2014-05-01

Warto myśleć i działać pozytywnie

Polacy przywykli pysznić się swoim potencjałem buntu, bohaterstwem krwi, patriotyzmem cierpienia. Przywykli budować tożsamość w opozycji do czyhających wokół wrogów i w walce z ich dominacją, wielbiąc przegrane powstania przeciw kształtowanej przez innych, przeciw Polsce, rzeczywistości.

Dwa razy w najnowszej historii Polacy potrafili dostrzec zalety pozytywizmu, wykorzystać swoją energię  do budowy swego państwa, a nie przeciw innym państwom, do sformułowania swego projektu a nie do zrywu przeciw cudzym. Dwa razy: gdy po zakończeniu pierwszej wojny światowej odzyskaliśmy niepodległość w 1918, i gdy po obaleniu komunizmu w 1989 ponownie rozpoczęliśmy budowę nowego państwa.

Tylko raz ten pozytywny zryw przyniósł niepodważalny sukces: wtedy, gdy na dodatek do sprzyjającej koniunktury międzynarodowej, do własnej przedsiębiorczości i zaangażowania na rzecz rozwoju, awansu i lepszego życia, otrzymaliśmy wsparcie w postaci europejskiej solidarności. Ten sukces nie przypadkiem idzie w parze z sukcesem Europy, która, podzielona przez wieki, po raz pierwszy, po zakończeniu drugiej wojny światowej, zdobyła się na wspólny, pozytywny projekt. Jest nim integracja europejska.

Warto myśleć i działać pozytywnie. Dziesięć lat po przystąpieniu do Unii Europejskiej Polska jest inna nie tylko dlatego, że napłynęły unijne miliardy na drogi i oczyszczalnie, ale przede wszystkim dlatego, że Polacy potrafili skutecznie włączyć się w najmądrzejszy i najodważniejszy projekt, jaki kiedykolwiek Europejczycy wymyślili.

2014-04-07

Propaganda sukcesu Viktora Orbàna

W wyborach parlamentarnych 6 kwietnia Węgrzy ponownie poparli Fidesz, partię rządzącą w Budapeszcie od 2010 roku. Polscy kibice Viktora Orbána zacierają ręce: ani antyunijna retoryka ani reforma konstytucji skrytykowana w Europie i w USA za swój antydemokratyczy charakter nie zmniejszyły zaufania Węgrów wobec premiera.

Orbán bardzo skutecznie przekonał swoich zwolenników w kraju i za granicą, że jego polityka jest dobra dla Węgier. Właściwie, przekonywać ich nie musiał, raczej dostarczył im argumentacji, którą z ulgą przyjęli. Jeśli chodzi o demokrację, państwo prawa i tego rodzaju drobiazgi, to nie ma sobie czym zaprzaatać głowy, bo admiratorzy węgierskiego premiera albo jego działania popierają, albo przynajmniej nie widzą w nich nic złego. Dlatego głównym elementem argumentacji jest oczywisty sukces gospodarczy odniesiony dzięki odważnej, nieortodoksyjnej, niezależnej polityce. Orbán, ojciec narodu, strażnik jego wyjątkowości, nie bacząc na sprzeciw obcych, potrafił poprowadzić Węgry własną drogą. Obcy, jak wiadomo przynajmniej od Traktatu z Trianon, są dla Węgrów zagrożeniem. Kiedyś Wiedeń, potem Moskwa, dziś Bruksela i Waszyngton: wszyscy oni realizują własne interesy polityczne i gospodarcze, z natury sprzeczne z interesami węgierskimi, grabiąc i niewoląc dzielnych Madziarów. Orbàn potrafił temu położyć kres.

Rząd węgierski nie jest gołosłowny, daje przykłady. Węgierska gospodarka przyspiesza: w 2012 roku była w recesji, w 2013 odnotowała wzrost 1,1% PKB, w 2014 i 2015 Komisja Europejska przewiduje na Węgrzech wzrost 2%. Bezrobocie było dwucyfrowe w latach 2010-2013, według unijnych prognoz spadnie do 9,5% w dwóch kolejnych latach. Zagraniczne zadłużenie netto spadło (z 55% PKB w 2010 do 40% w drugim kwartale 2013). Od chwili przystąpienia do UE Węgry były objęte unijną procedurą nadmiernego deficytu, a w 2013 udało się wreszcie od niej uwolnić. Inflacja osiągnęła historyczny poziom bliski 0%.

A jak wygląda to naprawdę?

Faktycznie, tak dobrane dane wyglądają zupełnie dobrze. Orbán chwali się sukcesem odniesionym wbrew zaleceniom Brukseli, co dowodzi, jego zdaniem, skuteczności węgierskiej drogi. Tyle, że niezupełnie jest to prawda. Deficyt został na przykład zduszony nie mimo, ale pod naciskiem Brukseli. Poprawa dyscypliny finansów publicznych jest realizacją zaleceń Komisji Europejskiej (zawartych w tzw. Country Specific Recommendations w ramach "semestru europejskiego"). Niby żaden wstyd, ale przyznanie się do tego osłabiłoby spójność przekazu. Oficjalna teza węgierskiego rządu jest bowiem taka, że wszystko co przychodzi z Brukseli to pomyłka, że obcy nie będą nam niczego dyktować ("ani Moskwa ani Bruksela"). Przy czym odniesienie do Moskwy ma znaczenie historyczne. Moskwa Putina jest w porządku, a rosyjskie kredyty na budowę elektrowni jądrowych nie stanowią zagrożenia dla węgierskiej niezależności. To tyko biznes, mówi Orbán. 

