2013-07-04

Pakiet klimatyczny czyli kto ukradł księżyc

Spór między Tuskiem i Kaczyńskim o to, kto popełnił zbrodnię stulecia godząc się na unijny pakiet klimatyczny, jest żałosny. Po pierwsze dlatego, że to żadna zbrodnia. Po drugie z tego powodu, że ten spór dowodzi braku odpowiedzialności politycznej obu stron, utrwala bowiem błędny kierunek debaty publicznej zamiast go zmieniać. Po trzecie, jest dowodem krótkowzroczności obu polityków i ich ugrupowań: z powodu wiążących dla Polski zobowiązań i priorytetowej pozycji polityki klimatycznej w UE każdy następny rząd będzie musiał sobie z pakietem klimatycznym poradzić.   

"Psze Pani, to on zaczął"

L.Kaczyński i D. Tusk w Brukseli        ©UE
Najpierw o odpowiedzialności. Pakiet klimatyczny to nie jest sprawa jednego podpisu, choć takie przekonanie można wysnuć na podstawie sporu, jaki przy okazji konkurencyjnych kongresów partyjnych wszczęły nawzajem  PiS i PO. Sprzeczka toczy się na poziomie piaskownicy. I jak to na podwórku: trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto zaczął. Najintensywniejszy okres rozmów, projektów i negocjacji, które doprowadziły do przyjęcia pakietu przypadł na rok 2007. Prezydentem był wtedy Lech Kaczyński, ale rozmowy na poziomie roboczym w ramach Rady UE prowadził rząd. Do listopada 2007 na jego czele stał Jarosław Kaczyński. To w marcu 2007 roku Rada Europejska (skupiająca szefów państw i rządów) przyjęła cele polityki klimatycznej zaproponowane przez Komisję Europejską. Wtedy też 27 państw poparło filozofię polityki klimatycznej, która obowiązuje do dzisiaj:  UE przejmuje przywództwo w światowej walce ze skutkami zmian klimatycznych, ustala cele wykraczające poza tzw. protokół z Kioto i gotowa jest przeprowadzić technologiczną i przemysłową rewolucję podporządkowaną tym celom nie oglądając się na resztę świata. Chodziło o redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz o plan działań na lata 2007-2009. Jego fundamentem było zobowiązanie znane jako 3 x 20. Polska, rządzona niepodzielnie przez braci Kaczyńskich poparła te założenia, choć mogła wtedy skorzystać z prawa weta. To one stały się podstawą pakietu ustawodawczego, który opracowała w styczniu 2008 Komisja Europejska. 

Negocjacje przybrały na sile i w marcu tego samego roku Rada Europejska przyjęła założenia pakietu oraz kalendarz działań. Wtedy premierem był już Donald Tusk. Prezydentem - nadal Lech Kaczyński. Ale w czasie prac rozmów w Radzie UE, na szczeblu ministrów i ambasadorów, to rząd a nie prezydent odgrywał rolę wiodącą. W grudniu 2008 Rada Europejska przyjęła wreszcie pakiet klimatyczny (w wersji osłabionej w porównaniu do planów Komisji). 

Lech Kaczyński brał w tej Radzie udział jako głowa państwa. Jego zaangażowanie w negocjacje na szczeblu Rady Europejskiej nie wynikało wprost z kompetencji konstytucyjnych, raczej z ambicji politycznych rozniecanych przez brata. Gdyby tym ambicjom nie uległ, nie negocjowałby pakietu, o którym pojęcie miał nikłe, a dziś jego brat mógłby mówić: "wina Tuska". Ale uległ. Prezydent złożył też wtedy w prasowym wywiadzie naiwną deklarcję o polskim (to znaczy swoim) ustępstwie wobec Angeli Merkel w zamian za jej poparcie polskiego stanowiska w sprawie systemu głosowania w Radzie. Stanowisko to, wyglądające na żart szalonego matematyka, nie miało szans powodzenia. Poza tym, decyzja podejmowana była w Radzie większością głosów (a nie jednomyślnie, jak w 2007). Ale mniejsza o to. Przypominam sobie, że polskie media pasjonowały się wtedy tym kto pierwszy: premier czy prezydent, usiądzie na krześle jako szef polskiej delegacji, a nie ich sporem na temat pakietu klimatycznego. Bo też takiego sporu przypomnieć sobie nie mogę. Proces ustawodawczy nie zakończył się na grudniowym szczycie UE. Swoje do powiedzenia, jako współustawodawca, miał też Parlament Europejski. Dyrektywy, decyzje i rozporządzenia tworzące pakiet lub uzupełniające go przyjmowane były w 2009 roku. Zdecydowanie nie była to więc kwestia jednego podpisu, którego złożenie zarzucają sobie nawzajem Tusk i Kaczyński.

Patriotyzm klimatyczny

W szowinistycznym dyskursie PiS pakiet klimatyczny przedstawiany jest jako zamach na Polskę. Jak zwykle zamachów na Polskę dokonują Niemcy. Nic dziwnego, że w patriotycznej dyplomacji wysokiego lotu (bardzo przepraszam za ironię), jaką uprawiał Lech Kaczyński, nazwisko Merkel musiało się pojawić. Nic dziwnego też, że dziś PiS zarzeka się, że z pakietem klimatycznym nie miał nic wspólnego. Jest jednak jasne, że polska delegacja rządowo-prezydencka rzeczywiście poparła pakiet w imię unijnej lojalności i odpowiedzialności, a więc na sposób niemiecki, a nie powodowana ekologiczną wrażliwością, która jest motorem działania krajów skandynawskich. Ortodoksyjne stanowisko tych ostatnich zostało zresztą osłabione przez koalicję Polski i krajów bałtyckich (które w tej rozgrywce okazały się bardziej częścią wschodu Europy, energetycznie i przemysłowo zapóźnionego, niż jej północnej, proekologicznej flanki). Osłabienie to jednak powiodło się przy poparciu Niemiec, środowiskowo wrażliwych, to prawda, ale jednak na pierwszym miejscu stawiających swój wielki, enrgochłonny przemysł, między innymi samochodowy. Do dziś zresztą największym opononentem duńskiej komisarz do spraw klimatu jest w Komisji Europejskiej niemiecki komisarz do spraw energii. 

