2012-07-06

ACTA: to jeszcze nie koniec

Ostateczną śmierć ACTA (umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrobionymi) ogłoszono hucznie i radośnie 4 lipca, po odrzuceniu przez Parlament europejski projektu ratyfikacji. Do umowy w jej obecnym kształcie powrotu nie ma. Ale niekoniecznie oznacza to koniec historii.

Przypomnijmy, że nieszczęsna umowa najpierw została zaakceptowana przez wszystkie 27 państw UE w grudniu ubiegłego roku. Ale już parę tygodni później, w styczniu 2012, tylko 22 przedstawicieli unijnych rządów złożyło pod nią podpis podczas ceremonii w Tokio. Zrobił to między innymi polski rząd, który jednak pod medialną presją obrońców wolnego internetu (w znaczeniu: bez ograniczeń, nie chodzi o prędkość łącza) ogłosił wstrzymanie krajowego procesu ratyfikacji. Podobnie postąpiło kilka innych rządów. Parlament Europejski, który – tak jak wszystkie rządy zresztą – był od dawna w posiadaniu całej dokumentacji, dość nagle otworzył oczy i uszy na protesty przeciwników ACTA. Umowa była odrzucana w kolejnych komisjach parlamentarnych, aż wreszcie, 4 lipca, Parlament przekreślił możliwość ratyfikacji dokumentu przez UE. A bez UE ACTA nie ma racji bytu: na 39 państw sygnatariuszy (wśród nich USA, Japonia, Kanada) 27 to członkowie UE.

Większość głosowała przeciw, ale aż 165 posłów sie wstrzymało.
Komisja Europejska, do ostatniej chwili broniąca ratyfikacji, postanowiła już w lutym oddać sprawę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.  Była to reakcja na petycję przeciwników ACTA podpisaną przez prawie trzy miliony ludzi. Umowie zarzucono niezgodność z traktatami i z unijnymi zasadami poszanowania podstawowych swobód obywatelskich. Komisja starała się namówić Parlament, by wstrzymał się z decyzją do  orzeczenia Trybunał, ale europosłowie postanowili głosować. Jeśli wierzyć komisarzowi do spraw handlu, Belgowi Karelowi De Gucht, Komisja będzie wytrwale czekała na wyrok bez względu na wynik głosowania, bo skoro przeciwnicy ACTA dostrzegli naruszenie podstawowych swobód demokratycznych, w tym wolności słowa, to zarzutów tych nie można pozostawić nierozstrzygniętych. Brzmi to logicznie, ale Komisja – ciało kolegialne – nie podjęła jeszcze decyzji. A Trybunał, jak zwykle w takiej sytuacji, zapewne zapyta Komisji, czy nadal chce, by sprawa była rozpatrywana, skoro problem praktycznie się rozwiązał: po co zastanawiać się, czy umowa, która i tak nie wejdzie w życie była zgodna z zasadami UE czy nie?

Jeżeli Komisja sprawy z Trybunału nie wycofa, a sędziowie uznają, że ACTA żadnych praw ani zasad gwarantowanych traktatami nie narusza, to głosowanie w europosłów będzie miało nieco inny sens. Po pierwsze, żeby być konsekwentnym, Parlament powinien się wtedy domagać rewizji całego unijnego prawodawstwa dotyczącego ochrony własności intelektualnej i praw autorskich, bo ACTA nie była przecież rozszerzeniem ani nowelizacja tego prawa, tylko jego realizacją. Oznacza to, że europosłowie głosowali nie tyle przeciw niezgodnej z unijnym prawem umowie, ile przeciw obowiązującym w UE przepisom.

Po drugie, ACTA od tego co prawda nie ożyje, ale zmienią się warunki prawne, w jakich powstanie nowy projekt. Bo co do tego, że takowy powstanie, nie ma wątpliwości. De Gucht zapewnia, że UE nie ma planu "B" i to pewnie prawda. Czy jednak nie maja go Amerykanie, inicjatorzy i najwięksi orędownicy ACTA? O przygotowaniach do nowej umowy mówi się już przecież od pewnego czasu („Plan B”). 