Przyjrzyjmy się teraz danym ilustrującym sukces węgierskiej gospodarki. W kampanii wyborczej Fidesz chwalił się wzrostem 2,7% PKB. Liczba jest prawdziwa, ale dotyczy tylko 4 kwartału 2013 w odniesieniu do analogicznego momentu w wyjątkowo kiepskim 2012. Wynik ten w dużej mierze odzwierciedla znaczny skok produkcji rolnej w 4 kwartale 2013 w porównaniu do złych wyników z 2012. De facto, Węgry powróciły do poziomu z ... 4 kwartału 2011. Ktoś powie: żaden dramat. Fakt. Ale też żaden sukces dowodzący spektakularnych osiągnięć.

Wbrew pozorom, na rynku pracy nie nastąpiła żadna strukturalna zmiana, pozwalająca wierzyć, że sytuacja w dłuższym okresie może się poprawić. Jak to więc możliwe, że poprawiły się liczby? Orbán w roku poprzedzającym wybory postanowił skorzystać z rad dobrego, starego Keynesa: państwo dwukrotnie zwiększyło zatrudnienie przy robotach publicznych. Ale bezrobocie w sektorze prywatnym nie spadło. Gdyby nie działania ad hoc, bezrobocie wynosiłoby dziś 11%. Znowu: co w tym złego? Przecież to dobrze, że ludzie znaleźli pracę, bo problemem, poza poziomem bezrobocia, jest też zbyt długi czas pozostawania bez pracy. Jasne. Tylko, że trudno w związku z tym uważać liczby cytowane przez Fidesz za dowód na to, że dzięki polityce Orbána sytuacja się poprawia. Nie poprawia się, niezbędnych reform jak nie było, tak nie ma.

Zerowa inflacja, na tle deflacji w wielu państwach UE, uważanej za problem raczej niż za pozytywny trend, też nie jest niczym niezwykłym. Na Węgrzech jest wynikiem cięć cen regulowanych przez rząd. Dlatego, choć "zerowa inflacja" fajnie brzmi w okresie wyborów, lepiej podać prawdziwe liczby. Wedle Komisji Europejskiej inflacja wyniesie 1,4 % w 2014, powinna osiągnąć cel 3% zakładany przez bank centralny w 2015. Dług publiczny rzeczywiście udało się Orbánowi obniżyć aż o 7% PKB. Był to jednak efekt jednorazowego manewru podobnego do tego, który w Polsce zastosował Rostowski: zniesiono obowiązkowe składki do prywatnych funduszy emerytalnych. W rzeczywistości, zadłużenie rządowe pozostaje na niezmienionym od 2009 roku poziomie 80%. Sporo. Zadłużenie przedsiębiorstw, i gospodarstw domowych też jest bardzo niepokojące.

Ten stan rzeczy ilustruje bardzo kiepskie perspektywy wzrostu węgierskiej gospodarki. Obraz pogarsza dodatkowo nieprzychylna firmom polityka rządu. Podobnie jak w Polsce, konkurencyjność i innowacyjność gospodarki jest uzależniona od inwestycji sektora prywatnego w gospodarkę. Chwilowa poprawa poziomu inwestycji (5,9% w 2013 po czterech latach spadku o - w sumie - 26%) jest wynikiem przyśpieszonej absorpcji funduszy unijnych i wsparciem kredytowania firm przez banki sfinansowanym z państwowego budżetu. Samo w sobie nie jest to złe. Po raz kolejny jednak ilustruje tymczasową, można powiedzieć "przedwyborczą" poprawę statystyk przy jednoczesnym braku reform strukturalnych zapowiadających stały wzrost i poprawę konkurencyjności.

Poziom inwestycji zagranicznych i konkurencyjność gospodarki wciąż spadają. Jest to wynik obiciążeń podatkowych nałożonych na zagraniczne firmy oskarżane o to, że wyworzą zysk za granicę. Ile wywiozą, to wywiozą, ale spora część zysku wytworzonego na Węgrzech na Węgrzech zostaje, wbrew populistycznej retoryce Fideszu sugerującej, że odbywa się grabież Węgrów przez obcych. Obránowi udało się jedno: nie ma już czego "grabić". Inwestycje niemieckich film samochodowych ( Audi, Mercedes) nie wystarczą, to kwiatek do kożucha. Utrzymane dzięki ulgom służą głównie podparciu retoryki: patrzcie, to nieprawda, że wszyscy wyjechali. Rafał Hirsh cytował niedawno na swoim blogu indeks MSCI. Podczas, gdy indeks dla Europy wzrósł o 0,9%, powyżej średniej światowej (0,7), giełda w Budapeszcie odnotowała od początku roku spadek o 18,1%. Gorsza (najgorsza na świecie) była tylko giełda rosyjska (-23,6%).

