2016-06-22

Brexit: z Brytyjczykami trzeba twardo

Po naszej stronie kanału La Manche mamy jakieś wyobrażenie tego, co się wydarzy, gdyby Wielka Brytania wystąpiła z Unii Europejskiej. Na listę konsekwencji, do niedawna wypełnionej przepowiedniami wieszczącymi grozę, coraz częściej trafiają przewidywania pozwalające zachować umiarkowany optymizm: końca świata nie będzie. Czy jednak nie za mało zastanawiamy się nad tym, co będzie, jeśli po raz kolejny Brytyjczycy postanowią jednak zostać częścią "superpaństwa"? Przekonanie, że w tym przypadku nie wydarzy się nic, jest złudne. Dobrego wyjścia z tej gry nie ma.

Lektura brytyjskich gazet podczas kampanii referendalnej u każdego zwolennika integracji europejskiej może wywołać zawrót głowy. To, że do druku tekstów na temat UE tamtejsze tabloidy (Sun, Daily-Express, Daily Mail), oficjalne organy prasowe obozu Leave, używają nie farby drukarskiej, ale smoły piekielnej wszyscy zdążyli przywyknąć. Czym większa bzdura, czym bardziej absurdalne kłamstwo, tym większa szansa, że przebije się do lokalnej opinii publicznej. Wszystkie zbierane przez lata euromity (kiedys poświęciłem im specjalną zakładkę), nawet te najgłupsze i tysiące razy prostowane, wylały się w referendalnej debacie.

Mniejsze zło

Jest jednak charakterystyczne, że również w obozie Remain mało jest pozytywnych myśli i jakiegokolwiek projektu na przyszłość. Nawet lektura takich gazet jak Guardian, Independent czy Daily Mirror (bulwarówka, która mówi o sobie "inteligentny tabloid"), które popierają kampanię na rzecz pozostania w UE, dowodzi, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje żelazna zasada: każda deklaracja na rzecz pozostania w UE musi zaczynać się od preambuły "wiem co prawda, że Unii daleko do doskonałości, ale ...". Jakby wręcz nie wypadało, z obawy przed utratą wiarygodności, mówić o zaletach członkostwa bez "ale".


Cameron, który referendalny cyrk rozpętał, stoi na straconej pozycji, bo trudno mu nagle zostać euroentuzjastą po tym, jak przez kilka lat wytrwale sicigał się z nacjonalistami w krytyce wszystkiego co "brukselskie". Jedyne, co mu zostało, to nawoływać do wyboru "mniejszego zła". Zwolennikom Remain z Partii Pracy niby powinno być łatwiej, bo nie oni to referendum wymyślili. Ale w UK po prostu nie da się o integracji europejskiej mówić pozytywnie.

W obu obozach dominuje język strachu. Strachu przed konsekwencjami: w obozie Leave, przed konsekwencjami zostania w UE, w obozie Remain - wyjścia z niej. Dziesiątki lat Europe-bashing i EU-bashing w debacie publicznej uformowało umysły opinii publicznej w taki sposób, że Unię można tu co najwyżej postrzegać jak mniejsze zło. Czy obecność w Unii państwa, które pozostaje w niej ze strachu i wbrew sobie rzeczywiście jest atutem dla integracji europejskiej? Wątpię.

Eksplozja emocji

Brytyjczycy niemal od zawsze mieli z kontynentem problem: fobia, ale i fascynacja (tutaj więcej na temat historycznych zaszłości). By pojąć niuanse referendalnej debaty na temat "in/out" warto pewnie wiedzieć, że tego samego terminu używają Brytyjczycy, gdy mówią o seksie, o czym niedawno, w genialny jak zwykle sposób, przypomniał John Oliver (tutaj nagranie - bardzo polecam). Ich relacja wobec Europy to zagadnienie dla psychoanalityka.

Brytyjczycy potrafią wspaniale debatować. Wczorajsza bitwa na słowa między obozem In i obozem Out, transmitowana przez BBC, była o wiele bardziej wciągająca niż wszystkie trzy mecze Euro 2016 rozegrane tego samego dnia. Na przykład soczysty retoryczny pojedynek między kolegami z tej samej partii, Borisem Johnsonem (pro- Out) i Theresą May (pro-In). Delicje. Johnson chyba już wyczerpał całą swoją eurofobiczną emfazę, może przekonać tylko przekonanych. May, Szkotka, była o niebo bardziej racjonalna i merytoryczna. Jest szansa, że to jej argumenty, a nie kłamstwa Johnsona, trafią do wciąż niezdecydowanych, którzy zdecydują o wyniku jutrzejszego referendum. Ale ona też do niedawna zbijała kapitał polityczny na krytyce UE, na przykład w kwestii europejskiego nakazu aresztowania. Dziś ze swej roli wywiązuje się świetnie, czy jednak jest wiarygodna? Chodzi jej o to samo, co Johnsonowi: o zagarnięcie jak największej części masy upadłościowej w przypadku porażki Camerona. A ta jest możliwa nawet w przypadku zwycięstwa Remain.

Podziały w partii torysów są dziś prawdopodobnie silniejsze niż kiedykolwiek we współczesnej historii tego ugrupowania. Konieczność licytowania się z ksenofobami z UKIP i z partyjek jeszcze bardziej na prawo jest dla torysów z obozu Leave wyniszczająca. Co gorsza, dramatycznie pogłębia i tak już silne podziały w brytyjskim społeczeństwie. Labourzystów jednoczy rola opozycji, ale i tam występują podziały między zwolennikami linii wyznaczonej tej partii lata temu przez Tony'ego Blaira a tymi, którzy chcą od niej odejść, między zwolennikami "trzeciej drogi" i lewicowymi suwerenistami.

Tragicznym akordem symfonii emocji było kilka dni temu zabójstwo Jo Cox, posłanki Partii Pracy zaangażowanej w kampanię na rzecz pozostania w UE. Bez względu na wynik referendum, który poznamy w piątek rano, podziały w brytyjskim społeczeństwie pozostaną na długo. A ponieważ, przynajmniej pozornie, to stosunek do integracji europejskiej wytycza linie podziałów, brytyjskie narodowe kłótnie nie pozostaną bez wpływu na i tak kiepską atmosferę w Unii. Jest bardzo możliwe, że pozostanie tak bardzo podzielonej Wielkiej Brytanii w UE będzie dla integracji europejskiej jeszcze bardziej destrukcyjne niż Brexit.

