2014-12-12

Poradnik dla obejmujących ważne stanowisko publiczne: jak dokonać rzeczy wielkich dzięki wygranym wyborom

Kadencyjny mechanizm działań publicznych

1. Obejmujesz stanowisko publiczne w wyniku kadencyjnej zmiany władzy.

2. Diagnozujesz sytuację, którą twoi poprzednicy dawno już zdiagnozowali, ale nie zdążyli niczego konkretnego z tą diagnozą zrobić przed zakończeniem kadencji.

3. Swoją diagnozę podporządkowujesz temu, co słyszałeś w mediach o zaniechaniach poprzednika.

4. Objąłeś urząd z przekonaniem, że masz dokonać wielkiej zmiany i że tego wszyscy od  ciebie oczekują. Zaczynasz więc wszystko od nowa. Zatrudniasz ludzi, którzy - tak jak ty - nie wiedzą co było zrobione wcześniej i przekonanych, że wszystko zrobią lepiej.

5.Tworzysz plan działań złożony z zadań nowatorskich (bo w twoim przekonaniu nikt jeszcze ich nie wykonał), a jednocześnie oczywistych (bo wszyscy wiedzą, co nie działa, to oczywiste).

6. Tworząc plan zaczynasz od tytułu. Dobrze, żeby była w tytule jakaś liczba, jakaś data. Tak wyznaczasz cel i pokazujesz, że jesteś osobą konkretną.

7. Zaczynasz się dziwić, że mało kto chwali cię za nowatorstwo, wielu natomiast ironizuje na temat oczywistości tego co robisz. Z niepokojem coraz częściej słyszysz: "nie powiedział nic nowego", "to już było", "to przecież oczywiste".

8. Gdy wreszcie twój plan działań powstał, starasz się uzyskać polityczne wsparcie, by można go zacząć realizować. Do tego potrzeba funduszy. Jeżeli stworzenie Specjalnego Funduszu na rzecz Wielkiej Zmiany nie było elementem twojego planu, musisz stworzyć go teraz.

9. Okazuje się, że polityczne poparcie twoich politycznych przyjaciół nie jest oczywiste, warunkiem jego uzyskania jest poprawienie wielu szczegółów twego planu. Cierpliwie zapoznajesz się z opiniami recenzentów i dziwisz się, że jest ich aż tylu.

10. W mediach coraz więcej artykułów wyliczających powody, dla których twój plan jest skazany na niepowodzenie. Widzisz, że twoi recenzenci znają te artykuły na pamięć. Bogaci w tę więdzę, chętnie udzielają wywiadów na temat twojego planu. Czytasz je z zaskoczeniem.

11. Plan, znacząco zmieniony, nie zyskał twoim zdaniem na spójności, z kilku fundamentalnych dla ciebie zamierzeń trzeba było zrezygnować, ale to nic, bo wreszcie zostaje przyjęty. Brawo!

12. Obiecujesz natychmiastowe wdrożenie. Publikujesz "mapę drogową" Wielkiej Zmiany.

13. Wdrożenie jest nieco opóźnione z braku funduszy. Chociaż przekonywałeś innych i sam siebie, że bardziej chodzi o właściwe wykorzystanie istniejących zasobów, niż sięganie do kasy po nowe środki. W prasie czytasz, że proponujesz recykling funduszy i że nic z tego nie będzie.

14. Ogłaszasz wielki początek wielkiej zmiany: plan rusza.

15. Przedstawiasz okresowe oceny realizacji planu, bo ci kazali. Tłumaczysz opóźnienia, na potrzeby sprawozdań podejmujesz działania możliwe do zrealizowania, żeby udowodnić, że wszystko posuwa się do przodu.

16. Powoli kończy się twoja kadencja.

17. Kadencja się skończyła.

18. Z wyższością patrzysz na swojego następcę, który zaczyna diagnozę dawno zdiagnozowanej sytuacji, proponuje oczywiste rozwiązania oczywistych problemów i otoczony zaufanymi, ale pozbawionymi doświadczenia i instytucjonalnej pamięci współpracownikami traci czas na odkrywanie Ameryki od nowa. Za szczyt naiwności ze strony mediów i opinii publicznej uważasz każdy zachwyt wywołany pozorną nowością planów twojgo następcy. Masz poczucie niesprawiedliwości, gdy mówią, że teraz "to" wreszcie zostanie zrobione, bo poprzednik, czyli ty, nie zrobił absolutnie nic.

2014-12-11

Rzeczpospolita kiejkucka

Raport Senatu USA na temat tajnych więzień CIA stawia kropkę nad i - jak słusznie zauważa Józef Pinior. Polski senator nie ma jednak racji, gdy wzywa, abyśmy wzorowali się na Stanach Zjednoczonych by pokazać, że Polska jest państwem prawa. Bo w państwie prawa winni podlegają prawu bez względu na to dla jakiej instytucji pracują. A ta zasada nie obowiązuje w amerykańskiej demokracji.

© Parlament Europejski 2014
To prawda, że mechanizm demokracji zadziałał w tej sprawie, bo senacka komisja wykonała kawał solidnej roboty i nie zawahała się upublicznić swoich ustaleń. Ustalenia są dramatyczne: stopień wymyślności tortur, osobiste zaangażowanie i sadyzm katów są miarą barbażyństwa niewyobrażalnego w nowoczesnym państwie zachodniej cywilizacji; wykorzystanie poddaństwa i naiwności państw satelickich, biednych i dopiero co wyzwolonych z totalitaryzmu, pokazuje jak Stany Zjednoczone rozumieją politykę międzynarodową i co oznacza dla nich "kraj sojuszniczy"; wypchnięcie poza terytorium USA zinstytucjonalizowanej działalności przestępczej, niezgodnej z amerykąńską konstytucją, uzmysławia, jak mało uniwersalna, a jak bardzo lokalna jest amerykańska koncepcja demokracji: poza granicami państwa może nie obowiązywać, bo poza USA to znaczy nigdzie.

