2014-01-15

Państwo PiS jest nie z tej Europy (1) Fundusze strukturalne: niech Unia się nie miesza, niech płaci

Katowice, przebudowa dworca                                 © Piotrus 2012
Jarosław Kaczyński i jego uczniowie nie dali się zwieść propagandzie Tuska, wedle której jego rząd wynegocjował dla Polski olbrzymie pieniądze z unijnego budżetu. Kaczyński, który z zasady odrzuca negocjacje jako metodę obrony interesów jest przekonany, że dostaliśmy, bo się nam po prostu należało. Naprawdę! Oraz, że dostaliśmy za mało, bo zawsze należy nam się więcej. Skoro już mamy unijne fundusze spójności, wykorzystamy je tak, jak sami tego chcemy, nie tak, jak sugeruje Bruksela. Jego postulat jest prosty: niech fundusze europejskie działają podobnie, jak polskie janosikowe: jako podatek na biedną Polskę płacony przez bogatą UE; tak, jak Warszawa płaci na Podkarpacie. Jednak nie z solidarności, wspólnoty interesu, czy na rzecz spójności terytorialnej i społecznej, ale w imię historycznej sprawiedliwości. Kiedy PiS dojdzie do władzy w Polsce (tak jak na Podkarpaciu), spożytkuje fundusze unijne właściwie, czyli tak, jak uzna za stosowne.

Rzad (PiS) wie najlepiej

Kaczyński odmawia UE wglądu w sposób wydatkowania w Polsce europejskich funduszy, bo Bruksela nie może przecież wiedzieć lepiej czego Polsce potrzeba niż sami Polacy. Konkretnie: nie wszyscy Polacy, bo obecny rząd na przykład nie wie, ale zapowiadany rząd PiS będzie wiedział najlepiej (pieniądze trzeba będzie wydać na przykład "na 300 tysięcy mieszkań rocznie, jak za Gierka" – co niedawno obiecywał mieszkańcom Ursynowa). Kaczyński wydaje się więc ortodoksyjnym zwolennikiem decentralizacji i subsydiarności, ale jedynie w tym jednym przypadku. W Polsce bowiem  opowiada się za centralizmem.

Owszem, bogate regiony (na przykład niegłosująca na PiS Warszawa, jedyny dziś płatnik janosikowego netto) mają płacić na biedne i najmniej rozwinięte regiony, które są zamieszkane przez elektorat PiS. "Prawo i Sprawiedliwość przywiązuje ogromne znaczenie do funkcjonowania samorządów. Dlatego zamierza wycofać się z polityki obecnego rządu, który obciąża samorząd, przerzucając nań finansowanie wielu zadań, co stawia je w trudnej sytuacji finansowej" – mówi nam Kaczyński. Nie proponuje jednak przekazania samorządom lub pozostawienia w ich rękach środków pozwalających na realizacje zadań, zamierza im zadania powierzone do realizacji odebrać. Rząd PiS się wszystkim zajmie, bo PiS wie najlepiej. 

Jest też - zdaniem Kaczyńskiego - najlepszym zabezpieczeniem przed korupcją, bo gdzie są duże pieniądze (a unijnych jest dużo) tam musi być korupcja. Jeden z najbardziej oszołomskich pisowców, Mariusz Kamiński, już zapowiedział, że po dojściu PiS do władzy będzie wielki audyt środków unijnych: "rozliczymy ich z każdego euro" (Dziennik, 11 stycznia 2014). Wiadomo, że PiS jak nikt potrafi fabrykować "wielkie afery", żeby udowodnić swoje oskarżycielskie tezy, nawet jeśli później z afery zostaje sprawa sadowa o pomówienie. Tym jednak razem wyniki audytu, ukierunkowanego niewątpliwie na wysoką wykrywalność, będą musiały zostać przedstawione Komisji Europejskiej, bo to unijne pieniądze. Łatwo sobie wyobrazić larum, które podniosą krytycy UE, gdy Komisja weźmie sobie do serca te audyty i każe zwracać pieniądze do unijnego budżetu. Larum będzie nie mniejsze, gdy Komisja uzna wyniki pracy rewizorów z CBA pod rządami Mariusza Kamińskiego za niewiarygodne.

Polska, kraj na dorobku

Odnosząc się do unijnej polityki spójności Kaczyński nie bierze pod uwagę dwóch podstawowych zasad: że fundusze strukturalne służą wyrównywaniu poziomów życia biedniejszych i bogatszych regionów Europy (o to chodzi w "spójności"), i że mają one służyć finansowaniu wspólnych priorytetów, ustalonych przez wszystkie państwa członkowskie. Kaczyński twierdzi, że nie potrzebuje wskazówek ani unijnych porozumień. Kaczyński uprzedza ewentualne brukselskie protesty: "UE nie powstała po to, żeby przeszkadzać krajom, które nadrabiają historyczne zapóźnienia". A Polska nadrabia, więc nie obowiązują jej wspólne zasady. Specjalny status kraju na dorobku - oto czego domaga się Kaczyński dla Polski, zapominając, że jako beneficjent środków spójności taki status de facto już ma. Kaczyński, krytykując Brukselę za mieszanie się w nie swoje sprawy zapomina też, że dystrybucja środków i wybór inwestycji w ramach wspólnych priorytetów (programy operacyjne) dokonują się na poziomie kraju, który jest beneficjentem unijnych funduszy. 

Analiza poglądów Kaczyńskiego na fundusze strukturalne i ich "właściwe" wykorzystanie prowadzi do oczywistej konkluzji: Kaczyński ma poglądy, ale nie ma wiedzy. Dał temu bardzo wyraźnie dowód, gdy po rekonstrukcji rządu zwołał konferencje prasową (25 listopada 2013) by udowodnić, że rząd Tuska i superminister Bieńkowska źle wydają unijne pieniądze. Co zdanie to, bzdura (niektóre bzdury demaskował na swoim blogu Konrad Niklewicz i anonimowy przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju Regionalnego prostując je na Twiterze na żywo).

Fundusze UE jako rekompensata za historyczne krzywdy

Krytykując UE za narzucanie Polsce sposobu inwestowania prezes PiS zapomina, że jeżeli któreś z państw członkowskich ma własne cele inwestycyjne, nie mieszczące się w unijnych priorytetach, może je zrealizować za własne pieniądze. Może, ale akurat Polska ma prawo domagać się pieniędzy na wszystko, bo należy się jej bardziej, niż komu innemu: wszak "Polska zapłaciła za II wojnę światową dramatycznie wysoką cenę". Wyższą niż Niemcy, a mimo to "unijne przywileje posiadają wschodnie Niemcy a nie Polska". Kaczyński sugeruje, że unijne "przywileje" dla NRD to rekompensata za sowiecką dominację, choć polskie krzywdy wojenne warte są więcej: "to gorzki żart ze sprawiedliwości, solidarności i spójności społecznej, a więc z zasad, do których odwołuje się Unia" (Sosnowiec, czerwiec 2013). 