2012-07-04

Nie znaleziono dowodów na istnienie syren

Kadr z filmu Animal Planet
Istnienie syren nie zostało naukowo udowodnione - taką informację można znaleźć na stronie internetowej rządowej placówki podlegającej amerykańskiemu ministerstwu handlu. National Ocean Service, bo tak się ten departament nazywa, wydał niedawno komunikat zaprzeczający finansowaniu jakichkolwiek badań dotyczących syren. Oświadczenie uznano za niezbędne po tym, jak telewizja Animal Planet wyemitowała paradokumentalny film po tytułem "Mermaids: The Body Found". Amerykańskich widzów trzeba było uspokoić, że obraz poświęcony "wodnym humanoidom" był fikcją a nie filmem dokumentalnym. 

Nie jest to przypadek odosobniony. Według Long Island News, w maju amerykańskie Federalne Centrum kontroli i prewencji chorób (CDC) publicznie i zupełnie poważnie zdementowało pogłoski, że istnieje realne zagrożenie epidemią... zombi. Można oczywiście naśmiewać się z naiwności i poziomu edukacji najzamożniejszego, wydającego najwięcej na naukę i szkolnictwo, najnowocześniejszego i najbardziej demokratycznego narodu świata, za jaki uważa się większość obywateli USA. Mnie jednak jeszcze bardzie zastanawiają oficjalne komunikaty publicznych lub rządowych instytucji, takie jak cytowane powyżej. Eurosceptycy, którzy często swą awersję do UE kompensują uwielbieniem USA, właśnie po drugiej stronie oceanu powinni poszukiwać śmiesznych historii dezawuujących głupotę biurokracji. Bo te europejskie zaczynają już nudzić.


2012-07-03

Patentowany absurd

Państwa, które do unijnego budżetu wpłacają najwięcej, wzywają do ograniczenia wydatków w przyszłym wieloletnim budżecie UE (na lata 2014-2020). Racjonalizacji wydatków domagają się wszyscy, również ci, którzy ze wspólnej unijnej kasy najwięcej dostają.  Jedni i drudzy zdają się nie pamiętać, że sami uchwalają ten budżet (wespół z Parlamentem Europejskim), że sami są dysponentami tej kasy (w 94% wraca do państw) oraz, że wspólne pieniądze służą do finansowania wspólnie przyjętych zobowiązań.

Media pełne są krytyki euro-biurokracji, która marnotrawi pieniądze. Krytyki kierowanej, o dziwo, pod adresem unijnych instytucji. Kto jednak wymyślił, uzgodnił i i broni z uporem godnym lepszej sprawy trzech siedzib Parlamentu Europejskiego (w Strasburgu, Luksemburgu i Brukseli)? Państwa członkowskie.  I to nie tylko Francja. I nie tylko Niemcy. Kilka dni temu, po blisko trzydziestu latach, państwa członkowskie doszły do międzyrządowego porozumienia w sprawie jednolitego systemu patentowego, mającego obowiązywać w 25 krajach. Hiszpania i Włochy nie chcą w tym brać udziału, bo ich języki nie zostały uznane za kluczowe. Gdyby do trzech obowiązujących języków (angielskiego, francuskiego, niemieckiego) dodać włoski i hiszpański, miliardowe oszczędności wynikające między innymi z uproszczenia systemu tłumaczeń znacznie by się skurczyły. Patentów w obu tych językach rejestruje się stosunkowo mało (pewnie, że więcej niż w Polsce, ale o to nie trudno), bo Hiszpania i Włochy nie są awangardą wynalazczości, ale jest przecież duma narodowa! Za oddanie jej pokłonu, Hiszpanie i Włosi byli gotowi płacić setki milionów euro rocznie, tyle, że nie ze swojej, ale ze wspólnej kasy. A przecież Włochy i Hiszpania, borykające się nota bene z olbrzymim długiem państwowym,  też wzywają do racjonalizacji wspólnych wydatków. I też słusznie. 

