2012-09-20

Austriacka demokracja przeżarta korupcją


Werner Faymann                                      Wikimedia commons
Przed austriackim parlamentem wrze. Setki manifestantów protestują przeciw naciskom rządu kanclerza Wernera Faymanna na ekspercką komisję śledczą powołaną do zbadania korupcyjnych powiazań świata biznesu i polityki. Komisja postanowiła przesłuchać samego kanclerza, który posadzony jest o aktywne uczestnictwo w korupcyjnych praktykach na najwyższym szczeblu, ale została zmuszona do usunięcia go z listy świadków. Jednocześnie trwają prace organów śledczych. Kilka dni (18 września) temu przewodniczący komisji śledczej podał się do dymisji by zaprotestować przeciw naciskom. Komisja w nowym składzie ma przedstawić wyniki swoich prac 16 października.

Zakres i poziom korupcji jest porażający. Zarówno w wymiarze finansowym jak i ze względu na  pozycje osób w nią uwikłanych, poczynając od samego kanclerza.  Austriacy z wypiekami na twarzy od wielu tygodni śledzili postępy prac komisji. Protesty i coraz silniejsze obawy o stan austriackiej demokracji pojawiły się w niefortunnym dla koalicyjnego rządu OVP (centroprawica) i SPÖ (socjaldemokraci) momencie, na rok przed wyborami (wrzesień 2013). Bardzo wątpliwe, żeby partia Faymanna, SPÖ, zdołała z tej opresji wyjść obronna ręką. Faymann wyklucza możliwość wcześniejszych wyborów. Euroceptyczna skrajna prawica zaciera ręcę w nadziei na powtórzenie sukcesu Haidera z 2000 roku.

Oskarżenia dotyczą korupcji i nadużyć w państwowych kolejach austriackich ÖBB i w agncji do spraw autostrad Asfinag (Feymann był ministrem transportu w 2008 roku), w sektorze komunikacji (Telekom Austria wciąż jest częściowo własnością państwa), w prywatyzacjach przeprowadzanych w 2004 roku w sektorze budownictwa socjalnego i przetargów na sieć telefonii ratunkowej. Sprawa sięga poza granic Austrii bo dotyczy na przykład ofert zakupu składanych przez Austria Telekom w państwach Europy Środkowo-Wschodniej i sprzedaży austriackiego obywatelstwa bogatym Rosjanom.

W lutym tego roku Eurobarometr przeprowadził badania, w których 80% Austriaków przyznało, że korupcja była jednym z najważniejszych problemów w ich kraju. To 61% więcej niż w 2009.

2012-09-19

A gdyby się okazało, że polska proeuropejskość na łupkach stoi?


Poszukiwania gazu łupkowego w Krynicy Credit: Wikimedia commons
W kolejnych badaniach opinii publicznej Polacy okazują się najbardziej proeuropejskim narodem w UE. Był czas, że podobnie wypadali Hiszpanie i Irlandczycy. Będąc Polakiem przekonanym, że integracja europejska to najmądrzejszy, najodważniejszy i najbardziej dalekowzroczny projekt polityczny historii współczesnej nie będę się na te statystyki obrażał. Miło mi, gdy je widzę. A jednocześnie wiem, że nie są wieczne. I że nie są bynajmniej miernikiem "europejskości" społeczeństwa.