Dlaczego Węgrzy dają się nabijać w butelkę

Międzynarodowi obserwatorzy, którzy w ramach misji OBWE analizowali przebieg wyborów, sformułowali dość krytyczne konkluzje. Zauważyli między innymi, że dostęp opozycji do mediów był ograniczony. Można więc uznać, że Węgrzy zagłosowali tak, jak zagłosowali, bo dali się zwieść propagandzie Orbána, a wolna prasa nie mogła dostarczyć im innych informacji, bo wcale nie jest taka wolna. Być może.

Jest jednak i inna przyczyna. Jest nią nostalgia za gulaszową demokracją, którą mieli za Kádára, w czasach socjalistycznej republiki. Orbàn już dawno pożegnał się z mitem zachodniej demokracji i wolności, który był motorem jego działania na samym początku, jeszcze za poprzedniego ustroju. W pewnym momencie zrozumiał, że to, co naprawdę jest jego celem to zdobycie władzy. A potem jej utrzymanie. Żeby tak się stało, trzeba było dać Węgrom to, czego oczekują: zaspokoić ich potrzebę poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji, którą cieszyli się za Kádára.

Do podobnego wniosku doszli socjaliści, którym raz udało się Orbàna od władzy odsunać. Podobnie jak on, nie uniknęli populizmu. Tyle, że nie mieli w swych szeregach przywódcy z finezją, determinacją, charyzmą i inteligencją Orbána. Nie wpadli też na to, że można wyborców przyciągnąć gadką o Wielkich Węgrach i o narodowej tragedii jaką  był traktat z Trianon. Żeby utrzymać władzę, "kłamali rano, kłamali wieczorem" jak powiedział premier Ferenc Gyurcsány. Się nagrało. Puścili w radio. To był koniec socjalistów i triumfalny powrót Orbána do władzy. To pamiętne wyznanie padło jednak w specyficznym momencie: kiedy dalej kłamać już nie było można, kiedy trzeba było zacząć bolesne reformy. Orbán jest dziś na podobnym etapie: trzeba by przestać kłamać i zacząć naprawdę reformować gospodarkę, zwiększyć jej konkurencyjność, odzyskać zaufanie inwestorów. Ale nic takiego się nie zapowiada. Kolejne wyborcze zwycięstwo, choć mniejsze niż poprzednim razem, gwarantuje konstytucyjną więlszość ⅔ głosów w Parlamencie. Orbán wygrał w cuglach, bez zaskoczenia. Czemu miałby zmieniać politykę, skoro ta, najwyraźniej, się Węgrom podoba?

Opozycja bez szans

Sytuacja oponentów Viktora Orbána jest trudna. Ci, którzy - wbrew sondażom i głosowi ulicy - łudzili się, że Węgrzy nie mogą przecież akceptować bez końca kadaryzacji węgierskiej demokracji realizowanej przez Orbána, znowu wyszli na naiwniaków. Węgrzy akceptują. Ci, którzy liczyli, że Węgrzy dostrzegą zagrożenie jakie polityka Fideszu niesie dla gospodarki, przeliczyli się. Jeszcze nie teraz. Co najważniejsze, wszyscy oni mają ten sam problem: nie są jednolitą, zorganizowaną siłą która mogłaby dla Orbàna stanowić równowagę; nie mają charyzmatycznego lidera, który przekonałby Węgrów, że są wiarygodną alternatywą dla Fideszu.

Mam jednak dla nich dobrą wiadomość: za następne cztery lata ludzie poczują już skutki gospodarczych eksperymentów Orbána na tyle wyraźnie, że odsuną go od władzy. Wtedy opozycja wygra wybory, a Węgrzy znowu będą oczekiwać od nowego rządu, że przywróci małą, kadarowską stabilizację. Niestety, mam też i złą wiadomość: odzyskanie zaufania inwestorów zagranicznych będzie wymagało czasu, wzmocnienie fundamentów gospodarczych nie obędzie się bez bolesnych reform. Na węgierskiej scenie politycznej musiałby się pojawić ktoś, kto by Węgrów przekonał do jednego i drugiego: wymógłby cierpliwość, skłonił do wyrzeczeń. Na razie nikogo takiego nie ma. Poza Orbánem. Dlatego, nawet jeżeli w kolejnych wyborach będzie musiał oddać władzę, to w następnych znowu powróci jako zwycięzca.



2014-04-04

Solidarnie przeciw migracjom polskiego hydraulika

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że odkąd Jarosław Gowin dołączył do PJN, partyjka Pawła Kowala całkowicie już stoczyła się w otchłań populizmu. 

Parę dni temu usłyszeliśmy od lidera tego wyborczego sojuszu, że jako Polacy kupować powinniśmy tylko polskie towary. Jeśli w innych krajach przyjmą podobną logikę, to nawet nie będzie alternatywy, bo skoro nikt naszych towarów nie kupi, będziemy to musieli zrobić sami. Taka wizja handlu i rynku. Dziś bojownicy z PRJG jeżdżą po Warszawie londyńskim autobusem z demobilu, by zaprotestować przeciw wyjazdom Polaków na saksy. Z rozbawieniem obserwuję jak dołączyli do przeciwników tak zwanego "socjalnego dumpingu". Do tych co, jak Francuzi w 2005, namawiają "polskiego hydraulika", żeby pozostał u siebie i nigdzie nie jeździł.