Barroso i Barnier prezentują wstępny projekt jednolitego patentu ©EU2012
Najważniejszym instytucjonalnie elementem nowego systemu ma być wspólny sad patentowy (UPC). Wiadomo, że sąd, to nie jest byt wirtualny. Potrzebny jest budynek, personel, budżet operacyjny, administracyjny. Jak zwykle w takich przypadkach, budynek, czyli siedziba, jest najważniejszy. Jak zwykle sprawa stanęła na ostrzu noża, gdy przewodniczący Rady Europejskiej, Herman Van Rompuy, zaproponował, by siedziba trybunału był Paryż. Francja była zachwycona. Brytyjczycy od razu zapowiedzieli weto. Niemcy starali się mediować. Przewodniczący Komisji Europejskiej, Barroso, proponował Brukselę, bo wojna miedzy Londynem a Paryżem mogła doprowadzić do zerwania negocjacji, ale to rządy narodowe podejmują jednogłośnie decyzję, a nie Komisja.
Decyzja, jak zwykle, okazała się salomonowa: siedziba głównego oddziału sądu pierwszej instancji będzie Paryż. Przewodniczącym sądu będzie Francuz. Racjonalnie? Racjonalnie! Ale to nie koniec. Będą też dwa oddziały tematyczne. Jeden - w Londynie. To też racjonalne, coś trzeba było Anglikom zapłacić za zgodę na Paryż. Drugi oddział - w Monachium. No bo skoro już Brytyjczycy coś dostali i Francuzi też, to racjonalnie było dodać trzeci element, bo - jak każdy racjonalista wie - Pan Bóg Trójcę lubi. 

Zamiast jednego, trzy miejsca - absurd jest oczywisty. Koszty, których obcięcia stale się domagają państwa członkowskie (państwa narodowe, jak lubią mówić niektórzy), będą znacznie wyższe. Cała operacja i tak się opłaca, mimo tego, co mówią polscy radcy patentowi i tłumacze (których dochody faktycznie spadną, nie zarobią już tyle na przedsiębiorstwach i wynalazcach zgłaszających innowacje). Koszt tej fanaberii w porównaniu do zysków, które przyniesie nowy system całej UE, jest pewnie do przełknięcia. Ale już w porównaniu do fanaberii Włoskiej i Hiszpańskiej jest to mniej oczywiste. Cały system będzie kosztował jednak drożej, niż założono, a to właśnie głownie koszt ochrony patentowej w UE sprawia, że europejskich patentów jest bez porównania mniej niż chińskich i amerykańskich. O całej sprawie warto jednak pamiętać, gdy Londyn, Paryż, Berlin czy inna stolica wzywać będzie do racjonalizacji wspólnych wydatków. 

Absurd zaś sięga zenitu, gdy zawarte porozumienie dokładnie się przeczyta. Okaże się wówczas, że projekt został pozbawiony trzech najważniejszych artykułów. Co z niego zostanie, poza trzema administracjami w trzech europejskich miastach?

2012-06-27

Antysemity problem z tożsamością

Csanád Szegedi       ©PE
Węgierski europoseł Csanád Szegedi, wiceprzewodniczący skrajnie prawicowego Jobiku, znany z antysemickiej retoryki,  odkrył, że ma żydowskie korzenie.  O szoku, którego doznał, opowiedział w wywiadzie udzielonym zaprzyjaźnionej i bliskiej ideowo gazecie Barikad (26.06.2012).  Przyznał, że będzie "potrzebować trochę czasu" na oswojenie się z nowiną. 


Nic dziwnego. Niejednokrotnie dawał wyraz swym antysemickim poglądom. Jest jednym z głównych liderów partii, której jeden z członków wsławił się ostatnio opublikowaniem w internecie zaświadczenia o genetycznej czystości swojej rasy i nieżydowskim pochodzeniu.  Csanád Szegedi nie po raz pierwszy ma problemy z tożsamością. Na inauguracyjnym posiedzeniu Parlamentu Europejskiego, jako świeżo upieczony poseł, wystąpił w mundurze paramilitarnej, nacjonalistycznej Gwardii Węgierskiej (stawia sobie za cel odtworzenie "Wielkich Węgier" w granicach sprzed traktatu z Trianon, obejmujących między innymi Słowację). Na nikim jednak jego prowokacja nie zrobiła wrażenia: wzięto go za pracownika obsługi technicznej, a jego paradny mundur - za służbowy drelich. Wtedy nie dostrzeżono jego ideologicznej tożsamości. Tym razem on sam pomylił się w sprawie bardziej dla niego samego zasadniczej: swego pochodzenia. 