Poza retoryką antypolskiej zmowy, dyskusja na temat pakietu klimatycznego zdominowana jest w Polsce przez węgiel. I to węgiel bardziej jako największy skarb narodowy, bogactwo "tej ziemi", niż jako element energetyki wyokoemisyjnej i kopalnych źródeł energii. Czasem, zwłaszcza wsłuchując się w to, co mówi PiS i pisopodobni, można odnieść wrażenie, że w negocjacje na temat pakietu klimatycznego powinien zostać włączony IPN, a może nawet, kto wie, Muzeum Powstania Warszawskiego, tak często pojawia się wystąpieniach Kaczyńskiego wątek krzywd doznanych przez naród polski. Każdy jest patriotą na swój sposób. Nie w tym jednak rzecz. Swoiście pojęty patriotyzm zaważył już kiedyś na stanowisku Lecha Kaczyńskiego w sprawie pakietu klimatycznego. Również dziś jest podstawą pisowskiej argumentacji. I tak jak wtedy niczego w ten sposób się nie wynegocjuje, bo do nikogo spoza Polski te argumenty nie trafiają. Mają zastosowanie wyłącznie jako retoryka na użytek lokalnego elektoratu. Dramatycznie patriotyczna oprawa, paradoksalnie, szkodzi Polsce, a nie pomaga. Tak jak zaszkodziła wtedy, w 2007 roku, gdy można jeszcze było uzyskać dla Polski, której sytuacja energetyczna faktycznie jest specjalna, więcej, niż uzyskano (bo jednak coś uzyskać się dało, nawet jeśli trudno to uznać za wyłącznie polskie zwycięstwo: firmy energetyczne dostały większość uprawnień do emisji CO2 za darmo, obecnie to aż 80 proc. uprawnień). Zamiast jednak gubić się w narodowej emfazie, trzeba dokładnie pakietowi klimatycznemu się przyjrzeć. Zamiast przywoływać jak zaklęcie potencjalne weto, którego Lech Kaczyński nie zastosował wtedy, gdy jeszcze było to możliwe i którego dziś już użyć nie można, trzeba zobaczyć, jak skutecznie i z korzyścią dla Polski powiedzieć "tak". Inaczej mówiąc, jak najlepiej wykorzystać pakiet klimatyczny. Bo sztuka funkcjonowania w UE polega na przemyślanym powiedzeniu "tak", a nie na bezproduktywnym domaganiu się prawa do mówienia "nie" za każdym razem, gdy coś się zawaliło. Szkoda, że obecny rząd uległ retoryce PiS.

Komu opłaca się pakiet klimatyczny

Pakiet klimatyczny to nie tylko redukcja emisji CO2 kosztem polskiego węgla. Poza redukcją emisji gazów cieplarnianych (nie tylko dwutlenku węgla), pakiet dotyczy też zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii oraz bardziej efektywnego zużycia energii. Efektywność zużycia energii przez polskie firmy jest dwukrotnie gorsza niż średnia unijna. Z dymem, w atmosferę, ulatuje w Polsce nie tylko dwutelenek węgla, ale dużo pieniędzy. Polskie budownictwo, zwłaszcza to z czasów PRL, jest niesamowicie enegochłonne. Unijne normy można wypełniać nie tylko bez szkody, ale zyskiem dla budżetu państwa i portfeli mieszkańców. Oczywiście, że wymaga to inwestycji. Są na to unijne pieniądze. Oczywiście, że wymaga to technologii. To wielka szansa dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw, możliwość poczynienia oszczędności i zwiększenia konkurencyjności. Chętnie posłuchałbym sporu PO i PiS jak z tych szans skorzystać. Jak powiedzieć pakietowi klimatycznemu "tak" z korzyścią dla ludzi i polskiej gospodarki. W wystąpieniu Kaczyńskiego na kongresie PiS coś o nowych technologiach było. Ale jak zwykle w formie zarzutu wobec Tuska. Zarzutu pewnie uzasadnionego. Co z tego, skoro niemal cała reszta wypowiedzi Kaczyńskiego spycha nie tylko polską gospodarkę, ale Polskę w ogóle w anachroniczną czasoprzestrzeń. 

Realizacja zapisanych na papierze norm i celów wymaga jak najbardziej fizycznych instrumentów: nowoczesnych systemów grzewczych, pomp, "inteligentnych" liczników poboru energii, technologii do pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych (na przykład z wody i wiatru), jej przekazywania i magazynowania (na przykład z wykorzystaniem nośników wodorowych). Tego rodzaju produkty stanowią 10% duńskiego eksportu. Niemcom opłaca się sprowadzać i przetwarzać polskie odpady, bo w Polsce nie było do niedawna systemu ich pozyskiwania, a obowiązek segregacji został dopiero wprowadzony.  Nie zauważyłem, żeby techniczny rząd PiS podjął programową debatę z rządem PO-PSL jak skorzystać na pakiecie klimatycznym i jak pomóc małym i średnim przedsiębiorstwom, by podjęły technologiczne i rynkowe wyzwania. 

Na energii słonecznej krocie zarabiają dziś Chińczycy. Zarabiają głównie w Europie, bo pakiet klimatyczny zmusza państwa UE do większego niż kiedyś wykorzystania tego trwonionego zbyt długo źródła energii. Europejczycy kupują więc masowo panele słoneczne i dopiero niedawno zorientowali się, że niemal wszystkie są made in China. Doprowadziło to najpoważniejszego od lat sporu handlowego między Chinami i UE, który rozsztrzygnięcie znajdzie pewnie w wyniku arbitrażu i decyzji Międzynarodowej Organizacji Handlu. Europa oskarża Chiny o stosowanie cen dumpingowych. Słusznie. Ale Chińczycy wygrywają w konkurencji z niemieckimi czy francuskimi przedsiębiorstwami dzięki niskim kosztom pracy. Dlaczego w tej konkurencji zabrakło polskich przedsiębiorstw? Obawiam się, że po nieuchronnej przegranej Chin zabraknie ich również w najbliższej przyszłości, mimo, że koszt wyprodukowania paneli będzie w Polsce nadal niższy niż w Niemczech i we Francji, a zapotrzebowanie na nie będzie wzrastać. 