Nie jest jasne, o jakich przywilejach przyznanych Niemcom mówi Kaczyński. Być może ma na myśli złotą mannę, którą Niemcy z Zachodu zasypali byłą NRD. Rzeczywiście, Unia musiała wyrazić zgodę na te inwestycje, bo w wielu przypadkach chodziło o pomoc państwa naruszającą zasadę rynkowej konkurencji. Kaczyński jednak nie wyjaśnia, jak ten przykład mógłby odnosić się do Polski. Czyżby żądał od Niemiec reparacji wojennych? Bardzo możliwe. Bo Kaczyński nie postrzega funduszy strukturalnych jako instrumentu wzmacniania spójności UE, tylko jako rekompensatę Zachodu dla Polski, za historyczne krzywdy, jakich doznała.  W 2009 roku w Radomiu, na konwencji wyborczej PiS poprzedzającej wybory do Parlamentu Europejskiego,  Kaczyński powiedział: "Zrobiliśmy bardzo dużo dla wolności nie tylko europejskiej, ale i światowej. Dlatego mamy mocną legitymację do tego, by mówić, że należy nam się rekompensata, bo nas zdradzono, bo była Jałta." I wszystko jasne.

Zdaniem Kaczyńskiego Unia nie wywiązuje się wystarczająco dobrze ze swego długu wobec bohaterskiej Polski, a Niemcy - butni i zaborczy, bogaci i chytrzy - tylko czyhają, żeby Polsce benefitów uszczknąć.  Germańska fobia Kaczyńskiego jest jednym ze stałych wątków w jego eurosceptycznych dywagacjach. Jest silniejsza niż fakty: Niemcy są głównym płatnikiem do unijnej kasy, a Polska jej największym beneficjentem. To ona otwiera listę sześciu państw, które w latach 2007 – 2013 z unijnej kasy dostały najwięcej. Z samej polityki spójności Polska otrzymała prawie 36 miliardów euro, czyli 22% wszystkich płatności przekazanych państwom członkowskim do sierpnia tego roku. Tylko, że ani cierpienie i bohaterstwo Polaków ani niemieckie przewiny sprzed 70 lat, ani "zdrada jałtańska" nie maja tu nic do rzeczy. Kaczyński tego nie rozumie, bo jest nie z tego świata, nie z tych czasów, nie z tej Europy.


Dla przypomnienia: Fundusze spójności stanowią 34 proc. budżetu Unii na lata 2014–2020, czyli 325 mld euro. Z tego dla Polski przewidziano najwięcej – 72,9 mld euro, więcej niż w poprzednim budżecie wieloletnim (69 mld), mimo, że budżet UE jako taki się zmniejszył.

Cykl o programie europejskim PiS:
Państwo PiS jest nie z tej Europy (wprowadzenie) – 14.01.2014



2014-01-14

Państwo PiS jest nie z tej Europy

"Razem, czyli w Unii Europejskiej" – oświadczył niedawno w Kijowie Jarosław Kaczyński. I wrócił do Warszawy, by kontynuować politykę, która jest zaprzeczeniem najważniejszych dla integracji europejskiej zasad i wartości. Polska, jaką Jarosław Kaczyński chce na swój obraz i podobieństwo ulepić po wygraniu wyborów, nie pasuje do Europy. Odwraca się do niej plecami, odchodzi wstecz, jest częścią Wschodu, a nie Zachodu. Mimo niewielkiego spadku poparcia dla UE, Polska pozostaje najbardziej proeuropejskim państwem członkowskim. Jednocześnie wysokie notowania PiS rzeczywiście dają tej partii szanse na wyborczy sukces. Ilu spośród proeuropejskich zwolenników PiS (są tacy) rozumie dziś, że cierpi na polityczną schizofrenię? Trudno, w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, popierać  PiS, nie tylko w zbliżających się wyborach do Parlamentu Europejskiego, ale i we wszystkich innych, i jednocześnie opowiadać się za członkostwem Polski w UE. Nawet, gdyby miało by to być członkostwo na zasadach proponowanych przez Jarosława Kaczyńskiego.

© 2013 Piotr Drabik
W ciągu ostatniego półrocza Jaroslaw Kaczyński dość jasno zaprezentował swój stosunek do Unii Europejskiej, choć żadne z jego wystąpień nie było poświęcone integracji europejskiej jako takiej. Kongres PiS w Sosnowcu i Ogólnopolski Kongres Katolików na Jasnej Górze w czerwcu 2013, pielgrzymka Rodzin Radia Maryja w lipcu tego samego roku i następnie wrześniowy wywiad w Rzeczpospolitej – wszędzie tam Kaczyński wspominał o Europie. W Kijowie nawet zapraszał Ukraińców do UE, ale nie dlatego, że nagle stał się wobec niej mniej krytyczny, tylko żeby zrobić na złość Rosjanom (bardzo nie lubi Rosji) i Tuskowi (którego nie lubi jeszcze bardziej i dlatego swoją obecnością na Majdanie chciał zamanifestować przeciw nieobecności na Majdanie szefa polskiego rządu). Swój stosunek do UE Kaczyński wyraża nie tylko słowami, w przemówieniach, ale i ostentacyjnym milczeniem, na przykład wtedy, gdy jedna z liderek jego partii nazywa unijną flagę szmatą.

Kiedy Kaczyński mówi o UE wprost i świadomie (bo zdarza mu się też mówić o niej nieświadomie, jak molierowskiemu panu Jourdain), przyjmuje ton nazywany eurosceptycznym. Akceptuje UE i polskie członkostwo niejako z przymusu, całkowicie jednak ignoruje specyfikę integracji europejskiej, a przede wszystkim jej wymiar ponadnarodowy. Nie przyjmuje do wiadomości, że integracja europejska to coś innego niż współpraca międzyrządowa. Kaczyński nie mówi, że jest przeciwnikiem Unii Europejskiej, tylko krytykiem jej obecnego kształtu. Nic w tym nadzwyczajnego, podobne poglądy można czasem usłyszeć nie tylko w Budapeszcie, ale i w Londynie, Paryżu lub Amsterdamie.

Kaczyński ma stosunkowo prosty pomysł na udział Polski w UE: więcej dostawać (bo nam się należy za historyczne krzywdy), mniej dawać (bo nikomu się od nas nic nie należy), odrzucać wspólne priorytety (interesy są tylko narodowe, a nie wspólne, wiec priorytety też), krzewić gospodarczy patriotyzm i centralne planowanie (wolność i konkurencyjność rynku zapewni polskie państwo narodowe zgodnie z interesem zdefiniowanym przez rząd PiS), powstrzymywać dalszą integrację i nie godzić się na niemiecką dominację. A przede wszystkim: Unia to oni. To nie my.