Przypomnijmy, że sprzeciw wobec "socjalnego dumpingu" jednoczy lewicowych i prawicowych przeciwników wolnego rynku (a nawet rynku w ogóle) i zwolenników "patriotyzmu gospodarczego" w najbobogatszych krajach UE: Francuzów, Holendrów, Belgów, Duńczyków. Ostatnio też Brytyjczyków, którzy protestują przeciw obecności u siebie pacowników ze "wschodu". Symbol czerwonego, londyńskiego piętrusa, którym Paweł Kowal jeździ po Warszawie, staje się w tym kontekście bardzo czytelny.

Oczywiście, znam retorykę PRJG: chodzi o to, żeby Polacy nie byli "zmuszeni" do pracy za granicą, żeby mogli pracować w kraju. A nie mogą! Przez kogo? No przez PO przecież, to jasne, bo wcześniej mogli i poźniej też będą mogli. Co tak naprawdę "zmusza" Polaków do wyjazdu na saksy? Albo do opuszczenia kraju na stałe? Pewnie to samo, co wszystkich obywateli krajów biedniejszych, którzy szukają wyższej płacy i lepszego życia w krajach bogatszych. A z unijnym paszportem w kieszeni przychodzi im to łatwiej niż tym, którzy go nie posiadają. Unijne obywatelstwo gwarantuje bowiem swobodę przemieszczania wewnątrz Unii: studentom, pracownikom, turystom. To jedna z czterech, konstytucyjnych wolności obywatela UE. To również jedno z narzędzi wyrównywania poziomów życia w państwach członkowskich i zarządzania rynkiem pracy, przeciwdziałania bezrobociu. Populistyczna krytyka tego stanu rzeczy jest paliwem wyborczym Nigela Farage'a w Wielkiej Brytanii czy Marine Le Pen z Frontu Narodowego albo Jean-Luca Mélanchon z Partii Lewicy we Francji. Wszyscy oni są przeciwni obecności wschodnich biedaków na swoim rynku pracy, nawet na podstawie unijnych przepisów o delegowaniu pracowników. Więc owszem, retoryka jest inna we wszystkich tych przypadkach, włączając wyborczą gadkę gowinowo-kowalową, ale wspólny mianownik ten sam: sprzeciw wobec socjalnego "dumpingu", gospodarczy "patriotyzm", antyunijny suwerenizm.

Zgodnie z wyznawanym przez siebie poglądem na mobilność siły roboczej Paweł Kowal powinien pozostać w rodzinnym Rzeszowie i tam walczyć z niesprawiedliwością, która "zmusza" Rzeszowian do stołecznej emigracji. A populistycznych przyjaciół z Londynu powinien przekonać do przejażdżki po mieście hiszpańskim autobusem, bo ponad 390 tysięcy Brytyjczyków mieszka w Hiszpanii. Kto ich zmusił? Pewnie, że nie wszyscy wyjechali za chlebem, ale wielu pracuje w innych krajach UE. Niemało też, bo 46 tysięcy, poszukuje pracy poza krajem i tam pobiera zasiłek dla bezrobotnych. I nie ma w tym nic złego: wspólny unijny rynek towarów, usług i kapitału jest też rynkiem pracy. Wciąż za mało a nie za bardzo wspólnym. Jego rozwojowi służy zwiększenie wymiany i przepływu, a nie tworzenie protekcjonistycznych barier prawnych lub ideologicznych. Takich jak nawoływanie do "gospodarczego" patriotyzmu, do unarodowienia rynku. To niebezpieczny anachronizm. Testowany przez lata w Albanii. Bez powodzenia. Ale w jednym z Pawłem Kowalem trzeba się zgodzić: ludzie w Polsce powinni być bogatsi, powinni żyć lepiej, Polska powinna być dostatniejsza. Który z wyborców się z tym nie zgodzi?



2014-03-26

Polaczek, żydek i murzynek

Przedstawiciele Bielmaru, producenta margaryny „Palma” z Bielska-Białej, twierdzą, że nie rozumieją czemu grafikę opakowania ich produktu uznano za rasistowską. Jak zareagować na takie wyznanie bezrozumności? Nie idźmy na łatwiznę. Odrzućmy nęcącą grę słów (Bielsko-Biala, ha ha ha, białe Bielsko, wiadomo; i jeszcze Biel-mar!). Nie czepiajmy się branży tłuszczów utwardzonych: producenci asfaltu albo bambusowych tyczek też mogliby ozdobić takim logotypem swoje produkty. I też mogliby się tłumaczyć, że nie rozumieją. Bo to nie sprawa branży, ani geografii. Nierozumność, jako ułomność umysłu, to kwestia indywidualna. Ale co począć, gdy nierozumność jest zbiorowa? Zbiorowa jak system wyobrażeń społecznych.