Polskie uwęglenie 

Polska broni węgla, bo ma go dużo. Słyszę, że ograniczenie jego zużycia zmniejszy polską niezależność energetyczną. Rzadziej jednak słychać, że  Polska węgiel importuje. Własnego nie starcza. Często jest droższy. Import węgla od 2006 roku wzrasta, a państwo dopłaca do węgla wydobytego w Polsce.  Oszczędności? Niezależność energetyczna? Absurd. Na pewno korzysta na tym systemie lobby węglowe. Politykom na pewno łatwiej bronić narodową skamienielinę - dosłownie i w przenośni - niż pomyśleć jak dostosować przemysł do potrzeb jutra, niż prowadzić nowoczesną politykę przemysłową i energetyczną. Zależność energetyczna całej UE rośnie, a nie maleje. Dziś 60% gazu i ropy pochodzi z importu. Jeżeli obecna tendencja nie zostanie zastopowana, to w krótkim czasie zależność może sięgnąć 80%. UE musi zmniejszyć uzależnienie od importu kopalnych źródeł energii jak najszybciej. Cała UE, również Polska. Węgiel nie jest odpowiedzią, nawet jeżeli na krótszą metę w UE i na dłuższą w Polsce jego wykorzystanie zostanie utrzymane, a w czasie kryzysu - okresu sprzyjającego polityce krótkowzrocznej - nawet wzrasta. 

Dwóch budrysów

Nie zarzucam nikomu w Polsce braku entuzjazmu wobec uijnej polityki klimatycznej. Nie sądzę, żeby ktokolwiek zdrowomyślący mógł uznać, że w ciągu parunastu lat polska gospodarka zastąpi węgiel innymi źródłami energii. Nie wierzę w przeprowadzenie rewolucji przemysłowej w krótkim czasie. Ale traktowanie pakietu klimatycznego jako dopustu bożego, sprzeczka o to, kto bardziej zawinił nie blokując tej zasadniczej dla UE polityki, brak jakiejkolwiek refleksji na temat korzyści, jakie pakiet powinien Polsce przyjąć i rzetelnej pracy na rzecz reform, które brałyby w pełni pod uwagę zobowiązania Polski wynikające z pakietu uważam za gospodarczy, polityczny, dyplomatyczny i patriotyczny kretynizm. Najnowsza pyskówka między Tuskiem a Kaczyńskim w tej sprawie utrwala kierunek debaty publicznej, który nie pozwala zwiększyć poziomu wiedzy ludzi na temat unijnej, a więc również polskiej polityki klimatycznej; cementuje stereotypy, zamiast zwiększyć racjonalność debaty; utrudnia uzyskanie społecznego poparcia dla działań, które pozwoliłyby Polsce skorzystać na pakiecie klimatycznym; wiąże ręce każdemu kolejnemu rządowi, który będzie musiał polityce klimatycznej UE się podporządkować, czy mu się to podoba czy nie. 

Bo polityka klimatyczna Unii to nie jest jakiś tam pakiet. To jest wybór kierunku rozwoju całej wspólnoty na długie lata. Ma on zasadniczy wpływ na politykę przemysłową we wszystkich jej wymiarach, na rolnictwo i jego finansowanie, na badania i innowacje, na rynek wewnętrzny i swobodny przepływ towarów, na politykę energetyczną, transport, infrastrukturę (a tym samym na fundusze europejskie współfinansujące inwestycje infrastrukturalne), na handel zagraniczny, na politykę współpracy z państwami rozwijającymi się. Politycy, którzy nie chcą lub nie potrafią tego zrozumieć i wytłumaczyć społeczeństwu ponoszą wielką odpowiedzialność. Dziś spór o pakiet klimatyczny między Tuskiem a Kaczyńskim to spór między dwoma niezbyt miłymi budrysami, którym skradziono księżyc.


2013-06-26

Dyplomatyczny sukces Orbána

Orbán ma dobrą passę. Przynajmniej na niwie dyplomacji, bo w ciągu dwóch dni odnotował dwa znaczące sukcesy. Zgromadzenie Parlamenarne Rady Europy postanowiło nie wszczynać procedury ścisłego monitoringu poszanowania zasad demokracji i państwa prawa na Węgrzech. A Komisja Europejska, na prośbę Budapesztu, zgodziła się usunąć z zaleceń adresowanych do węgierskiego rządu fragment poświęcony niezależności organów sprawiedliwości w tym kraju.

Kerstin Lundgren                                            © Rada Europy
Czy oznacza to, że sytuacja się poprawiła? Oczywiście nie. Komisja Wenecka Rady Europy przyjęła bardzo krytyczne sprawozdanie na temat stanu demokracji na Węgrzech. Zaleciła Zgromadzeniu Parlamentarnemu objęcie Węgier procedurą nadzoru. Sprawozdawca parlamentarny ze Szwecji, pani  Kerstin Lundgren (na zdjęciu w czasie obrad Zgromadzenia), poparła ten wniosek. Dotychczas procedura monitoringu stosowana była raczej rzadko. Na liście objętych nią krajów znajdują się regularnie Serbia, Ukraina, ale też Rosja. Węgry, gdyby zastosowano w ich przypadku tę procedurę, byłyby pierwszym członkiem UE, który znalazłby się na tej niechlubnej liście. Ale wielu parlamentarzystów z Rady Europy nie ukrywało wczoraj, że zastosowanie procedury wobec Węgier ośmieszyłoby tę organizację międzynarodową ukazując jej praktyczną niezdolność do monitorowania czegokolwiek na Węgrzech. Procedury więc nie wszczęto, ograniczono się do pustego sformułowania, że Rada Europy będzie uważnie przyglądać się sytuacji na Węgrzech. Paradoksalnie, Węgry uniknęły despektu ponieważ są członkiem UE, z definicji więc należą do klubu przestrzegającego zasad, za nieprzestrzeganie których Budapeszt jest krytykowany.