Kaczyńskiemu zdarza się, że nieświadomie przywołuje Unię Europejską. Bardzo by się pewnie zdziwił, że niektóre jego postulaty bywają zbieżne z działaniami lub zamierzeniami Komisji Europejskiej lub z decyzjami już podjętymi przez Radę i Parlament. Dotyczy to takich dziedzin jak modernizacja gospodarki, podatek od transakcji finansowych czy polityka zatrudnienia. Może, gdyby mówił o UE, która istnieje, a nie tej, której programowo nie lubi, choć kiepsko ją zna, byłby mniej antyunijny?

Jest jednak obszar, w którym antyeuropejskość Kaczyńskiego nie jest ani wynikiem jego ignorancji ani jego wiedzy o konkretnych działaniach UE. To obszar wartości. To one sprawiają, że Kaczyński sytuuje się poza cywilizacją zachodnio-europejską, w opozycji do fundamentalnych zasad nowoczesnego, demokratycznego państwa prawnego. Że sytuuje tam siebie, to jego wybór. Ale jego program prowadzi do zepchnięcia na margines Polski, a to jest nie do zaakceptowania: w świecie, w którym żyje Kaczyński nie ma miejsca dla Polski, bo to świat cmentarza i żywych trupów, świat nienawiści, zawiści i wzajemnej, zawziętej wrogości. To świat z innych czasów. Poglądy Kaczyńskiego na UE to archaiczna political fiction, polityczne idee przeterminowane zanim jeszcze nadarzyła się szansa ich realizacji.

Posiłkując się wypowiedziami Jarosława Kaczyńskiego, głównie od czerwca 2013 roku, postanowiłem zebrać w jedną całość poglądy Prezesa na Unię i na integrację europejską. W jakiejś mierze stanowią one program europejski PiS. W moim ocenie jest to program niebezpieczny dla idei integracji europejskiej, dla UE, a przede wszystkim dla Polski. W kolejnych tekstach przedstawię moją analizę stosunku Jarosława Kaczyńskiego do funduszy unijnych, polityki energetycznej i klimatycznej, rolnictwa, przyjęcia przez Polskę euro, zasady prymatu prawa UE nad krajowym, polityki zagranicznej i ustroju UE:



2014-01-08

Ekonomia chciwości według Scorsese

Trzynaście lat po "Chłopcach z ferajny" Martin Scorsese powraca na ekrany z historią gangsterską. Akcja jego najnowszego filmu "Wilk z Wall Street" rozgrywa się, jak sam tytuł wskazuje, w amerykańskiej mecce finansów. Główny bohater jest maklerem giełdowym. Niech te detale nikogo nie zmylą: chodzi o współczesną formę gangsterstwa. Chciwość i władza, jaką dają pieniądze to nie jedyny wspólny mianownik łączący oba filmowe obrazy.

Przyznaję, nie czytałem żadnego wywiadu z reżyserem, w którym wyjawiłby zamierzoną paralelę między oboma filmami. Ale zbieżności między nimi jest tak wiele, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż Scorsese świadomie do tego skojarzenia dążył. Obie historie są oparte na faktach, scenariusze powstały w oparciu o książkowe biografie (Henry'ego Hilla w pierwszym przypadku i Jordana Belforta w drugim). Bliźniaczo podobny jest sposób narracji i wybór znaczących etapów w życiorysach obu bohaterów, zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. Motywacje działania i funkcjonowanie w środowisku, cechy charakteru, stosunek do etyki i moralności łączą postaci Hilla i Belforta. Obie historie zaczynają się podobnie (nic nie zapowiadało kryminalnej kariery) i kończą niemal tak samo (Hill i Belfort nie są w stanie wycofać się, gdy jeszcze nie jest za późno, brną w zbrodni, bo nie są w stanie stawić czoła uzależnieniu, na koniec stają się świadkami koronnnymi, sypią wszystkich przyjaciół by zapewnić sobie złagodzenie kary i opiekę FBI). Nawet takie szczegóły jak prostackie zamiłowanie do europejskich marek i produktów: symboli wyszukanego luksusu, awansu społecznego i przynależności do elity wplatają się w sieć wątków i akcesoriów wzmacniających powiązania. W obu filmach chodzi też o coś więcej niż opowiedzenie historyjki. Prawda o życiu epoki i prawdy ponadczasowe odnoszące się do relacji między ludźmi czynią z jednego i drugiego filmu fresk obyczajowy w wymiarze uniwersalnym.

Wataha z Wallstreet & Co.

To narzucające się zestawienie wymusza konkluzję: Wilk z Wall Street, Jordan Belfort, tak jak Henry Hill, to gangster. Choć w obu przypadkach widz łapie się na tym, że kibicuje przestępcy i cieszy się jego sukcesami, to jednak identyfikacja z Jordanem wywołuje większe (przynajmniej w moim odczuciu) zawstydzenie, niż solidarność z Henrym. W "Wilku" barokowe przerysowanie sięga dalej niż w "Chłopcach", budzi niesmak i odruch wymiotny podobny do tego, jakie wywołuje wulgarna śmierć z obżarstwa w "Wielkim żarciu" Ferreriego. Zdrada Jordana jest jeszcze gorsza niż zaprzedanie Henry'ego (który nie tylko uciekał przed kratami, ale walczył o życie). Dalszych dziejów Henry'ego ("Chłopcy z ferajny") można się doszukać w udanej komedii Luca Bessona "Porachunki" (2013, producentem jest Scorsese, oryginalny tytuł "Malavita"). Bohater cieszy się, że jego opowieść na spotkaniu kinomanów we francuskim miasteczku budzi entuzjazm. Słuchacze nie wiedzą jednak, że spotkali prawdziwego gangstera, tematem dyskusji jest film (oczywiście "Chłopcy z ferajny"), wszystko pozostaje więc w świecie fikcji.

Epilog w "Wilku", w którym poznajemy losy Jordana po wyjściu z więzienia, ukazuje zadowolonego z siebie faceta, który zarabia pieniądze jako konferansjer i coach, dzielący się z zachwyconymi kursantami swoją wiedzą zawodową. Inaczej mówiąc wiedzą o tym, jak oszukać, jak zorganizować malwersację, zaspokoić swą chciwość. Słuchacze płacą za lekcję, bo wiedzą, że mają do czynienia z fachowcem pierwszej klasy. Niczego nie pragną tak, jak nauczyć się sztuczek, które zaprowadziły ich mistrza za kratki. Dzięki sprzedaniu przyjaciół trafił tam na krócej niż powinien. Ale ilu jemu podobnych nigdy za kratki nie trafiło? O Madoffie i Kervielu wszyscy słyszeli, ale całej rzeszy maklerów i bankierów oszustów udało się uniknąć konsekwencji.