Europa Europie nie równa

Po pierwsze, europejskości są różne. Trudno mi na podstawie tych statystyk ocenić, jak bardzo Polacy odnajdują się w europejskim systemie wartości uznawanym za dominujący w UE. Systemie, który roboczo nazwę "zachodnim". Czytając statystyki, sondaże i opinie niezwiązane na pozór z Europa, europejskością czy z UE, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że polska europejskość jest europejskością pogranicza, europejskością w dużej mierze bardziej "wschodnią" niż "zachodnią". Relacja między jednostką a wspólnotą oraz etniczne a społeczne poczucie wspólnoty, nowoczesność jako wartość i w ogóle przyszłość i przeszłość jako wektor stosunku do teraźniejszości, stosunek obywatela/Polaka do państwa/Polski, prawa człowieka, koncepcja wolności, w tym podejście do heglowskiej wolności od i do, poczucie własnej wartości i codzienne warto-nie warto – przykłady utwierdzające mnie w przekonaniu o "wschodniości" polskiej europejskości można by mnożyć. Barbarzyńska Europa, Europa łacińska, grecka, żydowska, chrześcijańska, wpływ prawosławia lub protestantyzmu na kształt współczesnego katolicyzmu – w zależności od proporcji, sposobu wymieszania, dodatkowych składników dadzą rożne odmiany europejskości. Masowe poparcie Polaków "dla Europy" nie koniecznie oznacza poparcie dla Europy takiej, jak czują ja Francuzi czy Niemcy, takiej, jak skodyfikowana w traktatach. Poparcie dla UE jako takiej nie jest też jednoznaczne z poparciem polskiej opinii publicznej dla konkretnych, zasadniczych dla przyszłości europejskiego projektu rozwiązań, takich jak przystąpienie do strefy euro i unia bankowa (Zob. sierpniowy eurobarometr).

Poparcie dla UE zależy od portfela

Po drugie, poparcie wyrażane w sondażach nie musi być tendencją trwałą. Dziś jest ono wyrazem rozsądku Polaków i ich umiejętności oceny sytuacji. Nie są specjalnie podatni na zalew jadowitej, acz tabloidowo-powierzchownej, patriotycznej lub populistycznej eurofobii wyrażanej przez sporą grupę dziennikarzy w większości polskich mediów. Widzą gołym okiem korzyści, które przyniosło Polsce członkostwo. Korzyści nie tylko materialne, choć te dostrzec najłatwiej, ale tez wizerunkowe: Unia okazała się zasadniczym składnikiem antidotum na polskie zakompleksienie, Polak czuje się dziś lepiej w polskiej skórze niż parę lat temu. Łatwiej też widzieć pozytywne strony unijnego kontekstu, gdy w Polsce dzieje się nieźle. Zwłaszcza na tle innych państw. Oczywiście, nie posądzam Polaków o to, że poziom zadowolenia z własnej pracy, płacy, siły nabywczej, dostępności usług edukacyjnych i zdrowotnych oceniają przez porównanie z danymi z innych krajów. Każdy to robi zaglądając do własnego portfela. A mimo to, ogólna ocena nie jest zła. Ale masowe poparcie Polaków dla UE może zacząć topnieć, gdyby zmieniła się sytuacja. Tak jak stopniało w Irlandii i w Hiszpanii. W obu przypadkach trudna sytuacja ekonomiczna obudziła te elementy lokalnego poczucia europejskości, które każą patrzeć na unijny kontekst, na innych, na zagranicę a nawet na siebie samych z niechęcią, z poczuciem krzywdy i z obawą.

Symbole silniejsze niż poparcie

Ale jest trzeci czynnik, który może sprawić, że poparcie dla UE spadnie w Polsce lawinowo. Czynnik trudny do zdefiniowania, bo natury symbolicznej. Gdyby Polska znalazła się w gospodarczej sytuacji Grecji albo Irlandii (co nie nastąpi, bo nie ma ku temu – na szczęście – ekonomicznych przesłanek), gdyby musiała poddać się reformom i cieciom budżetowym w zamian za finansową kroplówkę z MFW i z UE, to pewnie zamknięcie się w sobie i niechęć do UE przybrałaby kształt obaw o narodową suwerenność. To scenariusz najprostszy do wyobrażenia, wręcz banalny.
Ale czynników symbolicznych, które mogłyby w Polsce odwrócić sondażowe tendencje jest więcej. Pierwszym, który widzę na horyzoncie, jest gaz łupkowy. Zagorzałych zwolenników i przeciwników eksploatacji gazu łupkowego w Polsce łączy jedno: ograniczona wiedza na temat jej zalet, opłacalności i wpływu na środowisko. I pewnie żadne badania nie dadzą stuprocentowej pewności. Jednak najważniejsze znaczenie ma, co innego: zwolennicy są głównie w Polsce, przeciwnicy -poza Polską. Nadzieje rozbudzone w Polakach w związku z gazem łupkowym przypominają mi mityczne złoża ropy naftowej w Karlinie, w latach osiemdziesiątych.

