2015-09-03

Państwo PiS jest nie z tej Europy (8) Cała wstecz, cała w bok: damy radę!

Przeczytaj i zgadnij o kim mowa. Bądź gotów, bo jutro to oni będą gospodarzami twojego domu. 


Dialog, konsensus i negocjacja postrzegane jako objawy słabości w polityce, podział łupów jako główny mechanizm powyborczego przejmowania władzy  w państwie; przeciwnicy polityczni - tylko wewnątrz własnej partii, poza partią - to wrogowie do unicestwienia; służba partyjna zamiast cywilnej w administracji rządowej.

Państwo rozumiane jako przestrzeń władzy, terytorium do podboju i przejęcia na własność; władza jako prawo do wywłaszczenia  i upokorzenia pokonanego wroga. 

Moralność Kalego we wszystkich wymiarach życia publicznego.

Centralizacja i nacjonalizacje, protekcjonizm; poświęcenie rozwoju gospodarczego na rzecz wyborczego koniunkturalizmu.

Sprawiedliwość społeczna - jak każda inna, rozumiana jako obowiązek wyznaczenia i ukarania winnego; prawo talionu - podpowiadane przez instynkt rozumienie wymiaru sprawiedliwości.

Referendalno-sondażowy populizm jako ersatz demokracji legitymizującej rządy autorytarne; budowa wspólnoty nacjonalistycznej zamiast obywatelskiej, opartej na wiktymizacji oraz desygnowaniu wrogów wewnętrznych i zewnętrznych; nieustanne dzielenie ludzi na naszych i na wrogów.

Muzealnictwo i zinstrumentalizowany historycyzm jako wiodący motyw myślenia o przyszłości; zawłaszczenie symboliki przeszłości postrzeganej jako legitymacja upoważniająca do zdobycia i sprawowania władzy; programowe i ostentacyjne wstecznictwo, niesłusznie uważane przez niektórych za formę myśli konserwatywnej.

Ograniczenie wolności obywatelskich; katolicki szariat lepszy od każdego systemu wartości opartego na prawach indywidualnych; przekonanie, że jednostka poza kuratelą państwa, Kościoła lub rodziny jest i zagrożona i źródłem zagrożenia; do szkoły lepiej ją wysłać później, na emeryturę - wcześniej.

Instynktowna niechęć do mniejszości, kult większości i dominacji; solidarność ze słabszymi i potrzebującymi bardziej demonstrowana niż odczuwana, podporządkowana kryterium bliskości etnicznej i religijnej.

Rozdwojenie tożsamości objawiające się, z jednej strony, samodestrukcyjnym kompleksem słabszego, hamującym zdolność rozwoju i wzmacniającym instynkt przetrwania, a z drugiej strony poczuciem moralnej wyższości rozbudzającej u ofiary oczekiwanie zadośćuczynienia.

W polityce zagranicznej pieniackie pozerstwo zamiast dyplomacji; kształtowanie relacji międzynarodowych w atmosferze walki o przetrwanie we wrogim z zasady otoczeniu zamiast działania na rzecz budowy pozytywnej wspólnoty interesów; budowanie sojuszy tylko w odniesieniu do wspólnego wroga; antyeuropejskość i prowincjonalizm; defiladowa militaryzacja na wzór rosyjski zamiast unowocześniania armii. 

Mimo manifestowanej szowinistycznej antyrosyjskości naturalny pociąg do putinizmu, do wartości najbliższego geograficznie Wschodu zamiast Zachodu, nawet w pojmowaniu chrześcijaństwa.

Tak wygląda przepis na państwo partii PiS. Ten tekst, po długiej przerwie, zamyka cykl "Państwo PiS jest nie z tej Europy", którego celem było przedstawienie jak daleko od cywilizacji zachodnio-europejskiej chce zepchnąć Polskę Jarosław Kaczyński. W poprzednich artykułach koncentrowałem się na tym, co kojarzy się z Unią Europejską, opierałem się na bezpośrednich odniesieniach do integracji europejskiej w takich dziedzinach jak fundusze unijne, energetyka, klimat, rolnictwo, waluta euro, polityka zagraniczna i prawo UE.  Ale żadne z tych europejskich odniesień i żadna deklaracja na temat UE wypowiadana przez pisowskich harcowników nie  ukazuje tak wyraźnie antyeuropejskości PiS  jak ich praktyka i koncepcja polskiego państwa. Stosunek PiS do Polski silniej ich antyeuropejskość unaocznia, niż stosunek wobec UE.