Optymalizacja cnoty chciwości

Bo też nie da się oglądać "Wilka z Wallstreet" w oderwaniu od kontekstu, w jakim żyjemy. Jego historia wydarzyła się przed oficjalnym początkiem kryzysu finansowego, z którego dopiero wychodzimy, ale mechanizmy przedstawione w filmie niczym nie różnią się od tych, które ten kryzys wywołały. Odnajdziemy je z łatwością w najnowszej historii takich instytucji finansowych jak Northern Rock, Bear Stearns czy Lehman Brothers, albo w działalności innego wilka z Wallstreet, Berny'ego Madoffa. We wszystkich tych przypadkach istotną rolę odegrały też raje podatkowe i offshoring. W końcu z nadmiarem funduszy wygenerowanych legalnie czy nielegalnie coś trzeba zrobić, przede wszystkim zaś należy uniknąć ich opodatkowania (Jordan Belfort ulokował pieniądze w Szwajcarii). Do głowy nie przyszłoby mi posądzanie gdańskiej spółki LPP o nieuczciwe zyski, ale dezercja podatkowa należących do spółki marek Reserved, House i Mohito na Cypr (to państewko to też bohater trwającego gigantycznego kryzysu finansowego) jest faktem. Walka z rajami podatkowymi oraz przeciwdziałanie unikaniu płacenia podatków i oszukiwaniu fiskusa to priorytety G7, G20 i Unii Europejskiej. Działania UE w tym zakresie są istotnym elementem pakietu reform systemu finansowego i gospodarczego. Ma on na celu stworzenie instrumentów, które lepiej zabezpieczą unijną gospodarkę i jej finanse na wypadek przyszłego kryzysu a nawet, w miarę możliwości, pozwolą takiego kryzysu uniknąć.

Dezercję podatkową poprzez offshoring, zjawisko naganne, można też nazwać "optymalizacją podatkową". Brzmi lepiej. Nie chodzi bynajmniej tylko o leksykę, ale o dogmaty. Optymalizacja podatkowa w tym znaczeniu to termin z arsenału wyznawców dogmatu prawa do chciwości. Głoszą go na przykład wielbiciele Adama Smitha, który uważał, że motorem i zasadą przedsiębiorczości jest egoistyczna chęć zysku. Naiwnie wierzył, że przy okazji indywidualnego wzbogacenia wypełniona zostanie rola społeczna, zaspokojona będzie potrzeba zbiorowości. Dzisiejsi miłośnicy neoliberalizmu tym drugim, rzeczywiście naiwnym wymiarem, nie zawracają już sobie głowy. Koncentrują się na hołubieniu cnoty chciwości. Cnotliwe na przykład jest przeciwstawienie się regulacjom państwa, które chciwość mają ograniczać lub zaprzęgąć w kierat pożytku społecznego. Niekontrolowana spekulacja, której elementem są też niektóre mechanizmy "optymalizacji podatkowej", to - zdaniem Josepha Stiglitza, laureata ekonomicznego Nobla - główna przyczyna kryzysu, który wybuchł w latach 2007-2008.

Chciwość zaspokajana na drodze przestępstwa łączy Jordana Belforta z Henrym Hillem. To jasne. Czy jednak wielkim nadużyciem byłoby stwierdzenie, że ekonomia chciwości to mianownik łączący Wilka z Wallstreet z szefami LPP? Obawiam się, że niewielkim.



2013-12-18

Janukowycz: polityk krótkookresowy

Ukraina będzie jednym z tematów szczytu UE, który zaczyna się jutro, bo trudno byłoby przemilczeć wydarzenia w Kijowie. Wszystkim też wydaje się naturalne, że o włączenie tego punktu do porządku obrad wystąpił polski premier. I na tym koniec. Nie będzie przecież żadnych kluczowych decyzji. Chodzi o deklarację polityczną UE: nasza oferta jest aktualna. Nic nowego: powtarzają to premierowe, ministrowie, komisarze, prezydenci. Teraz to samo zostanie powiedziane chórem na unijnym szczycie.

Wybór, przed którym stoi Ukraina, jest oczywisty w polityce. To wybór między długą i krótką perspektywą. Jego oczywistość czyni go banalnym jedynie statystycznie, nie umniejsza jego fundamentalnego znaczenia. Janukowycz oczywiście myli się, przyjmując wschodniosłowiańskie założenie, dobrze znane też Polakom, że "jakoś to będzie". Że teraz dostanie od Rosji upust na ceny gazu (ważne przed zimą) i pożyczkę pod zastaw ukraińskich obligacji, a potem i tak coś dostanie od UE i tak się to jakoś będzie toczyć. Myli się, bo poza krótką perspektywą państwo i społeczeństwo potrzebują wizji dalekosiężnego celu. To niezbędne do rozwoju. Rozwoju "zrównoważonego" jak to się teraz mówi po polsku, czyli takiego, dla którego kluczowa jest świadmość, że nasze dzisiejsze działania będą miały zasadniczy wpływ na życie naszych dzieci, wnuków i prawnuków.

Janukowycz, który po ukraińsku mówi od niedawna i mniej naturalnie niż po rosyjsku, nie jest może najbardziej wiarygodnym obrońcą ukraińskiego interesu. Czy są nim jednak w większym stopniu ukraińscy nacjonaliści: antyzachodni, antypolscy, antyrosyjscy, napędzani szowinistycznym otępieniem? Oczywiście nie. To co się dzieje dziś w Kijowie, na Majdanie, bardzo jasno pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że najważniejsze decyzje dotyczące państw, społeczeństw i narodów zapadają dziś na poziomie ponadnarodowym. Że nie tylko anachroniczne marzenie o narodowej autarchii, ale i wczorajsze rozumowanie w kategoriach czysto międzynarodowych jest trochę niedzisiejsze. Z tego punktu widzenia wynarodowienie Janukowycza razi mniej w dzisiejszym świecie, niż w Europie narodów z XIX i XX stulecia. Po drugie, żeby do tej ponadnarodowej świadomości dorosnąć, trzeba mieć za sobą okres wolności i samostanowienia jako naród i nowoczesne państwo narodowe. Trudno jest przeskoczyć etapy i wątpliwe, żeby Ukrainie, która tak naprawdę tego rozdziału we własnej historii nigdy nie miała, szybko się to udało. Nawet w Polsce udaje się to tak sobie. Tylko człowiek wolny i świadomy swojej wolności może myśleć o przyszłości w kategoriach długoterminowych, w kategoriach decyzji, odpowiedzialności i ryzyka. Człowiek taki jak Janukowycz może myśleć tylko o najbliższej zimie i następnych wyborach. Wewnętrzna, jednostkowa potrzeba wolności jednoczy manifestantów na Euromajdanie. Ale Janukowycz, jako szef ukraińskiego państwa, maninną wrażliwość, myśli o Ukrainie jak o prowincji imperium. Ma to wpływ nie tylko na jego konkretne decyzje polityczne, ale też na postrzeganie czasu i przestrzeni, na kształtowanie tożsamości. To taka jego polityka historyczna odzwierciedlająca historyczną świadomość.

