ostatnio terminu, jest coraz częściej uznawany w dziennikarstwie za zbędny. Można, jak się okazuje, spekulować na temat propozycji, której nie ma, zapowiadać głosem odkrywcy nowość, która zdążyła się zestarzeć, pisać o skutkach przepisów, których się nie widziało na oczy. Zwłaszcza, jeżeli pisze się o Unii Europejskiej, bo w tej dziedzinie można strzelić najgorszą bzdurę zupełnie bezkarnie. Temat niby techniczny, specjalistyczny, a jednak wywoła zainteresowanie, jeśli tylko nudne fakty ukryje się w miazmatach sensacji, słusznie licząc na ludzką naiwność i ignorancję. Unijne instytucje zwykle nie reagują, bo pewnie nie są nawet w stanie wyłapać wszystkiego, co w 28 krajach się wypisuje. O dziwo, tym razem Komisja Europejska nawet zareagowała i opublikowała sprostowanie.

Doniesienia polskiej prasy, które zaczęły się od publikacji w Dzienniku Gazecie Prawnej, jakoby przygnieciona kryzysem UE chciała sztucznie napompować PKB stosując kreatywną księgowość są idiotyczne. Ponoć od 2014 państwa UE będą musiały w swych statystykach ujmować szarą strefę obliczając PKB. Tymczasem chodzi o nowelizację starego rozporządzenia, obowiązującego od lat dziewięćdziesiątych, a nie o nowe przepisy. Funkcjonującego rozporządzenia, a nie dopiero budzącej zaskoczenie i kontrowersje propozycji. Szara strefa, w tym prostytucja, wliczana jest w UE do PKB od dwudziestu lat. A nowelizacja ogranicza się do techniki zbierania danych i metod statystycznych, nie wprowadza nowych przepisów dotyczących szarej (ani jakiejkolwiek innej) strefy. Nie ma służyć zawyżaniu PKB państw członkowskich, dotyczy statystki i "rachunków narodowych i krajowych", odnoszących się do PKB, ale znacznie bardziej szacunkowych niż wyliczony co do złotówki PKB.

Znowelizowane metody statystyczne nie zostały wymyślone przez "brukselskich biurokratów" tylko przez ONZ, a UE jedynie dostosowała do stosowanych na świecie oenzetowskich standardów swoje przepisy. To techniczne dostosowanie nie napompuje więc PKB państwa członkowskich, nie wpłynie na stosunek długu publicznego do PKB ani na wysokość skaładki wpłacanej przez państwa członkowskie UE do unijnego budżetu. Polski GUS być może zmieni swój sposób kalkulacji PKB wliczając do niego dziedziny szarej lub czarnej strefy, których wcześniej nie wliczał, ale nie wynika to z nowych obowiązków narzuconych przez Brukselę.


Jak zrobić news

Recepta na news jest prosta. Po pierwsze, news musi być interesujący, przyciągać uwagę. Co przyciąga uwagę, wiedzą tabloidy: obyczajowość (na przykład prostytucja, seks), sprawy kryminalne i przestępczość (na przykład narkotyki, przemyt), oszustwa (na przykład kreatywna księgowość, fałszowanie danych), ujawnienie tajemnicy (nowe przepisy miały wejść w życie niepostrzeżenie, ale bystry dziennikarz to wykrył), polityczna manipulacja (Rostowski znowu kręci). Nieważne o co rzeczywiście chodzi, ważne, żeby "chodziło" w mediach. Metodyka, statystyka, wskaźniki oceny, standardy księgowe, "porównywalność rachunków", "nowelizacja zintegrowanego systemu" to nie są rzeczy, które kogokolwiek zaintereusją. Ale legalizacja prostytucji - tak! To jest news. I myli się, kto myśli, że ten przepis na produkcję newsa jest zarezerwowany dla tabloidów. Tak było przed tabloidyzacją. Po drugie, choć informacja nie musi być prawdziwa, to musi zawierać ziarno prawdy. To jeden z dwóch sposobów na wiarygodność. Słowa (prostytucja, narkotyki) może wyrwane z kontekstu, ale są. Mniejsza o kontekst. Przepisy może nie nowe, może nie z tej dziedziny, ale istnieją. Mniejsza o szczegóły. GUS coś wprowadza, prostytucję chce liczyć, przemyt szacować, zawsze można powiedzieć, że na prikaz Brukseli. Bruksela istnieje, GUS istnieje, mniejsza o związki przyczynowo-skutkowe. Ziarno prawdy to również szczepionka, która uchroni przed wirusem sprostowań.