Dziś ziszcza się obawa, która w styczniu 2014 popchnęła mnie do opublikowania pierwszego rozdziału: PiS przejmuje państwo. Najpierw prezydent, Andrzej Duda, który już po pierwszych tygodniach sprawowania urzędu prezydenta okazał się być jedynie narzędziem w ręku swego prezesa, wykonawcą poleceń i zaleceń, bez krztyny niezależności nawet w dziedzinie savoir-vivre'u.  Za chwilę powstanie rząd PiS. 

Andrzej Duda składa przysięgę przed Zgromadzeniem Narodowym
W swym pierwszym prezydenckim orędziu Andrzej Duda wyraził poglądże "najważniejszym oczekiwaniem Polaków jest byśmy zaczęli odbudowywać wspólnotę, taką, jaka powstała w latach Solidarności". Przez chwilę mogło się wydawaćże jest to też jego własne oczekiwanie i że jako głowa państwa chce na to oczekiwanie odpowiedzieć. Jego odpowiedź widzieliśmy kilka dni temu w Gdańsku. A potem na Westerplatte. Nie dajmy się zwieść jego słowom, gdy używa terminu solidarność. Ani w odniesieniu do Polski, ani w odniesieniu do Europy. Solidarność to koncept nie do pogodzenia z pisowskim światopoglądem. Solidarność, której PiS jest piewcą to tylko politykierski artefakt, gadżet, którym rzuca sie komuś w twarz. 

Przeciwnicy PiS mówią, że rządy tego ugrupowania cofną Polskę w rozwoju, nie tylko gospodarczym, ale i cywilizacyjnym. Ale przecież nie ma powrotu. Wstecznictwo PiS nie popchnie Polski w tył, tylko w bok, bo przestrzeni i czasu, w których Jarosław Kaczyński chciałby funkcjonować już nie ma. Ale w bok się da.  

W bok, to znaczy poza nawias, bo nie ma przecież Europy, do której Polska pisowska mogłaby się przesunąć. Nie wierzę, by Kaczyńskiemu, we współpracy z Viktorem Orbánem, udało się taką alternatywną Europę zbudować. Bo oni nie budują. I nie współpracują. W tym przypadku - na szczęście.

Państwo PiS, które zbliża się wielkimi krokami, jest państwem z innej Europy. Europy, której nie ma. Co zrobić by Polacy, manifestujący swą "proeuropejskość" w kolejnych badaniach opinii publicznej, nie oddali władzy w ręce antyeuropejczyków? Pewnie nic się zrobić nie da. Polacy lubią uczyć się na własnych błędach, a potem za bolesne skutki tej nauki oskarżać wszystkich na około. To taki masochizm, ale ponury, bez uczucia satysfakcji. Taki wschodni masochizm. 

2015-08-05

Przewodniczący Tusk i papież Franciszek nie przyjadą na zaprzysiężenie Prezydenta

Nie wiem, kto wymyślił problem nieobecności Donalda Tuska na uroczystościach związanych z objęciem urzędu prezydenta przez Andrzeja Dudę: ci od Dudy, czy ci od Tuska. Nie chce mi się sprawdzać, bo to problem wydumany, a dyskusja, jaką wywołał, jest żałosna.

Oczywiście, to prawda, co przedstawiciel MSZ powiedział Rzeczpospolitej (zastrzegam, że cytat znam tylko z tweetów), że prezydent elekt nie wysyła zaproszeń do szefów państw i organizacji międzynarodowych, bo protokół nie przewiduje ich obecności na zaprzysiężeniu. Co nie zmienia jednak faktu, że gdyby prezydent elekt zapragnął zaprosić Tuska, to nie byłoby to sprzeczne z protokołem. To bzdura, że musiałby wtedy zaprosić szefów Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. Papieża też by nie musiał. Natomiast gdyby już go zapraszał, to musiałby to zrobić zgodnie z protokołem, a nie przez Twitter. Tylko niby dlaczego miałby go zapraszać? Po co? W imię długoletniej przyjaźni? Z wdzięczności? Kolejny nieistniejący dylemat. Pretekst do pyskówki i ataków ad personam.

Nieobecność Tuska, nie jako szefa Rady Europejskiej, ale jako byłego premiera, to inna sprawa. Bo co prawda nie od Dudy, ale od marszałek sejmu, jak inni uczestnicy sejmowej uroczystości, zaproszenie dostał. Graś oddał mu niedźwiedzią przysługę tłumacząc, że nie przyjedzie, bo dla niego zaproszenie od marszałek sejmu to za mało. Wyszło, że małostkowy buc. Herman Van Rompuy, były premier Belgii, już po objęciu stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej brał udział w różnych belgijskich uroczystościach. I w ogóle był o niebo bardziej aktywny w krajowej polityce (choć zakulisowo), niż Tusk. Bardziej od Tuska aktywny w życiu publicznym swojego kraju jest też Niemiec Martin Schulz, przewodniczący parlamentu europejskiego. Ale to ich indywidualne wybory, zarówno co do rangi jak i kontekstu obecności w krajowej polityce. Czasem też wynik mniej lub bardziej napiętego programu zajęć.