Polska, kraj który nie tylko zgodził się użyczyć swego terytorium, ale który za użyczenie infrastruktury i za milczenie kazał sobie zapłacić słusznie jest w raporcie nazywany "Krajem": terytorium bez właściwości i bez wartości, państwem króla Ubu. Odpowiedzialni za to powinni odpowiedzieć przed sądem i oczywiście Józef Pinior, który jak nikt inny w Polsce przyczynił się do ujawnienia i wydania moralnej oceny tym działaniom, ma rację ponownie się tego domagając. Polska prokuratura, która ociąga się ze śledztwem od 2008 roku, czekała ponoć na wyniki śledztwa Sentau USA. Teraz już czekać nie musi.

"Kraj", czyli nigdzie

Ale jeśli - jak apeluje Pinior - mielibyśmy się kierować  amerykańskim wzorcem państwa prawa, to sprawiedliwości nie stanie się zadość. Owszem, amerykański model objawia się w tym przypadku tak, że na ołtarzu demokracji Senat przedstawia uczciwe, niezależne sprawozdanie sporządzone przez swoją komisję śledczą. Bez względu na kontekst międzynarodowy (mało sprzyjający takim wynurzeniom), bez względu na naciski odpowiedzialnych za przestępstwa polityków. Mniejsza o to, że wszystko po to, i dlatego teraz, żeby zdążyć przed nieuchronnym, jak się wydaje, zwycięstwem Republikanów w następnych wyborach. Jest jasne, że pod ich rządami Ameryka, nasz ukochany kraj, okazałaby się mniej demokratyczna, mnie otwarta, mniej transparentna, bo raport pewnie zostałby jeszcze bardziej ocenzurowany lub w ogóle by się nie ukazał. Ale, rzecz najważniejsza: ani teraz ani później, bez względu kto wygra wybory, odpowiedzialni nie zostaną  postawieni w USA przed sądem.

Demokracja a państwo prawa

USA zbierają punkty za demokratyczny charakter swoich instytucji przedstawicielskich, za transparencję władzy ustawodawczej. Ale nie za państwo prawa! To, co instytucje tego państwa robiły pod pretekstem walki z terroryzmem, jest nie do pogodzenia z państwem prawa. Jeśli ktoś chce, może to usprawiedliwiać racją stanu, wyższą koniecznością, dlaczego nie. Nie może jednak namawiać pryncypialnych zwolenników państwa prawa do naśladowania Stanów Zjednoczonych. Tam nie będzie procesu karnego. Co najwyżej wewnętrzne postępowanie administracyjne. Rozumiem, że Pinior domaga się aktywności polskiego prokuratora wobec polskich winnych, ale dlaczego powołuje się przy tym na przykład amerykański - nie rozumiem.

Standardy kiejkuckie

Zastosowanie amerykańskiego wzorca oznacza powołanie komisji śledczej w sejmie lub senacie, która przygotuje sprawozdanie. Z tym radzimy sobie świetnie. Ale amerykańskiego rozmachu zabraknie: 50 milionów dolarów na śledztwo raczej nie wydamy. Następnym etapem będzie ogłoszenie raportu i... bezkarność winnych, tak jak w USA. Czy o to chodzi Piniorowi? Demokracja oparta na tym modelu, transparentna, ale na bakier z zasadą państwa prawa, dysponująca o niebo mniejszymi środkami finansowymi niż USA, byłaby ubogą kopią tamtego systemu, taką kiejkucką demokracją.

Jak już kiedyś pisałem, Polskę skazano w Strasburgu za sprzeniewierzenie się europejskim standardom. Nie amerykańskim. Nie skazano jej za to, jak poradziła sobie ze swoją demokracją, bo tego sądu Polacy muszą dokonać nad sobą sami. I - wbrew temu co słyszę - nie powinni tym razem brać przykładu ze Stanów Zjednoczonych.



2014-10-02

Jak Ewa Kopacz widzi Europę

Dla Ewy Kopacz przynależność Polski do Unii ma charakter utylitarny, w jej exposé nie znajdziemy, w odniesieniu do integracji europejskiej, nawet śladu wzniosłości i ideowości, które pojawiały się czasem w retoryce Tuska. Bo Unia to dla nas ciepła woda w kranie: jest oczywiście potrzebna, to nasza prosta, pragmatyczna codzienność. Europejski program Ewy Kopacz jest prosty: bierzemy, co tylko możemy, dawać nie zamierzamy. Jesteśmy w pierwszej unijnej lidze, ale wychylać się przed szereg nie będziemy, przeciwnie: pozostaniemy w tyle zawsze, gdy krok do przodu oznaczałaby dla nas koszty.