Komisja Europejska poszła Orbánowi na rękę z podobnego powodu: brak jej właściwie kompetencji, by - przy zastosowaniu istniejących procedur - ścigać Orbána za próby politycznego podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości. Od niedawna, co roku, Komisja Europejska przedstawia państwom członkowskim swoje zalecenia. To ważna zmiana w funkcjonowaniu UE, choć niedoceniania w mediach, stanowiąca nowy instrument ścisłej koordynacji na poziomie unijnym polityki gospodarczej i budżetowej państw członkowskich. Próba upolitycznienia zalecenia skierowanego do Węgier była właściwie z góry skazana na porażkę: cóż niby negatywna ocena niezależności węgierskiego sądownictwa i ataków na Trybunał Konstytucyjny miałaby robić wśród zalecenień gospodarczych? Mimo, że ocena ta jest prawdziwa, Komisja zgodziła się ograniczyć zapisy w tej sprawie do lakonicznego sformułowania zastosowanego również wobec dziesięciu innych krajów. 

Wygląda na to, że na Orbána nie ma kija. Węgierscy wyborcy, bardziej podatni na populizm Wiktatora niż na płynące z zewnątrz apele o poszanowanie demokracji, praw człowieka i państwa prawa, gotowi są poprzeć go w następnych wyborach. Dla UE, budowanej przez pół wieku przy milczącym założeniu, że istnieje nienaruszalny konsensus w sprawie zasad podstawowych, oznacza to poważny dylemat: jak długo można tolerować w swoim gronie państwo, które tych zasad przestrzegać nie chce.  

2013-06-14

UE negocjuje sama z sobą mandat na negocjacje handlowe z USA

Ministrowie handlu zagranicznego UE, którzy obradują dziś od 10:00 w Luksemburgu by określić mandat negocjacjacyjny na rokowania handlowe z USA, mają cztery opcje:
1) przyjąć jednogłośnie propozycję Komisji Europejskiej i włączyć sektor kultury, z przemysłem audiowizualnym na czele, do negocjacji w sprawie wolnego handlu z USA;
2) poprzeć stanowisko Francji i utrzymać zasadę "wyjątku kulturalnego" w negocjacjach handlowych;
3) udzielić Komisji Europejskiej ograniczonego mandatu negocjacyjnego, włączając kulturę do negocjacji, ale zobowiązując Komisję do konsultowania z Radą (a w praktyce z Francją) każdego kroku w tej dziedzinie;
4) przyjąć do wiadomości francuski (a może też belgijski i grecki) opt-out w dziedzinie kultury.

Pierwsza opcja jest właściwie nierealna: Francja wyraźnie powiedziała, że użyje prawa weta, a decyzja musi być podjęta jedomyślnie. Wtedy negocjacje nie mogłyby się rozpocząć. Druga możliwość okazałaby się bez wątpienia bardzo kosztowna dla UE. Wyłączenie kultury z negocjacji (stanowi ona 2% unjijnej wymiany handlowej ze Stanami Zjednoczonymi) wywołałoby po stronie amerkańskiej żądanie wyłączenia innych obszarów, na przykład zamówień publicznych (10% unjijnego handlu z USA). Na dodatek takie rozwiązanie osłabiłoby pozycję negocjacyjną Komisji: jak przekonać Amerykanów, że kultura nie ma zasadniczego znaczenia w tych negocjacjach, skoro państwa członkowskie UE uczyniły z niej priorytet? Obrona tego priorytetu może być kosztowna również dlatego, że kultura to drugie, po zbrojeniach, eksportowe źródło dochodu dla USA. Nie można jednak tej opcji wykluczyć, bo Francja, paradoksalnie, może uzyskać wsparcie dwóch państw najmniej skłonnych doj obrony "wyjątku kulturalnego": Niemiec i Wielkiej Brytanii. Jedni i drudzy wolą wyłączenie kultury niż francuskie weto i de facto klęskę negocjacji zanim się jeszcze zaczęły. Zwłaszcza w kontekście czternastego szczytu USA-UE. Trzecią propozycję przedstawiła Francji Komisja Europejska w czwartek, ale nie spotkała się ona z entuzjazmem Francuzów. Czwarta opcja oznacza, że Francji (i ewentualnie innych państw, które zdecydują się na opt-out), dotyczyłyby wszystkie zapisy wynegcjowanej przez Komisję umowy handlowej z USA z wyjątkiem tych obejmujących kulturę. Konferencja prasowa, na której decyzja państw członkowskich ma zostać ogłoszona, została optymistycznie wyznaczona dzisiaj na 12:30.

Aktulizacja:  Po wielogodzinnych dyskusjach w Luksemburgu Francja postawiła wieczorem na swoim: kultura została "tymczasowo" wyłączona z negocjacji handlowych UE z USA. Wygrała opcja 2. Jedyne co udało się uzyskać, to pozostawienie otwartych drzwi: decyzja nie jest ostateczna. Ale wygląda to na papierowy kompromis, o którym wszyscy szybko zapomną.

Komisja Europejska ogranicza swoje kompetencje

Komunistyczna L'Humanité z 14.05.2013 przestrzega
przed komercjalizacją kinematografii, ale 

w tej sprawie nie ma różnic miedzy lewicą a prawicą
Zawsze było tak, że Komisja Europejska występowała w negocjacjach handlowych z państwami trzecimi jako przedstawiciel całej Unii Europejskiej, wszystkich jej państw członkowskich. Tak niedawno negocjowano porozumienie o wolnym handlu z Koreą i z Kanadą. Tak miało być i tym razem, w negocjacjach ze Stanami Zjednoczonymi.