Zreformować Unię

David Cameron wygrał wybory i został premierem w dużej mierze dlatego, że dotrzymał słowa: obiecał referendum w sprawie wyjścia z Unii i rzeczywiście je zorganizował. Pewnie już zrozumiał, że strzelił sobie w stopę. Za późno. Nadal głosi, że jego celem jest zreformowanie UE, a nie wychodzenie z niej. Ale mnożąc opt-outy i derogacje, nie biorąc udziału w kluczowych europejskich inicjatywach Wielka Brytania sama ustawiła się w pozycji outsidera. A to kiepska pozycja dla reformatora. Cameron twierdzi, że pozostanie w UE da Wielkiej Brytanii prawo nadania integracji europejskiej nowego kierunku, podczas gdy wyjście z Unii prawa tego ją pozbawi, niekoniecznie zdejmując od razu z Londynu wszelkie powinności wynikające z unijnych traktatów. Faktycznie.

Ale ramy reformy, do której Cameron wzywa, zostały przezornie zapisane w porozumieniu, które pod egidą Donalda Tuska zawarły z wyspiarzami pozostałe państwa członkowskie. Powiedzmy sobie szczerze: chodzi tam bardziej o potwierdzenia brytyjskiej pozycji outsidera, niż o spektakularną reformę Unii jako takiej. I całe szczęście, bo reformowanie Unii według brytyjskiego scenariusza to gorsze niż reformowanie Polski według scenariusza "dobrej zmiany".

Owszem, państwa członkowskie zmarnowały kolejne okazje głębokiej reformy procesu integracji, do największego w swej historii rozszerzenia Unia przystąpiła nieprzygotowana. Owszem, daleko idące zmiany są potrzebne. Ale z pewnością nie te, i nie tak, jak widzi to Wielka Brytania. Nie powierza się remontu autostrady zażartemu przeciwnikowi motoryzacji, zwolennikowi alternatywnych dróg transportu. Paradoksalnie, to Brexit, a nie pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, może wymóc potrzebne reformy. Jest jednak mała szansa, że spodobają się one wszystkim. Pewnie najmniej tym, którzy stawiają na brytyjskiego konia w nadziei rozluźnienia europejskich więzów przy jednoczesnej woli utrzymania benefitów płynących z członkostwa. Jest jednak oczywiste, że reformowanie Unii z udziałem Brytyjczyków nie będzie służyło idei integracji europejskiej.

Zreformować Wielką Brytanię

Gdyby doszło do Brexitu, Brytyjczycy musieliby wreszcie przyznać, że bardziej niż o reformę Unii chodzi im o głębokie zmiany w Królestwie. Spór o Unię odsuwa jedynie w czasie odpowiedź na pytanie, jak miałyby one wyglądać. Kampania referendalna pozwoliła sformułować jedynie niektóre z oczekujących na rozwiązanie wyzwań. Wiele z nich jest całkowicie fałszywych (na przykład cytowana przez Johnsona suma kontrybucji, którą Wielka Brytania wpłaca tygodniowo do unijnego budżetu). Inne w ogóle nie dotyczą Unii (na przykład niektóre z przypisywanych Unii przepisów dotyczących prawa pracy czy ochrony zdrowia). Część jest związana z Unią, ale obciążanie Unii odpowiedzialnością za wszystkie brytyjskie niepowodzenia jest szczytem hipokryzji.

Dobrym przykładem jest problem migracji. Wszyscy widzieli zdjęcie Farage'a na tle plakatu ukazującego falę ciemnoskórych uchodźców. Ponoć to UE ponosi winę za atrakcyjność Europy jako kierunku emigracji. Jeżeli trzeba by wymienić tylko jedno państwo, które we współczesnej historii świata ponosi największą odpowiedzialność za arbitralne wyznaczanie granic, tworzenie i delegalizowanie państw, za kolonializm i taki a nie inny podział Bliskiego Wschodu, za emigrację setek tysięcy ludzi uciekających przed głodem, wojną i śmiercią, bez wahania wymieniłbym właśnie brytyjskie imperium. Obywatele Commonwelthu, z Indii, Pakistanu i innych części świata, przybywają do Wielkiej Brytanii z brytyjskimi paszportami (lub raczejdokumentami podróży).

Dla każdego, kto kiedykolwiek był w Londynie, dziwny może się wydawać strach deklarowany dziś strach przez "inwazją" ludzi o różnych kolorach skóry. Ale tu i ówdzie na brytyjskiej prowincji ten strach bardziej niż kiedykolwiek został podsycony ksenofobią i rasizmem, które napędzają kampanię referendalną niektórych członków UKIP-u i innych nacjonalistycznych ugrupowań. Imigracja kojarzy się też Brytyjczykom automatycznie z zagrożeniem terrorystycznym. Tak samo jest w większości państw europejskich. Ale mało które państwo europejskie ponosi porównywalną do brytyjskiej odpowiedzialność za wzrost tego zagrożenia. Ideologiczny terroryzm zaatakował w ostatnich dniach nie z tego kierunku zresztą, którego zwolennicy Brexitu tak się obawiali: Jo Cox została zamordowana przez skrajnie prawicowego eurofoba. Do katalogu brytyjskich strachów dołączył w konsekwencji jeszcze jednen: strach przed aktami przemocy dokonywanymi przez ksenofobiczną prawicę. To brytyjski problem: ani Remain ani Leave go nie rozwiążą.

Brytyjski sprzeciw wobec migrantów w Polsce kojarzy się zwykle z bliskowschodnimi uchodźcami. Błąd: leitmotiwem retoryki zwolenników wyjścia z UE jest zagrożenie ze strony imigrantów z Polski, Litwy czy Czech. Z punktu widzenia prawa unijnego chodzi o Europejczyków podejmujących pracę na terytorium jednolitego rynku zgodnie z zasadą swobody przepływu siły roboczej i kapitału. Ale nie tak to wygląda w ujęciu brexitowców. Dla nich "polski hydraulik" to ten bardziej kłopotliwy rodzaj imigranta. Bo wyposażony w unijny paszport nie może być ot tak sobie odesłany do domu ani pozbawiony przywilejów socjalnych i pracowniczych stworzonych dla posiadaczy paszportu Zjednoczonego Królestwa. Odstępstwa od unijnych reguł w tej dziedzinie są jednym z głównym punktów wynegocjowanego przez Camerona porozumienia z lutego tego roku.

Czy jednak rzeczywiście to Unia ponosi odpowiedzialność za setki tysięcy pracowników z Europy Środkowej i Wschodniej w Wielkiej Brytanii? Bardzo byliśmy wdzięczni Brytyjczykom, że tak pięknie, solidarnie się zachowali w momencie rozszerzenia Unii w 2004, gdy - w odróżnieniu od wielu innych unijnych państw - nie wystąpili o czasowe zwolnienie z obowiązku przestrzegania ujinych zasad wolnego przepływu ludzi. Nad Tamizę masowo ruszyli polscy elektrycy, kucharze, robotnicy. Mniej masowo eksperci od finansów, którym udało się zatrudnić w londyńskim City. Co się zmieniło od tego czasu? Zmieniła się koncepcja gospodarcza. Za czasów Blaira gospodarka otwarta, rynek pracy przyjmujący potrzebną siłę roboczą i wykwalifikowanych pracowników był elementem obowiązującego schematu. Dzisiaj schemat się zmienił. Wtedy podawaliśmy w Polsce Wielką Brytanie za przykład kraju, który nie skarży się na zbyt duże i przedwczesne rozszerzenie Unii. Dziś okazało się, że Wielka Brytania należy do grona państw, które uznały rozszerzenie zwane historycznym za historyczny błąd.