Ewa Kopacz w Brukseli, październik 2014                             ©UE
Dla premier polskiego rządu przynależność do Unii Europejskiej to oczywistość. Bezdyskusyjna. Unia to część Zachodu, rozumianego również jako obszar wartości i zasad, którego jesteśmy częścią. To przekonanie bardzo różni Ewę Kopacz od liderów prawicowej opozycji z PiS i konsorcjum, dla których Zachód to wciąż jeszcze "tamci". Podobnie jednak jak dla opozycji, według następczyni Tuska Unia to przede wszystkim źródło finansowania krajowych potrzeb. Unia jest też częścią (obok USA i NATO) gwarancji polskiego bezpieczeństwa (o bezpieczeństwie w ogóle było w exposé bardzo dużo). Mamy w niej coraz silniejszą pozycję: wszak Tusk został "prezydentem Europy". Tę pozycję trzeba ugruntować po to, by członkostwo jak najlepiej wykorzystać: finansowo, politycznie, ale też by zadbać o szacunek dla Polski.

Bierzemy, co tylko możemy

W sejmowym exposé Ewy Kopacz Unia Europejska najczęściej pojawia się w charakterze milczącego i spolegliwego bankiera. "Zyskaliśmy w nowej perspektywie finansowej Unii Europejskiej ponad 400 mld złotych na rozwój Polski w latach 2014-2020" – to europejski rekord, więcej niż Zachód dostał w ramach plany Marshalla, a wszystko to dzięki siedmioletnim rządom PO i PSL - przypomina pani premier.

Dzięki unijnym pieniądzom rząd Ewy Kopacz będzie rozwijał transport miejski, tworzył przyzakładowe żłobki, przedszkola i dzienne domy opieki dla ludzi starszych. Samorządy zapłacą z budżetu UE za wyposażenie gabinetów stomatologicznych, które dzięki rządowi powrócą do szkół. Rekordowymi zasobami finansowymi, które tak sprytnie rząd PO-PSL wynegocjował w Brukseli, wystarczy zarządzać tak, by osiągnąć "zasadniczy cel rządu", to znaczy "dobrobyt Polaków"

Są jednak dziedziny, w których Ewa Kopacz nie jest zadowolona z Unii Europejskiej. "Mamy prawo oczekiwać od Unii Europejskiej, że jej pomoc dla polskiej wsi będzie adekwatna do strat, które ponosimy" z powodu rosyjskiego embarga na polską żywność. Dlaczego mamy takie prawo Ewa Kopacz nie wyjaśnia. Nie jest też jasne, czy takie samo prawo maja wszyscy, nie tylko polscy producenci rolni UE, bo jeśli tak, to należałoby zapytać: Pani Premier, skąd brać, skąd brać?

Dawać nie zamierzam

Unijnych sankcji wobec Rosji rząd PO-PSL domagał się z większą determinacją niż którykolwiek w świecie, teraz jednak okazuje się, że "idea solidarności, którą Polska dała światu" i obrona "fundamentalnych zasad świata, do którego należymy" są nie na naszą kieszeń. Dlatego po zaksięgowaniu prawdziwych wartości oczekujemy od UE (czyli innych państw członkowskich) uregulowania faktury.

Przed październikowym unijnym szczytem, poświęconym polityce energetycznej i klimatycznej, Ewa Kopacz oświadcza, że jej" rząd nie zgodzi się na nowe koszty i wyższe ceny usług dla konsumentów." Spodziewam się twardej postawy polskiego rządu na ostatnim posiedzeniu Rady Europejskiej, któremu przewodniczyć będzie Herman Van Rompuy. Na następnym pojawi się już nowy przewodniczący, Donald Tusk. Ewa Kopacz niby zdaje sobie sprawę "jak ważna jest ochrona środowiska", ale kwestia klimatu to nadal tylko element arsenału wartości zachodnich hipsterów. Rząd Ewy Kopacz nie będzie rządem przełomu, jeśli chodzi o zrozumienie znaczenia polityki klimatycznej UE dla zmiany orientacji europejskiego przemysłu i pozycji UE w światowym podziale pracy, pozostanie wierny tradycji polskiego ponadpartyjnego konsensusu w sprawie polityki klimatycznej UE.

Jesteśmy w pierwszej lidze

Jednocześnie jednak rząd Ewy Kopacz chce, "żeby UE wcieliła w życie ideę solidarności energetycznej". Zastanawiająca jest nieświadomość, że przy zachowaniu obecnej retoryki (tak, retoryki bardziej niż polityki) każda polska propozycja dotycząca energii, choćby była najlepsza, jest już na starcie skazana na niepowodzenie. Niewiarygodność w polityce kosztuje. Rozumiem, że nowy rząd chce "doprowadzić do ukrócenia wszystkich monopolistycznych praktyk i manipulacji cenowych" ze strony Rosji, kontynuując taktykę rządu Tuska zmierzającą do ustalenia na poziomie UE jednej akceptowalnej ceny za rosyjski gaz. Ale powodzenia temu pomysłowi nie wróżę.

Nowy rząd zamierza też wykorzystać unijny pretekst dla ograniczenia importu taniego rosyjskiego węgla do Polski. W tym celu do polskiego prawa ma zostać wprowadzony zapis o preferencji wspólnotowej. Wszak "unijny węgiel" oznacza w praktyce węgiel polski. Pomysł dobry, nie sadzę jednak, by jego realizacja stymulowała wzrost rentowności polskich kopalń. Stymulować będzie przede wszystkim samozadowolenie górniczego lobby przekonanego, że dostarcza Polakom czarne złoto. Drogo to kosztuje polskich konsumentów, tych samych, których przed wysokimi cenami energii Ewa Kopacz chce bronić w Brukseli.