A jednak nie można powiedzieć, żeby Janukowycz mylił się na całej linii. Nie wiadomo, jak bardzo jego decyzje są przemyślane, skoro wciąż kłamie, udaje, unika, a w jakiej mierze są podyktowane geopolitycznie i cywilizacyjnie uwarunkowanym instynktem. Ale nie można odmówić mu racji w kilku przynajmniej punktach. Ma niewątpliwie rację, jeśli uważa, że manifestujący na Majdanie pod unijną flagą ludzie nie stanowią większości. Już dwie, trzy ulice od Majdanu i Chreszczatyku (główna ulica Kijowa), żadnego rewolucyjnego wrzenia się nie czuje. Wie, że w kwestiach tożsamości, myślenia o przyszłości, definiowania interesów, nauk wyciągniętych z historii, a nawet znajomości ukraińskiego jest podobny do bardzo wielu Ukraińców. Trudno też odmówić mu pragmatyzmu, jeśli myśli, że zimne kaloryfery i brak gorącej wody w kranach odbiorą mu w najbliższych wyborach więcej punktów niż niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej z UE. Nie wiem, jak wielkim specem od geopolityki jest ten były kierowca TIR-ów, oprych okradający ludzi w przejściu podziemnym, ale jeśli jest świadom, że Ukraina leży i będzie leżeć na granicy wpływów europejskiego Zachodu i rosyjskiego Wschodu, to znaczy, że niczego jego stanowi świadomości w tym przynajmniej aspekcie zarzucić nie można. Tak rzeczywiście jest. Wszyscy, którzy uważają, że stowarzyszenie z UE otwiera Ukrainie naturalną drogę do członkostwa powinni o tym pamiętać. I wreszcie dwa słowa o krótkowzroczności politycznej Janukowycza. Czyż jest ona tak wyjątkowa w dzisiejszej polityce: w Polsce, w Wielkiej Brytanii, we Francji, w Grecji? Krótkowzroczność Janukowycza można wytłumaczyć instynktem niewolnika, pionka imperium, przywódcy państwa, które nie buduje swej państwowości w odniesieniu do długowiekowej tradycji. Trudniej ją wytłumaczyć u polityków urodzonych w demokracji i wolności. I jeszcze trudniej usprawiedliwić.

2013-12-11

Sztuka, pieniądz a w sercu kraj

Przemogłem się i zajrzałem do Salonu Meblowego "Emilia". Tego samego, w którym kiedyś zakupiłem (za pieniądze rodziców) moją pierwszą meblościankę. Przemogłem się, choć sobie obiecałem, że moja noga w "Emilii" nie postanie. Głupio sobie obiecałem, trafiony szlagiem po raz kolejny i jak zawsze, gdy patrzę na największe parkowisko Europy. To samo, na którym miało stanąć Muzeum Sztuki Nowoczesnej, upchnięte ostatecznie w po-peerelowskim sklepie z meblościankami. A po drugiej stronie Wisły: Stadion Narodowy. Nie mam nic przeciw stadionom ani parkingom. Ale w tym przypadku chodzi o dwa symbole miasta, dwa hołdy złożone furze i futbolowi. Tu nie chodzi o zagospodarowanie przestrzeni tylko o wybór cywilizacyjny. I to bynajmniej nie wbrew narodowi. Stadion jest narodowy i parking jest narodowy



Głupio sobie obiecałem do "Emilii" nie zaglądać, bo zajrzeć warto. Wystawa "W sercu kraj" to świetna selekcja 150 prac z czekającej na lepsze czasy kolekcji Muzeum. Zbigniew Libera, Mirosław Bałka, Alina Szapocznikow, Sharon Hayes, Paweł Althamer to tylko kilku spośród wystawianych artystów. "Emilia" też nie do poznania: za czasów meblościanek nie było widać, że to dobra, modernistyczna architektura. Jedna z wystawionych prac to ironiczne mrugnięcie okiem w stronę przeszłości: "Regał" Romana Stańczaka z 1996 roku (na zdjęciu obok). Aż trudno uwierzyć, że niezamierzone: kontekst nieodparcie narzuca skojarzenie. Patrząc na obnażony, odarty z politury mebel sam, jako niegdysiejszy użytkownik podobnego regału, poczułem się przez chwilę jak eksponat z innej epoki.

W Muzeum Sztuki Nowoczesnej przydarzyła mi przygoda, która bardzo wzbogaciła moją, przyznaję, ubogą wiedzę na temat seriali telewizyjnych. Było praktycznie pusto, poza mną tylko jeden mężczyzna, który nerwowo krążył wokół jednej z prac, od czasu do czasu zerkając na mnie wyczekująco Wreszcie się odważył i podszedł: - "Czy widział pan Breaking Bad?" Nie załapałem. Czyżby była w Muzeum praca pod tym tytułem? Nie brzmiał zupełnie obco. "No taki serial, amerykański" - pospiesznie wyjaśniał, jakby się bał, że mu ucieknę. "Najlepszy serial wszech czasów! - kontynuował "Tam jest taka scena, kultowa, wie pan, że leżą na pieniądzach, no i tu właśnie są te pieniądze. Zrobi mi Pan zdjęcie?". Nie sposób się było oprzeć: na środku sali faktycznie stos banknotów, czyli dzieło zatytułowane "Hakuna Matata. Tak się składa, że jesteśmy ludźmi" autorstwa Pratchaya Phintonga.



Ponieważ nie widziałem serialu Breaking Bad, nie wiedziałem o co chodzi. Tymczasem facet wciska mi telefon komórkowy z włączonym aparatem, po czym kładzie się jak długi na rzeczonym dziele. "Teraz proszę mi cyknąć". No to cykam. Patrzę, wokół żadnej ochrony, nic, cisza. A ten wstaje, sprawdza czy dobrze wyszło i mówi, że nie dobrze, że inaczej trzeba skadrować. Cykam znowu. Dwie fotki, pod różnym kątem, żebym już nie musiał powtarzać i żeby się to wreszcie skończyło. "Może być" - odpuścił mi, ale bez przekonania. Szczęśliwy był, bez dwóch zdań. "Najlepszy serial, najlepszy. Taka super pamiątka". I zniknął. Natychmiast po powrocie do domu włożyłem do odtwarzacza DVD pożyczone parę tygodni temu przez kumpla i zapomniane. Teraz sobie dopiero przypomniałem, że też mówił: "Serial wszech czasów, musisz obejrzeć". Faktycznie, przez parę tygodni nie mogłem się oderwać. Aż wreszcie trafiłem na "kultową" scenę (na zdjęciu). Dobra, owszem, ale scen "kultowych" jest kilka w każdym odcinku.