Zdolność wymyślania nieistniejących problemów tylko po to, by uciąć sobie gadkę na politycznym i intelektualnym poziomie sprzeczki w piaskownicy prowadzonej przez źle wychowane bachory, to niestety nieodłączny element polskiego życia politycznego. Jak zwykle aż się zaroiło od specjalistów i ekspertów, tym razem w dziedzinie protokołu dyplomatycznego. Skąd tylu uczonych w dyplomacji w kraju, w którym chamstwo i pieniactwo są typowymi nośnikami politycznej argumentacji? Skąd tylu ekspertów w kraju, w którym ignorancja i dyletanctwo są nie barierą, ale przepustką do udziału w publicznej (przepraszam: medialnej) debacie?

2015-06-29

Mitologia Grecji nowożytnej

W referendum 5 lipca Grecy mają zdecydować czy chcąc reform. Od 1974 roku we wszystkich wyborach głosują przeciw reformom gospodarki. Trzeba wielkiej naiwności, by wierzyć, że teraz będzie inaczej. Albo silnego przekonania, że w greckich umysłach odrodzi się, choćby na chwilę, intelektualna potęga Antyku, który na wyrost nauczyliśmy się nazywać Grecją. Nic takiego się nie stanie, bo wyczerpani kryzysem Grecy marzą tylko o tym, by ci, którzy znowu ich okłamią, z Janisem Varoufakisem na czele, dokonali cudu przeniesienia ich na powrót do miejsca i epoki, w których wszystko było łatwiejsze. Tak wygląda mitologia nowożytnej Grecji.


Demokratyczne prawo wyboru tej czy innej większości parlamentarnej nie oznacza, że społeczeństwo ma prawo wybrać epokę, w której żyje. Aby przetrwać, zapewniając jednocześnie obywatelom bezpieczeństwo i akceptowalny poziom życia, państwo musi albo nadążać za ewolucją rzeczywistości albo ją wyprzedzać. Warto o tym pamiętać również w Polsce, zwłaszcza przed jesiennymi wyborami. Za głosowaniem na PiS i innych populistów kryje się pragnienie przeniesienia Polski do innej geopolitycznej lokalizacji, której nie ma, do innej epoki, której już nie będzie. Poza współczesną europejską, społeczno-rynkową demokrację. W tył. Pisałem o tym w cyklu "Państwo PiS jest nie z tej Europy". W tym sensie PiS rzeczywiście szykuje nam drugą Grecję. I wszystko jedno jak bardzo uzasadniona jest krytyka obecnych rządów, którym zarzucamy, że jedynie "nadążają" zamiast "wyprzedzać".

Łatwo powiedzieć, że problem demokracji zaczyna się wtedy, gdy ludzie dają się zwieść kłamstwu. Lepiej, żeby się dali zwieść prawdzie? Pewnie lepiej, tylko co z tym zwodzeniem? Pewnie lepiej, ale granicy między prawdą i fałszem nie wyznaczają fakty. Wszak populistyczna demagogia może opierać się na faktach. Granicę między prawdą i fałszem w demokracji zasnuwa mgła skomplikowanego kontekstu. Kłamią ci, co wmawiają ludziom, że kontekstu nie ma, że wszystko jest proste. Wyabstrahowanie problemów ze skomplikowanej rzeczywistości, przekonanie ludzi, że właśnie rozwiązanie tych, a nie innych problemów jest dla nich fundamentalne, i podanie ludziom na tacy szkieletowych, ale dobitnych w swej hasłowości rozwiązań jest najlepszym sposobem by w demokracji ludzie pożądali tego, co jest jej zaprzeczeniem: nawet nie kłamstwa jako takiego, ale frajdy z bycia oszukiwanym. Frajdy, która jest jak uzależnienie od wyniszczającego organizm narkotyku.