Po pierwsze, nie odnosić się do nierozumności ze zrozumieniem. Nie akceptować. Nie traktować jak usprawiedliwienia. Miał racje nieodżałowany Andrzej Szczypiorski: głupota jest kategorią moralną. Po drugie, edukować. Nie na pamięć. Nie z przymusu. Niech czytają i mówią ze zrozumieniem. Aż zrozumieją. W Polsce, kraju bez kolonialnej przeszłości, pojawili się w międzywojniu ludzie, którym niejednego udało się przekonać, że swą potęgę niepodległa Polska zbuduje na kolonializmie. Kilkaset lat opóźnienia w stosunku do tych, którzy wcześniej wpadli na ten pomysł i którzy do dziś borykają się z dziedzictwem kolonializmu. Debatę, którą dziś wywołuje w Polsce Murzynek Bambo albo margaryna Palma, prowadzili w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. We Francji przykładem tych sporów jest producent czekolady Banania. Jego logo, dziś prawnie zakazane, pochodzi z lat trzydziestych, epoki, kiedy polska Liga Morska i Kolonialna zgłaszała chęć kolonizacji Madagaskaru. Polacy dawno temu przyswoili sobie stereotypy, od kilkudziesięciu przynajmniej lat uznawane za rasistowskie w świecie rozwiniętym (okazuje się, że nie tylko gospodarczo, ale i umysłowo), który zgrzeszył niegdyś kolonializmem i nierozłącznie z nim związanym rasizmem. Polacy, bez grzechu kolonializmu, rasistowskim stereotypom z inne epoki pozostają wierni do dziś. Głupota bez granic. I jak się okazuje również bez granic czasowych.


Nie mam pretensji do Juliana Tuwima, że w latach trzydziestych popełnił „Murzynka Bambo”. Jest jednak objawem umysłowego i kulturowego niedorozwoju traktowanie tego wierszyka jako oczywistej pozycji na liście lektur małego Polaka. Nie mówiąc już o wykorzystywaniu tego tekstu, nie tak dawno przecież, na kursach języka polskiego dla obcokrajowców. Nabożny stosunek Polaków do Sienkiewicza nie usprawiedliwia zaliczania do kanonu dzieł narodowej kultury jego kiepskiej książki pod tytułem „W pustyni i w puszczy”. Postać Kalego, infantylnego, emocjonalnie niedojrzałego, posługującego się niegramatycznym językiem murzyna jest z innych czasów, z innego stanu świadomości i z innej moralności. Nie da się jej „unowocześnić” czego najlepszym dowodem jest siląca się na polityczną poprawność ostatnia (mam nadzieje, że w ogóle ostatnia) ekranizacja utworu. Jest niepojęte, jak w dwudziestym pierwszym wieku, w Europie, może kogoś śmieszyć postać Zuli-Guli (śmieszne jest dopiero to, że dwudziestowieczny Zulu-Gula-Ross został w obecnym stuleciu europosłem) albo Makumby z repertuaru Big Cyca.

Niezrozumienie na czym polega rasizm sympatycznej buźki murzynka na opakowaniu margaryny Palma można tłumaczyć nieświadomością społeczną w kraju, w którym nie było kolonializmu. Można je zrzucać na karb złych, obcych wzorców. Asfaltowo-bambusowy rasizm już trudniej kolonialnym dziewictwem Polski wytłumaczyć. Nic jednak w Polsce, właśnie tutaj, nie dziwi bardziej, niż antysemickie aluzje w życiu publicznym, antysemickie publikacje w kioskach, i poczciwy antysemityzm idiotów, którzy swe firmy i sklepiki dekorują portretami żyda z pieniążkiem – na szczęście i żeby się wiodło w interesach. Oferta „żydków” na Allegro i w niejednej galerii sztuki jest nieprzebrana. Pomijając już tragiczną przeszłość, jest to trudne do wytłumaczenia w Polsce, gdzie każdy objaw negatywnie stereotypowego odniesienia do Polaków w świecie jest odbierany histerycznie i nierzadko kończy się interwencją najwyższych władz lub wezwaniem do bojkotu. Aż by się chciało powiedzieć: moralność Kalego. Całkowity brak konsekwencji to też objaw głupoty.

Nerwowo reagujemy na image d’Epinal Polaka przedstawiający osiłka o blado-różowej twarzy i włosach bez koloru, z tępym spojrzeniem utkwionym w zamku niemieckiego samochodu, który właśnie stara się ukraść. A dla idiotów innej narodowości niż nasza to niejednokrotnie typowy Polaczek właśnie. Każdemu, kto nie widzi nic złego w obrazku typowego „murzynka” na opakowaniu, typowego „żydka” na ścianie, zalecałbym dprzucić do kompletu portret typowego „polaczka”. Jeżeli się na nim nie rozpozna, może zrozumie niestosowność typowych, rasistowskich wizerunków.



2014-03-11

UE nie chce liczyć na Radę Europy w obronie demokracji

Komisja Europejska zaproponowała dziś rozszerzenie swoich uprawnień w zakresie kontroli przestrzegania zasady państwa prawa przez kraje członkowskie UE. Ta propozycja nie jest zaskoczeniem: kłopoty z demokracją przede wszystkim na Węgrzech unaoczniły faktyczną bezradność UE jako całości i Komisji Europejskiej jako "strażnika traktatów" wobec przypadków naruszania przez państwa członkowskie artykułu 2. Traktatu. To artykuł, w którym zapisane są fundamentalne dla integracji europejskiej zasady i wartości.