Csanádzie Szegedim ostatnio pisała głównie "Gazeta Polska" relacjonując węgierskie święto narodowe, w którym sama aktywnie wzięła udział. Jobik zorganizował wówczas obchody konkurencyjne do oficjalnych, by zaznaczyć swoją opozycję wobec premiera Orbána, zbyt mało radykalnego w kwestiach narodowych i niewystarczająco twardego wobec Unii Europejskiej. Antyeuropejska retoryka Orbána (ta na użytek węgierskiej, a nie zagranicznej opinii publicznej) jest jednak bardzo podobna do retoryki Jobiku i samego Szegediego. W przemówieniu wygłoszonym podczas narodowego święta, Orbán mówił to samo, co po sąsiedzku głosili liderzy Jobiku: że Węgry nie dadzą się skolonizować Unii Europejskiej tak samo jak kiedyś nie dali się Habsburgom i Moskwie.

2012-06-18

Grecja: wszystko jeszcze może się zdarzyć

Antonis Samaras, lider Nowej Demokracji ©EU2012
Grecki weekend. Grecja zaskakuje codziennie. I to pozytywnie. Wczoraj nieoczekiwane zwycięstwo z Rosją w Euro 2012. Dziś nieoczekiwane drugie, a nie pierwsze miejsce dla lewackiej partii Syriza. Na pierwszym konserwatywna Nowa Demokracja, która wraz z socjalistycznym Pasokiem jest w stanie utworzyć koalicję rządową.  Tym lepiej dla euro, euro-waluty.

O ile jednak przejście Grecji do piłkarskich ćwierćfinałów jest pewne, o tyle zwycięstwo zwolenników reform ustalonych z UE i z MFW nie jest zagwarantowane. Po pierwsze, krążące obecnie wyniki (29,5% dla ND i 27,1% dla Syrizy) nie obejmują prawie 90% obwodów.  Grecja to nie tylko Ateny i Saloniki. Gdy spłyną wyniki ze wszystkich małych wysepek, może sie jednak okazać, ze to Syriza a nie ND będzie miała połowę miejsc w parlamencie i że to ona będzie tworzyć koalicje rządową. Po drugie, nawet jeśli wyniki się potwierdzą, i ND i Pasok mogą nie dogadać się  w sprawie wspólnego rządu. To postawa socjalistów będzie decydująca dla kształtu i programu przyszłej koalicji. Natomiast dla powodzenia przyszłego rządu, jaki by by był, decydujący może okazać się głos tych 37,8% Greków, którzy dzisiaj w ogóle swojego głosu nie oddali.

Lepiej więc poczekać do jutra na pełniejsze wyniki, i przynajmniej parę dni na postępy w negocjacjach między potencjalnymi koalicjantami, żeby cokolwiek przewidywać. Dlatego też komunikat eurogrupy i wspólny komunikat Barroso i Van Rompuya są niezwykle ostrożne. Z drugiej strony musiały zostać wydane jak najszybciej jako przesłanie umiarkowanego optymizmu, bo europejskie giełdy obudza się już za parę godzin i a niektóre giełdy na świecie (np. Tokio) budzą sie już teraz. Trudna noc będą też mieli uczestnicy G20 trwającego w Meksyku, tam ciągle jeszcze 16 czerwca.

2012-06-13

Euromitologia dominujących i dominowanych



Euromitologia to tylko jeden z objawów odrzucenia idei integracji europejskiej. U jej podstaw leży odrzucenie tego wszystkiego, co nie wydaje się swojskie i nasze, tego co jest postrzegane jako obce i jako inne. Metoda budowania tożsamości w opozycji do innych jest stara jak świat. Zresztą nawet wśród zagorzałych zwolenników integracji europejskiej spotkać można ludzi, którzy nie potrafią swej europejskości opisać i zachwalić inaczej, niż poprzez opozycję na przykład wobec USA, Rosji, Chin.

Przeciwnicy integracji europejskiej budują swą eurosceptyczną tożsamość przeciw UE, ale nie przeciw Europie. Przeciwnie, nieustannie podkreślają, że są przeciwni nazywaniu UE Europą, bo to zawłaszczenie, choć z drugiej strony sami używają pokrewnej formy retorycznej mówiąc o UE "Bruksela". Przyznają się do Europy, ale odnajdują się tak naprawdę tylko w państwach narodowych. Ich eurosceptycyzm jest niejednorodny, bo naznaczony narodową historią.