Tyle, że wiara w rzeczywiście pozytywny wpływ łupków na polską gospodarkę oparta jest na zdecydowanie solidniejszych argumentach. Wiara jednak bez argumentów się obejdzie. Łupki stają się w Polsce symbolem. Bitwa o nie może mieć znaczenie przełomowe. Bitwa z UE. Eurosceptycy już dziś starają się tak tę kwestię przedstawiać. Wbrew faktom. Bo przecież Francja czy Czechy (które też wprowadziły moratorium na wydobywanie łupków u siebie) to nie cała UE. Jeśli za UE uznać unijne instytucje, to przecież Parlament Europejski właśnie przyjął sprawozdanie pozytywne dla łupków. Komisarz do spraw energii Oettinger jest pozytywnie nastawiony do polskiego stanowiska, Potočnik, komisarz od środowiska, ma pewnie więcej zastrzeżeń. Jakie będzie zdanie całej Komisji – nie wiadomo. Komisja Europejska powtarza, że skład "miksu energetycznego" to kompetencja państw członkowskich. Zamawia raporty u zewnętrznych wykonawców, ale nie twierdzi, że utożsamia się z ich konkluzjami, raz negatywnymi, raz pozytywnymi.

Czy Komisja rozumie symboliczny wymiar łupków?

Gdyby jednak, jak sugerują niektórzy, Komisja Europejska rzeczywiście miała przyjąć w przyszłym roku propozycję dyrektywy, która uczyniłaby wydobycia gazu łupkowego nieopłacalnym, a Rada i Parlament by ja zaakceptowały, gdyby rzeczywiście położyło to kres polskim nadziejom, to poparcie dla UE w ciągu paru dni mogłoby spaść do irlandzkiego poziomu. Bez względu na uzasadnienia towarzyszące decyzji. Polacy mogą popierać UE i być przeciw wprowadzeniu euro, ale ich poparcie dla UE będzie bardziej bezpośrednio związane z poparciem UE dla gazu łupkowego. Czy Komisja Europejska jest świadoma symbolicznego wymiaru łupków? Obawiam się, że nie. Więc jeśli Donald Tusk jeszcze tego nie zrobił, to pewnie powinien złapać za telefon i zadzwonić do Barroso. To nie jest techniczne zagadnienie na ministerialnym poziomie.

2012-09-13

Szkoci i Katalończycy mogą utracić unijne obywatelstwo


W 2014 roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, zmieni się skład Komisji Europejskiej. Tego samego roku, o czym pamięta się rzadziej, Szkoci wypowiedzą się w sprawie swojej niepodległości. Szkockie referendum, podobnie jak katalońskie ambicje niepodległościowe, jest elementem unijnego kalendarza. Wybór niepodległości może bowiem oznaczać dla obywateli nowoutworzonych państw utratę obywatelstwa UE i prawa do reprezentacji w unijnych instytucjach.

Dziś odbywa się w Edynburgu rządowe posiedzenie na temat organizacji referendum. Zwolennicy oderwania się od Zjednoczonego Królestwa mają nadzieję, że następnym krokiem będzie rozpoczęcie rozmów między szefem brytyjskiego rządu Davidem Cameronem i szkockim premierem Aleksem Salmondem. Tymczasem Katalonia wciąż żyje sukcesem manifestacji zorganizowanej dwa dni temu z Barcelonie, największej od 1977 roku. Wtedy jednak chodziło o autonomię regionu w ramach Hiszpanii, tym razem półtora miliona ludzi (według policji, dwa miliony według organizatorów) domagało się niepodległości.