Po trzecie, news, jak sama nazwa wskazuje, musi być nowy. Wystarczy więc przemilczeć, że sprawa jest znana od dwudziestu lat. Jeżeli ktoś o sprawie już wspominał, nie trzeba się tym przejmować. Na ponad dwa lata przed GDP, tamat poruszył Puls Biznesu. Ale to było dawno, poza tym liczy się siła przebicia, czyli nakład: GDP to jednak waga średnia, PB to waga kogucia. Po czwarte, to oczywiste, sprawa jest może i znana, ale tylko tym, którzy się na tym znają. A oni mogliby wszystko popsuć. Lepiej więc ich pominąć. Nie znalazłem ani jednego artykułu mówiącego o nowej propozycji Komisji Europejskiej, który cytowałby przedstawicieli Komisji Europejskiej. I ani jednego, który przywołując nowe przepisy Rady i Parlamentu, przedstawiałby stanowisko tych instytucji. Sprostowanie Komisja zamieściła po polsku na swojej stronie internetowej, ale wśród mediów zajmujących się tematem nie znalazłem takich, które by się do niego odniosły. Pewnie z obawy, że powstałby niepotrzebny szum w krystalicznie czystym przekazie. I z szacunku dla zasady, że ignorancja odbiorców jest punktem wyjścia w procesie fabrykacji newsa i gwarancją powodzenia przedsięwzięcia.

Po piąte, poważna gazeta musi przedstawiać poważne argumenty. Dlatego zawsze warto zaprosić ekspertów. Rzucić im temat. Zapytać o zdanie. Ekspert, który powie: "nie znam przepisów, o których mowa więc nie będę się wypowiadał", to nie tylko biały kruk, to przede wszystkim ekspert zbędny. Ekspert użyteczny to taki, który temat podłapie w locie i się wypowie. Na każdy temat. Unia legalizuje prostytucję? Następnym krokiem może być legalizacja pedofilii i handlu żywym towarem? Bruksela każe nadmuchać PKB wliczając do niego handel narkotykami? Rostowski szczęśliwy, że eurokraci pozwolą mu ubarwić dochodami z przemytu wyniki gospodarcze? Jest Pan/ Pani za czy przeciw? Czy to dobra droga? Zaproszeni eksperci mają opinie w każdej z tych spraw. A ponieważ pan redaktor zadaje mu pytanie na temat "sprawy", to nie wypada przypuszczać, że sprawa nie istnieje. Tym bardziej, że inni eksperci też się wypowiadają. A skoro jest dyskusja, jest sprawa. "Grono ekspertów" to drugi, obok "ziarna prawdy", kluczowy sposób na uwiarygodnienia newsa. W artykułach, które czytałem, tylko jeden ekspert, bodajże przedstawiciel GUS, uznał za absurdalne twierdzenie, że uwzględniane prostytucji w statystykach prowadzi do legalizacji prostytucji.

Jak wyhodować mit

W dzisiejszej Rzeczpospolitej Hubert Janiszewski powraca do sprawy (dzięki niemu sam się nią zainteresowałem) chyba niepomny, że dyskusja wybuchła parę tygodni temu, i że wszystko co pisze, już napisano. To dowodzi, że sprawa żyje już własnym życiem i że nowy euromit właśnie się narodził. Janiszewski nie bez dumy wspomina, że sam kiedyś proponował legalizację prostytucji. Czyli prekursor. Śmiało dopatruje się w propozycji Komisji Europejskiej opóźnionej reakcji na swoją inicjatywę. Czyli mentor. Euromentor. Janiszewski jest ekonomistą, a nie statystykiem. Zgodnie ze swoim emploi, pisze o "kolejnych sztuczkach księgowych" i bezlitośnie demaskuje "nader wyraźny cel" tej "propozycji Komisji": podnieść PKB, zmniejszyć stosunek długu do PKB. Czyli ekspert. Gdyby był muzykologiem, biologiem albo fizykiem jądrowym też by się pewnie podjął zadania. I pewnie trudniej byłoby o ekspertyzę. Ale ekonomista potrafi wszystko, bo ekonomia to wszystko. Szacuje nawet, ile legalizacja prostytucji przez Ministerstwo Finansów (sic!) może dać przychodu. Poważnie.