Teraz Komisja Europejska, by wymóc na państwach członkowskich przestrzeganie unijnego prawa, ma do dyspozycji polityczne naciski (raz działają raz nie) i prawny instrument w postaci stwierdzenia naruszenia prawa. Jeżeli państwo jest oporne i zbytnio zwleka z dostosowaniem ustawodastwa krajowego do dyrektyw UE albo ze stosowaniem unijnych rozporządzeń, Komisja Europejska może pozwać je do Trybunału w Luksemburgu i doprowadzić do dotkliwych sankcji finansowych.

Procedura ta znajduje jednak zastosowanie tylko w przypadkach prawnie jednoznacznych. Nie nadaje się natomiast do obrony europejskich wartości, państwa prawa, demokracji, praw człowieka, wolności obywatelskich. Naruszenie tych fundamentalnych dla UE zasad zapisanych w artykule 2. traktatu może skutkować uruchomieniem procedury artykułu 7. Na mocy tej procedury państwo członkowskie mogłoby zostać obłożone sankcjami, na przykład czasowym pozbawieniem prawa głosu w Radzie. Sankcja politycznie bardzo silna. Tyle, że w praktyce niemożliwa do zastosowania: uzyskanie zgody państw i konsensusu wśród instytucji graniczyłoby z cudem i wyobrażalne by było tylko w wyjątkowej sytuacji. Kiedyś zastosowanie podobnej procedury (jeszcze ze starego traktatu) wobec Austrii okazało się całkowitym niewypałem.

Nowa procedura proponowana przez Komisję ma być czymś pośrednim, a jednocześnie konkretnym i możliwym do zastosowania na przykład w takich sytuacjach, jak kolejne naruszenia unijnych zasad przez rząd Viktora Orbána na Węgrzech. Ale chodzi nie tylko Węgry: wydarzenia w Rumuni i Bułgarii, kwestia romska we Francji, stygmatyzacja pracowników z UE w Holandii to inne przykłady potencjalnego zastosowania takiej procedury.


Komisarz Viviane Reding i Thorbjørn Jagland, Sekretarz Generalny Rady
Europy                                                                                        ©CoE2010   
Dotychczas Komisja starała się zastąpić lukę prawną poprzez współpracę z Radą Europy. Ta, jak wiadomo, nie jest instytucją UE, ale wszystkie państwa UE do niej należą i zobowiązane są do przestrzegania europejskiej konwencji praw człowieka. W przypadku oczywistych naruszeń zasad demokratycznego państwa prawa Rada Europy wszczyna procedurę monitoringu, uciążliwą i wstydliwą dla państwa, przeciw któremu jest skierowana. Nigdy jednak nie została ona zastosowana wobec żadnego państwa UE. Na podstawie konwencji Rady Europy działa też Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Ale nigdy nie pozwano przed ten Trybunał państwa należącego do UE za łamanie unijnych traktatów. To powinna zrobić sama UE w oparciu o swoje przepisy, gdyby tylko dysponowała odpowiednimi narzędziami prawnymi. 

Dla Komisji Europejskiej współpraca z Radą Europy w celu wywierania politycznych nacisków na państwo członkowskie UE, które łamie unijne zasady, jest niewygodna i mało skuteczna. Podstawa prawna takiej współpracy jest dość niejasna.  Żadnych skutecznych sankcji nie zapewnia, bo zalecenia Rady Europy są tylko zaleceniami, nie są wiążące. Dziś wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Viviane Reding, jasno dała do zrozumienia, że Rada Europa jako zmienne koło dojazdowe unijnego systemu sprawiedliwości to kiepskie rozwiązanie. Poza wymienionymi wyżej powodami podała jeszcze jeden, znany wszystkim, ale nigdy dotąd tak wprost i otwarcie niewyartykułowany.

Rada Europy skupia czterdzieści siedem państw. Wśród nich i takie, którym bardzo daleko do unijnej koncepcji państwa prawa, demokracji, pluralizmu, wolności obywatelskich. Na przykład Rosja. Nie możemy się dłużej godzić na sytuację, w której prezydent Putin, w ramach Rady Europy, będzie się wypowiadał na temat przestrzegania tych zasad w jakimkolwiek państwie UE, bo akurat on najsłabiej jest do tego predestynowany, powiedziała Reding.

To mocne słowa. W kontekście coraz poważniejszego konfliktu między Rosją a Unią zabrzmiały bardzo antyputinowsko, antyrosyjsko. Ale choć może umknęło to niektórym obserwatorom, dezawuują one również Radę Europy: organizacja międzynarodowa, w której prawo głosu i decyzji mają państwa niedemokratyczne, którym obce są wartości europejskie, nie może skutecznie bronić tych wartości ani reprezentować państw, które w oparciu o te wartości funkcjonują.

O genezie inicjatywy przedstawionej dziś przez Komisję Europejską i problemach z demokracją m.in. na Wegrzech, w Rumuni, Finlandii, Danii i Holandii pisałem wcześniej rok temu: Zróbmy porządek z demokracją.

2014-03-10

Ruscy

Niedziela 9 marca. Warszawa, tramwaj linii numer 7, kierunek Ochota. Wśród grupy ludzi wsiadających na przystanku Hale Banacha, jeden pasażer wyróżnia się wyglądem. Łysa pała. Czerwony dres. Rozwiązane białe Nike'i za kostkę. Na potężnej szyi, skrępowanej podniesionym kołnierzem, niemniej potężny złoty łańcuch. Facet grubo po pięćdziesiątce. Ale może to głębokie bruzdy zmarszczek go postarzyły. Kto go wie. Ślizgiem ładuje się na fotel przy oknie tuż przed nosem innego pasażera, który upatrzył sobie to samo miejsce."Ruski cham" - zawarczał podsiędnięty pasażer do towarzyszącego mu mężczyzny.