Dążenia niepodległościowe nie przypadkiem nasiliły się w czasie kryzysu gospodarczego. Zarówno Szkocja jak i Katalonia wierzą, że same poradzą sobie lepiej niż pod zwierzchnictwem Londynu i Madrytu. Wpływy podatkowe Katalonii stanowią jedną piątą hiszpańskiego budżetu. To najbogatszy region i najwięcej wpłacający do wspólnej kasy, ale też najbardziej zadłużony. Kataloński dług wynosi 42 miliardy euro. Do końca tego roku Katalonia powinna spłacić prawie sześć miliardów euro. Niewykonalne. Dlatego urzędujący w Barcelonie rząd (koalicji Convergència i Unió) zwrócił się z w sierpniu o pomoc finansową do rządu w Madrycie. Wtorkowa manifestacja, poza wyrazem rzeczywistych dążeń niepodległościowych, była bez wątpienia argumentem w negocjacjach. Trudnych, bo kasa w Madrycie też świeci pustkami.

Wiodącym hasłem barcelońskiej manifestacji była "Niepodległa Katalonia w Europie". W Szkocji najpoważniejszym argumentem przeciwników niepodległości jest jej spodziewane osamotnienie w zglobalizowanym świecie. Ich zdaniem Zjednoczone Królestwo jest dla Szkocji największym rynkiem zbytu, a nie konkurentem; brytyjska armia – gwarantem szkockiego bezpieczeństwa; budżet Londynu – zabezpieczeniem dla szkockich banków, takich jak RBS czy HBOS. Zwolennicy niepodległości uważają, tak jak Katalończycy, że odpowiedzią na wszystkie te zagrożenia jest Europa. Właściwie mają rację. Gdyby zrealizowany został  federacyjny projekt przedstawiony wczoraj przez Barroso, mieli by rację jeszcze bardziej.

Ale ostatnie deklaracje polityków i stanowisko Komisji Europejskiej to prawdziwy kubeł zimnej wody na głowy nacjonalistów. Po pierwsze, status nowego niepodległego państwa to kwestia prawa międzynarodowego, a nie unijnych traktatów. Po drugie, obywatelami UE są obywatele państw członkowskich (artykuł 20. Traktatu). Nie ma wśród nich ani Szkocji ani Katalonii. W przypadku uzyskania (czy, jak chcą nacjonaliści, odzyskania) niepodległości, oba kraje musiałyby dopiero o członkostwo w UE się ubiegać. A nawet w najprostszych przypadkach nie dzieje się to z dnia na dzień. 

2012-09-12

Europa przestała być nudna

©EU 2012
Należę do federalistów, którzy czasem się boją o federalizmie mówić, żeby nie zapeszyć. Ostrożność szczególnie - wydawałoby się - uzasadniona właśnie teraz, gdy kryzys zniechęca do zbyt dalekich intelektualnych wypraw w przyszłość i do spoglądania dalej niż czubek własnego narodowego nosa.  Dzisiejsze orędzie o stanie UE wygłoszone przez Barroso w Strasburgu wątpliwości tych co prawda nie rozwiewa, ale dodaje nieco odwagi wielu zwolennikom integracji europejskiej. Taki był też zapewne cel, bo szef Komisji Europejskiej wprost się dziś do nich (do nas) zwrócił, mówiąc, że pesymizm lub obojętność zwolenników integracji są większym zagrożeniem dla UE niż sceptycyzm przeciwników integracji. To ci ostatni, zwykle nacjonaliści i populiści, nadają ton debacie europejskiej. To się powinno zmienić: Europejczyku, który wierzysz w Europę, zabierz głos, nie pozwól by eurosceptycy narzucili swój negatywny scenariusz, nadaj dynamikę ledwo słyszalnej debacie. To będzie dobre dla Europy, i dla europejskiej demokracji.