Seria kryzysów, które wstrząsnęły światem i Unią od 2008 tłumaczy oczywiście konieczność zmiany koncepcji rozwoju w tym czy innym państwie. Problem w tym, że brytyjscy zwolennicy wystąpienia z UE chcą narzucić innym państwom zmiany spełniające jeden podstawowy warunek: opłacalności dla Zjednoczonego Królestwa. Co więcej, chodzi o zmiany na przeczekanie, zanim sami Brytyjczycy zdobędą się na odwagę, by powiedzieć jak chcą zmienić swoje własne państwo. Zanim do tego dojdzie, Unia ma zgodzić się, by posłużyć za chłopca do bicia, który pozwoli rozładować wewnętrzne, brytyjskie spory. Przy czym z rozbrajającą szczerością wyspiarze przyznają: tak, tylko nasz interes jest ważny (ale jeszcze go nie zdefiniowaliśmy). Czy przyjęcie takich warunków pozostania Wielkiej Brytanii w Unii jest dobre dla integracji europejskiej? Bardzo to wątpliwe.

Dzień po

Wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii będzie bez wątpienia bardzo kosztowne i dla Unii i dla Wielkiej Brytanii. Kosztowne nie tylko finansowo, ale i politycznie. W wymiarze nie tylko makroekonomicznym, ale i mikroekonomicznym. Stracą przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa po obu stronach kanału. Przynajmniej niektóre. Inne pewnie zyskają. Nie sposób przewidzieć proporcje, ale byłoby naiwnością liczyć na przewagę zysków nad stratami. Ogólnie potencjał demograficzny, gospodarczy i dyplomatyczny UE po odejściu Wielkiej Brytanii ulegnie uszczupleniu. Ale jeżeli w perspektywie długoterminowej taka jest cena za uratowanie integracji europejskiej?

Efekt domina jako skutek Brexitu jest mało prawdopodobny. Domino ma to do siebie, że elementy tego samego kształtu i tej samej wagi spadają na siebie, a żaden z elementów europejskiej składanki nie jest porównywalny ze Zjednoczonym Królestwem. Podobnie jak Zjednoczone Królestwo, mimo porównań, które zdarzają się zwolennikom Brexitu, nie jest podobne do Norwegii ani Islandii. Brexit nie będzie oznaczać rozpadu UE, nawet jeżeli tendencje do opuszczenia UE mogą czasowo się wzmocnić w niektórych krajach. Bardziej prawdopodobne jest, że pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, wiążące się z realizacją zobowiązań zapisanych w porozumieniu z 18 lutego, skłoni inne państwa do wystąpienia o derogacje. Tak było wcześniej z brytyjskim rabatem wytargowanym przez Margaret Thatcher w 1984. O podobne "tymczasowe korekty" wystąpiły z powodzeniem Austria, Dania, Holandia, Niemcy i Szwecja.

Wyjście z Unii, gdyby w referendum wygrał Brexit, wymagałoby dwóch lat. Od innych państw członkowskich zależałoby, czy zechcą przyznać Brytyjczykom dodatkowy czas. Potem trzeba by negocjować stosunki między Wielką Brytanią, nie będącą już państwem członkowskim, a Unią. To kolejne dwa lata. Donald Tusk mówił o siedmiu latach bolesnych negocjacji. To dość luźne szacunki. Liczba ta nie znajduje potwierdzenia w traktacie, nie sposób też odwołać się do doświadczenia, bo żadne państwo nigdy z Unii nie występowało. Na razie tendencja jest taka, by w przypadku Brexitu negocjować z Brytyjczykami twardo. Dla przykładu. W rzeczywistości jednak przebieg negocjacji będzie zależał od państw członkowskich.

"Out is out"

Zapewnienie sobie przez Londyn spolegliwej postawy ze strony takich państw jak Polska czy Węgry, w których rządy sprawują obecnie eurosceptycy, mogłoby się okazać kosztowne dla brytyjskiego budżetu i politycznie ryzykowne dla Polski i Węgier, gdyby chciały podważyć wspólną unijną linię postępowania. Ale przeważyć mogą względy ideologiczne. Przynajmniej w przypadku PiS nie byłoby to zaskakujące, Orban wydaje się bardziej racjonalny. Ale Brytyjczycy mieliby też atuty negocjacyjne w rozmowach bilateralnych z takimi państwami jak na przykład Francja: powiązania gospodarcze są między nimi bardzo ścisłe, poza tym oba kraje zaangażowane są we współpracę militarną.

Żeby twarda i bezkompromisowa postawa negocjacyjna stała się faktem, trzeba by przejść do działania natychmiast. I taki jest plan: wspólne stanowisko 27 państw członkowskich wobec Londynu ma być przedmiotem decyzji na unijnym szczycie 28-29 czerwca. Spodziewane jest też wspólne stanowisko Niemiec i Francji. Gdyby do takiej sytuacji doszło rok temu, można by się spodziewać, że Polska odegra w tych rokowaniach ważną rolę. Pod rządami PiS, który w ciagu paru miesięcy zmarnotrawił europejski dorobek i szansę na zajęcie przez Polskę ważnego miejsca w nowej unijnej architekturze, nic takiego się nie stanie. Przeciwnie: każda inicjatywa zmierzająca do osłabienia dynamiki integracyjnej (a takiej postawy można spodziewać się po rządach PiS) przyspieszy materializację idei twardego jądra "prawdziwej" Unii, skupiającej w pierwszym rzędzie państwa strefy euro.

Szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker po raz kolejny zapowiedział, że nie będzie taryfy ulgowej dla Brytyjczyków: "out is out". Nie jest jednak jasne, jaką rolę będzie miała do odegrania Komisja. Również w tej sprawie decydujące mogą być konkluzje szczytu 28-29 czerwca. Na razie można sobie jedynie wyobrazić, że wychodzenie Wielkiej Brytanii z UE mogłoby się odbywać według scenariusza "rozszerzenia à rebours". Oznaczałoby to, że polityczne decyzje podejmują państwa członkowskie, w konsultacji z Parlamentem Europejskim, ale techniczne negocjacje prowadzi Komisja. Który z komisarzy miałby się tym zająć? Paradoksalnie, to komisarz do spraw rozszerzenia, Austriak Johannes Hahn, wydaje się najbardziej odpowiedni.

Zarówno w przypadku zwycięstwa Leave jak Remain konieczne będą negocjacje. I bez względu na wynik referendum, uległość wobec Wielkiej Brytanii miałaby opłakane skutki dla integracji europejskiej. Katastrofą zachodniej cywilizacji, wbrew temu co mówił Tusk, nie byłby Brexit. Katastrofą byłby koniec integracji.