Ale "ruski cham" niczego nia zauważył, całkowicie pochłonięty rozmową z innym człowiekiem. Mówili tym samym śpiewnym, słowiańskim językiem. Nie wiadomo co, ale każdy, kto mial rosyjski w szkole był w stanie wyłapać pojedyńcze rosyjskie słowa. I to bez trudu. "Pieprzony sowiecki putinowiec" - kontynuował na cały głos podsiędnięty. - "Mam nadzieję, że wreszcie dostaną po dupie, za ten Krym. Ale gdzie tam dostaną: cały ten Zachód tyłkiem przed nimi trzęsie, na wszystko im pozwolą, Ruskim pieprzonym, bo nie wiedzą co to jest. Niczego się nie nauczyli."

Wysiadałem dwa przystanki dalej z podsiędniętym i jego towarzyszem. - "To nie Ruscy przecież" - mówi ten drugi. "Jak to nie Ruscy? A kto, Francuzi?". -"Nie Ruscy tylko Ukraińcy. Po ukraińsku mówili." - "O cholera" - syknął z wyraźnym smutkiem podsiędnięty, po chwili milczenia. "O cholera jasna, psia krew!"

2014-03-04

Czym więcej Europy tym mniej Putina. I na odwrót.

Zdarza się, że ci, którzy widzą w działaniach Putina przejaw komunizmu albo stalinizmu, interpretują stosunki międzynarodowe, historię i politykę podobnie jak on, gdy oskarża Euromajdan o faszyzm. 

Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
Komunista? Faszysta? Totalitarny dyktator
W obu przypadkach mamy do czynienia ze stereotypowym odniesieniem historycznym, pozornym odwołaniem do osobistego doświadczenia. Jest ono elementem retorycznej argumentacji obliczonej na wywołanie u odbiorców odruchu Pawłowa: termin faszyzm czy komunizm ma być przez nich odbierany jak dźwięk wywołujący fizjologiczną (jak u psów w laboratorium) i polityczną (jak u wyborców) reakcję. W ten sposób użyte, "faszyzm" i "komunizm" to tylko bodźce (zwane przez Pawłowa obojętnymi). To, co za jednym i drugim konceptem i praktyką się kryje w sensie politologicznym, filozoficznym i etycznym jest w sumie bez znaczenia.

Gdyby miało to znaczenie, można by się pokusić o znalezienie wspólnego mianownika. Takiego jak totalitaryzm. Wtedy obrońcy Putina, protestujący przeciw "faszyzmowi" na Ukrainie, i jego przeciwnicy, na przykład w Polsce, szafujących terminem "komunizm" w odniesieniu do politycznych konkurentów, okazaliby się pod wieloma względami podobni. Ich koncepcja demokracji oznaczałaby na przykład zgodę na istnienie fasadowych instytucji niezbędnych w ustroju demokratycznym, ale już nie na ich w pełni demokratyczne działanie. Podporządkowanie swojej władzy organów Sprawiedliwości, objęcie polityczną kuratelą takich instytucji jak Trybynał Konstytucyjny, akceptacja decyzji parlamentu, pod warunkiem, że ma się w nim absolutną większość - tak sprawują rządy ludzie o totalitarnych aspiracjach i autorytarnej mentalności w państwach konstytucyjnie, czyli formalnie demokratycznych.

Chcieliby się posunąć dalej, ale powstrzymuje ich kontekst międzynarodowy. W takich krajach jak Polska czy Węgry, należących do Unii Europejskiej, ten kontekst ma na rządzących bez porównania większy wpływ niż w takim kraju jak Rosja. Ale nawet w Rosji, która nie ma formalnego powodu, by przestrzegać unijnych traktatów, trzeba brać w jakimś stopniu pod uwagę naciski Międzynarodowej Organizacji Handlu, międzynarodowego Funduszu Walutowego, G8, reakcje światowych rynków i giełdy, a nawet - choć Putin się do tego nie przyzna - stanowisko UE, USA i tak zwanej wspólnoty międzynarodowej. Tym się różnią dzisiejsze czasy: pojałtańskie, postimperialne, naznaczone gospodarczą globalizacją, od epok wcześniejszych.