To przydarzyło się Grekom po 1974 roku, bo krótki okres demokracji w latach 1950-1967 nie ukształtował w nich demokratycznych instynktów na tyle solidnie, by przetrwały dyktaturę pułkowników. Ta upadła w 1974. W pierwszym, powojennym okresie, akceptowali reformy niezbędne do podźwignięcia kraju tak jak Polacy akceptowali reformy rządu Mazowieckiego, w uniesieniu odrodzenia. Potem, w czasie dyktatury nie pytano ich już, jak ma wyglądać polityczny i demokratyczny ustrój, ale reformy gospodarcze zapewniające wzrost były kontynuowane. Gwarancją stabilizacji był silny gospodarczy protekcjonizm. Upadek systemu walutowego z Bretton Woods i kryzys energetyczny lat siedemdziesiątych położyły kres władzy junty. Teraz, żeby przetrwać, trzeba było wreszcie wyrzeczeń. Żeby wyjść na prostą z walutowego i gospodarczego kryzysu, trzeba było reform. Ale zamiast tego, od przejęcia władzy przez PASOK (socjaliści), postanowiono żyć na kredyt. Przystąpienie do UE odebrało możliwość obrony gospodarki przed konkurencją za pomocą protekcjonizmu. Do euro Grecy przystąpili z przyczyn politycznych, posługując się sfałszowanymi statystykami, w rzeczywistości nie spełniali bowiem warunków członkostwa w Eurolandzie. Wraz z rezygnacją z drachmy skończyło się również majstrowanie kursem walutowym. W zamian, zwiększyła się wiarygodność gospodarcza Grecji, staniały kredyty. Ale zamiast je zainwestować w rozwój, Grecy je przejedli. Skonsumawała je masowa korupcja. I znowu przyszedł kryzys, i znowu nie ma z czego spłacać, tylko sytuacja gospodarki jest jeszcze gorsza niż w 1974. Aż przyszła Syriza.

W lipcu Grecy powiedzą "nie" reformom ze świadomością, że doprowadzi to do wyjścia z unii walutowej. Niby nie chcą, jeśli wierzyć sondażom. Ale też mają nadzieję, że w ostateczności z drachmą zamiast euro będzie im łatwiej, bo sobie drachm wydrukują tyle, ile będzie potrzeba, żeby spłacić długi i żeby jeszcze na wakacje starczyło i na emerytury. Mają nadzieję, że jak będzie trzeba, protekcjonizmem obronią się przed wykupem i zdominowaniem kraju ze śmieciową walutą przez "wielki kapitał". I że mimo to inwestorzy powrócą do pięknej, wiecznej Grecji. Nic z tego. Tak nie będzie. Grecja nie zmieni ani swego geopolitycznego położenia ani epoki. I Polska też nie zmieni.

 

2015-06-25

Grecy idą w zaparte

Szczyt ostatniej szansy, który właśnie trwa, nie miał przynieść ostatecznego rozwiązania greckiego kryzysu zadłużenia, bo na takie nie ma w tej chwili szans. Miał zapewnić Grecji kolejną kroplówkę, do czasu, aż wydarzy się coś, co pozwoli stwierdzić, że pacjent przeszedł ze stanu krytycznego w stan stabilny.

W chwili, kiedy o tym piszę, nic jednak nie zapowiada nawet tak mało ambitnego finału rozmów między unijnymi ministrami finansów, przedstawicielami Grecji i wierzycielami.

Wczoraj rozmowy skończyły się niczym i to w rekordowo krótkim czasie (mówiono o najkrótszym w historii szczycie strefy euro). Noc i pół dnia nie przyniosły jednak rozwiązania i dziś o 13.00 Eurogrupa miała znów na stole dwa rozbieżne stanowiska: Greków i ich wierzycieli.


Sytuacja jest patowa, bo Grecy oczekują prezentu i nie pozostawiają nawet cienia nadziei, że będzie to ostatnie kieszonkowe. Nie będzie. Unia ma odłożone pieniądze dla Greków, ale ministrowie finansów potrzebują pretekstu, by politycznie uzasadnić utopienie w Grecji kolejnych miliardów euro, a Grecy im tego pretekstu dać nie chcą. Niektórzy, jak Francuzi, są bardziej szczodrzy (rozrzutni?). Inni, jak Hiszpanie czy Portugalczycy, którzy na warunki kredytowe się zgodzili i dziś wychodzą z kryzysu, są bardziej nieustępliwi, bo trudniej im przyjdzie uzasadnienie po powrocie do kraju spolegliwości wobec Greków, skoro sami zaakceptowali trudniejsze warunki. Wierzyciele (banki, MFW, ale i ministrowie) chcą gwarancji, że Grecja będzie w stanie spłacać pożyczki, i to nie tylko nowymi pożyczkami.