2016-06-21

Najdłuższe rozszerzenie nowoczesnej Europy

Najdłuższe rozszerzenie Unii Europejskiej zaczęło się w 1961, gdy Unia jeszcze się tak nawet nie nazywała. Dwukrotnie zostało zablokowane francuskim wetem. W 1973 roku nastąpił jego kluczowy moment: Wielka Brytania przystąpiła wreszcie do Wspólnot. W 2016, za parę dni, jego historia może się formalnie zakończyć, jeśli Brytyjczycy zagłosują za wystąpieniem z UE. Jeśli zagłosują za pozostaniem, najdłuższe i najbardziej nieudane rozszerzenie przejdzie w fazę gnicia, wyniszczającego dla Unii.

Kiedy David Cameron rozpoczął swoje krótkowzroczne politykierskie gierki sam nie wierzył, że do Brexitu może dojść. Chodziło jedynie o przejęcie eurofobicznego (bo eurosceptyczny to cała reszta) elektoratu, który pozwalał dostać się do Parlamentu Europejskiego przedstawicielom nacjonalistycznego, postkolonialnego ugrupowania UKIP, z Nagelem Faragem na czele. Do Parlamentu Europejskiego, na eksport, bo w wyborach krajowych nie odgrywali specjalnego znaczenia. Do czasu. Kiedy popracie sondażowe w brytyjskich wyborach zaczęło im rosnąć kosztem torysów, Cameron się wystraszył, że utraci tekę premiera i przywództwo w partii konserwatywnej i postanowił być bardziej eurofobiczny, niż UKIP.

Rozpętał nacjonalistyczną kampanię. Bezskutecznie starał się nad nią zapanować nawołując Brytyjczyków do pozostania w Unii i stając na czele obozu Remain. Dziś znów jest przerażony, bo zwycięstwo obozu Leave może oznaczać jego własną polityczną porażkę i prawdopodobnie utratę teki premiera. Czy gra warta była świeczki? Za późno, by pluć sobie w brodę. Torysi, których chciał zjednoczyć, są dziś podzieleni bardziej niż kiedykolwiek. Nie jest przesadą określenie tych podziałów mianem wewnątrzpartyjnej wojny domowej. Jeśli przegra referendum, będzie mógł tylko odejść.

Na to liczy mer Londynu Borys Johnson, z tej samej co Cameron partii, nawołujący do głosowania przeciw pozostaniu w UE, gracz jeszcze bardziej cyniczny niż Cameron, który marzy tylko o jednym: zostać kalifem w miejsce kalifa. Na pytanie dziennikarzy o spodziewany wynik liczbowy referendum szczerze odpowiedział, że dla niego ważna w tym referendum jest tylko jedna liczba: "10", od 10 Downing Street, adresu siedziby premiera. Europa nie po raz pierwszy zresztą wyznacza linię podziału wewnątrz partii konserwatywnej. Za swój głęboki eurosceptycyzm odsunięciem od władzy w partii zapłaciła też kiedyś Mragaret Thatcher, bo w tamtych czasach nurt proeuropejski (a raczej przekonany o zaletach wspólnego rynku) był w jej otoczeniu dominujący.

Wyspa

Wielu tłumaczy inność Brytyjczyków ich wyspiarską naturą. Jakby słynna formuła, prowokująca banalnością, od której rozpoczął jeden ze swych wykładów francuski socjologa i historyk, André Siegfried: "Anglia jest wyspą", starczała za całą odpowiedź. Ale czyż nie ma w Europie innych wysp? Nie mniej niż wyspiarstwo o postawie Brytyjczyków wobec reszty świata dcyduje wciąż żywe wspomnienie cesarstwa. Może to małostkowe, ale nie będę im współczuł, gdy się przebudzą. Obama próbował im powiedzieć, że ich cesarstwa nie ma, i że liczą się dla Waszyngtonu przede wszystkim jako część postimperialnej Europy. Śmiertelnie się na niego obrazili.

Niewątpliwe uzasadnione jest twierdzenie, że naprawdę ważny podział przebiega nad Tamizą nie między lewicą a prawicą, ale między zwolennikami otwarcia i współpracy z kontynentem a tymi, którzy na kontynent patrzą z nieposkromioną nieufnością. Ci drudzy są dziś w natarciu. Nie po raz pierwszy, choć nie zawsze wywodzili się z partii konserwatywnej. Kiedyś to Partia Pracy była liderem obozu eurosceptycznego (to znaczy przeciwnego wspólnemu rynkowi).

Niezmienność

Gdy w 1946 roku Churchil wzywał do zjednoczenia Europy, nie myślał bynajmniej o uczestnictwie swego kraju w tym przedsięwzięciu. Zjednoczone Królestwo miało Commonwelth, po co mu jakaś Europa? Chyba, że jako rynek zbytu. Wielu Brytyjczyków myśli tymi kategoriami do dziś. Z apelu Churchila narodziła się międzynarodowa Rada Europy, ale uważanie go za ojca założyciela ponadnarodowej Unii Europejskiej to daleko idące nadużycie.

Wilhelm Zdobywca, Tkanina z Bayeux,
by Myrabella 
Kiedy powstawała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, Wielka Brytania została zaproszona do udziału, ale nie była zainteresowana. Nigdy nie zrozumiem, czemu nie przystąpili - mówił jeden z głównych architektów integracji europejskiej Jean Monnet. Tłumaczył to sobie zmitologizowanym ponad miarę zwycięstwem Brytyjczyków w czasie II wojny światowej, iluzją, że można utrzymać stan posiadania, bez konieczności zmiany, dostosowania się do nowej koniunktury. Pewnie Monnet miał rację: Brytyjczycy, zapominając o tysiącach Europejczyków, żołnierzach z czternastu krajów, wśród nich Czechach i Polakach, którzy obronili wyspę przed niemiecką inwazją, uwierzyli, że nikogo nie potrzebują. I to przekonanie, utrwalone mitem Bitwy o Anglię, przetrwało do dzisiaj.

Podobnie jak przekonanie, niezmienne od czasów normandzkiego najazdu w 1066, że wyspy trzeba bronić przed obcym podbojem. To od tego czasu liczyć należy zacieśnienie związków Anglii (wcześniej w skandynawskiej sferze wpływów) z Europą i schizofreniczny stosunek Anglików do kontynentu, mentalnie dzielący wyspiarzy na dwa wrogie obozy. Tak, powiązanie Anglii z Europą jest wynikiem inwazji. Kojarzy się z podporządkowaniem obcemu. Anglicy patrzą na kontynent z pełnym nieufności zauroczeniem. Anglia jest emocjonalnie przywiązana do Europy również w dobrym znaczeniu tego słowa. Anglicy po prostu kochają Europę inaczej.