Niedawno Ryszard Czarnecki, poseł do Parlamentu Europejskiego, zorganizował w Warszawie, w polskim sejmie, konferencję prasową na temat "kontrowersyjnej propozycji UE legalizacji dochodów z prostytucji i narkomanii". Pochwalił się tym przedsięwzięciem na Twitterze. Nadal można tę krotochwilę obejrzeć sobie na stronie sejmu. Dziennikarze mogli nie doczytać, ulec pokusie łatwego newsa. Ktoś mógł ich też podpuścić. Felietonistę Rzeczpospolitej poniosło. Dumny status eksperta od wszystkiego uderzył do głowy. No i te upały: człowiek się nie kontroluje, każą pisać to pisze.

Z europosłem Czarneckim sprawa ma się inaczej. Bo tajemnicza propozycja Komisji Europejskiej nie jest żadną propozycją, tylko obowiązującym prawem. Chodzi o rozporządzenie Rady i Parlamentu Europejskiego. Europoseł nie musiał czerpać swej wiedzy z prasy. Powinien ją czerpać z dokumentów, w końcu prace trwały wiele miesięcy. Nie zauważył? Powinien dokumenty czytać ze zrozumieniem. Nie zrozumiał? A potem ze zrozumieniem głosować. I głosował, ale pewnie bez zrozumienia, skoro parę miesięcy później, najwyraźniej pod wpływem doniesień prasowych, wygaduje takie monumentalne brednie. Głosowanie, w którym europoseł Czarnecki wziął udział, odbyło się w marcu. Na stronie internetowej jasno widać kto podpisał listę obecności w czasie głosowania (Czarnecki podpisał) i jaki tekst przyjęto. Można sobie nawet przeczytać pochlebne opinie na temat rozporządzenia wygłoszone przez przedstawicielkę klubu parlamentarnego, do którego należy poseł Czarnecki. Nie można natomiast znaleźć negatywnych opinii Czarneckiego, bo nie brał udziału w dyskusji. W jednym ma Czarnecki rację: to sprawa moralności. Moralności i etyki.

PS. W zakładce Euromity jest już nowy euromit: o legalizowaniu przez UE prostytucji, narkotyków i o kreatywnej księgowości.
Napisane w BlogsyNapisane w Blogsy

2013-07-18

Prorodzinna skrajna prawica

Marine Le Pen
Marine Le Pen przejęła po swoim ojcu, Jean-Marie Le Penie, przywództwo skrajnie prawicowego i eurofobicznego Frontu Narodowego. Jej zastępcą jest w partii Louis Aliot, prywatnie jej partner życiowy. Rodzinne związki szefowa Frontu Narodowego wyeksportowała do Brukseli. Jako posłanka do Parlamentu Europejskiego zacięcie walczy z Unią Europejską i ideą europejskiej integracji. Pomagają jej w tym opłacani z parlamentarnych pięniedzy asystenci. Jednym z nich jest nie kto inny jak Louis Aliot. Za pracę na pół etatu dostaje od szefowej i partnerki 5000 euro miesięcznie. Parlament Europejski wykrył sprawę i wszczął postępowanie wyjaśniające, bo zgodnie z wewnętrznym regulaminem europosłowie nie mogą zatrudniać na stanowiskach asystentów małżonków ani stałych partnerów. Marine Le Pen broni się twierdząc, że owszem, jest to związek partnerski publiczny, ale wcale nie taki stały na jaki wygląda.

W 2012 Le Pen zatrudniła na stanowisku asystenta również innego członka Frontu Narodowego, Floriana Phillipot w czasie, gdy był szefem jej kampanii wyborczej (kandydowała na prezydenta Francji). Sprawę upublicznił dzisiaj francuski portal dziennikarzy Mediapart. Tylko dla porządku przypomnę, że poza walką przeciw UE, ideologii praw człowieka i poprawności politycznej, islamizacji i imigracji niepokorny Front Narodowy prowadzi też walkę do upadłego o moralność i etykę życia publicznego, zagrożone przez ugrupowania "mainstreamowe".



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...