Ewa Kopacz ma rację mówiąc, że Polska bardzo szybko z kraju kandydującego, potem raczkującego w UE, stała się w Unii graczem pierwszoligowym. Ale ogranicza się do jednego przykładu: Tusk został "prezydentem Europy". Tytułowanie przewodniczącego Rady Europejskiej "prezydentem Europy" nie wystarczy, by ugruntować miejsce Polski w pierwszej lidze. Czysto instrumentalne odwołanie do wspólnotowości też nie wystarczy. Ta pozycja – i ambicja - jest nie do pogodzenia z mało ambitnym, podejściem do integracji europejskiej. To, jak Ewa Kopacz mówi o integracji, nie rokuje dobrze osiągnieciu "jednego z największych celów jej rządu", to jest "umacniania naszej pozycji w Unii Europejskiej". Nie można być jednocześnie w kulisach i na scenie, unijną awangardą i cichym zwolennikiem Europy à la carte.

Nie wychylać się przed szereg

Tymczasem w exposé pojawiły się dwie sprzeczne tezy: jesteśmy w pierwszej lidze, ale jednocześnie nie chcemy wychodzić przed szereg. Żeby było jasne: nie wszyscy muszą być awangardą. Problemem jest brak konsekwencji, niespójność, a nie wybór takiej czy innej pozycji.

Wobec Ukrainy na przykład Ewa Kopacz zamierza prowadzić "politykę pragmatyczną" i "nie stawiać przed Polską nierealistycznych celów". Myślę, że słusznie. W dwustu procentach zgadzam się z Kopacz, gdy mówi jasno to, o czym zbyt często w Polsce się zapomina: "Wspieramy proeuropejski kierunek rozwoju Ukrainy, ale nie zastąpimy Ukraińców, na których ciąży obowiązek zreformowania ich kraju." Bo rzeczywiście dla Polski i dla Unii ważniejsze jest, by Ukraina była suwerennym, ale też demokratycznym, wolnorynkowym, szanującym podstawowe europejskie zasady i wolnym od korupcji państwem prawa niż niegotowym do członkostwa członkiem Unii. To dobrze, że rząd Ewy Kopacz chce pomagać Ukraińcom w zreformowaniu ich państwa. Jak jednak interpretować w kontekście tego pragmatyzmu inna słuszną zasadę sformułowaną przez panią premier: "Każda polityka zagraniczna musi być oparta na systemie wartości. Te wartości są tylko tak silne, jak silna jest wola i determinacja do ich obrony." Jeżeli nasza determinacja ma być jedynie odzwierciadleniem woli tych, dla których Ukraina jest naturalnie częścią Rosji, to będzie problem. Częściowo jedynie uspokaja mnie to zapewnienie Ewy Kopacz: "Zadaniem mojego rządu będzie zabieganie o jedność i solidarność obozu demokratycznego. Jest najgłębszą racją stanu, by nie dopuścić do rozwodnienia stanowiska Zachodu".

Pragmatyzm zwycięża też w kwestii przyjęcia przez Polskę unijnej waluty. Przyjmiemy ją, gdy strefa euro wyjdzie z kryzysu wzmocniona i gdy Polska gospodarka uzyska pożądany stopień stabilności. Inaczej mówiąc, gdy spełni kryteria przystąpienia do eurolandu. A ich spełnienie jest " jest dobre dla polskiej gospodarki". Kopacz nie stawia pytania wchodzić, czy nie, tylko, w jakim tempie. To dobry znak. Zabrakło mi jednak w jej wystąpieniu jednego choćby zdania na temat politycznego wymiaru przystąpienia do euro: nie można być w Unii graczem pierwszoligowym opóźniając przyjęcie wspólnej waluty. Być jednocześnie in i out. Wydaje się, że zasada nie wychodzenia przed szereg to podstawa europejskiej strategii Ewy Kopacz.

Nieobecna Europa

Miłośnicy statystyk wyliczyli, że czterdziestopięciominutowe wystąpienie nowej szefowej rządu było najkrótszym exposé premiera w III RP. Trudno więc oczekiwać, że znajdzie się w nim wszystko. O roli Unii Europejskiej w świecie, o polskim stanowisku w sprawie perspektywy jej rozszerzenia, kształtowaniu unijnej polityki bezpieczeństwa i obrony, o polityce sąsiedztwa, współpracy na rzecz rozwoju, paneuropejskich sieciach energetycznych, cyfrowych, transportowych, przyszłości wspólnej polityki rolnej powie być może minister spraw zagranicznych, którego wystąpienie zostało zapowiedziane na październik. Ale oczywiście taki podział nie pozostaje bez wpływu na to, jakiej odpowiedzi udzielimy na tytułowe pytanie tego bloga: Gdzie ta Europa? Gdzie ta Europa w polityce rządu Ewy Kopacz? Jak bardzo jest częścią polityki krajowej? Jak bardzo ma ona znaczenia sama w sobie? Czy może - wyłączając naturalnie pieniądze dla Polski z unijnego budżetu -jest jedynie elementem polityki zagranicznej?

W swym wystąpieniu Ewa Kopacz podniosła szereg wątków mogących kojarzyć się naturalnie z integracja europejską. Bronię się przed przypuszczeniem, że pani premier mogą się nie kojarzyć, że kojarzy się jedynie unijny budżet. Wśród wątków, w których unijnego odwołania mi zabrakło, są na przykład rozwój polskiej nauki i innowacyjność ("najnowocześniejsze rozwiązania techniczne, z których dziś korzystają Polacy, mogą znacznie polepszyć poczucie bezpieczeństwa obywateli" – czy zmieni się nierozumne polskie stanowisko sprawie jednolitego patentu? Również w kontekście kultury elementu europejskiego mi zabrakło. Nie tylko europejskiego zresztą: zabrakło mi sztuki, w tym sztuki nowoczesnej. Kultura to jeden z najbardziej oczywistych składników wspólnej europejskiej tożsamości. Różnorodność kultur w ramach europejskiej jedności to unijne motto, dewiza integracji europejskiej. Ale dla Ewy Kopacz kultura to" muzea i miejsca pamięci historycznej stanowiące źródło budowania nowego patriotyzmu i świadomości historycznej młodego pokolenia". Znów warto zapytać: to gdzie ta Europa?