Jednocześnie, nawet jeśli dojdzie dziś do jakiegoś porozumienia, to grecki parlament będzie je jeszcze musiał ratyfikować. Tam zaś większość stanowi koalicja, która wygrała wybory obiecując ludziom koniec wyrzeczeń i nieustępliwość wobec "Brukseli". Na nowe wyrzeczenia, zwłaszcza w dziedzinie rent i emerytur, się nie zgodzi, a wtedy wynik wielodniowych negocjacji okaże się nic nie wart.





2015-03-24

Radykalna przaśność racjonalnej ignorancji

Opublikowany w Gazecie Wyborczej artykuł Romana Imielskiego pod barokowym tytułem "Andrzej Duda w sprawie wejścia Polski do euro, czyli co "ciemny lud" ma kupić od kandydata na prezydenta" wyczerpująco i przystępnie tłumaczy dlaczego pisowski kandydat kłamie demaskując plan przyjęcia wspólnej waluty w 2016 rzekomo realizowany przez Komorowskiego. Dlatego nie ma sensu tej argumentacji tutaj powtarzać. Ale warto wyrazić Andrzejowi Dudzie wdzięczność, że sięgnął po ważny temat, bo takich w tej kampanii brakuje. Niestety, trzeba go też zganić za to, że ledwie po niego sięgnął, natychmiast go spalił.

Żenujący poziom polityczny i intelektualny kampanii prezydenckiej sprawia, że śledzenie jej przebiegu jest prawdziwą męczarnią. Nie ulega wąpliwości, że przesądzony wynik wyborów pozbawia jej atrakcyjności: to, czy Komorowski wygra w pierwszej czy w drugiej turze nie wygląda na istotny politycznie challange. Ale przez chwilę łudziłem się, że w tej sytuacji partie polityczne, z których wywodzą się kontrkandydaci obecnego prezydenta, zdyskontują nieuchronną porażkę zyskiem w postaci wypromowania swoich programów i nowych twarzy. Jak znalazł przed wyborami do sejmu. I jakże przydatne przed zdeterminowaną biologicznie zmianą pokoleniową w partyjnym kierownictwie PiS, PSL i SLD.

Nowe twarze się pojawiły, ale już po paru zdaniach wypowiedzianych przez Dudę i Jarubasa, i nie wypowiedzianych przez Ogórek (bo milczenie może mieć intelektualną głębię, ale nie musi) okazało się, że nic takiego się nie stanie. Zamiast politycznych programów - pyskówki i podkładanie sobie nogi. Zamiast politycznych idei - przaśność, pieniactwo, infantylizm, ignorancja.

Odnośnie Ukrainy poważnie, z racji pełnionego obecnie urzędu i wynikającej stąd odpowiedzialności, wypowiada się chyba tylko Komorowski. W debacie, w której nawet przy istnieniu różnych punktów widzenia należałoby wymagać od kandydatów na najwyższy w państwie urząd konsensusu w sprawie imponderabiliów i poczucia racji stanu obserwuję kopanie po kostkach i dogryzanie. Leszek Miller, spiritus movens eseldowskiej kandydatki, wygłasza, co gorsza, deklaracje przywodzące na myśl nie tylko moskiewską pożyczkę ale i dwukolorowy krawat Samoobrony, który dziadek polskiej postkomuny nosił przez jakiś czas na grdyce.

Europa jest w tej debacie nieobecna. Bywa przywoływana w kontekście ukraińskim, owszem. Ale w sposób całkowicie instrumentalny. Antyeuropejska retoryka też powraca, zwłaszcza u kandydatów prawicowych. Ale wedle scenariusza opisanego już na tym blogu w cyklu Państwo PiS jest nie z tej Europy. Sama w sobie Europa, integracja europejska nie jest tematem.

A przecież warto byłoby podyskutować o tym, jak kandydaci widzą udział Polski w UE, gdy przestaniemy dostawać unijne fundusze. Jak nasze członkostwo będzie wyglądało po 2020. Jednym z tematów, które zasługują na debatę jest naturalnie przystąpienie Polski do strefy euro. Decyzji w tej sprawie należy spodziewać się za kadencji przyszłego prezydenta. Dlatego to dobrze, że Andrzej Duda temat przypomniał. Nie podzielam poglądów PiS w sprawie euro, ale dyskutować trzeba. Bronisław Komorowski obiecywał wielką narodową debatę na ten temat. I cisza.

Dziś kandydat PiS wymachuje euro tak jak wczoraj wymachiwał zdjęciem Komorowskiego. Kolejny kampanijny gadżet, nie temat. Sposób, w jaki Duda wypowiadał się o euro ukazuje jego skłonność do kłamstwa, albo całkowitą ignorację. Jedno i drugie dyskwalifikuje go jako polityka w ogóle i jako posła do Parlamentu Europejskiego. Cytowany w nagłówku artykuł wyjaśnia dlaczego. Więcej nie trzeba. Replika Komorowskiego, że Duda przyjmuje euro bez problemu, ale przyjęcia euro przez Polskę nie chce to retoryczne hocki-klocki. Nawet zabawne. I co z tego?