Jak zwykle państwa członkowskie miały dogadać się w sprawie mandatu negocjacyjnego dla Komisji na posiedzeniu ministrów handlu w piątek, 14 czerwca. Ale w czwartek stało się jasne, że się nie dogadają, bo Francja ani myśli odstępować od groźby weta, gdyby unijne stanowisko nie zostało określone tak, jak Paryż sobie tego życzy. Chodzi o wyłączenie całego sektora usług i dóbr kultury z negocjacji handlowych w imię zasady "wyjątku kulturalnego" (pisałem o tym przedwczoraj tutaj). Na nic nie zdały się zapewnienia Komisji Europejskiej, że żadna z obowiązujących dziś w sektorze kultury reguł nie jest przedmiotem negocjacji.

Po raz pierwszy Komisja Europejska zdecydowała się więc ograniczyć swe kompetencje w handlu zagranicznym. Owszem, będzie negocjować z USA w imieniu UE, ale gdy przyjdzie rozmawiać o sektorze audiowizualnym i o internecie, każdy krok będzie konsultowany z państwami członkowskimi. Taktyka Komisji jest jasna: nie ufacie nam? Dobrze, patrzcie nam na ręce, powstrzymacie nas, gdyby coś szło nie po waszej myśli. Ale przynajmniej zacznijmy te negocjacje. Czy Francja zgodzi się na to rozwiązanie okaże się już za parę godzin. Stawka jest wysoka dla całej Unii Europejskiej i dla USA, bo zyski z zawarcia porozumienia między dwiema największymi gospodarkami świata byłyby obopólne. Stawka jest też wysoka dla francuskiego rządu, bo sprawa coraz bardziej wymyka się spod władzy rozumu, coraz silniej grają emocje polityczne. Zmobilizowana jest cała klasa polityczna i nadzwyczaj wpływowe we Francji środowisko twórców kultury. Nie tylko francuskich i nie tylko europejskich. Poparcia udzielili im na przykład George Lucas i Steven Spielberg. Amerykanie było nie było. Pod petycją europejskich twórców w obronie wyjątku kulturalnego podpisał się między innymi Michel Hazanavicius, którego film The Artiste (Oscar w 2012, mój tekst o filmie) odniósł w USA sukces rzadko będący na tym rynku udziałem Europejczyków.

2013-06-12

Telewizja publiczna: kto udaje Greka

Wczoraj, 11 czerwca, grecka telewizja publiczna ERT przestała nadawać. To jasne: bez dziennikarzy i obsługi technicznej telewizja funkcjonować nie może. A tych, bez wcześniejszego wypowiedzenia, wszystkich za jednym zamachem, zwolnił z pracy rząd, żeby - jak przyznał - zaoszczędzić publiczne pieniądze. Cięcia budżetowe. Kryzys. Przecieram oczy ze zdumienia, gdy tu i ówdzie słyszę, że winna jest Unia Europejska.

Po pierwsze, skąd to oskarżenie? Z automatu: cięcia, oszczędności, wiadomo kto jest winny tej polityce: Bruksela. Co do tego zgadza się grecka (ale też na przykład francuska) lewica i nacjonalistyczna prawica eurosceptyczna o lewicowych poglądach gospodarczych (na przykład w Polsce). Antonis Samaras, prawicowy grecki premier, jest zachwycony: socjalistyczny Pasok pomaga mu jak może, choć bezwiednie, w przekonaniu ludzi, że nie miał innego wyjścia. Sprawa wydaje się jasna, bo rzeczywiście Troika, czyli Komisja Europejska, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Centralny, zaleciły Grecji między innymi redukcję zatrudnienia w sektorze publicznym. Chodzi o 2500 pracowików, masowe zwolnienia w telewizji publicznej pozwalają to zadanie wykonać niemalże za jednym zamachem.

Tylko, że Troika nigdy nie wspominała o redukcji zatrudnienia w mediach publicznych. Sam MFW mógłby to może zrobić. Ale nie Troika z Komisją Europejską w składzie. Nie tylko dlatego, że z przyczyn politycznych Komisji nie przyszłoby to nawet do głowy, ale i z tego powodu, że nie ma takiej kompetencji: specjalny protokół w Traktacie Amsterdamskim pozostawia wszelkie decyzje dotyczące struktury, organizacji, zatrudnienia w mediach publicznych w gestii państw członkowskich. Zalecenia Troiki dotyczą wyłącznie poziomu zatrudnienia w urzędach państwowych, a nie w firmach sektora publicznego prowadzących działalność gospodarczą. Taki niuans. W przypadku ERT chodzi więc o decyzję greckiego rządu. Nie pierwszą w tej dziedzinie. W 2011 roku zwolniono już ponad tysiąc osób, zlikwidowano pierwszy kanał naziemny i dwa kanały tematyczne nadające cyfrowo. I tak jak we wszystkich spółkach zależnych od państwa, płace były tam zredukowane nieomal o połowę.

Po drugie, słyszę, że chodzi o zamach na wolne media. Tak. Ale z przykrością muszę poinformować, że wolność mediów w Grecji, jeśli wierzyć różnym rankingom (i wiele mówiącej mapie w waszyngtońskim News Museum), od dawna nie miewa się najlepiej. Grecka publiczna telewizja jest do szpiku kości przeżarta nepotyzmem. Jej zarządzanie jest katastrofalne. A jej podległość rządowi nie jest w Grecji tajemnicą dla nikogo od lat. Prawda, że dotyczy to wielu telewizji publicznych na świecie. I całego greckiego sektora publicznego (który należałoby raczej nazywać państwowym). Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie nagła konieczność wystąpienia w obronie ERT, nikomu nie przyszłoby do głowy, by podawać ją za wzór niezależności mediów.