Poza poprawnym technicznie programem obowiązkowym (rynek wewnętrzny, unia gospodarczo-monetrana, unia bankowa, itd.), Barroso wykonał też dziś zaskakująco bogaty program artystyczny. Szczególnie dwa polityczne piruety zostaną na długo zapamiętane. Po pierwsze, stwierdzenie, że federacja państw narodowych jest naturalnym horyzontem, w stronę którego ewoluuje Unia. Zastrzegając się, że nie chodzi o żadne "superpaństwo" (którym straszą euro-nihiliści), Barroso wezwał  do budowy federacji. Opinia, że stopniowe pogłębianie integracji gospodarczej, monetarnej, budżetowej, nieuchronnie prowadzące do integracji politycznej to nic innego jako droga do federacji wygłaszana była dotychczas przez przeciwników integracji europejskiej. Wygłaszana tonem oskarżenia. Dzisiaj nastąpiła rewolucja: Barroso nie dość, że przestał sie tłumaczyć, to jeszcze wprost zadeklarował, że tak właśnie wyglada jego program polityczny. Przyznał, że do jego realizacji potrzebna będzie zmiana traktatów i poprzedzająca ją wielka, demokratyczna debata.

Po drugie, bardzo konkretna rola, którą wyznaczył Barroso europejskim partiom politycznym. Tak, takowe istnieją. Swoje ponadnarodowe struktury mają konserwatyści, socjaliści, liberałowie, zieloni i nacjonaliści. Czy ktoś o nich słyszał? Barroso chce, by europejskie partie polityczne wyszły z ukrycia. Najbliższą wielką okazją będą wybory do Parlamentu Europejskiego. Uczyńmy je prawdziwie europejskimi, niech kandydaci - poza barwami partii krajowych, wystąpią pod egidą ugrupowań europejskich. Niech partie europejskie, obiegając się dla swych kandydatów o miejsca w Parlamencie Europejskim, już w czasie kampanii wyborczej wskażą swoich kandydatów na szefa Komisji Europejskiej. Trzeba przyznać, że Barroso wzniósł poziom dywagacji na temat tego kto zostanie szefem Komisji w 2014 roku na zupełnie nowy, politycznie i intelektualnie, poziom.

Barroso potrzebował półtorej kadencji, by tak jasno określić swój pogląd na integrację europejską. Czy nie za długo zwlekał? Może. Ale najważniejsze, że Europa przestała być nudna. Jest polityczna wizja.  Ci, którzy nie bardzo potrafili wymyślić temat do debaty: politycy, dziennikarze i  po prostu czynni obywatele, wreszcie mają o co się spierać.  Tylko, czy zechcą?

2012-09-09

Pocałunek śmierci (w policzek Barroso)

Viviane Reding na  Kongresie EPL, Warszawa, kwiecień 2009
Nie mogę wyjść z dość, przyznaję, niezdrowego podziwu, jaki wywołuje we mnie przebiegłość Viviane Reding. Zapytana w wywiadzie dla Le Monde czy rzeczywiście zamierza kandydować na szefa Komisji Europejskiej w 2014 Reding odpowiedziała, że jest najszczęśliwsza na stanowisku wiceprzewodniczącej i byłaby dumna, gdyby Barroso zaproponował jej to stanowisko ponownie za dwa i pól roku. Wychwalała pod niebosa obecnego przewodniczącego Komisji. Nic, jej zdaniem, nie jest potrzebne UE tak bardzo jak stabilizacja, którą wzmocniłaby trzecia kadencja Barroso.