Trochę byłem rozczarowany. Stos banknotów w muzeum był ułożony z dolarów Zimbabwe. W Breaking Bad są oczywiście prawdziwe dolary. Jest różnica: w 2008 roku jeden dolar amerykański wart był 40 000 000 000 dolarów Zimbabwe. Dzisiaj w Zimbabwe używa się już tylko "prawdziwych" dolarów, kolejne denominacje nie dały rady inflacji. Stosik z muzeum na dodatek kilkanaście razy mniejszy. No cóż, facetowi widocznie silniej się wszystko kojarzy niż mnie. Ale i tak byłem wygrany: bez niego nie obejrzałbym pewnie do dzisiaj Breaking Bad. A niedługo potem pojawiły się ponownie w gazetach zdjęcia agenta Tomka pławiącego się w luksusie. Podobnie jak facet z muzeum, podobnie jak Huell z Breaking Bad, agent Tomek fotografował się z cudzymi pieniędzmi. Nie mogłem się oprzeć skojarzeniu. Też mi się silnie kojarzy. I też bez sensu. Bo przecież w porównaniu do prawdziwego pasjonata serialu, amatora sztuki nowoczesnej, w porównaniu do rozmarzonego Huell'a leżącego na milionach dolarów agent Tomek jest jak dolar Zimbabwe do amerykańskiego dolara. I też ważny tylko w obiegu wewnętrznym. Futbol narodowy, parkowisko narodowe, agent narodowy. Z rozbawieniem przeczytałem, że agent Tomek rozbił luksusową furę, bo się patriotycznie zamyślił, bo Polskę miał w sercu. W sercu kraj? Breaking bad!

Idźcie koniecznie do Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Uruchamia niekończący się ciąg skojarzeń.




PS. Breaking Bad czyli, w wolnym, autorskim tłumaczeniu: Jak stałem się zły

2013-12-02

Jak wpuścić Ukrainę na arkę Noego

"Ukraina dla ludzi" - hasło zwycieskie Partii
Regionów  i jej 
błęitne flagi, wybory 2010. 
Kiedy przy okazji wydarzeń w Kijowie słucham opinii niektórych polskich polityków, mam wrażenie, że Unia Europejska to dla nich taka arka Noego. Nie nasza co prawda, ale skoro już nas wpuścili, to teraz my wybijemy dziurę w burcie i powpuszczamy nasze ulubione zwierzątka kierowani złudną nadzieją, że wtedy wzrośnie nasze miejsce w unijnej taksonomii.

Nie tylko w Kijowie zwolennicy zbliżenia z Zachodem patrzą na nas jak na tych, którym się to już udało, z nadzieją, że podzielimy się cennym doświadczeniem. Może to doświadczenie jest za małe, może po prostu nieprzemyślane, nie wiem, ale okazuje się, że nie aż tak cenne. Ten czy ów, z prawa czy z lewa, oświadcza, że teraz wszystko zależy od Brukseli. I że jedyny problem to Janukowycz, który już za chwilę straci grunt pod nogami. Ukraińcy tego słuchają. Bardzo uważnie śledzę od lat co się dzieje na Ukrainie i nie mam wrażenia, żeby wszystko zależało od Brukseli.

Polscy politycy, jeżeli chcą Ukrainie pomóc, powinni wytłumaczyć na czym polega przystępowanie do UE. Na czym w ogóle UE polega. Zakładając, że sami to rozumieją. To proste: trzeba mieć funkcjonującą demokrację i funkcjonującą gospodarkę rynkową. Jak się ma, to można zgłosić kandydaturę do unii skupiającej inne państwa, które też mają. Kandydat przystosowuje wówczas, z pomocą UE, swoje prawo tak, by współgrało z pisanymi zasadami, na których wspólne działania opierają państwa członkowskie. Są też zasady niepisane, domniemane, oczywiste: na przykład takie, że demokracja to nie tylko instytucje, ale też pewne wartości. Że wolnorynkowa gospodarka to nie tylko kasa, ale też na przykład wyplenienie korupcji.

Ukraina jest jeszcze o lata świetlne od sytuacji, w której można będzie powiedzieć, że jest państwem europejskim, gotowym by przystąpić do UE. Z podziwem patrzę na ludzi, którzy manifestują w Kijowie. To dowód na to, że ich dążenia i emocje są proeuropejskie, że Ukraina to nie tylko Janukowycz, że jest w Ukrainie Europa. To także wspaniałe świadectwo dla broniących stanu posiadania i wygody obywateli UE, którzy usta pełne mają sloganów o solidarności i sprawiedliwości, a tak naprawdę nie czują już co to jest, bo ktoś to dla nich wywalczył dawno, bardzo dawno temu. Nie przywołują już nawet wolności, bo wydaje im się podejrzana. Głos Europejczyków z Kijowa może uświadomi im, że dobrobyt, wolność, demokracja, prawa człowieka, bezpieczeństwo, to wszystko co mają jako obywatele UE to nie są rzeczy banalne i dane raz na zawsze.

Ale wydarzenia w Kijowie są wyjątkiem. A Charków? A Donieck? Tam ludzie znacznie słabiej rozumieją, o co chodzi kijowianom niż my to rozumiemy w Warszawie. A Łuck, który nadał Stepanowi Banderze honorowe obywatelstwo? Nie kiedyś tam, tylko w 2010, dopiero co. A nacjonalistyczna partia Swoboda, aktywna też w obecnych protestach? Też mamy ONR, ale on nie bierze udziału w wyborach, to margines. Poziom korupcji, która jest głównym mechanizmem napędowym państwa i jego gospodarki, na długo przekreśla europejskie aspiracje tej części Ukraińców, którzy je mają. A Janukowycz jest wyrazicielem olbrzymiej części ukraińskiego społeczeństwa, które nadal postrzega NATO jak wroga, i któremu mentalnie i poltycznie bliżej do Rosji niż do Europy.

Polscy politycy, by zbliżyć Ukrainę do UE, powinni mówić jak naprawdę rzeczy się mają. Ale często inaczej postrzegają swoją rolę. Gdy tylko staną na czele takiej czy innej unijnej delegacji na głowie stają, żeby przed "zachodnimi" ukryć stan rzeczy: "wybory na Ukrainie przebiegają wzorowo. Walka z korupcją jest skuteczna. Prasa jest wolna". Bzdury. Tak nie jest. Na wątpliwości odpowiadają zawsze podobnie: "to taka wschodnia, słowiańska specyfika. Tylko my Polacy to rozumiemy. Dlatego jesteśmy nieodzownym łącznikiem między wschodnią Europą a UE". Oszukując polską i unijną opinię publiczną nie przybliżają Ukrainy do Europy. Zbyt często odnoszę wrażenie, że wielu polskich polityków, mediując w sprawie Ukrainy, zachowuje się jak kiepski, skorumpowany adwokat, który chce wielką, poważną firmę skusić do zrobienia interesu z półlegalnym warsztatem, bo liczy, że sam na tym skorzysta.