Rynek

Po nieudanej próbie zabezpieczenia swoich interesów poprzez utworzenie konkurencyjnej wobec Wspólnoty Europejskiej organizacji wolnego handlu EFTA, w 1961 roku wystąpili o przystąpienie do wspólnego europejskiego rynku. De Gaulle, dwukrotnie blokując wejście Wielkiej Brytanii do Wspólnot, twierdził, że wyspiarze są "z gruntu wrodzy" idei jednoczenia kontynentu. Niewątpliwie miał rację. Ale też Brytyjczycy nie wierzyli, że integracja europejska może przybrać polityczne formy, naprawdę myśleli, że na jednolitym rynku się skończy. Mają dziś trochę rację, gdy twierdzą: nie na taką Europę się umawialiśmy. Należy jednak od razu dodać, że umawiali się sami ze sobą: nikt im nie obiecywał, że dynamika integracji europejskiej zostanie poddporządkowana wyspiarskim stanom świadomości.

Gdy po traktacie z Maastricht Unia Europejska odsłoniła swe nie tylko merkantylne, ale i polityczne oblicze, nie mogła być już postrzegana przez Brytyjczyków tylko jako EFTA w wersji turbo. Małżeństwo z rozsądku zaczęło się kruszyć zanim zostało skonsumowane. "Superpaństwo", któremu Margaret Thatcher wydarła "brytyjski rabat", swoisty haracz za obecność, stało się ulubionym chłopcem do bicia brytyjskich tabloidów, coraz większej części klasy politycznej, i wreszcie wyrosłych z niebytu nacjonalistycznych partii kanapowych, takich jak UKIP, których jedyną raison d'être była i jest eurofobia.

Oswojenie

W możliwość rozpadu małżeństwa z rozsądku uwierzyć trudno tak długo, jak wierzy się w rozsądek. Dlatego niewielu dawało na początku szansę powodzenia zwolennikom Brexitu. Wynegocjowane w lutym porozumienie, choć nie było dla Camerona zwycięstwem, jakiego się spodziewał, miało mu pozwolić na skuteczne sprzedanie w kampanii referendalnej opowieści o Unii "reformowanej" przez mężnych synów Albionu. Unii zaś miało zapewnić utrzymanie w swoich szeregach niesfornego, ale stanowiącego 16% unijnego PKB państwa członkowskiego, drugiej gospodarki UE i jednego z głównych centrów finansowych świata.

Wiara w rozsądek zniknęła, gdy na dłużej utrwalił się trend wskazujący na stabilna przewagę zwolenników wyjścia z UE. Z jednej strony rozpoczęły się dramatyczne apele do Brytyjczyków, by jednak zostali, dowody miłości, i graniczące z histerią (rzadkie, na szczęście) skowyty, jak choćby opinia Donalda Tuska, że wyjściemWielkiej Brytanii z Unii oznaczać będzie koniec zachodniej cywilizacji.

Świadomość, że do Brexitu jednak może dojść, zaczęła wzrastać. Eksperci zaczęli się z nią oswajać. Rynki i instytucje unijne, bez rozgłosu, przygotowały plany awaryjne. I jak zwykle w konfrontacji z nieuchronną rzeczywistością zaczęto, po cichu, szukać dobrych stron złej koniunktury. Bo w gruncie rzeczy czy nie lepiej wreszcie położyć kres nieustannym brytyjskim fochom i zakończyć najdłuższe rozszerzenie nowoczesnej Europy? Czy, faktycznie, nie lepiej nauczyć się żyć bez Brytyjczyków, niż w nieskończoność przedłużać rozpad pożycia?


Na podobny temat

Przychodzi Cameron do Szydło, a Szydło też... (10.12.2015)

O czym zapomniał Cameron i jego polscy wielbiciele (24.01.2013)


Oraz: przemówienia Winstona Churchilla, Margaret Thatcher, Jona Majora, Tony'ego Blaira i Davida Camerona można przeczytać w całości (po angielsku) w zakładce Lektury.




2016-05-19

Ogródki demokracji

Odkąd PiS doszedł do władzy dywagacje na temat demokracji stały się modne jak nigdy dotąd. Bezpośrednim impulsem, który uczynił z demokracji temat wielkiej publicznej debaty było powstanie i spektakularny sukces Komitetu Obrony Demokracji. Ale to nie KOD odgrywa główną rolę w tej debacie. Spór o istotę demokracji został zdominowany przez dwa obozy, które zasadniczo różnią się opinią w kwestii terytorium naturalnego dla rozwoju demokracji. Dla jednych nie ma demokracji poza państwem narodowym: demokracja może funkcjonować tylko w narodzie. Dla drugich oczywistym terytorium demokracji jest opiekuńcze państwo socjalne (de facto też narodowe): tylko w takim państwie można mówić o demosie, bez którego nie ma demokracji. 

Mylnie wydaje nam się czasem, że ten spór toczy się między lewicą a prawicą. Nie tak przebiega podział. Między dwoma tymi obozami zawiązuje się przedziwny sojusz, zrecenzowany parę dni temu przez Aleksanda Smolara, który w reakcji na tekst autorstwa jednego ze zwolenników tego aliansu, Grzegorza Sroczyńskiego, pisał o "sojuszu ludu KOD-owskiego i władzy PiS-owskiej". To co jednych z drugimi łączy, to nie tylko nienawiść do liberalizmu (różnie definiowanego i rozumianego), ale i podskórna nieufność wobec idei wolności jako takiej.


Socjały i nacjonały

Jedni i drudzy mówią o potrzebie wielkiej zmiany, ale o tym, jak demokrację dostosować do zmieniającego się świata właściwie nie mówią, bo to, że świat się zmienia, nie jest chyba dla nich wcale takie oczywiste. Przedmiotem debaty jest remanent status quo, autorski spis demokratycznego inwentarza: jakie jest miejsce narodowej suwerenności i ludowej suwerenności w demokracji, i czy umowy śmieciowe, dystans między bogatymi i biednymi, duma narodowa i polityka historyczna mieszczą się w pojęciu demokracji?

Wszystkie te tematy są ważne i szkoda, że poświęcona im dyskusja jest tak spóźniona, a tym samym pospieszna, bo to źle wpływa na jej jakość. Ale nie mogą one stanowić alternatywy dla imponderabiliów demokracji. Te impoderabilia zostały zebrane w pakiet nazwany (dość niefortunnie z retorycznego punktu widzenia) demokracją liberalną. To jej broni KOD. Natomiast dla socjałów i nacjonałów tak pojęta demokracja to stan niefortunnie zastany, wymagający kapitalnego remontu, od fundamentów. Bo jedni i drudzy inaczej defniują impoderabilia. Dlatego w ich odczuciu debata rozpoczęta przez KOD nie dotyczy sedna. Liczą się tylko naród i lud w ujęciu esencjalistycznym. A takie podejscie wydaje się stanowić wystarczającą jak na razie podstawę potencjalnego sojuszu "pewnej lewicy" z "nacjonalistycznym, klerykalnym, autorytarnym" PiS-em, jak mówi Smolar.