Nie oznacza to naturalnie, że nie ma się przeciw czemu oburzać. W demokratycznym państwie nie likwiduje się publicznej telewizji, zwłaszcza w jeden wieczór. Europejska Unia Nadawców czyli Eurowizja ma rację protestując i wzywając grecki rząd do natychmiastowego odwołania decyzji. Podobnie jak organizacje broniące wolności prasy. Nie dlatego, że ERT była emblematem wolności słowa, ale dlatego, że ta decyzja tak nagle i radykalnie zburzyła równowagę na rynku medialnym. Wiele złego można powiedzieć o ERT, ale przecież i tam pracowali profesjonalni i uczciwi dziennikarze. Co najmniej na kilku ze 169 zamieszkałych wysp greckich, ludzie stracili dostęp do telewizji, bo docierała tam tylko ERT, realizując przynajmniej ten jeden z wymogów misji publicznej. Ograniczenie dostępu obywateli do informacji i prawa do wyboru nadawcy jest faktem.

Antonis Samaras zapewnia, że nie likwiduje telewizji publicznej jako takiej, tylko pewną formę przedsiębiorstwa, które okazało się ekonomicznie niewydolne. Wkrótce na gruzach ERT ma zacząć działać nowy nadawca publiczny. Jeśli tak, to zwolnienie wszystkich pracowników ERT należałoby uznać za formę radykalnej restrukuryzacji. Jakiś czas temu, kiedy po raz n-ty zastanowiano się w Polsce nad sposobem uzdrowienia mediów publicznych z TVP na czele, Kazimierz Kutz zaproponował mniej więcej to samo: zburzyć i zbudować od podstaw nową telewizję publiczną. Udawał Greka jescze zanim się okazało,mż to grecka metoda? Bardzo mi się wtedy ten pomysł podobał. Tyle, że do Kutza mam większe zaufanie niż do Samarsa.

2013-06-11

Jak kulturalnie się dogadać z Amerykanami

Czterysta czterdzieści pięć miliardów euro: tyle w 2011 wyniosła wymiana handlowa między USA i Unią Eurojpejską.  Może wynieść więcej, jeżeli uda się wreszcie podpisać porozumienie o wolnym handlu między dwoma największymi gospodarkami na świecie. Byłby większy wzrost (w UE o  0,5 punktu procentowego według szacunków Komisji Europejskiej), przybyłoby miejsc pracy. Cała operacja może się jednak nie udać, bo Francja grozi wetem. Jak zwykle, chodzi o "wyjątek kulturalny". A decyzja musi być podjęta jednomyślnie przez 27 krajów.

Komisarz Karel De Gucht uchodzi za skrajnego liberała   ©EU2013
Za trzy dni, 14 czerwca,  ministrowie handlu zagranicznego UE spotkają się w Luksemburgu by wyposażyć Komisję Europejską w mandat negocjacyjny na rokowania. Bo umowy handlowe negocjuje w imieniu całej UE właśnie Komisja a konkretnie komisarz do spraw handlu, flamandzki Belg, Karel De Gucht.

Francja stawia jednak ultimatum: domaga się wyłączenia sektora kultury z umowy o wolnym handlu. Francuskie starania poparli pisemnie ministrowie z 14 państw członkowskich (13 maja). Za "wyjątkiem kulturalnym" opowiedział się też Parlament Europejski. Podpisy pod petycją zbierają twórcy.

Termin "wyjątek kulturalny" wprowadzili do języka handlu międzynarodowego Francuzi w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w czasie negocjacji GATT. Odnosi się on do prostej zasady: dobra kultury nie są towarem. Są zbyt ważne w kształtowaniu tożsamości jednostki i wspólnoty by potraktować je jak mydło, ser albo silnik samolotowy. Specyficzny jest sposób ich wytwarzania, a twórcy to nie wytwórcy. Wtedy chodziło jednak głównie o produkcję audiowizualną. Europejski przemysł filmowy nie mógł prowadzić na rynku równej walki z amerykańskim gigantem. I to nie tylko dlatego, że ludzie wolą filmy amerykańskie, bo więcej się tam dzieje, bo są krwawsze, zawsze dobrze się kończą i szybsze jest tempo ich akcji.

Siła amerykańskiej soft power w dziedzinie kultury ma oczywiście znaczenie. Z rynkowego punktu widzenia ważniejsze jednak było to, że rozpowszechnianie filmu wyprodukowanego w USA przynosi szybsze i wyższe zyski. Jeden wielki rynek, jeden język, żadnego dubbingu lub podpisów w kilkunastu językach, lokalnych dostosowań, olbrzymia sieć dystrybucji. Do każdego amerykańskiego filmu, który Europejczycy chcieli kupić, Ameryaknie dorzucali obowiązkowo chłam, który też trzeba był gdzieś pokazać i który zajmował miejsce europejskiej produkcji. Dorzucali często za darmo lub prawie, tylko po to, by oswoić i zdominować rynki. Bez straty, bo film, zanim trafi do Europy, już dawno się zwrócił, jeżeli tylko ktoś go chciał oglądać: w kinach, na kasetach a potem płytach, w telewizji. Sami natomiast europejskich filmów nie kupują. Zdarzają się remake'i europejskich, głównie francuskich, filmów, lub brytyjskich seriali, dostosowane do gustu amrykańskiego konsumenta produktu kinematograficznego. Niektóre filmy są rozpowszechniane, ale raczej dla nowojorskiej czy bostońskiej elity. Produkt luksusowy, snobistyczny, bez szans (z kilkoma wyjątkami) na pokaz w "normalnych" kinach.