A przedstawianie układu stowarzyszeniowego jako furtki do członkostwa to skrajna nieodpowiedzialność. Bywa, że również hipokryzja, gdy hasło "Razem w UE" rzuca eurosceptyczny polityk. Wszyscy ci, którzy dają Ukraińcom nadzieję, że przystąpienie do UE, przez osmozę chyba, zapewni Ukrainie demokrację, sprawne państwo i wolną od korupcji i sprawną gospodarkę, po prostu ich oszukują. Nie tak to działa. Najpierw trzeba spełnić warunki, potem przystępować do UE. Ich spełnieniu może i powinno służyć stowarzyszenie. Ale nie wolno go forsować wedle zasady: byle podpisać, byle skłonić Brukselę do wystawiena czeków (zasadne było pytanie Sikorskiego o "polskie miliony", które Kaczyński chce wpompować za pośrednictwem Janukowycza w skorumpowaną Ukrainę), a potem jakoś to będzie. To złe dla Ukrainy. Złe oczywiście dla UE i idei integracji, partnerstwa, stowarzyszenia, rozszerzenia. To również złe dla Polski. Reformy i modernizacja Ukrainy: to jest cel, w realizacji którego powinniśmy pomagać Ukraińcom zamiast mamić ich niejasnym dla wielu pojęciem "członkostwa", jak hohsztapler mamiący jarmarczną publiczność zaklęciem abrakadabra.

2013-12-01

Pierwsza krucjata antydżenderowa

Jeszcze rok, półtora roku temu informacja, że się ukończyło na uniwersytecie gender studies wywoływała zwykle niezrozumienie. Co takiego ? Jakie „studies” ? Ale to się zmieniło. Dziś wywołuje przerażenie. Albo podniecenie. Nie, co ty, naprawdę?! Za sprawą katolickich hierarchów, rzeszy proboszczów i wikarych oraz tak zwanych środowisk konserwatywnych niszowe studia stały się powszechnie znane. Ale nie jako kierunek uniwersytecki, nie jako specjalizacja badawcza tylko jako ideologia wszelkiego zła.

„Gender" to „ideologia groźna jak nazizm", to „gendertotalitaryzm” – mówi katocelebryta YouTube'a ksiądz Dariusz Oko. Według publicysty Frondy Tomasza Terlikowskiego, „gender” to groźna ideologia, która zagraża naszym dzieciom. Ideologia gender „niszczy człowieka” - glosi w Naszym Dzienniku ksiądz profesor Janusz Bujak, a abp Marek Jędraszewski z Łodzi, w imieniu „wspólnoty polskich biskupów » przestrzega, że gender „uderza w rodzinę", a więc także w „przyszłość społeczeństwa", „prowadzi do śmierci cywilizacji.



Czarny pijar przeciw gender i homolobby

Ten, kto wymyślił termin "ideologia gender" powinien dostać jakieś grand prix czarnego pijaru. Angielskie słowo "gender" potęguje uczucie obcości. A termin "ideologia" narzuca relację opartą na konfrontacji: nie można już być neutralnym, trzeba zająć stanowisko, wybrać obóz i się okopać. W odróżnieniu od filozofii czy teorii, „ideologia jest narzędziem bezwzględnej walki o swoje interesy, także kosztem prawdy i dobra – uzasadnia ksiądz Oko użycie terminu ideologia - narzędziem w bezpardonowej walce o korzyści dla ateistycznego gender i homolobby” (Tygodnik Niedziela, 24/2013).

Tymczasem nie ma czegoś takiego jak „ideologia gender”. Jest stworzone w latach sześćdziesiątych pojęcie „gender”, stosowane jak instrument badawczy. Można uważać, że jest przydatne albo nie, ale nie można być za albo przeciw niemu. Tym samym nie ma „teorii gender” , z którą można się zgodzić lub ją odrzucić. Pojęcie „gender” ma polskie tłumaczenie: to społeczno-kulturowa tożsamość płciowa. Odróżnia się ją od pojęcia płci biologicznej ograniczającego się do fizjologii, anatomii i genetyki. „Studia gender” od początku lat dziewięćdziesiątych zajmują się badaniem roli społecznej mężczyzn i kobiet, starają się dociec co oznacza dziś, w sensie społecznym, bycie mężczyzną albo kobietą, jaka jest relacja między nimi, jaka jest ich społeczna sytuacja.

Najwyraźniej jest dziś w Kościele zapotrzebowanie na krucjatę. Ale trudno prowadzić krucjatę przeciw instrumentom badawczym, naukowym pojęciom czy studiom uniwersyteckim. Można natomiast ogłosić ją przeciw „propagatorom ideologii”. Branding wroga poprzez użycie słowa „ideologia” powiódł się znakomicie.



"Chłopaki nie płaczą"

Pije jak chłop (wypowiedziane z niesmakiem), ma powodzenie u kobiet (z uznaniem), ugania się za chłopami (czyli dziwka), ubiera się jak facet (czyli pozbawiona kobiecości, może lesbijka), marze się jak baba (czyli niemęski) – przypisanych męskości i kobiecości cech jest bez liku, od najwcześniejszych lat życia. „Nie będę chodzić w takich dziewczyńskich butach” zaprotestuje chłopiec już w przedszkolu. A Tadeusz Wozniak w ostatnim Dużym Formacie (28/11/2013) oświadczył: „zawsze uważałem, że piosenkarstwo to zawód mało męski. Raczej dla kobiet." Studia gender badają zjawisko kulturowego przepisania i utrwalenia tych cech i zachowań, nie negują męskości i kobiecości, stawiają pytania, na przykład jak i dlaczego tak pojmowane męskości i kobiecość wpływają na dostęp do zawodu, na wysokość płacy, na łatwość awansu, na zajmowane stanowisko.

W Radiu PiN, które wchodząc lata temu na rynek reklamowało się jako jedyna stacja tylko dla facetów, leci reklama: kobieca kobieta prosi męskiego mężczyznę, by znalazł dla nich odpowiednie mieszkanie, takie żeby jej łatwo było wracać z zakupami do domu. A on nie wie jak: gdzie ja Ci takie mieszkanie znajdę, pyta po męsku zniechęcony. A ona wie i po kobiecemu, głosem przymilnej prośby mu mówi co i jak, bo się dowiedziała. Reklama się kończy i tylko wyznawca "ideologii gender" może udawać, że nie wie, czemu ta kobieta, skoro sama wie, się tym sama nie zajmie. Bo każdy inny, normalny człowiek, rozumie: kobieta nie załatwia takich spraw. Przecież jest kobietą.