Ale dlatego też adepci totalitarnego myślenia tak źle się w tych czasach odnajdują i z taką satysfakcją, w kontekście regionalnego lub światowego konfliktu między państwami, deklarują: a nie mówiliśmy? Tak wygląda świat! Bez zaskoczenia czytałem na Twitterze komentarze w rodzaju: "cały Zachód mówi dziś o Rosji tak jak przez lata bracia Kaczyńscy". Bez zaskoczenia, mimo, że - po pierwsze - to nieprawda. Na szczęście. Po drugie, używanie tej samej retoryki (wojennej) w czasie stabilizacji i w czasie kryzysu, nieumiejętność rozróżnienia wyzwań, możliwości i zagrożeń występujących w tych okresach, to nie jest dowód politycznego jasnowidztwa ani politycznego myślenia, tylko psychozy. Putin na przykład tak ma, ale - przepraszam, że muszę rozczarować - imperialna i totalitarna mentalność nie musi oznaczać guza na mózgu, wbrew temu co czytałem tu i ówdzie. Po trzecie, opis świata to jedno (człowiek człowiekowi wilkiem), a wola jego zmiany i wiara w to, że zmiana jest możliwa, to drugie. Ta wola i wiara sprawiły, że taki proces jak integracja europejska był możliwy: w obrębie Unii wojna jest nie do pomyślenia, międzypaństwowe spory o Alzację, Lotaryngię, Triest, Zaolzie czy Śląśk to część coraz odleglejszej historii.

Ale Putin przypomniał Europie i światu, że nie wszędzie działania takie jak na Krymie należą do przeszłości. I nie wszędzie integracja europejska jest teraźniejszością. Wbrew pozorom ci, którym przypominać nie trzeba, znajdują się nie tylko w Polsce czy na Litwie. Pytanie jednak, co z tą pamięcią i świadmością zrobić w czasach stabilizacji i pokoju: na wszelki wypadek izlować Rosję? Nie kupować od niej energii? Nie sprzedawać jej maszyn, serów i wina, wieprzowiny i samochodów, mebli i ubrań? A dokładnie w chwili, kiedy poczujemy, że może posunąć się za daleko, zbombardować? I idąc za ciosem, to samo zrobić z resztą świata, w której zachodnie standardy polityki i demokracji nie znajdują zastosowania? Przypominam: to ta większa część świata. Naszych zachodnich mechanizmów gospodarczych i politycznych nie wprowadziliśmy tam zbrojnie (ostatnio, za każdym razem gdy próbowaliśmy, raczej się nie udawało), tylko negocjacjami, dyplomacją, za pieniądze i w niemałej mierze dzięki zachodniej softpower.

Okowy międzynarodowego kontekstu, które nie pozwalają totalitarnym działaniom nadążyć za totalitarnym myśleniem, są serdecznie przez totalitarnych polityków znienawidzone. Nie lubią więc idei międzynarodowej współpracy ani multilateralizmu. Coś takiego jak integracja europejska w ogóle nie mieści im się w głowie. Tak samo jak niektórym europejskim komentatorom nie mieści się, w głowie, że w dwudziestym pierwszym wieku można prowadzić taką politykę, jak Putin wobec Ukrainy. Dlatego szukają guza na mózgu Putina. Żeby zrozumieć. Taka ułomność percepcji, zawężone pole widzenia i rozumienia. Lub, jeśli spojrzeć na ten sposób interpretacji bardziej pozytywnie, przykład "przedrozumienia" zgodnie z teorią Hansa-Heorga Gadamera.

Naiwnych poszukiwaczy guza na swoim mózgu Putin wodzi za nos. Ale czego oczekują od Europy i Stanów Zjednoczonych polscy krytycy tej bezsilności Zachodu? W odpowiedzi słychać ich śmieszki i widać memy. Bo nie chcą wprost przyznać, że ich wizja stosunków międzynarodowych niczym się nie różni od wizji Putina. Ogłaszają jedynie, że dla nich każdy kolejny etap rozmów, narad i negocjacji to etap zbędny. Tak naprawdę cierpią nie dlatego, że ludziom na Ukrainie z powodu Putina dzieje się krzywda, nie dlatego, że terytorium potencjalnej ekspansji demokracji, praw człowieka i innych europejskich wartości się kurczy, tylko dlatego, że nie mogą zapłacić Putinowi pięknym za nadobne. Że nie mają władzy i siły Putina. Nienawidzą Putina nie dlatego, że jest inny, tylko dlatego, że jest silniejszy, i to jako "Rusek", postkomuch, kagiebista. Ale też nie mogą darować tym, którzy siłę mają: UE, USA, NATO, że nie chcą jej użyć jak należy. Poza tym jest strach. Historycznie uwarunkowane przekonanie, którego dotychczas historia nigdy nie zweryfikowała, że po Krymie padnie łupem Rosji cała Ukraina, a potem, oczywiście, my. Bo jeżeli NATO i UE odpuszczą Putinowi w sprawie Krymu, to czemu nie mieliby odpuścić w sprawie Polski?

Ten ostatni punkt jestem w stanie zrozumieć. W końcu nie mam dowodów na to, że wiara w nieziszczalność takiego scenariusza nie jest naiwnością. Co do całej reszty poważnie martwi mnie fakt, że wśród polskich obrońców Ukrainy i przeciwników Putina jest tak wiele osób do Putina podobnych. To jest prawdziwa antyeuropejskość, której trzeba się w Polsce obawiać. Przeczytałem na Twitterze hasło, nie wiem czyje, że czym więcej Europy, tym mniej Putina. Tak, bo wartości, na których opiera się integracja europejska są nie do pogodzenia z myśleniem, świadomością, etyką i działaniem Putina. To antyteza. Czym więcej Europy, tym mniej Putina. I na odwrót. Czym mniej Europy, tym więcej Putina. Bez względu na to, co Putin zrobi. I w Rosji, i w Ukrainie, i w Polsce.



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...