W UE kulturalny wyjątek oznacza nie tylko wyłączenie kultury z normalnego obiegu handlowego. Wiąże się też z obowiązkiem rozpowszechniania europejskiej produkcji muzycznej i filmowej. "Europejskiej" oznacza zwykle - krajowej. A de facto - nieamerkańskiej. Dlatego między innymi, że taki obowiązek jest, da się jeszcze w Polsce obejrzeć polski film i usłyszeć polską muzykę. Wyjątek kulturalny oznacza też, że wolnorynkowe zasady nie są przeszkodą w subwencjonowaniu kultury przez państwo. Jedne państwa z tego korzystają mniej, inne bardziej. Trudno na przykład trafić na europejską koprodukcję, w której nie byłoby francuskich pieniędzy. Komisja Europejska zapewnia, że w żadnym wypadku nie zamierza unijnych zasad negocjować z Amerykanami. Że nie ustąpi, gdyby siębtego domagali. Ale kultury jako sektora gospodarki wyłączyć z negocjacji nie chce. Bo wie, że wyłączenie przez którąś ze stron jednego sektora zaowocuje podobnym postulatem z drugiej strony. A żeby porozumienie o wolnym handlu działało i miało sens nie może być usiane wyjątkami i odstępstwami. Europejski eksport do USA to 260 miliardów euro. Import z USA do Unii Europejskiej wynosi 192 miliardy. Amerykanie też mają co negocjować.
Ilustracja z wydania "Les cahiers du numérique" nt. zagrożenia jakie nowe technologie stanowią dla wyjątku kulturalnego













Obrońców "wyjątku kulturalnego" te zapewnienia jednak nie zadowalają. Dotyczą bowiem status quo. A największe obawy budzi nie to, co wczoraj było przedmiotem ochrony, ale to, co takiej ochrony może potrzebować za rok lub za dziesięć lat. I czego nikt nie jest w stanie dziś przewidzieć. Tak jak w latach osiemdziesiątych nie był w stanie przewidzieć internetu, możliwości oglądania filmów, słuchania muzyki i czytania książek na ekranie komputera albo smartfona. Po wniesieniu opłaty lub po piracku. Gliniany dzbanek i żeliwny dzbanek: tak obrońcy kulturalnego wyjątku określają szanse Europy, podzielonej na 27 rynków, mówiącej różnymi językami, w starciu z amerkańskim gigantem. Dlatego dzisiaj w centrum sporu nie leży już produkcja audiowizualna tylko internet i nowe technologie. Kto może zmierzyć się z takimi potentatami jak YouTube, Google, Netflix, Facebook, dla których dobra kultury są tylko jednym z wielu produktów, a dostęp do nich tylko jedą z szerokiej gamy usług?

Nikt. Nawet administracja USA. Amerykanie zresztą przyznają, że nie mają większego wpływu na rzeczywistość w sektorze kultury. Rynkiem audiowizualnym zarządzają prywatne korporacje, stowarzyszenia producentów i dystrybutorów. Internetem rządzą właściele firm globalnych, choć pochodzących z USA. Amerykańskie władze federalne bronią ich interesów na forach międzynarodowych, dostosowują przepisy do ich potrzeb. Ale gdy siadają do stołu negocjacji z UE mówią: nie mamy na to wpływu.

Wiadomo było, że droga do zawarcia porowzumienia handlowego ze Stanami Zjednoczonymi nie będzie usłana różami. W piątek może się okazać, że w ogóle w tę drogę nie wyruszymy.

2013-04-23

Prawica dla wszystkich: Francja debatuje nad małżeństwami dla gejów

Byłem w niedziele na dwóch manifestacjach. Wyrobiłem manifestacyjną normę na najbliższe miesiące. Jedną po drugiej zaliczyłem. I to z czystej ciekawości, pchany jakąś komparatystyczną potrzebą: ani z jednymi ani z drugimi się nie identyfikowałem. Na dodatek, na obcej ziemii: manify odbywały się w Paryżu. Pierwsza, zorganizowana pod hasłem "Manifestacja dla wszystkich",  wymierzona była w "małżeństwo dla wszystkich" i jego zwolenników. Druga była wymierzona w tę pierwszą, jej uczestnicy domagali się "małżeństwa dla wszystkich". Nie przypadkiem obie zorganizowano w ostatnią niedzielę przed decydującym głosowaniem we francuskim Senacie. W środę będzie wiadomo, czy największa od czasu legalizacji aborcji rewolucja obyczajowa we Francji zostanie usankcjonowana prawnie.

Pierwsza manifestacja ruszyła z placu Denfert-Rochereau, przeszła przez Boulevard Raspail, zakończyła się wiecem na esplanadzie Inwalidów. Przeciw "rodzicom A i B", za tradycyjną rodziną "z mamą i tatą" manifestowało według danych organizatorów 270 tysięcy ludzi. Druga była stacjonarna. Wiec na placu Bastylii zgromadził (według policji) trzy i pół tysiąca zwolenników małżeństwa dla wszystkich par, bez względu na płeć, manifestujących przeciw homofobii.

Program imprez wymusił kolejność: zacząłem moją eksplorację ewolucji francuskiego społeczeństwa na placu Denfert-Rochereau. Zanim ochrzczono go nazwiskiem bohaterskiego generała, plac zwano "piekielnym", homofonicznie poniekąd, bo po francusku to place "d'Enfer". Dygresja historyczna, której nie moglem się oprzeć, słysząc tłum skandujący: "wszyscy jesteśmy homo". Homo, od człowieka (homme).  Homo, bo to homonim francuskiego określenia geja: homo, skrót od homoseksualista. Wszyscy jesteśmy homo to hasło mające zadać kłam oskarżeniom o homofobię ferowanym przeciw manifestantom z placu Denfert-Rochereau przez manifestantów na placu Bastylii. Kolejne skandowane hasła były sprostowaniami: nie, wbrew oskarżeniom tych drugich i wbrew temu co mówią media (prorządowe, politycznie poprawne, lemingi - jako powiedzieliby polscy tradycjonaliści spod znaku PiS itp.) nie jesteśmy rasistami, nacjonalistami, nie kierujemy się nienawiścią, przemoc nie jest naszym argumentem. Na placu Bastylii wszystkie te oskarżenia wypisane były na transparentach.