Sen o europejskiej agorze

Unia Europejska, która powstała na fundamencie narodowego państwa opiekuńczego, i której ustrój gospodarczy nazywa się społeczną gospodarką rynkową, ma w swym kodzie genetycznym wpisane dążenie do zdefiniowania na nowo miejsca funkcjonowania demokracji, jej ekosystemu. Nie musi on być zamknięty w granicach państwa narodowego, bez względu na to, czy jest ono opiekuńcze czy nie. Dla zwolenników integracji europejskiej, świadomych jej sensu i przeznaczenia, suwerenność, tożsamość i dobrobyt mogą stanowić łącznik: pole współpracy i wymiany. To przecież lepiej, niż widzieć w nich budulec murów, które dzielą. Mogą być kapitałem zainwestowanymi we wspólne przedsięwzięcie. To przecież lepiej, niż uczynić z nich ukryty w glinianym garnku i zakopany pod drzewem skarb ciułacza, obsesyjnie strzeżony przed złym sąsiadem. Lepiej. A mimo to europejskiej agory i europejskiego demosu jak nie było tak nie ma.

Zarówno instynktowny sprzeciw wobec autorytaryzmu, który jest siłą napędową KOD, jak integracja europejska to zjawiska budzące nieufność tych, co chcą zamknąć demokrację w ogródku państwa suwerenności narodowej i dla drugich, którzy za właściwą dla demokracji działkę uważają państwo suwerenności ludowej. Ale jedyni i drudzy chcieliby sobie tę demokrację wyhodować i przystrzyc po swojemu. Nie dajmy anachronicznym działkowcom zawłaszczyć demokracji. Ani na ulicy, ani w Sejmie, ani w publicystyce.

Obrona demokracji przed autorytaryzmem. Demokracja, po lincolnowsku, jako "rządy ludu, poprzez lud i dla ludu". Demokracja liberalna - czyli nie tylko władza większości, ale również poszanowanie mniejszości oraz instytucje kontrolujące zachowanie równowagi między trzema władzami i ograniczające ich władztwo. Demokracja - demos, lud, naród, wyborcy, obywatele. I konsumenci. I pracownicy i pracodawcy. Rządy prawa. Równość - szans i wobec prawa. Sprawiedliwość. Wolność. Suweren i suwerenność. Demokracja bezpośrednia i demokracja przedstawicielska. Trójpodział władzy Alexisa de Tocquevilla, mowa Demostenesa, filipki Cycerona. Demokracja zachodnia. Fasadowa. Grecka (starożytna). Amerykańska (Lincolna i Roosevelta czy Trumpa?). Tematów nie brakuje. Ale żeby poświęcona im debata mogła mieć wpływ na kształt państwa, w którym żyjemy, i na kształt ponadnarodowej wspólnoty, którą jest Unia, musimy ją toczyć na zasadach praworządności i demokracji zwanej liberalną.

 Na podobny temat: 
Lewicowa droga PiS do narodowej rewolucji  - 17/11/2015
PiSowski populizm idzie w parze z pogardą wobec prostego człowieka - 02/12/2015

2016-05-12

Uwaga: to nie o ten audyt chodziło

Audyt rządów PO i PSL wygłoszony w sejmie przez członków rządu PiS spotkał się z krytyką w dużej mierze niezasłużoną, wynikającą z nieporozumienia dotyczącego znaczenia słowa audyt. Krytycy zinterpretowali to pojęcie na sposób zapewne najbardziej obecnie rozpowszechniony, ale niestety niezgodny z intencjami ministrów. Poniżej kilka słów wyjaśnienia terminu.

Audyt – ( au•dyt -ytu, -ycie; -ytów) – stosunkowo nowy gatunek wypowiedzi publicznej, na granicy literatury i publicystyki politycznej. Zwykle utwór anonimowy lub zbiorowego  autorstwa, prezentowany jednak przez znane publicznie postacie, wieloczęściowy, ale z jednoznacznym głównym przekazem spinającym wszystkie części w spójną całość, przy czym spójność stylistyczna nie jest niezbędna.

Min. A. Macierewicz 11 maja 2016 wygłosił w sejmie RP fragment audytu
Audyt ma na celu zdemaskowanie, ośmieszenie i poniżenie przeciwnika (osoby, środowiska społecznego, instytucji). Ponieważ odnosi się do przeszłości i ma charakter oskarżający, może zostać uznany za odmianę rodzaju osądzającego (łac. genus iudiciale) w retoryce. Posługuje się przejaskrawieniami i ekspresywną retoryką, stroni jednak od elokucji, opiera się na argumentacji pozamerytorycznej (argumentum ad traditionem, ad populum, ad numerum, ad hominem). Odbiorca zdaje sobie zwykle sprawę z erystycznej ambicji autora (autorów), ale niska jakość merytoryczna argumentacji i zdecydowana przewaga dialektyki nad logiką (w ujęciu Schopenhauera) nie pozostawia wątpliwości, że audyt jest skierowany głównie do pozytywnie nastawionego do autora (autorów) audytorium.

Audyt jest utworem sytuującym się na pograniczu pamfletu, paszkwilu i filipiki. Ze względu na cel i formę wypowiedzi może zostać uznany za rodzaj pamfletu, ale stosowane sposoby argumentacji, skłonność do oszczerstwa i nierzadkie przekraczanie granicy dobrego smaku sprawiają, że zwykle bywa uznany za bliższy paszkwilowi. Z filipiką łączy go ustny i publiczny charakter wypowiedzi (audyt z zasady nie istnieje w wersji pisemnej i tym samym nawiązuje do tradycji przekazów ustnych) oraz silnie krytyczny charakter. Zasadniczo różni się jednak od niej poziomem i jakością argumentacji (uznanie Demostenesa i Cycerona, najsłynniejszych autorów filipik, za prekursorów audytu byłoby dla nich obraźliwe) oraz adresatem krytyki: filipika wymierzona jest przeciw urzędującemu władcy (dotyczy więc teraźniejszości), podczas gdy audyt skierowany jest przeciw byłemu i pozbawionemu władzy przywódcy (odnosi się więc do przeszłości, choć towarzyszy mu zamiar skompromitowania przeciwka na przyszłość).

Cechą charakterystyczną audytu jest sposób jego publicznego wygłoszenia: zwykle audyt wykonuje wielu następujących po sobie mówców, choć możliwe jest wykonanie chóralne. Audyt wypowiadany jest na przemian tonem kaznodziejsko-gromiącym, kaznodziejsko-prześmiewczym i kaznodziejsko-belferskim.