Nie ma wątpliwości: rząd Ewy Kopacz będzie rządem proeuropejskim, ale nie euroentuzjastycznym. Dobrej pozycji Polski w Unii Euroepejskiej nie zmarnuje. Ale też nic nie wskazuje na to, żeby ją umocnił. Członkostwo Polski w UE jest pozytywnym elementem teraźniejszości, którym trzeba sprawnie, pragmatycznie zarządzać, ale nie inspiracją dla myślenia o przyszłości Polski i Europy. Udane członkostwo Polski to takie, które daje jej gwarancję bezpieczeństwa geopolitycznego i zapewnia finansowanie rozwoju rozumianego jako wzrost zamożności obywateli. Nie oznacza ono jednak skutecznego i ambitnego udziału w integrowaniu Europy.



2014-09-17

Szkocja, czyli europejski paradoks

Gdyby ograniczyć się do Wielkiej Brytanii, to w odpowiedzi na tytułowe pytanie tego bloga: "Gdzie ta Europa?" palec na pewno powędruje po mapie do Szkocji, nad Londynem się zawaha, ani na sekundę nie zatrzyma się nad resztą kraju.

W świetle ostatniego badania europejskich nastrojów przeprowadzonego przez Chatham House to zupełnie oczywiste: również w rozumieniu i stopniu akceptacji integracji europejskiej Szkoci różnią się od Anglików i Walijczyków.

Proeuropejscy Szkoci…

Zapytani z czym kojarzy im się Europa, Szkoci wymieniają co prawa na pierwszym miejscu biurokrację, a na trzecim ograniczenie władzy narodowej (ale jakiego narodu? - sprawa w tym przypadku niejasna), ale przeważają atuty: swoboda przemieszczania się, osiedlania i pracy na całym terytorium UE, obrona praw obywatelskich, pokój i bezpieczeństwo. Tymczasem w południowej części Królestwa (bez Londynu) nastroje panują całkiem przeciwne, Europa to samo zło: biurokracja, a jakże, i utrata narodowej potęgi (na drugim miejscu), brak bezpieczeństwa na granicach, marnotrawienie pieniędzy, podważanie narodowej tradycji i kultury.

Szkoci inaczej niż ich współobywatele z reszty kraju postrzegają rolę polityki zagranicznej. Większość z nich (52%) jest zdania, że Wielka Brytania powinna się w tej dziedzinie kierować etyką i wartościami, które zwykle stanowią element unijnego kanonu zasad, a nie wyłącznie i w każdej sytuacji interesem narodowym (tan pogląd poparło 33% Szkotów). W pozostały częściach kraju mniej (w Londynie) lub bardziej zdecydowanie wygrywa koncepcja nacjonalistyczna. W większym stopniu (średnio 12% różnicy) niż ich brytyjscy pobratymcy Szkoci są też dumni ze znacznych wydatków Wielkiej Brytanii na pomoc krajom rozwijającym się. Szkoci (podobnie jak Londyńczycy) opowiadają się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE (59% za, 24% przeciw), w ciągu ostatnich dwóch lat prounijna tendencja się wzmocniła, w reszcie krajów – na odwrót. Gdyby Szkoci, jako obywatele niepodległego państwa, nie głosowali w zbliżającym się referendum w sprawie pozostanie w Unii Europejskiej, zwolennicy wystąpienia Wielkiej Brytanii niechybnie by zwyciężyli.

… mogą znaleźć się poza UE

Alex Almond w przedstawicielstwie KE w Edynburgu
Mimo swojej eurofobii i ugruntowanego na przestrzeni wieków izolacjonizmu Brytyjczycy straszą Szkotów, że występując ze Zjednoczonego Królestwa, wystąpią też z Unii Europejskiej. Niestety, mają rację, o czym pisałem już w przeszłości, z prawnego punktu widzenia to oczywiste: w traktacie wymieniającym członków UE takiego państwa jak Szkocja nie ma, Szkocja musiałaby więc o członkostwo wystąpić. Szkoci wiedzą, że przystosowanie do unijnych standardów, droga przez mękę każdego kandydata, nie jest problemem, bo Szkocja, funkcjonująca w ramach UE od 1973, już jest przystosowana. Czy jednak przed przystąpieniem do UE Szkocja musiałaby podpisać traktat stowarzyszeniowy? I porozumienie o wolnym handlu (bo będąc poza UE jest też poza rynkiem wewnętrznym)? A co ze swobodą podejmowania pracy w krajach UE, zakładania tam firm, osiedlania się? O walucie już nawet nie wspominam, to kwestia wykraczająca poza problematykę członkostwa w UE. Wszystkie te problemy mogłyby oczywiście zostać potraktowane przez członków UE jako formalność i zostać rozwiązane w szybkim tempie, powiedzmy w ciągu rocznego okres przejściowego.