Glasgow, Fontanna na cześć brytyjskiego kolonializmu
Dla krajów niegdyś imperialnych, które utraciły swoje kolonie, takich jak Francja i brytyjskie Zjednoczone Królestwo, odniesienie do metropolii pozostało aktualne. Wszystko, co poza metropolią, jest gorsze. W najlepszym razie – konkurencyjne. Z punktu widzenia Paryża czy Londynu Bruksela jest pozą metropolią, ma więc ograniczoną legitymację do decydowania o czymkolwiek. Brytyjska insularność, od wieków w prześmiewczej opozycji do Kontynentu, dodatkowo wzmacnia ten postkolonialny instynkt. Ale również we Francji, i to nawet wśród zadeklarowanych zwolenników integracji europejskiej, instynkt ten regularnie daje o sobie znać.

Dla eurosceptyków z krajów, które nie tylko nie miały swoich kolonii, ale – przeciwnie - cierpiały cudzą okupację lub dominację – UE to właśnie budząca niechęć obca potęga. To dominująca metropolia. Dlatego na przykład porównanie UE do ZSRR, Brukseli do Moskwy tak dobrze wpisuje się w zespól polskich wyobrażeń zbiorowych i historycznych odniesień. Skojarzenie całkowicie pozbawione sensu, to prawda, ale nie o racjonalnym tylko podświadomym i instynktownym odczytywaniu rzeczywistości mówimy. Co ciekawe, polscy eurosceptycy są przeciwnikami unijnej "dominacji", ale przynajmniej niektórzy z nich chcą odgrywać wobec Ukrainy czy Białorusi rolę odźwiernego brukselskich wrót, ambasadora Zachodu i jednocześnie rzecznika interesów swych byłych kolonii w Brukseli czy Strasburgu.

Oczywiście ta analiza eurosceptycyzmu oparta jest na pewnym uproszczeniu. Kolonialna przeszłość nie tłumaczy wszystkiego. Za brytyjskim eurosceptycyzmem mogą stać interesy londyńskiego City albo populistyczna analiza wyborcza, jak w przypadku Camerona i torysów. W Polsce poza historycznymi zmorami z czasów zaborów i okresu pojałtańskiego dużą rolę odgrywają też czynniki kulturowe, światopoglądowe.  Ale kolonialne dziedzictwo pozostaje interesującym elementem analizy euromitologii, której na tym blogu poświeciłem specjalna zakładkę.

Euro-mity i euro-opinie

© Kadmos-Europa
Kto nie słyszał o unijnym zakazie sprzedaży krzywych ogórków? Albo krzywych bananów? Każdy słyszał, każdy zna i pewnie nie raz powtarzał, nawet, jeżeli bez problemu kupuje w sklepie "krzywe" ogórki i "krzywe" banany. To jeden najbardziej rozpowszechnionych euromitów – historyjek, mających ośmieszyć integrację europejską, UE i jej instytucje.
Euromity to specyficzna kategoria stereotypów – nie tworzą się same, tworzą je i rozpowszechniają przeciwnicy idei integracji europejskiej.
W euromitach zwykle odnaleźć można ziarno prawdy. Na przykład prawdą jest, że z pieniędzy unijnych są częściowo sfinansowane badania mające ustalić wartości odżywcze białek zawartych w owadach. Nie jest natomiast prawdą, że UE zamierza narzucić ludziom jedzenie "robaków" zamiast schabowego z kapustą.