***

Ujednoznacznienie : nie należy mylić terminu „audyt” oznaczającego formę silnie krytycznej, oskarżycielskiej wypowiedzi publicznej z tak samo brzmiącym pojęciem oznaczającym proces wewnętrznej lub zewnętrznej kontroli działalności (najczęściej instytucji lub przedsiębiorstwa) pod względem finansowym, ekonomicznym, jakościowym lub organizacyjnym.

Słowa „audyt” i „audytor” w przedstawionym powyżej znaczeniu nawiązują do terminologii sądownictwa kościelnego i dotyczą materiału procesowego i dowodowego zebranego i przygotowanego przez audytora. Audytor w tym znaczeniu jest członkiem trybunału Roty rzymskiej.


Uwaga: stosowane nieraz zamiennie ze słowem „audyt” słowo „audit”, jako termin niepoprawny, nie występuje w słowniku języka polskiego i nie należy go używać. Potocznie, ale tylko w odniesieniu do audytu jako formy wypowiedzi, funkcjonuje pisownia "ałdyt". W ramach polonizacja języka ojczystego pojawiła się też propozycja terminu "szydłosłów", ponieważ najbardziej znanym przykładem audytu jako wypowiedzi publicznej był zbiorowy audyt ministrów rzadu Beaty Szydlo, z jej osobistym udzialem, w sejmie, 11 maja 2016. Gdyby termin "szydłosłów" się przyjął, można by w przyszłości uniknąć nieporozumień wynikających z wieloznaczeniowości słowa "audyt".

2016-05-09

Dzień Europy: piękne święto smutnej refleksji

Półtorej minuty trwała wygłoszona przez Roberta Schumana deklaracja, która miała ostatecznie położyć kres trwającej przez wieki chorobie Europy. Trzeba było kilkudziesięciu lat, żeby Europejczycy zapomnieli sens i cel zainicjowanego 9 maja 1950 roku najmądrzejszego i najbardziej dalekowzrocznego przedsięwzięcia w dziejach tego kontynentu. Końcówka tych kilkudziesięciu lat rozgrywa się na naszych oczach. Ale czy ją widzimy? Proces zapomnienia trwa, głupota i miernota solidarnie zdobywają terytorium zajęte kiedyś z zaskoczenia przez mądrość i wielkość.

Jean Monnet wymyślił nową Europę pod koniec lat czterdziestych zainspirowany federalizmem zrealizowanym w praktyce w Stanach Zjednoczonych a opartym na teoriach myślicieli głównie anglosaskich. Ale sojuszników w realizacji tego zamysłu znalazł w kontynentalnej Europie. Niektórzy mówią, że sukces zawdzięcza fortelowi, bo niby nikt nie był w stanie pojąć dalekosiężnych konsekwencji lakonicznej deklaracji wygłoszonej przez Schumana w sali zegarowej francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Ale to nieprawda. Inspiracje Monneta były zaprzeczeniem francuskiej idei państwowości. Szły na przekór idei nowoczesnego (wtedy jeszcze) państwa narodowego i koncepcji polityczno-kulturowej wspólnoty, jedynej, w obrębie ktorej można ponoć zbudować liberalną demokrację. To nieprawda, że nikt tego nie zauważył.

Monnet, Schuman, i ich sojusznicy w Niemczech (ponazistowskich), we Włoszech (pofaszystowskich), we Francji (postkolaboracyjnej), w Beneluxie (zatrwożonym swym brakiem znaczenia i dlatego przekonanym o konieczności wspólnoty), nigdy nie ukrywali, na czym polega plan: osłabić suwerenność państwa narodowego by utworzyć suwerenność ponadnarodową, zabrać państwom kontrolę nad stalą i nad energią (wtedy jej źródłem był węgiel), by w imię narodowej suwerenności nie mogły prpwadzić ze sobą kolejnych wojen (a bez żelaza i węgla prowadzić wojny się wtedy nie dało), połączyć interesy największych antagonistów, Niemiec i Francji, tak, by same, chcąc nie chcąc, po kroku budowały swą faktyczną, materialną solidarność. Przywódcy wszystkich państw biorących udział w integracji europejskiej wiedzieli, że uczestniczą w planie rozwoju, który opiera się na rozumnym samoograniczeniu.

Ci, którzy wierzą w idee zamienione w czyn przez Monneta, Schumana i tylu innych, bardziej boją się dziś patosu tamtej prawdy niż patosu głoszonych dziś kłamstw. Myślą, że mówiąc językiem eurosceptyków będą tak samo atrakcyjni jak oni. Uwierzyli, że ludzie nie pamiętają już czym była wojna, więc wstydzą się mówić o pokoju. Dali się przekonać, że ponieważ dobrobyt może być większy i lepiej podzielony, to rzeczą wstydliwą jest o nim wspominać. Przez kilkadziesiąt ostatnich lat nie zauważyli, jak bardzo zmienił się świat i uznali, że metoda, która sprawdzała się przez dwie pierwsze dekady nadal się będzie sprawdzać. Ale przede wszystkim uznali widać, że wymyślona przez Monneta metoda małych kroków i nieśpiesznych postępów może usprawiedliwić metodę małych myśli i miernych idei, a to jest największa pomyłka: pomylić zachowawczość z gnuśnością.

Piękne i radosne święto powinno być okazją do radosnego wymachiwania błękitną flagą z gwiazdkami i słuchania Beethovena. Dobrze, że w Polsce jest. Ale powinno też skłonić do zastanowienia dlaczego ludzie świadomi sukcesu integracji europejskiej tak bardzo boją się o nim mówić, i dlaczego, gdy już to robią, to wychodzi im tak niemrawo, nieprzekonująco. I czemu dają się zakrzyczeć piewcom narodowych egoizmów, anachronicznym wielbicielom dawnych nienawiści. Dlaczego skrajnie prawicowe partie są dziś bardziej słyszalne w Parlamencie Europejskim niż kiedykolwiek w historii tej instytucji, i dlaczego ich oklaski cieszą polskiego premiera wywodzącego się z antydemokratycznej i antyeuropejskiej partii rządzącej z woli obywateli w kraju, który przez kilkadziesiąt lat czekał ponoć na powrót do Europy i do demokracji.

Jest święto, więc niech będzie radośnie. Ale warto pamietać, że Oda do radości, która stała się europejskim hymnem, to jednocześnie ostatnia kantata wspaniałej 9. Symfonii genialnego Beethovena. Ostatnia.

 

2016-05-04

Grzywna za niesolidarność

Dzisiejszy dzień przyniósł post-scriptum do wczorajszego posta: Komisja Europejska ogłosiła, jak wcześniej zapowiadała, cennik kar za brak solidarności. Każdy kraj, który wbrew prawnym i politycznym zobowiązaniom nie wywiąże się z obowiązku przyjmowania uchodźców przybywających do Unii, zapłaci 250 tysięcy euro od nieprzyjętego uchodźcy.