Ale nie będą. I bynajmniej to nie postawa Wielkiej Brytanii musiałaby być byłaby główną przeszkodą w polubownym załatwieniu sprawy, bo Brytyjczykom też zależałoby na ograniczeniu wstrząsów w relacjach między gospodarkami dwóch ściśle powiązanych państw. Prym wśród oponentów wiodłaby Hiszpania, obawiająca się groźnego precedensu ze względu na sytuacje w Katalonii. I nie byłaby osamotniona, bo rewindykacje autonomii, suwerenności czy niepodległości u Basków, Flamandów, Ślązaków, Lombardczyków, Korsykanów budzą niepokój w wielu państwach należących do UE.

To paradoks, że poza Unią mogliby pozostać Szkoci, o wiele mocniej identyfikujący się z ideą i kanonem wartości integracji europejskiej niż nie tylko Anglicy, ale też Węgrzy, Czesi czy Słoweńcy. Obawa przed efektem domina i trudny geopolitycznie czas (polityka Rosji i jej wojna z Ukrainą oraz islamistyczny kalifat to zakwestionowanie zasad, w oparciu o które Zachód budował porządek na świecie) nie sprzyjają niepodległości Szkocji. A już na pewno nie sprzyjają perspektywie członkostwa niepodległej Szkocji w UE.

2014-08-31

Nowa polska epoka

Donald Tusk przewodniczącym Rady Europejskiej. Dobra passa dla Polski trwa. 
Z niektórych komentarzy na polskojęzycznym Twitterze bije tak nieposkromiony żal, że nawet mi się nie chce na nie reagować. A przecież poziom jadu wzrośnie, bo wielu "prawdziwych patriotów" tak zamurowało, że zgryzoty jeszcze nie zdołali wyjęczeć. Ale jękną. I oby ich jęczenie nie rozbrzmiewało zgodnie z partyturą naszkicowaną w "drugim scenariuszu", obym się mylił.

W pozytywnych, czyli utrzymujących się w mentalnej normie (no bo jak nie odbierać tej nominacji z dumą, pozytywnie?) komentarzach, wiele jest takich, których autorzy cieszą się, że wrośnie pozycja Polski, że Polska teraz zyska. Co zyska? Musimy wreszcie zrozumieć, że takie wydarzenie jak nominacja Donalda Tuska na przewodniczącego Radu Europejskiej przez szefów rządów i państw UE oznacza, że to już się stało, że to jest spektakularnym objawem, a nie zapowiedzią wzrostu znaczenia Polski. I to nie w kontekście tak zwanej polityki wschodniej, nie w ramach tak zwanego "bloku państw posowieckich", ale w ramach polityki europejskiej po prostu, w ramach historii tout court.

Nie wpadajmy w retorykę przyszłych zysków, wymiernych, materialnych, do policzenia i zważenia, bo ugrzęźniemy w jałowej debacie z tymi wszystkimi rodakami, którym oczy zaszły bielmem ideologicznej nienawiści, ignorantami z wyboru, z zajadłością krytykującymi każdy polityczny rzeczywisty sukces Polski i cywilizacyjny krok wprzód. Oni pierwsi zaczną liczyć i ważyć i siłą rzeczy wyjdzie im, że za mało i za lekko, bo ich system wag i miar jest nie z tego świata, nie z tych czasów, zrodzony w psychicznych bólach historyczno-patriotycznej neurastenii.

Przyjmijmy więc sukces Tuska za sukces Polski, uwierzmy, że możemy i potrafimy i że na pewno nam wyjdzie, bo przecież tak już mamy. Trudno uwierzyć, skoro przez wieki, nauczeni historią, wierzyliśmy w coś przeciwnego. Ale na tym właśnie polega cała sztuka, na tym polegać powinno sedno polskiego przemienienia: skoro udało nam się znaleźć ten historyczny skrót, dzięki któremu w galopie nadrobiliśmy czas stracony w wielkim historycznym zapętleniu, skokiem wróciliśmy w europejską teraźniejszość jako ważny jej uczestnik, nie zatrzymujmy się z niepewności, nie cofajmy z niedowierzania, tylko idźmy do przodu. Nie popadajmy jednak w zadufanie, traktujmy sukces jako coś, po co z powodzeniem możemy sięgnąć, porażki - jak nieuniknione wypadki przy pracy. Uwierzmy po prostu w siebie i róbmy dalej swoje, bo od dwudziestu pięciu lat całkiem nieźle nam to wychodzi.

2014-08-28

Problem taktyczny Tuska w Brukseli

Federica Mogherini                                                      ©UE2014
Szanse na to, że Sikorski przejmie schedę po Ashton topnieją z minuty na minutę. W stolicach państw członkowskich wszyscy wiedzą, że włoska kandydatka nie ma profilu by kierować unijną dyplomacją, ale nie wszyscy uważają, że to wada: rządy nie lubią, gdy polityką zagraniczną kieruje się z Brukseli. 

Poza tym trudno powiedzieć: "nie" włoskiemu premierowi, trzeba go wesprzeć, bo jest gwarantem reform we Włoszech i wyjścia tego kraju z kryzysu. Symboliczna rozgrywka dla strefy euro i dla całej UE. A Matteo Renzi się uparł na Mogherini i ustąpić nie chce.

Z kolei, jeśli wierzyć prasowym doniesieniom, rosną szanse Tuska. Czy medialne i przyjacielskie zachęty z najbliższego środowiska wpłyną na jego skłoność do powiedzenia "tak", gdyby rzeczywiście propozycja przewodniczenia Radzie Europejskiej została mu złożona na sobotnim szczycie? Osobiście wątpię, by tak się stało.