Kobieta za kierownicą, Beauty Parade, marzec 1952 (na zdj. Betty Page)                                                                   źródło: Wikimedia commons

"Baby są jakieś inne"

Badacze posługujący się pojęciem gender mogliby uznać kobiecą rolę w tej reklamie za ilustrację kulturowo uwarunkowanego i wyćwiczonego zachowania. Dla fundamentalistów katolickich natomiast będzie to odwód na zaprogramowaną przez Boga odmienność kobiety i mężczyzny. To z tej wrodzonej, uwarunkowanej biologiczną płcią odmienności wynikają ich role i nie ma od tego ucieczki. Próba zmiany tego stanu rzeczy jest pogwałceniem boskiego porządku i zasad religii. A to już objaw zła, któremu trzeba się przeciwstawić.

Inaczej zwolennicy równości między kobietami i mężczyznami posługujący się pojęciem społeczno-kulturowej tożsamości płciowej: będą poszukiwali sposobu, by to zmienić zachęcając dziewczynkę do wzięcia odpowiedzialności, podjęcia decyzji i działania tak, by była do tego zdolna i społecznie uprawniona również kiedy stanie się dorosłą kobietą. Niech to będzie jej wybór. Na równi z mężczyzną i na takich samych zasadach powinna mieć prawo do samorealizacji i uczestniczenia w życiu społecznym. Choć to trudne w Polsce do wyobrażenia, można być katolikiem i do tak pojętej równości dążyć. Bo rozróżnienie między tymi, którzy do badań genderowych się odwołują a tymi, którzy widzą w nich szatańską ideologię nie odzwierciedla podziału na wierzących i ateistów, na katolików i niekatolików, tylko na religijnych fundamentalistów i na ludzi otwartych.



Równość to nie identyczność

Dla fundamentalistycznych katolików dążenie do społecznej równości kobiet i mężczyzn jest jednoznaczne z dążeniem do zaprzeczenia biologicznej różnicy między kobietą a mężczyzną. To oczywista bzdura, pomieszanie roli społecznej z biologią. Równość to nie identyczność. Głupota, ignorancja czy zła wola? Proporcje między tymi składnikami fundamentalizmu różnie rozkładają się u różnych jego przedstawicieli.

Ale przyjmując taki punkt widzenia idą o krok dalej, identyfikując "ideologię gender" z "promocją homoseksualizmu". Jedynie znana i analizowana od dawna seksualna obsesja katolickich fundamentalistów może wytłumaczyć taką interpretację, bo choć badania gender mogą być pomocne w analizowaniu seksualności, to ich utożsamienie z jedną orientacją seksualną lub jej "krzewieniem" to oczywista, odwołująca się do homofobii manipulacja.

Niedawno bezpośredniego wpływu "ideologii gender" na seksualność dopatrzył się arcybiskup Michalik, identyfikując ją jako przyczynę … pedofilii (kazanie wygłoszone we Wrocławiu 16.10.2013). Rzecznik episkopatu tłumaczył potem, że nie chodziło o przyczynę tylko o "faktor". Inne "faktory" to rozwody i pornografia. Ciekawe, jaki faktor zadecydował o tym, że Bóg odebrał swoim sługom rozum? Rozum, ale przecież nie wiedzę: nie ma powodu przypuszczać, że członkowie episkopatu nie znają się na pedofili.



Kobiecy komplement

Dla katolika fundamentalisty biologiczne różnice między kobietą a mężczyzną dowodzą, że również o zróżnicowaniu ich ról i pozycji społecznych zadecydował Bóg. Jako wyznawcy esencjalizmu fundamentaliści katoliccy głoszą pogląd, że natura ludzka jest odwieczna i niezmienna, a ponieważ człowiek rodzi się albo kobietą albo mężczyzną, to – jak mówi arcybiskup Jędraszewski - „tożsamość człowieka określana jest już przez same struktury biologiczne”.

Przez długie wieki, przed pojawieniem się w latach sześćdziesiątych pojęcia gender, w taki sposób uzasadniano męską dominację w społeczeństwie i pozycję kobiety: biernej, zależnej od mężczyzny i jemu podległej, zabiegającej o jego ochronę w zamian za macierzyństwo, które jest jej jedynym przeznaczeniem. Nie ma mowy o dominacji, rzecz jasna, lecz o komplementarności płci. Dla porządku społecznego ta komplementarności jest kluczowa, przy czym to kobieta jest dopełnieniem mężczyzny, a nie na odwrót.



Tajne i jawne eksperymenty na dzieciach

Pomysł, by się rolami zamieniać, to oczywiście zboczenie. Nawet na niby, w ramach zabawy, mogłoby to być dozwolone jedynie od lat osiemnastu. Ale nie wcześniej! I dlatego słuszne Stanisław Pięta (a może Pieta? - byłoby nabożniej), poseł konserwatysta-antykomunista z PiS (tak się przedstawia na Twitterze), wystąpił z interpelacją w sprawie programu edukacyjnego "Równościowe przedszkole". Zażądał ujawnienia listy 86 przedszkoli, w których prowadzone są "eksperymenty na dzieciach". Mógłby zajrzeć do internetu, znalazłby informację bez problemu. Ale tak lepiej brzmi: ujawnia się wszak tylko to, co tajne. A wyznawcy "ideologii gender", poza działaniami jawnymi, prowadzą też oczywiście działania tajne wymierzone w naturalny społeczny porządek. Tak jak mędrcy Syjonu albo masoni: ich spiski czujni obrońcy moralności, Boga i naturalnego porządku demaskowali podobnie, jak dziś demaskują "genderyzm".

Obrońcy „normalności” nie mogą dopuścić do dominacji „ideologii gender” w programach nauczania. Tak jak stało się to na Zachodzie, skąd do nas, na Wschód, przychodzą złe wzorce. W Niemczech na przykład władze, opanowane przez „gendertotalitaryzm”, grożą rodzicom więzieniem jeżeli ich dwunastoletnie córeczki okażą się nieposłuszne i odmówią lizania sztucznych członków we wzwodzie, na które nauczycielki/ nauczyciele każą im naciągnąć wielosmakowe prezerwatywy.

Skąd o tym wiadomo? Od księdza Oko, ma się rozumieć. W Polsce na razie prawicowa prasa informuje tylko o próbach zmuszania chłopców do przebierania się za Kopciuszka. Przebieranie chłopa za babę to odzieranie chłopców z godności – alarmuje Nasz Dziennik i Fronda. Chłopcy płaczą – to jednoznaczny dowód odarcia z godności i jednocześnie negowania praw natury, bo przecież wiadomo, że normalnie chłopaki nie płaczą. Prawicowe portale nie odnotowały natomiast czy przebrane za księcia dziewczynki też zostały odarte z godności.

Członkowie episkopatu wielokrotnie potępili złą edukację seksualną i ideologię gender. Każda okazja jest dobra, na przykład święto Bożego Ciała, z którego skorzystał poznański abp Stanisław Gądecki, choć „gender” tego akurat ciała wcale nie jest taki oczywisty. Tylko psychoanalitycy mogą sprawdzić czy właśnie to niedopowiedzenie nie jest przyczyną antygenderowej obsesji Kościoła.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...