Tłum na placu Denfert-Rocherau był zróżnicowany: kobiety i mężczyźni, swetry i garnitury, moda pielgrzymkowo oazowa i hipsterzy, starzy i młodzi. I oczywiście rodzice. Prawdziwe mamy i prawdziwi tatowie, z prawdziwymi dziećmi. W wózkach i za rękę. Z babciami i dziadkami.  Kolorowo. Choć dominowały dwa kolory, na chorągiewkach głównie: różowy i niebieski, barwy chłopca i dziewczynki. A przede wszystkim: prawdziwy entuzjazm. Solidarność idei. Wstecznych, idących na przekór postępowi - pewnie tak, ale jak szczerych, jak spajających tłum. Nowa rewolta konserwatywna. Widać, że nie mają doświadczenia w manifestowaniu. Albo zapomnieli. Ostatnie wielkie manifestacje antyrządowe prawicy miały miejsce w latach osiemdziesiątych, za Mitteranda. Manifestanci zapożyczyli więc hasła i rytm skandowania od lewicy. Przeszkadza im to? "Nie, my nie jesteśmy lewicą, nie jesteśmy prawicą, jesteśmy Francją, jesteśmy homo, wszyscy."

Ci na placu Bastylii mnie rozczarowali. Wcześniej, gdybym już musiał wybierać, to mimo opinii o francuskiej lewicy, wybrałbym właśnie tych. I zanudziłbym się na śmierć. Kolorów specjalnie się nie doszukałem. Dominował kolor czarny. Anarchistyczny w zamyśle, bez wątpienia, ale bardzo już sprany: szaro to wyglądało. Do tego trochę czerwieni. Ale czerń i czerwień to nie kolory: to barwy wojenne. Sutanny. Sztandary. Mundury służb porządkowych. Red carpet, biurokracja. Z satysfakcją dostrzegłem jedną czy dwie tęczowe flagi, t-shirt jeden, drugi. Moda ujednolicona: styl miejski, luźno-hipsterski, weekendowy. Średnia wieku: 40 -55. Więcej facetów (zarost na cztery milimetry, włosy krótko przystrzyżone, zakola) niż kobiet. Slogany wykrzykiwane przez kiepskiej jakości głośnik, tonem wyćwiczonym i mało pociągającym, spadały pod nogi dreptających w miejscu manifestantów. Mało kto je podejmował. Jakim takim powodzeniem cieszyły się tylko wyczytywane nazwiska oskarżonych: prawicowych polityków. Wokół, na tarasach kawiarń, więcej ludzi niż manifestantów na placu. Sympatycy.

Hasła na placu Bastylii zróżnicowane. Tak bardzo, że mogłyby się wydać nie na temat. Cały arsenał lewicowej argumentacji: rasizm, mniejszości, bieda, wyzysk, kapitalizm, imigranci, homofobia, równość, nienawiść. Jedne na tak, drugie na nie. Nie widzą niespójności? "Wręcz przeciwnie, to spójne, bo jesteśmy lewicą. To lewicowe hasła, tworzą całość." Jeśli ktoś śledzi francuską scenę polityczną, to zna je od lat sześćdziesiątych. A najbardziej od roku 68. Na jednej z tablic napis: "Tak dla małżeństwa". Oczom nie wierzę: taki napis, na lewicowej manifestacji? Co z tego, że wesele ma być gejowskie? Małżeństwo to jeden z instrumentów opresji zmurszałego społeczeństwa, które 68 rok chciał zburzyć i zbudować od nowa. Dekonstrukcja nie tak miała wyglądać. Co z tego, że małżeństwo dla wszystkich ma być zalegalizowane w imię równości?  Równość dostępu do burżuazyjnych instytucji społecznych to kpina z ideałów 68 roku.

Być może to powrót do rewolucji burżuazyjnej.  Na tym placu stała kiedyś Bastylia, symbol opresji monarchii. Gdy  w imię wolności ją zburzono, gdzieś trzeba było wsadzać więźniów, wszystkich nie dało się zgilotynować, zamykano ich w Conciergerie. Dziś na miejscu Bastylii-więzienia stoi betonowa Opera-Bastylia, wzniesiona w imię idei równości przez socjalistycznego prezydenta Mitteranda, jako przeciwwaga dla burżuazyjnej Opery Garnier.  Francuzi mają zbyt bogatą historię. Pogubili się w historycznych odniesieniach. A najbardziej pogubiła się lewica. Jeżeli w środę Francja, niegdyś ojczyzna postępu,  zalegalizuje rewolucję obyczajową, to stanie się to w Senacie (średnia wieku senatorów ok. 70 lat), nie na ulicy. Nie wystarczy stanąć na placu Bastylii, by być rewolucjonistą. Jeżeli Senat powie "nie" to będzie to zwycięstwo tamtej drugiej ulicy. Tej, na której 270 tysięcy ludzi mówi "stop: dalej nie pójdziemy, nie chcemy być postępowi".

Przypadkowy obserwator, bez względu na opinie polityczne, pewnie lepiej poczułby się na Denfert-Rochereau niż na placu Bastylii. Szczerzej. Mniej doktrynersko. Więcej entuzjazmu. Świeżej. Dopiero dziś z gazet dowiedziałem się, że w "manifestacji dla wszystkich" szli znani politycy z UMP, partii Sarkoziego. Ci na prawo od niego. Tacy Gowinowie do kwadratu. To ich nazwiska wykrzykiwano na placu Bastylii. Kandydaci do ścięcia. Dziś można było ich zobaczyć na zdjęciach idących ramię w ramię z członkami rasistowskiego, homofobicznego, skrajnie prawicowego Frontu Narodowego. Niektórzy przyznawali, że to niefortunne sąsiedztwo. Niefortunne, ale szczere. Te zdjęcia to silniejszy argument lewicy niż wczorajsza manifestacja na placu Bastylii. To prawdziwy dowód oskarżenia. Obok innego: odnotowano kilka incydentów wywołanych przez homofobów. Nie wiadomo, czy to wpłynie na wynik glosowania w Senacie. Wiadomo, że nie wpłynie na odnowę francuskiej lewicy.


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...