Tusk dlatego sam pozostawał w grze, mówiąc, że niby nie chce, ale mrugając znacząco okiem, i dlatego w grze, mimo malejących szans, pozostawił Sikorskiego, by ustawić się w centrum pola negocjacji. Ich prawdziwym celem miałoby być ugranie dla Polski ważnej teki komisarza. Może nawet wiceprzewodniczącego Komisji na dodatek. Ale ta pozornie logiczna taktyka może okazać się nie do zrealizowania na sobotnim szczycie.

Jest już oczywiste, że w sobotę nie zapadną żadne decyzje dotyczące podziału tek w przyszłej Komisji. Negocjacje w tej sprawie należałoby prowadzić z przewodniczącym elektem. Ale ponoć Jean-Claude Juncker nie zamierza w dyskusjach uczestniczyć. Zrobi sobie rodzinne zdjęcie i wyjdzie. I słusznie: dlaczego miałby wystawiać się na narodowe naciski, wymuszanie zobowiązań i ustępstw? To byłaby pułapka. Tymczasem sprawa jest jasna: do dyskusji o tekach komisarzy przejdziemy dopiero, gdy zapadną decyzje dotyczące "top jobs", następców Van Rompuya i Ashton. A te decyzje podejmą szefowie rządów, Juncker nie ma tu nic do powiedzenia. Jego rola zacznie się później, od poniedziałku.

Taki scenariusz oznacza zaś, że transakcji wiązanej (ważna teka dla polskiego komisarza, skoro nie dostajemy żadnego z dwóch kluczowych stanowisk) nie będzie. Inna sekwencja zdarzeń, inne poziomy negocjacji. Na Junckera na pewno nie zadziała argument: przegraliśmy w sobotę, to w zamian chcemy wygrać w poniedziałek. Nie ze mną graliście, anioły moje - odpowie Tuskowi Juncker. Jeżeli Tusk się domyśla, że tak to może wyglądać, to - by nie wrócić z Brukseli na tarczy dwukrotnie: i w sobotę i w poniedziałek - powinien poważnie przymierzyć się do walki o stanowisko szefa Rady Europejskiej.

2014-08-27

Kto do Brukseli: trzy scenariusze dla PO

Sala obrad Rady Europejskiej z pustym krzesłem przewodniczącego
W sobotę mają zapaść decyzje, kto zostanie nowym przewodniczącym Rady Europejskiej w miejsce Belga Hermana Van Rompuya i kto zastąpi Brytyjkę Catherine Ashton na stanowisku szefa unijnej dyplomacji. 

Polska ma poważnych kandydatów na oba stanowiska, co już samo w sobie jest ewenementem. Jakie są ich rzeczywiste szanse nie wie dziś chyba nikt. Ale zgłoszenie do udziału w wyścigu nie pozostaje bez konsekwencji dla uczestników. Patrząc z polskiej perspektywy, nominacje na te dwa kluczowe stanowiska będą miały zasadniczy wpływ na sytuację w kraju i na notowania PO, i to bez względu na to, kto w ostatecznym rozrachunku pokieruje Radą Europejską i sprawami zagranicznymi.

Porządek obrad tego nadzwyczajnego szczytu UE, którego zasadniczym celem miało być obsadzenie obu najważniejszych stanowisk oraz podział tek w nowej Komisji, bardzo się skomplikował. Instytucjonalno-kadrowa część się zawęziła do wyznaczenia następców Van Rompuya i Ashton. Jeśli się uda, to już będzie duży krok do przodu, a nad komisarzami można się będzie jeszcze pozastanawiać, biorąc również pod uwagę znane oczekiwania Parlamentu Europejskiego. Jednocześnie lista spraw do omówienia wydłużyła się w wyniku sytuacji międzynarodowej: Ukraina, strefa Gazy, Irak, Syria, Libia nie mogą przecież być zbyte milczeniem. Siłą rzeczy skrzyżują się rozbieżne priorytety i interesy. Kwestie instytucjonalne, personalne i międzynarodowe zostaną powiązane w pakiety negocjacyjne. Łatwo nie będzie. W tej mgławicy trudnych do przewidzenia wydarzeń można jednak, dla porządku, zarysować trzy scenariusze interesujące z polskiego i europejskiego punktu widzenia.

Scenariusz pierwszy: włoska kandydatka na szefa dyplomacji, Federica Mogherini, odpada pod naciskiem państw oskarżających ją o prorosyjskość, następcą Lady Ashton zostaje Radosław Sikorski. W tej sytuacji kandydatura Tuska na szefa Rady Europejskiej staje się bezprzedmiotowa, Tusk zostaje w kraju. To najlepszy scenariusz dla Polski, ale i dla PO, bo gwarantuje stabilność polityczną i przynajmniej w jakimś stopniu rozmywa perspektywę wyborczego zwycięstwa PiS. Jednocześnie objęcie teki wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa przez polityka z tak zwanych "nowych krajów" eliminuje z "krótkiej listy" kandydatury Bułgarki Georgijewej i Łotysza Dombrovskisa. Rosną wtedy szanse Dunki Helle'y Thorning Schmidt i Irlandczyka Endy Kenny'ego.