Gdyby Barroso rzeczywiście myślał o trzeciej kadencji, to po deklaracjach Reding  może się z tym zamierzeniem pożegnać. Wcześniej nikt o tym nie wspominał. Teraz, od tygodnia, mnożą się w mediach (zob. artykuł w EurActiv) reakcje krytyczne wobec możliwości przedłużenia mandatu obecnego szefa unijnej egzekutywy. Reding wykorzystała straszak Barroso, który - jak wiadomo - nie cieszy się poparciem mediów, żeby rozpocząć swoją kampanię.  Odżegnując się od planów przejęcia funkcji po Barroso i sugerując jego ponowny wybór, usytuowała się w pozycji jego naturalnego konkurenta, oczywistej alternatywy.  Nie tylko jego zresztą, ale w ogóle: chodziło bowiem o ustawienie się na czele peletonu w następnym wyścigu, bez względu na to, czy obecny lider w ogóle byłby zainteresowany startem (na co nic, poza deklaracjami Reding, nie wskazuje). 

Oto jak się wylansować: wepchnąć  w falstart najłatwiej identyfikowanego potencjalnego kontrkandydata. Jeśli tej metody jeszcze nie ma w podręcznikach marketingu politycznego, to trzeba ją tam koniecznie dopisać. 



2012-09-07

Viktor Orbán na falach radia Erewan


V. Orban i J.M. Barroso          © EU2012
Węgierski premier bardzo nie lubi, gdy się o nim nie mówi. Rumuńskie kłopoty z demokracja przysłoniły jego wcześniejsze dokonania, europejska prasa (poza Igorem Janke w Rzepie) przestała się nim interesować, postanowił wiec o sobie przypomnieć. I zrobił to w sposób sobie właściwy: ogłosił, że nie zgadza się na dyktat zagranicy i międzynarodowej finansjery. Jego zwolennikom na Węgrzech i pewnie polskim wyznawcom z PiS-u, taka twarda postawa na pewno się spodoba.  Problem w tym, że lista "nieakceptowalnych" warunków postawionych Węgrom przez MFW została wymyślona przez samego… Orbána. I ogłoszona na Facebooku. Facebook, tak jak Radio Erewan, wszystko zniesie.

Gdy pod koniec lipca, po wielu perturbacjach, wznowiono wreszcie przerwane w grudniu 2011 negocjacje w sprawie pomocy finansowej dla Węgier wiadomo było, że łatwo nie będzie. Prawdę mówiąc, pomijając nawet węgierską specyfikę, łatwo nie jest nigdy, bo MFW i Komisja Europejska zawsze stawiają warunki krajowi, któremu mają udzielić wsparcia finansowego. Chodzi w końcu o zabezpieczenie kredytu. Właśnie tego dotyczą negocjacje: ustalenia warunków, których spełnienie da w miarę wiarygodną gwarancję, że linia kredytowa rzeczywiście pomoże państwu potrzebującemu pomocy w wyjściu z sytuacji kryzysowej. W przypadku Węgier wsparcie z UE i z MFW pozwoliłoby powstrzymać ucieczkę inwestorów przerażonych polityką gospodarczą Orbána a nawet przyciągnąć nowych. Wzrosłaby wiarygodność węgierskiej gospodarki i borykającego się z wysokim deficytem państwa. Gdyby pożyczkę można było wykorzystać na choćby częściową spłatę długu publicznego, węgierski budżet mógłby zostać odciążony wydatkami rzędu 500 miliardów forintów w ciągu dwóch lat. Jeszcze kilka dni temu Antal Rogán, szef klubu parlamentarnego FIDESZ-u, partii Orbána, deklarował, że oczywiście Węgrom łatwiej będzie poradzić sobie z kryzysem dzięki finansowemu wsparciu z UE i z MFW.

Kolejna runda negocjacji była zapowiadana na wrzesień przez Mihály'ego Varge, szefa węgierskiej delegacji, jednak bez dokładnej daty. Zakładano, że rozmowy zakończą się szczęśliwie na jesieni tego roku. Jeszcze w środę te przewidywania potwierdzał Viktor Orbán. Ale już następnego dnia prorządowy dziennik Magyar Nemzet poinformował, że rządząca koalicja nie zgadza się na warunki stawiane Węgrom przez MFW. A premier Orbán oświadczył na Facebooku, że "takiej ceny" za bezpieczeństwo i finansowe gwarancje Węgry płacić nie będą. Owszem, jest gotów zgodzić się na pomoc, ale na swoich warunkach.