Komorowski podzielił kandydatów na tych racjonalnych, jak on, i na radykalnych, jak Duda. Wiele o prezydencie można powiedzieć, ale z finezyjnego stosunku do języka, ani z poprawności językowej, znany nie jest. Wszak wiadomo, że można być racjonalnym radykałem. I radykalnie racjonalnym. Racjonalizm i radykalizm to nie są postawy przeciwstawne. Może chciał powiedzieć, że jest rozsądny a ten drugi radykalny? To już brzmi lepiej. Niestety, rozsądek w polskiej polityce często polega na tym, że drażliwych kwestii się nie porusza. Radykalizm zaś na tym, że porusza się tylko te, i tylko w taki sposób, żeby udała się hucpa. Jednym i drugim brakuje natomiast racji. Racji nie w znaczeniu słuszności, bo to rzecz względna, ale racji w sensie idei. Zamiast nich mamy radykalnie przaśną ignorancję i racjonalizm zagrodowy. Słowa Dudy o przyjmowaniu przez Polskę wspólnej waluty ilustrują obie te postawy.

 

 

2015-03-21

Tuska Unia w wersji mini

Pisząc kilka dni temu o tym jak trudno Donaldowi Tuskowi odnaleźć się w Brukseli ("Ale się władowałem") nie spodziewałem się, że tak szybko były polski premier dostarczy kolejnego potwierdzenia tej diagnozy. Jest gorzej niż myślałem: Tusk nie tylko wciąż nie jest w stanie patrzeć na Unię od wewnątrz, poczuć się częścią jest struktur, on po prostu Unii Europejskiej nie czuje. Nie rozumie, że przestrzeganie zasady równowagi, głównie między małymi i największymi państwami, jest fundamentalne w zarządzaniu Unią.

Ostatni szczyt Rady Europejskiej nie był tak krótki jak poprzednie, którym przewodniczył Tusk. Wszystko wraca do normy, bo nie jesteśmy już na początku kadencji nowej Rady i nowej Komisji: porządek obrad się wydłuża, dyskutowane kwestie wymagają więcej czasu. To zrozumiałe. Nigdy nie uważałem, że krótsze zebrania są dowodem na sprawność prowadzenia obrad, że czym krócej, tym lepiej. Ale tym samym znika główny powód Tuska do dumy: nie będzie coraz krócej.

Tusk wprowadził więc nowe usprawnienie: w ostatni czwartek (19 marca 2015) na posiedzenie w sprawie Grecji zaprosił spośród państw członkowskich jedynie Niemcy i Francję. Na poprzednim posiedzeniu w lutym, grecki premier bardzo wyraźnie usłyszał: pieniądze dla Aten zostaną wypłacone pod warunkiem, że dostaniemy listę reform. Tsipras, który wygrał wybory dlatego, że przekonał greckich wyborców obietnicą nieustępliwości wobec "Brukseli", chciał grać na czasie i na opinii publicznej. Zamierzał doprowadzić do upolitycznienia debaty wprowadzając sytuację w Grecji do porządku obrad szczytu Rady Europejskiej. Ale mu się to nie udało i dobrze, bo dyskusja w gronie dwudziestu ośmiu państw byłaby jedynie teatrem jednego aktora: Tsiprasa. Nie doprowadziłaby do żadnej nowej decyzji. Tsipras, w marcu tak samo jak w lutym, wyjechał z Brukseli z przypomnieniem, że z zobowiązań trzeba się wywiązać.

Nikt nie ma pretensji to Tuska, że nie uległ Tspirasowi. Ale spotkanie powinno się odbyć w formacie Eurogrupy. Poza przedstawicielami kompetentnych w tej sprawie instytucji UE w posiedzeniu powinni wziąć udział przedstawiciele dziewiętnastu państw strefy euro. Zaproszenie tylko dwóch największych, Francji i Niemiec, to dowód politycznej nieodpowiedzialności i niezrozumienia unijnych mechanizmów. Każde potwierdzenie zabójczego dla integracji europejskiej stereotypu o dyrektoriacie rządzącym Unią jest poważnym błędem.