Scenariusz drugi: zarezerwowane dla socjalistów stanowisko wysokiego przedstawiciela dostaje Włoszka, Tusk zostaje przewodniczącym Rady Europejskiej. Sikorski, zgłoszony jako polski kandydat na komisarza tylko po to, by objąć tekę spraw zagranicznych (wysoki przedstawiciel jest jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji) wypada z gry. Kandydatem na komisarza zostaje Danuta Hübner. Dzięki temu Jean-Claude Juncker ma w składzie Komisji dodatkową kobietę, co zwiększa szanse na uzyskanie niezbędnego poparcia Parlamentu (na razie Parlament przygotowuje się do odrzucenia en bloc zespołu kandydatów na komisarzy, bo w obecnym kształcie nie spełnia on wymogu parytetu kobiety-mężczyźni). Z tego powodu kandydatura Rostowskiego na członka Komisji, mimo preferencji Tuska, odpada na rzecz kandydatury Hübner.

Z zewnątrz taki rozwój wypadków wyglądałby na prestiżowy sukces Tuska jako polityka i sukces Polski, jako państwa. Ale poza prestiżem, to kiepski scenariusz i dla Polski i dla PO. Mogherini na czele unijnej dyplomacji zostałaby odebrana w Polsce jako porażka negocjacyjna rządu PO. Na dodatek, Tusk zostałby niechybnie oskarżony o świadome poświęcenie interesu Polski dla osobistej kariery. Platforma bez Tuska raczej by się nie wzmocniła. Krytyka opozycji, że Tusk uciekł z tonącego okrętu łatwo znalazłaby posłuch w opinii publicznej, która chętniej wierzy, wbrew faktom, że sytuacja Polski jest katastrofalna, niż że kraj rozwija się szybciej niż kiedykolwiek. To jeszcze bardziej obniżyłoby sondażowe notowania Platformy i przyczyniło się do jej wyborczej porażki. Wybory wygrałoby PiS, a to najgorsze co Polsce może się przydarzyć.

To również ryzykowny scenariusz dla Europy. Nie wiem czy Tusk ma format międzynarodowego polityka i czy bycie politykiem sprawnym i utalentowanym wystarczy by skutecznie działać na unijnej arenie. Nieznajomość francuskiego i kiepska znajomość angielskiego to poważny problem. Niewiadomo też ile czasu potrzebowałby Tusk, by rozwinąć skrzydła nie mogąc liczyć na żadne partyjne zaplecze, działając w zupełnie innym kontekście niż ten, który poznał jako premier. Ale nawet gdyby Tusk miał się okazać najlepszym z możliwych szefem Rady Europejskiej, to najpoważniejsze niebezpieczeństwo kryje się gdzie indziej: Polska pod rządami PiS stałaby się dla UE jeszcze większym problemem niż Węgry. Orban jest antyunijny i antyzachodni, ale ma zmysł pragmatyczny. PiS i jego prezes mają zmysł oszołomski. A w sytuacji, gdy Tusk byłby szefem Rady Europejskiej, Unia stałaby się nieustannym celem ataków pisowskiego rządu. (Na temat "europejskiej" polityki PiS zob też: "Państwo PiS jest nie z tej Europy")

Rozpatrując ten scenariusz czuję się jednak w obowiązku przypomnieć, że sam Tusk nadal twierdzi, że schedą po Van Rompuyu nie jest zainteresowany. Mimo ekscytacji polskich mediów, które dziś piszą o poparciu Camerona dla kandydatury Tuska, tak jak parę miesięcy temu rozpisywały się o poparciu Merkel. Czyżby "nie chcem ale muszem"?

Scenariusz trzeci: Sikorski nie staje na czele dyplomacji UE, innej teki objąć nie chce lub nie może, polskim komisarzem zostaje Rostowski, Bielecki albo Hübner. Tusk nie przejmuje pałeczki od Van Rompuya, zostaje w kraju, szefem Rady Europejskiej zostaje przedstawiciel Bałtów albo Dunka. Zostaje to naturalnie odebrane jako spektakularna porażka premiera i jego formacji na scenie europejskiej. Notowania PO lecą w dół, PiS szybuje w sondażach. Gdyby Mogherini, a nie Georgijewa, została w tej sytuacji wysokim przedstawicielem UE ds. polityki zagranicznej, klęska byłaby totalna. Nawet uzyskanie przez Polskę ważnej teki w Komisji Europejskiej, na przykład energii lub rynku wewnętrznego, nawet stanowisko wiceprzewodniczącego Komisji przyznane jako zadośćuczynienie mogłoby okazać się w oczach opozycji i opinii publicznej zbyt skromną rekompensatą. Gdyby na dodatek warunkiem uzyskania takiego stanowiska było wyznaczenie na komisarza Danuty Hübner, stracilibyśmy cenionego i doświadczonego szefa komisji parlamentarnej. Zastąpiłby ją inny Polak z PO, ale jest wątpliwe, by dało się znaleźć kogoś równie cenionego.

Po wygranych wyborach rząd PiS byłby antyunijny, nieustannie krytykowałby włoską szefową unijnej dyplomacji. Poparcie dla UE obniżyłoby się w Polsce nie tylko z powodu antyeuropejskiej retoryki rządu, ale też w reakcji na uczucie porażki narodowej: w Europie nas nie szanują, nie chcieli Tuska, nie chcieli Sikorskiego, a prorosyjska Włoszka negocjuje z Putinem rozwiązanie ukraińskiego konfliktu.

Oczywiście inne warianty są możliwe. I naturalnie nie można wykluczyć, że stanie się cud i w międzyczasie pojawi się na scenie politycznej nowa formacja centrowa (Balcerowicza?) zdolna do wyborczego zwycięstwa nad PiS i przejęcia rządów po Platformie. Na razie jednak sytuacja jest jaka jest i dlatego z niecierpliwością czekam sobotnie decyzje (jeżeli uda się dojść do porozumienia).


Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...