Negocjacje finansowe są tajne i nie przypominam sobie przypadku rokowań z MFW, w którym któraś ze stron ogłaszałaby listę negocjowanych warunków na Facebooku. I to jeszcze przed zakończeniem rozmów. Przynajmniej równie zaskakujące w całej sprawie jest to, że warunki, na które Orbán nie chce się zgodzić, nie zostały mu przedstawione przez MFW. Oficjalnie ani MFW ani Komisja Europejska nie komentują słów węgierskiego premiera. Na dzisiejszej konferencji prasowej Komisja Europejska przyznała, że istnieje non-paper z warunkami. Nic w tym dziwnego, bo jeżeli trwają negocjacje, to istnieją też tego rodzaju robocze noty, które strony przekazują sobie podczas negocjacji. Jednak co do zawartości dokumentu, to Komisja określiła ją dyplomatycznie jako "nieprecyzyjną". To znaczy coś tam jest, ale akurat nie to, co mówi Orbán. Jednak ponieważ negocjacje są tajne, to MFW i Komisja mają związane ręce: nie mogą przecież roboczego dokumentu opublikować. Nawet na Facebooku. Bardziej wprost o dokumencie napisał opozycyjny węgierski dziennik Népszabadság (tak, wbrew temu, co się w Europie słyszy, na Węgrzech działają opozycyjne media): Orbán odrzuca "nieistniejące warunki MFW" (Nem létező IMF-pontok).

Z dala od kamer przedstawiciele MFW i Komisji pukają się w głowę: dlaczego Orbán chce utrudnić negocjacje wymyślając przeszkody, skoro pozytywne ich zakończenie naprawdę leży w interesie Węgier? Powiedzieć, że chciał o sobie przypomnieć, nie wystarczy. Jak zwykle deklaracje Orbána skierowane są przede wszystkim do lokalnego, węgierskiego odbiorcy. Po raz kolejny stara się ukazać, jako nie zginający karku przed zagranicą (czyli przed wrogiem) polityk, ojciec Narodu. Jego elektorat to lubi i każda okazja jest – jego zdaniem –dobra, by swój wizerunek dumnego i nieugiętego Węgra wzmocnić. Dobrze też odwrócić choćby przez chwile uwagę węgierskiej opinii publicznej od wstydliwego konfliktu z Armenią. A w pogarszającej się sytuacji gospodarczej nie zaszkodzi przypomnieć Węgrom, że wszystkiemu winny jest zły Zachód: UE, USA, MFW. Orbán pewnie wierzy, że pożyczkę i tak się da wynegocjować, bo cierpliwość Komisji Europejskiej i MFW – którą nie raz już poddał testom – jest niewyczerpana. Być może jednak uznał, że z pożyczką czy bez, sytuacja gospodarcza Węgier jest na tyle kiepska, że od walki z deficytem ważniejsze jest połechtanie swojego elektoratu nacjonalistyczną retoryką?

2012-09-02

Viviane Reding 2014

M. Barnier i V. Reding                                                       ©UE 2012
Viviane Reding- wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej i komisarz do spraw Sprawiedliwości, Obywatelstwa i Praw Podstawowych - uchodzi za najbardziej wyrazistą postać w zespole Barroso. Podoba się dziennikarzom, bo nie ucieka od komentarzy na żaden temat, nawet jeśli wykracza on poza jej kompetencje. Wsławiła się nie tak dawno krytyką francuskiej polityki wobec Romów, wprost i w mocnych słowach atakując Sarkozy'ego. Dziś jest bardziej ugodowo nastawiona wobec ekipy François Hollande'a, ale nie traci animuszu (zob. jej wywiad dla Le Monde). Nie jest najczęściej tweetującym  komisarzem, ale jeśli coś w Twitterze zamieści, raczej nie przechodzi to niezauważone. Jej ostra krytyka Węgier, a ostatnio Rumunii, zważywszy na stan demokracji w tych krajach, nie dziwi. Tym bardziej, że jest zgodna z linią Barroso. Ale już deklaracje Reding na temat federalnej Europy, na temat unii politycznej i ogólnoeuropejskiego referendum w tej sprawie idą znacznie dalej niż ostrożna retoryka Komisji.