Tuskowi pewnie się wydawało, że skoro nie bardzo jest co negocjować, choć spotkać z Tsiprasem się trzeba, to ograniczenie liczby uczestników będzie usprawnieniem. Niestety: organizacyjny pragmatyzm Tuska jest objawem naiwności i braku obycia na poziomie międzynarodowym. Belgijski premier Charles Michel słusznie otwarcie zaprotestował w imieniu krajów Beneluksu. Sprawa ucichła, bo - niestety - coraz częściej patrzy się na Tuska, jak na ucznia z prowincji, któremu w dobrej stołecznej szkole ciężko, ale może się jeszcze podciągnie. Może faktycznie. Boję się jednak, że Tusk po prostu Unii nie czuje. Pewnych zachowań może się na błędach nauczyć, ale instynkt polityczny wyrobić w sobie trudno. A widocznie w jego najbliższym otoczeniu nie ma nikogo, kto by mu w tym pomógł. Oby tylko jego tendencja do chowania się za Niemcy i Francję, bo tak wygodniej i prościej, nie okazała się stałą strategią sprawowania urzędu.

2015-03-16

Tusk w Brukseli: ale się władowałem!

Bardzo mi się podoba moja funkcja, bo mam poparcie w walce z "pustymi unijnymi procedurami" - mówi Donald Tusk w wywiadzie udzielonymym "Gazecie Wyborczej" i pięciu innym dziennikom europejskim wydającym dodatek europejski ("Le Figaro", "The Guardian", "El Pais", "La Stampy" i "Süddeutsche Zeitung). Dzięki temu poparciu posiedzenia Rady Europejskiej są krótsze. Z wywiadu wynika, że to największe osiągnięcie byłego polskiego premiera odkąd został szefem Rady Europejskiej i jedyne źródło zawodowej satysfakcji.

Donald Tusk w Parlamencie Europejskim 23/01/2015
Niewiedza, albo hipokryzja zapewne kierują tymi krytykami Tuska w Polsce, którzy zarzucają mu, że nie jest królem Europy. Że nie czyni więcej i bardziej zdecydowanie i w bardziej widoczny sposób. Kompetencje szefa Rady Europejskiej są jakie są. Decyduje o tym traktat. Jakie wywalczy sobie miejsce dzieląc się rolą politycznego reprezentanta Unii Europejskiej z przewodniczącym Komisji Junckerem, z wysoką przedstawiciel do spraw polityki zagranicznej (której nazywanie szefową "unijnej dyplomacji" też jest nieuzasadnioną hiperbolą) Mogherini i, w mniejszym stopniu, z przewodniczącym Parlamentu Schulzem, zależy już w większym stopniu od niego samego. Od jego taktyki rozwiązywania konkretnych problemów, od politycznej strategii sprawowania swojego urzędu i od osobowości.

Z osobowością ma problem: w wywiadzie skarży się, że jako premier mógł być ambitniejszy, a teraz podcinają mu skrzydła. Nie pozwalają na realizację ambicji. Jakich dokładnie - nie powiedział. Chodziło raczej o potrzebę mentalną niż plan działania. Na rozgraniczenie taktyki i strategii jest może za wcześnie: jako strateg i jako taktyk Tusk przedstawia się sam jako osoba skrępowana formatem swojej funkcji. Słusznie mówi, że jego rola na codzień polega na poszukiwaniu kompromisu między rządami 28 państw członkowskich. Ale już przyznanie, że jest to dla niego odkryciem, do którego z trudem się przyzwyczaja pokazuje, że Tusk obejmując stanowisko nie do końca rozumiał jak funkcjonuje Unia. To pierwsza fundamentalna różnica, którą dostrzegam między nim a jego poprzednikiem Van Rompuyem oraz byłym i obecnym szefem Komisji: Barroso i Junckerem. Wszyscy oni wiedzą doskonale jak działa złożony, ciężki a jednak niezawodny mechanizm integracji europejskiej. Tusk natomiast nadal zmaga się z paraliżującym go zaskoczeniem.

Więcej nie dam rady

Druga podstawowa różnica, którą ten wywiad nad wyraz jasno ukazuje, dotyczy zdolności odnalezienia się w roli jednej z kluczowych postaci, które ten mechanizm mają obsługować i wprawiać w ruch. Tusk się jeszcze z rolą nie oswoił, jeszcze się otrząsa po kuble zimnej wody. Marudzi, że tu każdy ma inne zdanie. Coś podobnego... I że właściwie, to on tu tylko moderuje. Gdyby oświadczył: ja tu tylko sprzątam, to - w kontekście tego wywiadu - nawet bym się nie zdziwił. Szczerze przyznaje, że bardzo mu na rękę, iż w przypadku Ukrainy to Merkel i Hollande wzięli na siebie ciężar negocjacji z Rosją i Ukrainą, bo w tym układzie, zwanym formatem normandzkim, po stronie unijnej jest tylko dwóch, a nie dwudziestu ośmiu partnerów, i na dodatek moderują się oni wzajemnie. Tusk jest przekonany, że sam by i tak więcej nie osiagnął.