Krytycy, w Polsce albo na Wegrzech, bardzo się obruszyli oczywiście i uznali tę decyzję za absurdalną i niewykonalną. Komisarz Dimitris Avramopoulos wyjaśnił, że mówiąc o solidarności i odpowiedzialności miał na myśli nie tylko zasady moralne, których wartość, jak wiadomo, jest na euro nieprzeliczalna, ale również prawne i finansowe, a te, jak najbardziej, w grzywnach i karnych odsetkach można wyrazić. Oczywiście Komisja nie mówiła o karach. Mówiła o prawie każdego państwa do wyboru: albo przyjęcie pod swój dach uchodźcy, albo wykupienie mu miejsca pod dachem w innym państwie. To trochę jak w dawnych czasach prawo do "wykupienia się"od slużby w armii.

Wiceprzewodniczący Komisji Frans Timmermans (ten który nie poznał się na dobrej zmianie i dlatego uznany został przez szefa niedyplomacji Witolda Waszczykowskiego za persona non grata w Polsce) przypomniał, że za każdym razem, gdy odwoływano się do solidarności i odpowiedzialności w niematerialnym wymiarze, kraje, które ani jednego i ani drugiego nie mają w nadmiarze (ani w naturze), powoływały się na obowiązujące prawo, na tak zwane rozporządzenie dublińskie. A ponieważ nie było ono w stanie na nikim solidarności wymusić, postanowiono je zmienić. I słusznie.

Bardzo możliwe oczywiście, że państwa członkowskie ponownie okażą się wobec siebie solidarne w 
obronie niesolidarności i narodowego, krótkowzrocznego egoizmu idiotów i propozycję odrzucą. Nie zmienia to faktu, że Komisja zaproponowała jedyne możliwe rozwiązanie. 

2016-05-03

Migracje: najlepiej zbudować płot

Przebieg dyskusji na temat fali uchodźców i migracji utwierdza ludzi w przekonaniu, że mamy do czynienia z jakimś chwilowym problemem. W wielu krajach, w których - tak jak w Polsce - uchodźców i imigrantów albo nie ma albo prawie nie ma, panuje pogląd, wzmacniany przekazem medialnym, że jest to cudzy problem, który w zasadzie mieszkańców danego kraju nie dotyczy. I że wystarczy powiedzieć "nie", by mieć go z głowy. Nawet tam, gdzie uchodźcy i imigranci przyjeżdżają masowo: w Austrii, Grecji czy we Włoszech, w Niemczech i w Szwecji, i gdzie - z tego powodu - powszechny jest pogląd, że międzynarodowa mutualizacja wysiłków antykryzysowych jest konieczna, słaba jest świadomość, że mamy do czynienia z długotrwałym, planetarnym procesem demograficznym, gospodarczym i cywilizacyjnym.

Złudne są nadzieje, że problem da się przerzucić przez jedną czy drugą granicę jak piłkę przez siatkę wokół boiska; albo, że wystarczy postawić zagrodę, by uchronić swoją miedzę przed szkodą; albo, że kryzys można przeczekać, bo przecież dobra koniunktura musi wrócić, jak dobra pogoda, albo jak wzrost gospodarczy w kapitaliźmie. Nic podobnego się nie stanie. Mamy do czynienia z wielkimi, choć nie pierwszymi i nie największymi (prawdopodobnie) w historii ruchami migracyjnymi, które co jakiś czas zmieniają społeczny i ekonomiczny krajobraz kontynentów a nawet planety.

Podziały na biednych i bogatych w świecie się pogłębiają, zamiast zanikać. Poziom biedy w Afryce wynosi dziś 48%. Jest więc lepiej, bo jeszcze parę lat temu stystyczni biedni stanowili tam 51% ludności, odsetek niewyobrażalny w bogatej Europie. Ale 3% wzrost gospodarczy, choć niewątpliwie sprzyja mu dostrzegalna mimo wszystko demokratyzacja, to za mało, by przepaść zasypać. Do 2050 roku podwoi się liczba mieszkańców Afryki. Będą stanowić jedną czwartą światowej ludności. To nie pozwala wierzyć w rychły koniec kryzysu migracyjnego. Przeciwnie: oznacza, że zjawiska migracyjne, które dziś obserwujemy, należy postrzegać w kategoriach braudelowskiego długiego trwania, a nie w kategoriach przemijającego kryzysu.

W tej sytuacji dywagacje, na temat tego, czy musimy przyjmować migrantów, skoro nie mieliśmy kolonii, albo jak skomponować profil religijno-etniczno-społeczno-zawodowy dwudziestu, stu, czy może nawet stu dwudziestu imigrantów, których zgodzimy się przyjąć, brzmią jak rozmowy czterolatków na temat lotów kosmicznych. To niezwykłe, że w czasach powszechnego dostępu do informacji, w epoce przyspieszonego rozwoju technologii informacyjnych, przyssania ludności do ekranów telewizorów i komputerów, świadomość długotrwałych i globalnych procesów jest tak nikła. Jak przed wiekami ludzki wzrok rzadko sięga poza opłotki. Fakt, że - na przykład w polskiej telewizji i w polskich mediach w ogóle - świat zajmuje niewiele miejsca. Swoboda podróży mieszkańców bogatych krajów do biednych w niewielkim stopniu rozwija horyzonty, bo realizuje się w obrębie mapy wyznaczonej turystycznymi "destynacjami": od jednego hotelu z basenem do drugiego.

Migranci i uchodźcy biorą dziś udział w wielkiej przemianie cywilizacyjnej, na którą my już się spóźniliśmy i czym większe będzie nasze spóźnienie tym trudniej nam będzie sobie ze skutkami tej przemiany poradzić. Ale choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali powieki, by jej nie widzieć, ona i tak się dokona. Nasze wnuki nie będą nawet świadome lęków, które każą nam dziś kierować wzrok w podłogę, zamiast patrzeć przed siebie. Oczywiście, będą bać się czego innego, lęk i ucieczka przed lękiem w nieświadomość są nierozłącznie związane z człowieczą dolą.

Tym wszystkim, którzy myślą, że budowa zapór na granicy jest rozwiązaniem problemu migrantów i uchodźców, chciałbym podszepnąć pomysł: niech zbudują drewniane płoty. I dobrze je zakonserwują przed deszczem, wiatrem i kornikami. Materiał naturalny, vintage design, szybka i tania konstrukcja, wszystko zgodnie z trendami epoki. Skuteczność w powstrzymywaniu światowych migracji co prawda żadna, ale też nie mniejsza niż zasieków z drutu kolczastego. Za to może się taki płot zachowa jako artystyczna instalacja, ponadczasowy pomnik głupoty, krótkowzroczności i tępego egoizmu ludzkości.




 

Ostatni tekst na blogu. Bo szkoda gadać.

Przez parę lat, ze zmienną częstotliwością, publikowałem na tym blogu swoje uwagi i przemyślenia, traktując go jak rodzaj pamiętnika. Niby ...