My i oni
Schabowy z kapustą to dobry przykład zabiegu retorycznego opartego na kontraście między tym co bliskie i tym co obce. Wiadomo, Polakowi bliski schabowy: stereotyp narodowy zostaje użyty, by skonstruować stereotyp anty-unijny. To zresztą ciekawe zjawisko, bo takie narodowe odniesienie ogranicza terytorialnie działanie euromitu – w końcu nie wszyscy w Europie zajadają się schabowymi z kapustą. Przed przystąpieniem Polski do UE przeciwnicy integracji europejskiej posiłkowali się w swojej antyunijnej argumentacji informacjami zaczerpniętymi z eurosceptycznych portali brytyjskich. Są one niewyczerpanym źródłem euromitów, ale wiele z nich brzmi śmiesznie po przeniesieniu do Polski właśnie z powodu lokalnych uwarunkowań. Tak samo jak niezrozumiałe dla Brytyjczyka byłoby odniesienie do schabowego, tak w Polsce bezsensownie brzmią protesty przeciw rzekomemu unijnemu zamachowi na miary i jednostki (w końcu nie sprzedajemy mięsa na funty i nie mierzymy wysokości w stopach).
UE jest obca – jak jedzenie robaków. UE jest z innej planety – na tym zasadzają się wszystkie euromity. UE jest gdzieś poza nami. UE to oni – standardowy populistyczny zabieg polega na zarysowaniu i stałym pogłębianiu podziału między ludem (narodem, klasą społeczną) a tymi, którzy "trzymają władzę" (elitą, salonem, biurokracją).
Twórcy euromitów nie zawracają sobie głowy sposobem funkcjonowania UE. Stosują prosty podział: my i oni.

Narzucone decyzje
Dwubiegunowa, oparta na opozycji relacja "my-oni" pozwala autorom euromitów pominąć takie drobiazgi jak ten, że UE składa się z państw członkowskich. Wolą myśleć, że UE, ten obcy, zewnętrzny, autorytarny organ, coś państwom członkowskim narzuca. Prawdę mówiąc coś takiego jak państwa członkowskie też dla twórców euromitów zresztą nie istnieje. A skoro nie ma państw członkowskich, nie ma oczywiście w euro mitologii miejsca na powołane w drodze demokratycznych procesów rządy – ich premierów i ministrów, którzy faktycznie i w drodze konsensusu lub głosowania wspólnie podejmują decyzje, nie ma miejsca na parlament europejski – wybierany bezpośrednio przez obywateli UE, który wespół z Radą decyduje o większości prawodawstwa unijnego i o unijnym budżecie, nie ma Komisji Europejskiej, która przygotowuje projekty prawne. Gdyby przyjąć, że jest jak jest, euromity straciłyby większość swego blasku, bo okazałoby się ze głupie, niepotrzebne, absurdalne decyzje nie są narzucane przez enigmatyczną "Brukselę" tylko podejmowane przez polityków wybranych przez ludzi, przez ich rządy i przez wspólne organy tworzone przez te rządy.

Euro-absurdy
Obcość "Brukseli" to jednak tylko cześć retorycznej konstrukcji euromitów. Ta, która odnosi się do źródła "złych" decyzji. Są jeszcze same decyzje. Jak to już wyżej zostało napisane, muszą one być głupie, niepotrzebne, absurdalne. W euromitologii stosuje się głównie trzy proste metody ich ośmieszania i deprecjonowania:
1) Wybrać sprawę potencjalnie śmieszną i przypisać UE odpowiedzialność za jej zaistnienie. Tak jak w przypadku rzekomego unijnego przepisu zakazującego fryzjerkom noszenia butów na wysokim obcasie.
2) Wybrać bardzo specyficzne (często techniczne) kwestie będące rzeczywiście przedmiotem debaty lub decyzji w instytucjach UE i przedstawić je jako absurd – bazując na nieznajomości tematu przez odbiorców. Do tej kategorii można zaliczyć całą serię przepisów dotyczących dobrostanu zwierząt, higieny, handlu, ochrony konsumenta, bezpieczeństwa żywności czy badań naukowych.
3) I wreszcie mechanizm przypominjący grę w pomidora, tyle, że słowem magicznym zamiast pomidora staje się UE (lub któryś z jej odpowiedników: Bruksela, eurokraci, itp.). Decyzja Brukseli, eurokraci postanowili, unijny nakaz – w wielu przypadkach decyzja, postanowienie lub nakaz mogłyby nie zwrócić niczyjej uwagi, dopiero ich euromitologizacja czyni je interesującymi.

Co by było gdyby to UE, a nie UEFA, zdefiniowała piłkę futbolową? Śmiechom nie byłoby końca. Kto wie, może już niedługo euromit dotyczący futbolu powstanie. Na razie zapraszam do zakładki „Euromity”, gdzie zamieściłem informacje na temat najbardziej rozpowszechnionych euromitów, takich jak krzywizna banana i dżem z marchewki i na temat kilku mniej znanych.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...