Pewnie by nie osiągnął. Nie uważam, że Mogherini, a tym bardziej Tusk, powinni brać bezpośrednio udział w negocjacjach w Mińsku. Choć bardzo bym chciał, żeby to było możliwe. Traktatowo i politycznie. Ale nie jest. Żeby Unia miała rzeczywiście wspólną dyplomację. I rzeczywiście wspólną, ponadnarodową reprezentację broniącą unijnych wartości i zasad. Ale nie ma. Trudno. W tej sytuacji negocjacje międzynarodowe prowadzą ci, którzy tradycyjnie na polu międzynarodowym pełnią rolę globalnych graczy. Konflikt izraelsko-palestyński, Afryka, państwo islamskie, Syria, Irak, Ukraina - pozycja polityczna, gospodarcza, militarna i historycznie uwarunkowana rola najpotężniejszych (nawet, jeśli ta potęga jest mocno nadwyrężona) sprawiają, że to oni, a nie kto inny siedzi przy stole negocjacji. Albo wysyła armię - w pojedynkę albo budując wokół siebie koalicję, z mandatem ONZ albo bez. Do tego wąskiego grona - czy im się podoba czy nie - należą USA, Francja i Niemcy. Czasem dołącza do niego Wielka Brytania, ale coraz rzadziej. Trudno mieć do Tuska prentensje o to, że w tym gronie nie ma Unii, która w dziedzinie rozwiązywania konfliktów i bezpieczeństwa i tak robi i znaczy o wiele więcej, niż wynikałoby to z traktatów, ale tylko wtedy, gdy jest zgoda wszystkich, albo gdy takiej zgody nie potrzeba.

Unia mnie krępuje

Szkoda jednak, że Tusk, po wielu miesiącach sprawowania mandatu, wciąż zdaje się być zmartwiony tym spóźnionym odkryciem i że traktuje tę sytuację jak dopust boży. Z polskiej perspektywy cały świat widać przez ukraiński pryzmat, ale są inne perspektywy, szersze. Bardziej naturalne dla szefa Rady Europejskiej. Na pytanie, czy mu się praca podoba, odpowiada, że tak. Że mu się podoba. Ale z całego wywiadu powiewa rozczarowaniem i zniechęceniem. Między wierszami słychać tuskowe utyskiwanie: ale się władowałem! Van Rompuy czy Barroso, dzisiaj Juncker, też musieli na co dzień borykać się z tymi samymi ograniczeniami. Ich działania, zarówno te widoczne przed kamerami (wierzchołek wystający ponad chmury) jak i te kuluarowe i gabinetowe były funkcją tych samych traktatowych zapisów. Sytuacja jest dziś bardziej skomplikowana w dziedzinie stosunków zagranicznych. Ale mniej skomplikowana gospodarczo. Wtedy też nie było łatwo. Przestrzeń działania się nie zmieniła. Zmienia się zdolność polityczna i psychiczna człowieka do skutecznego poruszania się w tej przestrzeni.

Zarówno Van Rompuy jak Barroso, mimo różnych politycznych doświadczeń i odmiennych osobowości, mówili w imieniu Unii. Jako część Unii. Nie musieli ukrywać tarć, trudnych negocjacji i bolesnych kompromisów, rozczarowań. Ale kiedy decyzja była podjęta, mówili: my, Unia. My Rada, my Komisja. Podobnie dziś postępuje Juncker. Tusk natomiast ustawia się w pozycji tego, któremu Unia zrobiła krzywdę. Którego zawiodła. Sam ustawia się z tyłu bramki i wygląda na to, że nawet się nie rozgrzewa, bo nie wierzy, że dadzą mu zagrać. Świadomie używam zupełnie nieadekwatnej do sytuacji metafory piłkarsko-boiskowej, bo mam wrażenie, że tak to widzi Tusk. Tymczasem to nie ta gra. Najwyższy czas się przebudzić, Tusku. Dla dobra Unii, oczywiście. Ale i po to, żeby nie potwierdzać coraz silniejszego wrażenia, że nie tylko osobisty staż Tuska w Unii, ale w ogóle europejskie doświadczenie polityków z tak zwanych "nowych krajów", jest zbyt krótkie, zbyt płytkie, by powierzać im tak odpowiedzialne funkcje.



Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...