Jest mało prawdopodobne by taka postawa była tylko odzwierciedleniem rogatej duszy pani komisarz. Nie trudno dostrzec w niej polityczna kalkulację. Oczywiście u polityka nie musi to wcale uchodzić za wadę.  Mnożą się jednak komentarze na temat spodziewanego wyniku tej kalkulacji. Za dwa i pół roku kończy się obecna kadencja Komisji Europejskiej. Wedle  politycznego zegara, to już tuż tuż, bo przecież z rozdaniem kart nie czeka się do ostatniej chwili. Reding jest komisarzem już po raz drugi. Zdaniem niektórych komentatorów Jean-Claude Juncker, luksemburski premier i niemniej wyrazisty niż ona sama polityk, udzielił jej dwukrotnie poparcia, gdy obsadzano stanowiska komisarzy, by pozbyć się niebezpiecznego konkurenta u siebie w kraju. Mało jednak prawdopodobne, by udało mu się to po raz trzeci. I to nie tylko dlatego, że trzeci raz komisarzem się raczej nie zostaje. Jest jasne, że Reding nie marzy o dożywociu na stołku komisarza. 

W czerwcu 2014 odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego i wybory parlamentarne w Luksemburgu. Reding mogłaby zastąpić Junckera, jeżeli konserwatyści wygrają. Mówi się też jednak, że gotowa jest zrezygnować z tej opcji, gdyby mogła zastąpić na stanowisku szefa Komisji Barroso. Dość popularna jest teza, że polityczna wyrazistość i wszechobecność Reding jest obliczona na takie rozwiązanie. Spekuluje się na ten temat na przykład we Francji, starając się zrozumieć jej postawę wobec kwestii Romów. Jej wcześniejsze ataki na Sarkozy'ego przysporzyły jej zwolenników poza Francją (również w Polsce) i w samej Francji (bo wszystko działo się w atmosferze zbliżających się wyborów prezydenckich). Jej obecna, bardziej ugodowa postawa (mimo, że we Francji zmieniła się raczej retoryka, niż sedno) miałaby jej zapewnić kluczowe poparcie François Hollande'a. Juncker pewnie by się nie sprzeciwił, Niemcy - daliby się przekonać Francuzom. 

Scenariusz możliwy przy założeniu, że liderzy państw UE zgodzą się na wyrazistego szefa Komisji Europejskiej.  Od czasów Jacquesa Delorsa, unikają tego jak ognia. Czy dadzą się przekonać, że wyrazistość polityczna Viviane Reding jest jak jej fryzura: nie tylko utrwalona lakierem, któremu żaden huragan nie groźny, ale przede wszystkim dokładnie wymodelowana? Jeśli tak, to w pakietowym rozdaniu można też się spodziewać spełnienia innego proroctwa: szefem Parlamentu Europejskiego mógłby zostać w 2014 Francuz, Michel Barnier. Gdzieniegdzie słychać też glosy, że być może szefem Komisji Europejskiej powinien zostać ktoś z krajów o krótszym stażu w UE, na przykład Polak. Co wtedy stałoby się z Viviane Reding? Jean-Claude Juncker woli o tym pewnie nie myśleć. Natomiast mógłby o tym pomyśleć Radek Sikorski. Od jego prointegracyjnego, pamiętnego wystąpienia w Berlinie niektórzy przypisują mu takie ambicje. Przypomina się o nich przy okazji kolejnych przemówień lub artykułów, takich jak ten opublikowany w Frankfuter Allgemeine Zeitung.

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...